Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 23-01-2017, 14:59   #10
Kaworu
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 2255 Kaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputację
Pauline siedziała na wykładzie profesora Smitha, patrząc powątpiewającym wzrokiem na scenę i zajadając się leniwie sałatką, którą zamówiła.

Bardzo szanowała profesora. Miał rozległą wiedzę, doświadczenie życiowe i krytyczny, analityczny umysł. Była z nim znacznie bliżej niż ze swoim promotorem na Oxfordzie, dzielili wspólne pasje i zainteresowania. Ale...

Epifenomeny? Naprawdę? Profesor zawsze śledził szarlatanów, różnej maści „hermetyków”, „gnostyków”, „spiritualistów” którzy mieli „kontakt z nieznanym”, tudzież z „wyższą warstwą rzeczywistości”. Tym razem jednak sam zbliżał się w swoich teoriach niebezpiecznie blisko do owych osobników.

Przedstawił dowody, to fakt, o ile za dowody można uznać zdjęcia. MacMoor nie chciała się wykłócać i nie zamierzała tego robić, ale uważała, że to średniej i wątpliwej jakości materiał dowodowy. Zdjęcia zawsze można było źle wywołać, przejaśnić, nie naświetlić dostatecznie mocno itp. Nie znała się na fotografii i nie była profesjonalnym fotografem, ale była pewna, że gdyby zainteresowała się tematem choć trochę, to byłaby w stanie podważyć teorie Smitha.

Choć, oczywiście, były to teorie fascynujące, nawet jeśli sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, musiała przyznać. Kto nie chciał wierzyć w wymiary równoległe? W duchy, zjawy? W życie pośmiertne? Gdyby profesor Smith miał rację, to okazałoby się, że istoty ludzkie mogą dalej istnieć po śmierci, w nieskończoność. To było... bardzo, bardzo budujące.

Mimo wszystko, zdaniem Pauline, było w tym więcej fantazji niż nauki – i musiała to stwierdzić jako osoba z tytułem nadanym przez uniwersytet.

Gdy profesor Smith skończył swój wykład, Pauline klaskała z innymi, nieco tylko mniej entuzjastycznie niż na samym początku.

~*~

Poranek 6 stycznia 1923 roku Pauline zaczęła od kubka gorącego kakao i kanapki z zółtym serem. W przeciwieństwie do jej wielu znajomych jej mieszkanie było raczej małe – wyjąwszy bibliotekę, oczywiście – i nie zatrudniała żadnej służby. Była wszak kobietą wolną, wyemancypowaną i niezależną. Chciała także dowieść, że pomimo szlacheckiego pochodzenia potrafi wieść normalne życie, jak masa innych ludzi bez jej możliwości finansowych.

Po śniadaniu ubrała się ciepło i poszła do pobliskiego kiosku kupić gazetę. Wróciła z nią do swojego lokum i dopiero wtedy ją przeczytała (wcześniej miała ją zgiętą w pół).

- Mon dieu... – powiedziała po francusku, czytając artykuł na stronie głównej. W pierwszej chwili chciała zadzwonić do profesora i spytać jak się ma, ale zaraz potem zdała sobie sprawę z tego, że skoro jego dom spłonął, to telefon także. Niewiele myśląc, chwyciła za własny i obdzwoniła najbliższych znajomych profesora – tych samych, z którymi kilka dni temu była na jego wykładzie. Umówiła się z nimi na spotkanie w trybie natychmiastowym, po czym zadzwoniła po taksówkę. Szybko się ubrała, nawet nie troszcząc się o makijaż, i wybiegła na zimne powietrze, do samochodu, który na nią czekał.
 
Kaworu jest offline