Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 30-01-2017, 14:41   #22
Lunatyczka
 
Lunatyczka's Avatar
 
Reputacja: 8310 Lunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputację
Eleonor nie była pewna, czy powinny opuszczać dom Franza, jednak Rita, jak zwykle, potrafiła przekonać ją, do jej, nawet najgłupszych, pomysłów. Nerwowo zaciskała ro rozluźniała dłonie na materiale, definitywnie, zbyt cienkiego, jak na tę pogodę, płaszcza. Nie wiedziała co myśleć o całej sprawie, dlatego obserwowała mijane latarnie rzucające blade światło, na coraz to bardziej zaniedbane ulice. Wchitechaple. Dzielnica kuby rozpruwacza, biedoty, palarni opium, kabaretów i domów publicznych. Normalnie, nigdy nie zapuściłaby się w takie rejony, ale sytuacja była wyjątkowa. Przez myśl Eleonor nawet przyszło, że może to pułapka, ktoś wciąga ich w zasadzkę, ale charakter pisma na bileciku był definitywnie profesora. Zbyt wiele listów z nim wymieniła w ostatnim czasie by nie rozpoznać skreślonych przez niego liter. Gdy dojechali na miejsce i Rita zatrzymała automobil Eleonor westchnęła cicho i opuściła pojazd udając się za towarzyszami.



Eleonor niewiele mogła zrobić. Nie miała broni, w walce ze zwierzęciem przegrałby już na samym wstępie swoją wątłą posturą. Jednakże nie chcąc być zupełnie bezużyteczną typowo książkową damą w opresji rozejrzała się wokół szukając deski, nawet spróchniałej, kamienia, czy innego poręcznego śmiecia, którym mogłaby cisnąć w kierunku bestii.

Złowieszczy warkot nie ustawał. Czerwone ślepia lśniły w mroku i budziły instynktowny, pierwotny lęk. Rita nie zamierzała czekać na kolejny atak bestii. Wbiła nogi mocno w ziemię i nie zwlekając pociągnęła za spust. Kolejny huk i krótki błysk, a po nim przejmujący pisk. Pisk tak dojmujący, że niemal budził w każdej damie macierzyńskie instynkty.
Zamoyski, który był najbliżej bestii poczuł spadające mu na twarz krople ciepłej krwi.

Strach i napięcie zniknęły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wszystkie mrożące krew w żyłach makabryczne fantazje rozwiały się, jak wydobywając się z ust para.
W kilku oknach zapaliły się światła i w ich słabym blasku, cała czwórka ujrzała leżącą w kałuży własnej krwi bestię.
Okazał się nią sporych rozmiarów owczarek niemiecki. Teraz wyglądał na biedne i potulne psisko, choć jeszcze sekundę temu wydał się ogarem z piekła rodem.
Usłyszawszy pisk Eleonor na chwilę wstrzymała oddech, by w końcu wypuścić powietrze z płuc, które zaraz zamieniło się w parę wodną tworząc przed jej twarzą mały obłoczek. Zadrżała bardziej z zimna niż ze strachu.
- Och nie..- wyrwało się z jej ust, gdy uniosła dłonie do twarzy. Pies. To był zwykły, wygłodniały pies, który najpewniej szukał pożywienia w śmietniku i poczuł się przez nich zagrożony. Mało co działało tak na nią, jak krzywda wyrządzona zwierzętom. Niby mieli prawo się bronić, ale od razu używać do tego broni palnej? Tak brutalnie? Choć próbowała powstrzymać ludzkie odruchy, łzy napłynęło jej do oczu. Odwróciła spojrzenie od biednego owczarka.
- Weź się w garść, El - mruknęła ponuro Rita, chowając jeszcze ciepły od dwóch wystrzałów rewolwer, tym razem nie do torebki, a już pod poły płaszcza.
Starała się nie patrzeć na martwe zwierzę, choć czuła, jak ściska ją w gardle. Pies przypominał jej ukochanego Kaspiana. Czy z nim też postąpiłaby podobnie, gdyby próbował się targnąć na jej życie? Ale przecież mogła przysiąc, że wcześniej pies wydawał się o wiele groźniejszym stworem rodem z niestworzonych mitów czy innych bajek, którymi straszono dzieci. Te czerwone ślepia, ten warkot. Czy to wszystko było wytworem wyobraźni pobudzonej przez całą tę sytuację z profesorem Smithem i jego tajemniczym listem? Rita Carter westchnęła głęboko, chowając dłonie w kieszenie płaszcza i spojrzała na hrabiego Zamoyskiego, wciąż próbując nie spoglądać na martwego psa.
- Wszystko w porządku, panie Zamoyski? - spytała, a głos odrobinę jej się zachwiał, więc odchrząknęła.

Pauline wyjrzała zza swoich przyjaciół, dalej roztrzęsiona. Nie była pewna, czy było jej żal psa. Z jednej strony mógł być po prostu głodny lub przestraszony, z drugiej - rzucił się na nich. Nie wiedziała, czy użycie broni palnej było najlepszym wyjściem, ale czy mogli zrobić coś lepszego?

- Czy… czy nikomu nic się nie stało? - spytała, spoglądając po zebranych.

Hrabia podniósł się z bruku i otrzepał odzienie ze śniegu. Założył też płaszcz, zapalenie płuc było ostatnią rzeczą której obecnie potr
- Tak, tak, w porządku. - Hrabia poszedł do truchła psa, który zdawał się leżeć niewinnie mimo, że przed kilkoma chwilami wygląda jak mityczny cerber .
- Coś mi tu nie pasuje- powiedział- Nie chciałbym wyciągać pochopnych wniosków, ale zwierz, który jeszcze niedawno nas zaatakował nie był tą samą psiną, która teraz leży tu bez życia. Uratowałaś nam życie droga Rito, dziękuję. Nic tu po nas, znikajmy.
Rita nic na to nie odpowiedziała. Skinęła jedynie głową na słowa Zamoyskiego i powoli ruszyła za nim. Lady Howard nie chciała osądzać hrabiego o zbyt wybujałą wyobraźnię, której wszyscy dzisiaj ulegli, więc nie wyrzekła słowa i w milczeniu z lekko przeszklonymi oczami ruszyła za Polakiem, do wnętrza budynku.


Widok profesora był wstrząsający. Lady Howard nie widziała nigdy wcześniej nie widziała ciała ludzkiego w takim stanie, jednakże pewne wydarzenia z jej życia, w pewien sposób uodporniły ją na doświadczenia tego typu. Uniosła dłonie do ust i na chwilę wstrzymała powietrze, dopiero gdy usłyszała szloch Rity spojrzała na przyjaciółkę. Chciała jej pomóc, bo z tego co wiedziała, była ona blisko z profesorem Smithem i cała sytuacja musiała odbijać się na niej dwa razy bardziej, niż na niej. Być może właśnie niekoniecznie głęboka zażyłość łącząca ją z profesorem uratowała Eleonor przed zupełnym załamaniem się. Nie odbierała tej sprawy tak osobiście, jednak widok Rity był dla niej bolesny.



Eleonor była wdzięczna Franzowi, że zgodził się z nią zostać i stawić czoła policji. Gdy constabl Black pojawił się na miejscu Eleonor ujęła Franza pod ramię i wydawała się bardziej roztrzęsiona, niż w rzeczywistości była, rozmowę z policją postanowiła pozostawić Austriakowi, jako mężczyźnie w tym towarzystwie.

Franz wziął całą winę na siebie. Wyjaśniając constablowi, iż to on zastrzelił psa w obronie Eleonor. Pies był bardzo agresywny i wydawał się wręcz wściekły.
- Działając w obronie damy nie mogłem postąpić inaczej. Sam pan rozumie panie constablu. Jesteśmy jednak gotowi udać się z Panem na posterunek, by dopełnić wszelkich formalności. Tak przy okazji … czy zna pan inspektora Fleminga?



Przedstawiciel władzy odwiózł ich do Scotland Yardu, gdzie parę poinformowano, że inspektor Flemming’a, nie ma już w pracy i powinni zgłosić się do niego jutro. Podano im także numer telefonu, do jego biura, by nie jechali tutaj, ponownie, zupełnie bez sensu. Obydwoje przystali na takie rozwiązanie i z zanotowanym numerem telefonu, na niedbale wyrwanej z notesu kartce wrócili do posiadłości Franza. Na miejscu okazało się, że George postanowił jednak nie przychylić się do prośby Eleonor i wraz z całym towarzystwem pojechać w inne miejsce, jak się Lady Howard domyślała, do własnej posiadłości.
Oddała palto lokajowi Franza, uprzednio do kieszeni chowając rękawiczki z miękkiej skóry. Obejrzała się na gospodarza i posłała mu delikatny uśmiech ruszając do jego salonu.

Słowa profesora nie dawały spokoju Franzowi. Gdy znalazł się z Eleonor sam na sam spytał ją patrząc z ukosa:
- Jules gdy był jeszcze przytomny o czymś wspomniał … powiedział, że miałaś, jak to ujął do czynienia z fenomenami natury metafizycznej, że przedarłaś się przez kurtynę?
Ledwie zauważalnie drgnęła, jakby przeszedł ją dreszcz zimna. Odwróciła się w kierunku Franza i zawiesiła na nim spojrzenie jasnych oczu.
- Powiedział coś jeszcze?
- Nie … nie zdążył. Ta cała sprawa … jest dziwna. Czy słyszałaś kiedyś o tej statule? Sedefkar Simulacrum?
- Nie - odpowiedziała, choć słychać było wahanie w jej głosie - Mogłabym przejrzeć bibliotekę ojca i poszukać czegoś. Ale.. - odwróciła od niego spojrzenie, uciekła nim w bok - myślę, że to co powiedział Smith to cała prawda, takie rzeczy się dzieją, naprawdę.
- Nie spotkałem się z czymś takim, ale jestem w stanie wyobrazić sobie, że nie wszystko jest takie jakie nam się wydaje. Świat nie jest takim jakim wyobrażał go sobie sir Izaak Newton. - Franz uśmiechnął się lekko ściskając rękę Eleonor.
Cicho westchnęła i niemalże szeptem powiedziała
- Profesor powiedział Ci prawdę, ale nie sądziłam, że podzieli się z kimś naszą prywatna korespondencją.
- O tym wie jeszcze Beddows i George. Choć tak naprawdę nie wiemy o czym. - Franz przerwał - Przepraszam. Nie powinienem Cię naciskać. To nie moja sprawa.
Lady Howard stanowczo pokręciła głową.
- Nie, ktoś powinien wiedzieć, skoro i tak już babramy się w sprawie, która wiąże się, z rzeczami spoza świata materialnego. - Na krótką chwilę przygryzła dolna wargę i znów spojrzała na Franza. Jej palce zacisnęły się na jego dłoni. - Ja.. - nerwowo poprawiła włosy, choć fryzura była nienaganna -...ja nie jestem jedną z tych spirytystek, które urządzają przedstawienia. Oni do mnie mówią..naprawdę.
- Kto? - Franz zdawał się nie rozumieć.
Kobieta usiadła ciężko na kanapie i wzięła głęboki oddech. Jak miała mu to powiedzieć, by nie wyszła na wariatkę?
- No.. pierwszy był mój ojciec, jakiś rok po jego śmierci - uniosła dłoń do czoła i roztarła je, jakby okropnie rozbolała ją głowa.
- Przyśnił Ci się?
Patrzyła na niego badawczym spojrzeniem. Była bardziej poważna niż zazwyczaj.
- Nie Franz, nie. To nie był sen i to nigdy nie jest sen.
Mężczyzna długo milczał patrząc na twarz Eleonor. W jego oczach było widać niemal, jak niedowierzanie walczy ze współczuciem.
- Musiałaś być przerażona.
Nie była pewna czy jej uwierzył. Jednak, to on był chyba jedyną osobą, której mogła to powiedzieć nie obawiając się wyśmiania. Mimo to wyglądało jakby kobieta zapadła się w sobie, opuścila ramiona, zwiesiła głowę, a dłonie złożyła na kolanach.
- Przede wszystkim to było bolesne.. to co mówił - głos się jej załamał i musiała pokrećić głową by zupełnie się nie rozkleić. Tylko chwilę trwało, by uniosła głowę i spojrzała na Franza z ciepłym uśmiechem. Widocznie nie chciała wprawiać go w zakłopotanie.
- Ale to nieważne, ważne, że musimy zrobić to o co poprosił Smith i teraz na tym powinniśmy się skupić.
Franz objął ją ramieniem. Nie chciał jej naciskać. Widać było wyraźnie, że Eleonor z trudem przychodzi mówienie o tym.
- Tak musimy mu pomóc. - przytaknął.



Wieczorem po rozmowie z Franzem, Lady Howard, dochodząc do wniosku, że nie wróci prędko do domu w Oxfordzie i znów będzie nadużywać gościnności Austriaka wysłała swojego kierowcę do posiadłości, by przywiózł Anne, wraz z bagażem. Wręczyła mu też liścik do pokojówki, w którym Eleonor wyszczególniła listę rzeczy, które chciała zabrać z domu i mieć przy sobie w Londynie. Pokojówka przybyła z samego rana, dlatego w dużo lepszym nastroju niż dnia poprzedniego Eleonor zeszła na śniadanie. Franz zdążył już skontaktować się z inspektorem Flemmingiem i umówić z nim na godzinę 11 w jego biurze w Scotland Yardzie. W drodze para omówiła, to, o co powinni zapytać inspektora. Zgodnie doszli do wniosku, że otrzymanie zdjęcia zamordowanego turka jak i adresu antykwariatu, który prowadził było dla nich najważniejsze. Później w zależności od otrzymanych informacji mieli zamiar udać się do rzeczonego sklepu ze “starociami”.
 

Ostatnio edytowane przez Lunatyczka : 30-01-2017 o 15:24.
Lunatyczka jest offline