Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02-02-2017, 01:51   #17
brody
Konto usunięte
 
Reputacja: 2411 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację

Słońce, jakby nieświadome koszmarnych wydarzeń ubiegłego wieczoru, wschodziło powoli na czystym błękitnym niebie, zapowiadając piękny niedzielny poranek.
Gdyby nie nadal ściskający siarczysty mróz, można by rzec, że pogoda była wprost idealna.
I dla wielu londyńczyków faktycznie dzień zapowiadał się wspaniale. Liczni najemnicy pracownicy korzystali z dnia wolnego i ruszali, by odwiedzić rodzinę lub ukochaną osobę. Bogobojne damy z Towarzystwa Biblijnego ruszały na cotygodniowe kwesty.
Krajobraz był iście pocztówkowy i co bardziej romantycznym duszom mógł się kojarzyć z obrazami szkockiego pejzażysty, Josepha Farquharsona, który nader często na swych płótnach uwieczniał zimowe krajobrazy.
[MEDIA]
[/MEDIA]
Byli jednak w Londynie też ludzie, którzy wcale nie witali tego poranka z radością. Do nich należeli między innymi przyjaciele profesora Smitha. Wszyscy oni mieli ciężką noc. Zniekształcona i deformowana przez płomienie twarz profesora prześladowała ich, gdy tylko zamknęli powieki.
Żadne z nich nie popadło jednak w marazm. Złożyli wszak obietnicę. Przysięgli odszukać tajemniczy posąg, który ponoć był przyczyną kłopotów Julesa Smitha.
Sprawa budziła wielki niepokój i wiele pytań. Wśród znajomych profesora nie było jednak ludzi o słabych nerwach i tchórzliwych sercach. Byli gotowi stawić czoła największemu niebezpieczeństwu, aby tylko spełnić prośbę przyjaciela.


Rita Carter
Pierwsze promienie słońca, które przebiły się przez gęste zasłony padły wprost na twarz Rity. Kobieta jednak ani drgnęła. Leżała niczym martwa. Głowę miała przekrzywioną pod jakże absurdalnym kątem, a z otwartych ust sączyła się ślina. Gdyby ktoś spojrzał na nią w tej chwili doznałby niewątpliwie ataku paniki, a jego serce zmroziłaby najprawdziwsza groza.
Rita Carter dzięki Bogu żyła. Świadczył o tym niespokojny ruch gałek ocznych pod powiekami i nierówny oddech.
Wydarzenia ostatnich dni obudziły stare demony. A przecież zdawało się jej że odeszły już na zawsze. Kto jednak wejdzie w drogę prastarej grozi, nigdy już nie zazna pełni spokoju. Nie będzie znał dnia, ani godziny, gdy zło ponownie wyciągnie ku niemu swe kostropate łapska.

Ciałem Rity wstrząsnął potężny dreszcz. Jej mięśnie napięły się z niewyobrażalną siłą, aby już w następnej sekundzie gwałtownie się skurczyć. Rita Carter leżała skulona niczym embrion na środku łóżka. Prześcieradło było całe mokre od potu.
I właśnie w tym momencie rozległo się głośne pukanie.

Rita otworzyła oczy i przez kilka sekund wiodła po pokoju nieobecnym wzrokiem. Pod powiekami nadal miały koszmarne obrazy, które nawiedziły ją we śnie.
- Pannienko Carter, już ósma. Życzyła sobie panienka, być zbudzoną. Śniadanie mam podać do pokoju, czy zejdzie panienka do jadalni? - dobiegł zza drzwi głos Winstona.
- Dziękuje ci. Zaraz zejdę na dół - odparła.


Eleonor Howard i Franz von Meran
- Pańska kawa sir - niezawodny Ben wszedł do pokoju z tacą na której ustawione były dwie filiżanki i imbryk pełen świeżo zaparzonej kawy.
Franz zauważył, że lokaj przygotował, tak nie lubianą przez niego zastawę w stylu artdeco. Dziennikarz zakupił cały komplet w czasie ostatniej wizyty w Paryżu. Mimo przepięknej kolorystyki, przyjemnych dla oka geometrycznych wzorów i precyzyjnego wykonania, Bez uważał, że nie jest to zastawa, którą wypada się chwalić lub podejmować ważnych gości.
Zdecydowanie bardziej wolał tradycyjne, angielskie wzornictwo.
[MEDIA]
[/MEDIA]
- Czyżbyś Ben zmienił gusta estetyczne? - zapytał z lekkim przekąsem.
- Ależ skąd sir. Uznałem tylko, że panienka Howard podąża za najnowszymi trendami i ten zestaw przypadnie jej do gustu. I zapewne zyska pan jeszcze w jej oczach. - wyjaśnił pospiesznie lokaj.
Ustawił zastawę na stole i rzekł:
- Panienka Howard powinna zaraz się tutaj pojawić. A tymczasem proponuję zerknąć do dzisiejszej prasy. Znowu piszą o tym podejrzanym Turku.
Ben zostawił gazetę i wyszedł z salonu.


Po śniadaniu Franz Eleonor pojechali do siedziby Scotland Yardu, gdzie byli umówieni z inspektorem Flemingiem
Przed budynkiem kłębił się tłum dziennikarzy, którzy oczekiwali jakiegoś oświadczenia w sprawie kolejnego, dziwnego wypadku w mieście.
Von Meran ominął zebranych przed głównym wejściem ludzi i idąc pewnym krokiem z Eleonor pod ramię, skierował swe kroki do bocznej uliczki tuż przy budynku.
Mieściło się tam służbowe wejście dla konstabli, którzy wychodzili lub wracali z patrolu. Franz często korzystał z tego wejścia, chcąc dotrzeć przed kolegami do inspektora prowadzącego jakąś sprawę.
Gdy tylko otworzył drzwi, drogę zablokował mu rosły konstabl. Eleonor lekko się wystraszyła, ale widząc jego promienny uśmiech zrozumiała, że musi to być dobry znajomy Franza.
- Witam sir - policjant podał dłoń dziennikarzowi i ukłonił się ceremonialnie.
- Witaj John, jak tam Martha i twoich dwóch urwisów.
- A dziękuję sir. John junior ostatnio lekko chorował, ale już mu lepiej. Teraz już może wraz z bratem ścigać się na lodowisku.
- Jestem umówiony z inspektorem Flemingiem. Gdzie mieści się jego gabinet.
- Pierwsze piętro. Ostatnie drzwi po prawej stronie.
- Dziękuję John. Do zobaczenia.
- Do widzenia sir.

Franz i Eleonor zastali inspektora Fleminga pogrążonego w lekturze jakiegoś raportu. Na widok gości mężczyzna wstał. Ucałował dłoń panny Howard, po czym silnym uściskiem charakterystycznym dla ludzi o surowym i twardym usposobieniu przywitał się z dziennikarzem.
- Proszę niech państwo usiądą. W czym mogę pomóc?
- Zasadniczo, to my chcieliśmy pomóc. A raczej podzielić się pewną informacją, która jak nam się wydaje, może mieć znaczenie dla prowadzonego przez pana śledztwa,
- A konkretnie? - zapytał inspektor Fleming. Jego głos był szorstki i niemal pozbawiony jakichkolwiek emocji. Mimo młodego wieku wyglądał na człowieka doświadczonego i doskonale znającego swoją pracę. W jego spojrzeniu był błysk świadczący o dużej inteligencji i przenikliwości.
- Chodzi o sprawę potrójnego zabójstwa. - rzucił krótko Franz.
- Znaliście państwo ofiarę? - zapytał inspektor, wyraźnie zaciekawiony.
- Nie, ale przypuszczam, że widziałem człowiek ów śledził nas. A dokładniej naszego przyjaciela, profesora Smitha.
Inspektor Fleming wyjął z szuflady biurka oprawiony w czarną skórę notes i zaczął notować.
- W czasie wykładu w Imperial Institute wydziałem pewnego podejrzanego mężczyznę, który intensywnie przyglądał się nam i śledził naszą rozmowę.
- Czy był nim Mehmet Makryat?
- Nie ma co do tego pewności, ale był to mężczyzna tureckiego pochodzenia z charakterystycznym wąsem.
Nie czekając na dalsze słowa Franza, inspektor wyciągnął z szuflady trzy zdjęcia.
[MEDIA]
[/MEDIA]
Każde z nich przedstawiało mężczyznę w wieku około trzydziestu kilku lat, o śniadej cerze i mocno zakręconym wąsie. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że zdjęcia przedstawiają jednego i tego samego mężczyznę. Dokładniejsze przyjrzenie się ujawniało drobne różnice. Detale, które sprawiały, że mężczyźni nie byli już tak identyczni.
Franz był niemal całkowicie pewien, że to właśnie ten mężczyzna przyglądał się im w czasie wykładu profesora Smitha.
- Czy to on? - zapytał inspektor po kilku sekundach.
- Tak, to on. Przypuszczam, że mógł on mieć coś wspólnego z podpaleniem domu profesora.
- Ano właśnie. Tak mi się zdawało, że już słyszałem to nazwisko. Czytałem w London Herald o tej tragedii.
- Wielkie nieszczęście - przytaknął Franz - Słyszeliśmy od konstabla, że sąsiedzi widzieli jakiś Turków tuż przed wybuchem pożaru. - dziennikarz gładko skłamał, aby kontynuować rozmowę.
- Czyli myśli pan, że to on? - inspektor popukał palcem w jedno ze zdjęć przedstawiających Mehmeta Makryata - To doprawdy bardzo dziwna sprawa. Przypuszczamy, że dokumenty albo zostały sfałszowane, albo ambasada Turcji czegoś nie dopilnowała. Przekupność ich urzędników jest już legendarna. Niestety ambasada nie chce z nami zbytnio współpracować. Doskonale pan wie, że cały czas oskarżają nas o wywołanie wojny z Grecją i finansowe wspieranie ich wrogów. To jednak nie wyjaśnia, jakim cudem mamy trzy identyczne ciała. Na dodatek przy każdym z ciał znaleziono telegram o identycznej treści.
Inspektor zajrzał do notesu i przeczytał.
- “Spotkaj się ze mną w Londynie. Pilne. M.” Dziwne, zdumiewające i niezwykle tajemnicze. Nigdy w mojej karierze policyjnej nie spotkałem się z podobną sprawą. A pikanterii dodaje jeszcze fakt, że wszystkie ciała zostały w brutalny sposób okaleczone. Nie podawaliśmy tego do prasy, aby nie wywoływać zbytniej sensacji. Do dziś krążą legendy o Kubie Rozpruwaczu. Nie chcielibyśmy powtórki paniki, jaka wtedy panowała. A ta na pewno by wybuchła, gdyby ludzie się dowiedzieli, co morderca zrobił ofiarą. Mam nadzieję, że panienka nie należy do osób o słabych nerwach - zastrzegł asekuracyjnie inspektor - Morderca bowiem częściowo oskórował ofiary. Jednej zdjął skórę z torsu, drugiej z ramienia, a trzeciej z nogi. Co najgorsze na miejscu zbrodni nie znaleźliśmy tych fragmentów ciał. Wszystko wskazuje na to, że morderca musiał zabrać je ze sobą. Doprawdy przerażająca i ohydna to zbrodnia. Być może to członkowie jakiejś sekty lub tajnej loży. Wiele się ich ostatnio w mieście pojawiło. Liczne zastępy spirytystów i pogańskich proroków. Świat się kończy.
- Wyczytałem w prasie, że ponoć pan Makryata był antykwariuszem. Przeszukał pan jego sklep? - zapytał Franz.
- A i owszem. Jego sklep, a zarazem dom mieści się przy Brophy Lane 3 w Islington. Nic, a nic, to przeszukanie nie dało. Sklep był zamknięty na głucho. Żadnych śladów, ani pana Makryata, ani dowodów zbrodni.
- Faktycznie, niezwykła sprawa, panie inspektorze.
- Trudny orzech do zgryzienia, ale proszę się nie martwić. Żaden przestępca nie ucieknie przed sprawiedliwością.
- Dziękuję panu za poświęconym nam czas. Mam nadzieję, że przekazane przez nas informację na coś się przydadzą.
- Na pewno. Nawet najdrobniejsza informacja, stanowi kolejny element układanki.
Franz wstał i uścisnął dłoń inspektora Fleminga.
- Do widzenia w takim razie. Jakbyśmy sobie coś jeszcze przypomnieli, to na pewno to panu przekażemy.
- Dziękuję państwu i do zobaczenia.

Bogatsi o szczegóły zbrodni i adres sklepu Makryata, Franz i Eleonor ruszyli na poszukiwanie budki telefonicznej, aby umówić się na spotkanie z Ritą.


Hrabia Maurycy Zamoyski
- Pański płaszcz - lokaj w granatowej liberii przywitał Zamoyskiego niskim ukłonem - Baron czeka na pana w salonie. Proszę za mną.
Zamoyski ostatni raz był w domu barona dobrych kilka miesięcy temu. Londyńska posiadłość wyraźnie podupadła. Trudno było orzec, czy to w skutek zaniedbań służby, czy braku odpowiedniego nadzoru. Mający za sobą siedemdziesiąt wiosen, baron nie miał już tego wigor, co kiedyś. Z tego, co Zamoyski wiedział jego syn bawi na dworach całej Europy i nie tylko nie troszczył się o ojcowiznę, ale i był powodem wielu zmartwień dla ojca,
Gdy Zamoyski wszedł do salonu, baron podniósł się z fotela, który był skierowany frontem do kominka. Wspierając się na lasce, sir Westenry zbliżył się do hrabiego i uścisnął jego dłoń w charakterystyczny dla członków loży sposób.
- Witaj przyjacielu - rzekł baron - Dawno żeśmy się nie widzieli.
- Wielce nad tym ubolewam, drogi baronie. Natłok ważkich spraw nie pozwala mi na zbyt często odwiedzanie przyjaciół. Korzystając jednak z okazji, że sprawy zawodowe skierowały mnie do Londynu, nie mogłem sobie odmówić przyjemności, by się z tobą zobaczyć.
- Wielce raduje się moje serce przyjacielu. Doszły mnie słuchy, że przybyłeś do Anglii, by prowadzić negocjacje handlowe. W najśmielszych jednak marzeniach nie przypuszczałem, że znajdziesz czas, by odwiedzić starego druha.
- Nie wybaczyłbym sobie, gdybym tego nie uczynił. Tym bardziej, że słyszałem o twoich problemach ze zdrowiem, przyjacielu.
- Ehhh….. - westchnął sir Westenry - Szkoda słów. Upomina się o mnie Ponury Żniwiarz. Co noc stoi u mego wezgłowia, spogląda mi głęboko w oczy i śmieje się szyderczo. Z nerwów łapie mnie taki koklusz, że prawie płuca wypluwam.
- A co mówią lekarze? - zapytał z troską Zamoyski.
- A kto by ich tam słuchał. Starość ma swoje prawa. Z każdym dniem mój organizm jest coraz słabszy i bardziej zniszczony. Lekarze nic na to nie poradzą. Nie ma co się jednak zamartwiać. Miałem dobre życie. Lepiej mów, co tam u ciebie. Jak interesy? I jak się mają sprawy twojej ojczyzny?
Hrabia widząc, że jego przyjaciel faktycznie jest w kiepskiej kondycji na siebie wziął ciężar prowadzenia konwersacji. Z dumą opowiedział o budowie nowego portu w Gdyni. Hrabia nie tylko hojnie wspierał finansowo budowę portu, ale był też jednym z pierwszych orędowników w tej sprawie. Hrabia wspomniał też o rozmowach handlowych Gloster Aircraft Company w sprawie zakupu samolotów myśliwskich.
- Widzę przyjacielu, że nie próżnujesz.
- Staram się jak mogę. Tylko wspólnym wysiłkiem będziemy mogli podnieść ojczyznę ze zgliszczy i odbudować jej potęgę sprzed rozbiorów.
- Masz rację. Zasługujecie na to, aby w końcu stanąć na nogi i powrócić do dawnej chwały.
Drzwi do salonu otworzyły się do środka wszedł majordomus barona.
- Przepraszam, panie baronie, ale zgodnie z pańskim życzeniem przyniosłem brandy.
- A dziękuję Henry. Panie hrabio, chciałbym wznieść toast za to spotkanie. Oby nie było ostatnie - sir Westenry pozwolił sobie na szczyptę czarnego humoru.
[MEDIA]
[/MEDIA]
Henry nalał alkohol do kieliszków i podał każdemu z panów. Karafkę odstawił na stolik tuż przy fotelu barona, ukłonił się Zamoyskiemu, a zapytał:
- Czy to wszystko, panie baronie.
- Tak, Henry możesz odejść.
Panowie wznieśli toast za spotkanie i zdrowie gospodarza. Sir Westenry wyraźnie rozluźniony, rozparł się w fotelu i w zamyśleniu przyglądał się płomieniom w kominku.
Zamoyski stwierdził, że to odpowiedni moment by zapytać o interesującego go sprawy.
- Doprawdy dziwna ta sprawa z tym zamordowanym Turkiem, czy może trzeba by powiedzieć Turkami. - rzucił luźne spostrzeżenie hrabia.
- Zgadza się przyjacielu. Dziwne i tajemnicze morderstwo. Wielu głowi się o co też tak naprawdę może chodzić.
- By snuć jakiekolwiek teorie potrzeba wiedzy, której niestety nie posiadam.
- Niestety i ja muszę powiedzieć to samo. Choć uwierz mi przyjacielu, dziwne rzecz ostatnio dzieją się w Londynie. To potrójne morderstwo, to tylko szczyt góry lodowej. Wielu sekciarzy ostatnio ściąga do miasta. Gdybym był zabobonny mógłby stwierdzić, że jakaś tajemnicza aura ich tu wszystkich przyciąga. Słyszałem, że to nie pierwsze tego typu zabójstwo.
- Zginęli inni bliźniacy? - zapytał zdziwiony hrabia.
- Nie do końca wiadomo, czy ci Turcy byli bliźniakami. Dziennikarze nie wiedzą wszystkiego. Policja zataiła najbardziej dramatyczne szczegóły zbrodni. To oczywiście dobrze, wszak panika na ulicach to ostatnia rzecz, której nam trzeba. Mówi się, że ciała tych Turków zostały oskórowane.
- Wielkie nieba. Toż to potworne.
- Niewątpliwie, ktoś kto uczynił musi być bestią pozbawioną ludzkich uczuć. Najgorsze jest jednak to, że ponoć znajdowano już nieboszczyków podobnym stanie. Policja bagatelizowała sprawę, gdyż w większości byli to włóczędzy i bezdomni. Nikt nie dopytywał o szczegóły, bo to ludzie marginesu, o których się nikt nie upomina. Po mieście jednak krążą plotki. Mówi się nawet o jakieś grupie hien cmentarnych, która wykrada ciała niedawno zmarłych osób. Teraz, gdy dotyczy to obywatela innego kraju, sprawa wygląda inaczej. Policja będzie musiała się zająć tymi przypadkami na poważnie.
- Wspomniał baron o napływie do miasta jakichś sekciarzy. Co ich tutaj tak ściąga?
- Ciężko powiedzieć, ale atmosfera jest taka jakby wszyscy na coś czekali. Wielu spirytystów głosi, że ma się w krótkim czasie wydarzyć coś niezwykłego. Słyszałem, że jak grzyby po deszczu powstają nowe loże. Każda następna jest coraz bardziej okultystyczna i magiczna. Z prawdziwą sztuką nie ma to wiele wspólnego. Prostaczki się jednak nabierają i lgną do tych lóż, jak much do miodu. Słyszałem, że wielu próbuje podszyć się pod prawdziwych członków lóż. Bądź więc ostrożny przyjacielu, bo wielu profanów szuka zaczepienia, by wejść w nasze szeregi.
Hrabia pokiwał ze zrozumieniem głową i zapytał jeszcze:
- A czy słyszał pan baronie może o czymś co zowie się Sedefkar Simulacrum?
- Przyznam, że pierwszy raz słyszę tę nazwę. A cóż to takiego?
- Ponoć jakiś okultystyczny artefakt, ale nie znam szczegółów. Być może to właśnie on ściąga tłumy fanatyków do Londynu.
Baron wychylił kolejny łyk brandy i przetarł twarz dłonią. Zamoyski zdał sobie sprawę, że spędził u swego przyjaciela już ponad dwie godziny. Jak mówi stare porzekadło “w dobrym towarzystwie, czas szybko płynie”
- Na mnie już czas, panie baronie. Obowiązki wzywają.
- Ależ oczywiście, przyjacielu. Wielce jest rad, że znalazłeś chwilę, by mnie odwiedzić.
- To była nie tylko czysta przyjemność panie baronie, ale także mój obowiązek. Mam nadzieję, że rychło spotkamy się znowu.
- Oby tak było, choć nie łudzę się. Wiem, że zbliża się kres mych dni.
- Panie baronie, po co te słowa. Trzeba się cieszyć życiem, dopóki je mamy.
- Masz rację, masz całkowitą rację. Jeszcze raz dziękuję ci za odwiedziny. Twoja energia i optymizm są naprawdę zaraźliwe.
- Nie ma co się zamartwiać rzeczami na które nie mamy wpływu.
Baron odprowadził Zamoyskiego do drzwi, gdzie Henry podał mu płaszcz. Hrabia uściskał jeszcze raz przyjaciela mając świadomość, że może faktycznie to ich ostatnie spotkanie.
Wyszedł z rezydencji sir Westenry i wsiadł do taksówki.


Rita Carter
Przez lata biblioteka Howarda Cartera urosła do niemal niebotycznych rozmiarów. Księgozbioru nie powstydziłaby się niejedna uniwersytecka biblioteka. Gdy więc Rita weszła do gabinetu ojca, który był niejako bramą do całej biblioteki, stanęła przed nielada kłopotem.
Ojciec był nie tylko wielkim naukowcem i odkrywcą, ale szczycił się przede wszystkim doskonałą pamięcią. Dlatego też za całkowicie zbędne uważał prowadzenie jakiegokolwiek katalogów, czy spisów. Sam precyzyjnie wiedział, gdzie znajduje się jaka pozycja i mógł ją wskazać z zamkniętymi oczami.
[MEDIA]
[/MEDIA]
Rita niestety nie miała tego komfortu. Spis księgozbioru niewątpliwie by jej pomógł i zaoszczędził wiele czasu. Na szczęście Howard Carter był też człowiekiem rezolutnym i praktycznym. Ricie wystarczyło przejść się wśród regałów, by dostrzegła porządek w pozornym chaosie. Ojciec pogrupował książki wedle tematy. Na osobnym regale stały dzieła religijne z różnymi wydaniami Biblii na czele. Na innej historia poszczególnych antycznych państw. A na jeszcze innej dzieła z zakresu archeologii, czy metafizyki. Ku zdziwieniu panny Carter w każdym dziale panował nienaganny alfabetycznych porządek ułożenia ksiąg.
To na pewno ułatwiało sprawę, ale i tak Rita wiedziała, że czeka ją kilka godzin na przeszukiwaniu księgozbioru.
Poprosiła Winstona o przygotowanie imbryka z gorącą herbatą i zabrała się do pracy.
Uzbrojona w notes i ołówek przechadzała się wśród półek. Przeglądała kolejne księgi, robiła notatki i z co ciekawszymi pozycjami siadała przy biurku ojca i zagłębiała się w lekturze.

Około godziny pierwszej do biblioteki wszedł Winston. Z wyraźnym zaniepokojeniem na twarzy zbliżył się do biurka.
- Widzę, że panienka na poważnie zabrała się za studiowanie tematu. Ojciec byłby z panienki dumny. Muszę jednak stwierdzić, że podobnie jak on, panienka także nie zna umiaru w pracy. Całkowicie się panienka zatraciła, a organizm zapewne domaga się swojego. Przygotowałem obiad. Nalegałbym na krótką przerwę i posilenie się pożywnym rosołkiem.
Rita uśmiechnęła się do lokaja. Dopiero teraz, gdy Winston wspomniał o potrzebach organizmu, zadała sobie sprawę, jak bardzo jest głodna.
Spojrzała na notatki i uznała, że faktycznie mała przerwa jej nie zaszkodzi.
Wiedział już że Sedefkar Simulacrum to rzeźba przedstawiająca ludzką postać statua, wykonana około XI wieku w Konstantynopolu. Została ona wykonana z jakiegoś rodzaju ceramiki i w niektórych miejscach pokryta masą perłową. W jednej z średniowiecznych kronik nazwaną ją “Diabelskim odbiciem” czy też podobizną diabła Legendy wspominają o jej wielkiej magicznej mocy, ale nie podają żadnych szczegółów. Ostatnia wzmianka o niej mówi, że została rozebrana na części i rozwieziona po Europie. Miało to zapobiec jej ponownemu połączeniu, gdyż jak wspomniał autor “magiczna moc statui sprawia, że żadna ludzka siła nie jest w stanie jej zniszczyć lub uszkodzić”
Na pewno nie wyczerpywało to tematu, ale Rita uznała, że najwyższy czas zrobić sobie przerwę.

Gdy Rita kończyła jeść rosół, podszedł do niej Winston.
- Panienka wybaczy, że przeszkadzam. Dzwoni pan Franz von Meran. Mówi, że to pilne.
Rita upuściła łyżkę omal nie rozbijając talerza i bez słowa pobiegła do telefonu.


Pauline MacMoor
Pogoda nastrajała bardziej do romantycznych spacerów pod ręką z narzeczonym niż do wizyt w bibliotece. Panna MacMoor w ten niedzielny poranek wolała spędzić wertując stare księgi i podania.
Nie przeszkadzało jej to, że niedzielę czytelnia w British Museum jest zamknięta. Znała tam jednego chłopaka jeszcze z czasów studiów, który pracował tam jako opiekun zbiorów. Wiedziała, że w niedzielne poranki korzysta on z księgozbioru muzeum, niczym z własnej podręcznej biblioteczki. Była pewna, że wystarczy jeden uśmiech, by chłopak nie tylko ją wpuścił, ale i pomógł w poszukiwaniach.

Paulina zapukała do drzwi dla pracowników muzeum. Musiała odczekać kilkanaście sekund, by w końcu usłyszeć chrzęst zamka.
- Witaj Tim - powitała znajomego chłopaka szerokim uśmiechem - Niespodzianka.
- Witaj - odparł mocno skonfundowany chłopak - Co ty.. tutaj… robisz?
- Nie bój się nie zdradzę cię. - mrugnęła do niego konspiracyjnie jednym okiem i wsunęła się do środka pod ramieniem, wciąż zdziwionego Tima.

- Napijesz się herbaty, czy może… nie mam tylko herbatę - rzekł cały dygocząc Tim, gdy znalazł się sam na sam z Pauliną w swoim kantorku.
- Chętnie, ale później jeśli ci to nie sprawi kłopotu. - odparła z uśmiechem panna MacMoor - A propo kłopotów… przychodzę do ciebie z prośbą o pomoc.
- Cóż się stało? Jak ci mogę pomóc? - zapytał Tim odstawiając filiżanki do szafki.
- To nic wielkiego, ale tylko ty możesz pomóc. Potrzebuje pewnych informacji, a te jak wszystko na to wskazuje mogę znaleźć tylko tutaj.
- Tylko tyle? - niemal krzyknął Tim - Ależ moja droga, cały księgozbiór jest do twojej dyspozycji. A ja z wielką przyjemnością służę swoją pomocą jako przewodnik po tym bezkresnym labiryncie wiedzy.
Paulina uśmiechnęła się szeroko i ucałowała Tima w policzek.
- Jesteś wielki.
- A czego konkretnie szukasz?
- Muszę dowiedzieć się jak najwięcej o posągu, który nazywają Sedefkar Simulacrum.
- Do dzieła zatem - odparł Tim zacierając ręce.

[MEDIA]
[/MEDIA]

Dzięki pomocy Tim, Paulina nie musiała się martwić ani godzinami otwarcia czytelni, ani czekać na dostarczenie pożądanej książki. Mogła swobodnie spacerować wśród półek i przeglądać książki.
Wyposażeni w cały stos ksiąg usiedli przy jednym z pulpitów i zaczęli lekturę.
Już po niecałych dwóch godzinach, Paulina miała zapisanych w notesie kilka stron z informacjami na temat Sedefkar Simulacrum.

W kilku księgach zostało zapisane, że statua została stworzona pod koniec XI wieku w Konstantynopolu. Choć legendy mówiły, że posąg został tam tylko przewieziony, a jego początki sięgają czasów imperium babilońskiego. W legendach też nazywa się statuę “Podobizną diabła” lub “Diabelskim odbiciem”
Prawdopodobnie turecki mag Sedefkar w jakiś tajemniczy sposób powiązał statuę ze swoim imieniem i osobą. Całość swej wiedzy o posągu oraz liczne magiczne formuły zapisał na sześciu zwojach. Posąg był ponoć obiektem kultu kilku demonicznych sekt na Bliskim Wschodzie. Swoje bluźniercze badania Sedefkar miał prowadzić w Czerwonym Minarecie.
Zabili go ponoć krzyżowcy w czasie IV wyprawy, przerywając jego diabelski rytuał. Mag miał ponoć być umazany w ludzkiej krwi i wiele świadczył, że także ją spożywał.
Ponoć więcej informacji można znaleźć w manuskrypcie anonimowego cysterskiego mnicha
pod tytułem “Pogańskie praktyki i magiczne rytuały ludów Arabii, czyli o przeklętych artefaktach i szatańskich podobiznach”


George Carter
Większość przedpołudnia sir Carter spędził na przygotowaniach firmy do wyjazdu. Skupił się głównie na uporządkowaniu spraw handlowych i prawnych swoje firmy. Wydał liczne dyspozycje liczne dla swoich pracowników.
Gdy skończył pracę, wstał od biurka i spojrzał na zimowy krajobraz za oknem. Pogoda zachęcała do spacerów, czy choćby do narciarskich eskapad. On i jego przyjaciele nie mogli się jednak cieszyć tym cieszyć. Złożyli obietnicę z której należało się wywiązać. A sprawa nie wyglądała prosto.
George spojrzał na zegarek. Zbliżała się godzina pierwsza. O wpół do drugiej był umówiony z Pauliną. Miał ją odebrać z British Museum i razem mieli jechać na spotkanie z resztą grupy.
- Hubercie - zawołał swojego sekretarza - Każ za dziesięć minut przygotować samochód.
- Tak jest, proszę pana.
Sir Carter założył płaszcz, narzucił na siebie szal i założył kapelusz. Spojrzał na swoje biurku i westchnął. Jego serce wypełniła dziwna nostalgia. Gdzieś w głębi czuł dziwny niepokój. Coś mu mówiło, że długo nie zobaczy swego biura i Londynu.

Przejazd przez miasto przebiegł całkiem sprawnie. Samochód z sir Carterem zatrzymał się pod muzeum, pięć minut przed umówionym spotkaniem. Co prawda czytelnia była zamknięta, ale panna MacMoor znała ponoć kogoś kto miał ją wpuścić i pomóc w poszukiwaniach informacji na temat tajemniczego posagu. Carter chciał jej pomóc, ale sprawy firmowe zajęły mu zbyt wiele czasu.

Było już za pięć druga, a panna MacMoor nadal się nie pojawiła. Zważywszy na ostatnie wydarzenia Carter zaczął się mocno niepokoić.
- Zostać tutaj Frank - polecił kierowcy - Zaraz wracam.
Wysiadł z samochodu i szybkim krokiem ruszył w stronę służbowego wejścia o którym wspominała mu Paulina.
Już miał zapukać, gdyż z wewnątrz usłyszał przeraźliwy, kobiecy pisk. Nie zważając na obyczaje i etykietę, cofnął się dwa kroki i z całej siły uderzył barkiem w drzwi.
Ponownie rozległ się kobiecy, przenikliwy pisk. Carter nie miał wątpliwości, że to głos panny MacMoor.
Ruszył biegiem w stronę skąd dobiegał głos. Po kilkunastu krokach znalazł się przy wejściu do niewielkiego kantorka. Naprzeciw drzwi do niego pod ścianą siedział Paulina. Zakrywała twarz dłonią, a jej ciałem co kilka chwil targały paniczne spazmy. Obok niej klęczał młody mężczyzna, który próbował ją uspokoić.
- Kim pan jest? Co pan tutaj robi? - zapytał zbulwersowany, podrywając się na równe nogi.
- Spokojnie. Jestem znajomym panny MacMoor. Co się stało?
Chłopak nie odpowiedział, tylko gestem ręki wskazał wnętrze kantorka. Po czym wrócił do uspokajania Pauliny.
Carter zbliżył się do drzwi i zajrzał do środka. Wewnątrz na obrotowym fotelu przy biurku siedział chudy mężczyzna. Dopiero po kilku sekundach Carter zdał sobie sprawę, że patrzy na trupa. Mężczyzna ubrany był w zimowy płaszcz, a na głowie miał krzywo nałożony kapelusz. Jego luźne zwisające ręce niemal dotykały ziemi. Dłonie miał sine i mocno zaciśnięte. Carter dostrzegł, że z lewej dłoni wystaje jakiś liścik.
Nachylił się i ku swemu przerażeniu spostrzegł, że został on spisany na kawałku wyprawionej ludzkiej skóry. Napisano na niej słowa:
[MEDIA]
[/MEDIA]
Paulina uspokoiła się dopiero, gdy mogła wsiąść do samochodu George’a i odjechać z miejsca zbrodni. Wezwana na miejsce policja spisała tylko dane sir Cartera i panny MacMoor. Poręczenie znane przedsiębiorcy wystarczyłoby zwolnić ich z konieczności składania szczegółowych wyjaśnień. Tym zajął się przyjaciel Pauliny, Tim. Wedle słów chłopaka, nikogo poza nim i panną MacMoor nie było w muzeum. Ktoś musiał podrzucić ciało, gdy byli razem w czytelni, a następnie uciec. Najgorsze jednak było to, że chłopak twierdził, że zabity to Richard Wentworth, jeden ze studentów profesora Smitha.
Wobec takich wydarzeń Carter zrezygnował ze spotkania ze znajomymi i zabrał pannę MacMoor do siebie do domu.


Sklep Mehmeta Makryata
Sklep Mehmeta mieścił się przy Brophy Lane 3 w Islington. W jego sąsiedztwie znajdowało się jeszcze kilkanaście innych sklepów. Franz, Rita i Eleonor zjawili się na miejscu około godziny drugiej. Na ulicy panował spory ruch, choć większość sklepów była zamknięta. Także sklep Turka był pusty. Przez zabrudzoną szybę nie dało się zbyt wiele zobaczyć. Pogrążony w półmroku sklep nie prezentował się zbyt reprezentacyjnie. Makrayat musiał najwyraźniej handlować starociami niewielkiej wartości, a nie antykami.
Przyjaciele profesora stanęli przed dylematem, co w tej sytuacji zrobić. Wedle słów policji, dokonane przeszukanie nic nie wykazało. Mogło się jednak przecież zdarzyć, że coś zostało przeoczone. By się jednak tego dowiedzieć, przyjaciele musieli się zdecydować na złamanie prawa i dokonanie włamania. Nawet gdyby się na to zdecydowali, nie mogli tego zrobić o tej porze dnia. Należało odczekać przynajmniej do zapadnięcia zmroku.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.
brody jest offline