Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 09-02-2017, 11:26   #27
Lunatyczka
 
Lunatyczka's Avatar
 
Reputacja: 8310 Lunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputację
-Dzień dobry Ben - Lady Howard zwróciła się do lokaja Franza mijając się z nim w holu w drodze na śniadanie.
- Dzień dobry Panienko - Odpowiedział Ben z zachowaniem należytej etykiety. Eleonor odpowiedziała uśmiechem lokajowi. Zawsze lubiła Bena, nie miała częstych okazji bywać w domu Franza, szczególnie od śmierci Henrego, choć w nowym roku ilość jej wizyt niemalże potroiła się do tej z roku zeszłego, kiedy to nie było jej w Anglii. Mimo, iż tajemnice Andów, wiecznie żyjący Paryż i duszny Egipt przyzywał ją, kobieta cieszyła się tymi chwilami spędzonymi w starej, dobrej Anglii z ludźmi, których szanowała i do których była przywiązana.

Eleonor przekroczyła próg jadalni na przygotowanym dla niej przez służbę miejscu.
- Dzień dobry Franzie, zaczynamy kolejny dzień pełen wrażeń, co? - Jej wzrok padł na zastawę, której wcześniej nie widziała u Franza, ale sama doskonale znała.
- Och, masz tą zastawę - kobieta okazała zainteresowanie serwisem, unosząc od ust napełnioną parującą, czarną kawą, filiżankę.
- Widziałam taką w Paryżu i szalenie mi się podobała, ale chyba nie odważyłabym się jej kupić - zaśmiała się z własnych słabości. Franz był zajęty czytaniem gazety, a jego widok przywodził na myśl miłe wspomnienia. Przyjemnie było zjeść śniadanie w towarzystwie. Eleonor uśmiechnęła się do swoich myśli nakładając na talerz tosta posmarowanego masłem.



Jak postanowili tak zrobili. Gdy tylko słońce zaszło za horyzont, trójka przyjaciół ponownie ruszyła w stronę sklepu Mehmeta Mekryata.
Wejście od frontu było może i spektakularne, ale z góry skazane na porażkę. Wejście w mroczną boczną uliczkę prowadzącą na tyły sklepu, budziło serię niemiłych wspomnień.
Mroźny wieczór sprawiał, że gęsia skórka wstąpiła na karkach obu kobiet.
Gdy zbliżali się do tylnego wejścia, drogę przebiegł im opasły szczur. Ku ich zaskoczeniu gryzoń zatrzymał się i spojrzał na nich błyszczącymi oczami. Po chwili zniknął pomiędzy kubłami na śmieci.


Cała trójka stanęła pod drzwiami były to proste drzwi ze zwykłego jesionu. Zamek także wyglądał na niezbyt trudny do sforsowania dla zawodowego włamywacza. Nikt jednak z obecnych nie miał tego typu umiejętności.

Eleonor rozejrzała się dookoła upewniając się, że nikt ich nie zauważy, a gdy uznała, że nic im nie grozi przyjrzała się drzwiom.
- Ten zamek nie wygląda, tak skomplikowanie - Mówiąc to wyciągnęła szpilę, którą upinała długie włosy. Ciemne loki kaskadą opadły na plecy arystokratki, a Eleonor, jak przystało na prawdziwą damę przykucnęła przy zamku i wsunęła w szpilę w dziurkę od klucza.
Ledwo Eleonor wsunęła szpilkę w zamek, ten przeskoczył. Jego szczęk rozległ się nad wyraz donośnym echem, po wąskiej uliczce. Cała trójka, aż dygnęła na ten głos.
Lady Howard pchnęła drzwi, a te z głośnym skrzypnięciem otworzyły się.
Wnętrze sklepu ziało nieprzeniknioną ciemnością. Do nozdrzy przyjaciół doszedł też nieprzyjemny fetor stęchlizny.
- Czym nas jeszcze zaskoczysz, El? - zapytała Rita, spoglądając z zaskoczeniem i zaciekawieniem na swoją przyjaciółkę. - Dajcie mi chwilę, pójdę do samochodu po latarkę, bo może nam się przydać - dodała, po czym zniknęła za rogiem, by po niedługiej chwili wrócić ze wspomnianym przedmiotem.
- Teraz już nie ma odwrotu - stwierdziła trochę ponurym tonem, spoglądając po dwójce przyjaciół.
- Do środka moje Panie. - rzucił Franz wpychając obie kobiety do zatęchłego wnętrza i zamykając za sobą drzwi. Eleonor nie protestowała i dała się wepchnąć do środka, choć początkowo miała zamiar pozostać na zewnątrz.
Rozejrzał się po pomieszczeniu w świetle latarki szukając czegoś, czym mógłby podeprzeć drzwi, albo przynajmniej za wiadrem, które ustawione przy drzwiach narobiłoby hałasu.

Gdy tylko zamknęli za sobą drzwi, Franz zapalił latarkę. Jasny snop światła oświetlił dość ciasny pokój, który najwyraźniej służył za zaplecze sklepu i swego rodzaju składzik. Bez trudu znaleźli starą miotłę, którą podparli drzwi dla bezpieczeństwa.
Uważnie rozejrzeli się wokół. Wszędzie stały pozawijane w szary papier różne przedmioty. Można było przypuszczać po stemplach pocztowych, że to dostawa, której właściciel nie zdążył już rozpakować.

Po lewej stronie, zaraz przy drzwiach znajdował się schody prowadzące na piętro. Na półkach pod ścianą i ladzie ulokowanej w kącie pokoju stały ceramiczne figurki zwierząt. Były wykonane dość topornie i zapewne pochodziły z jakiegoś zrabowanego grobowca w Egipcie.
W pokoju znajdowały się też drzwi, które prowadziły bezpośrednio do sklepu Makryata.
Kiedy snop światła padł na egipskie posążki, Rita od razu ruszyła w ich stronę.
- Hm… Ciekawe czy to w ogóle autentyki, czy nasz Turek sprzedaje ludziom tandetę i zarabia na ich naiwności - skomentowała półszeptem po krótkiej obserwacji, po czym wróciła do przyjaciół.
- Czy sądzisz, że ta wiedza jest nam jakkolwiek potrzebna do szczęścia? - w głosie Eleonor było słychać zdenerwowanie, nie wymierzone jednak w przyjaciółkę. Najwyraźniej sytuacja była dla niej niecodzienna i wywołała stres, którego nie było po niej widać, nim nie weszli do cudzego domu.
- Proponuję iść schodami na górę, tam zapewne mieszkał i lepiej gdybyśmy uwinęli się szybciej niż wolniej - dodała wodząc wzrokiem za światłem latarki.
- Wybacz, że odważyłam się czymś zainteresować - odburknęła Rita, która wzięła uwagę i zdenerwowanie Eleonor do siebie. - Idźmy zatem na górę, jak radzisz, szefowo - dodała z przekąsem i ruszyła w stronę schodów.


Stare drewniane schody zaskrzypiały, gdy wolno wchodzili gęsiego na górę. Byli już w połowie drogi na piętro, gdy rozległ się jakiś dziwny trzask. Cała trójka zamarła w bezruchu. Nastała złowroga cisza.
W uszach szumiała im tylko krew, a serca w piersiach waliły jak oszalałe. Każda kolejna sekunda zdawała się wiecznością. Trzask się powtórzył, a po chwili rozległ się odgłos tłuczonego szkła.
- Idźcie na górę. - rzucił szeptem Franz - Ja pójdę sprawdzić.
Ostrożnie i starając się zachować ciszę zaczął schodzić stopień po stopniu. Poklepał się po kieszeni, by sprawdzić, czy wziął pistolet.
Nie był to najlepszy czas na dyskusje, więc Rita jedynie skinęła głową, po czym ruszyła schodami w górę. Wcześniej dała Eleonor latarkę, a sama wyciągnęła zza płaszcza swój rewolwer.

Obie damy weszły powoli na górę. Schody lekko skrzypiały, ale w drodze na szczyt obyło się bez większych hałasów.
Wprost ze schodów wchodziło się do niewielkiego salonu. Jego urządzenie wiele mówiło o właścicielu. W centralnym punkcie salonu stał niewielki stolik oraz dwa stare skórzane fotele. Obicia na fotelach były mocno zniszczone wskutek wieloletniego użytkowania. Również dywan wyglądał na wiekowy, ale wbrew obiegowej opinii, wcale to nie podnosiło jego wartości. Poplamiony i przetarty w wielu bardziej nadawał się na śmietnik niż na ozdobę salonu.
W pokoju tym znajdowało się też niewielkie biurko przy którym najwyraźniej wypełniał dokumenty i rachunki. Poza salonem na piętrze znajdowały się jeszcze trzy inne pomieszczenia.
Kobiety podzieliły się. Rita przeszukała część salonu, która miała być jednocześnie biurem właściciela. W podniszczonym biurku poza drobnymi szpargałami o małej dla nich wartości znalazła puste koperty, listę zakupów, oraz księgę rachunkową. Rita później podzieliła się jej zawartością z Franzem i Eleonor i wspólnie zawyrokowali, że sprawdzenie pierwotnego właściciela kolejki jest dobrym tropem i powinni to wykonać niezwłocznie dnia kolejnego.

Panna Carter sprawdziła również salon, gdzie nie znalazła nic poza przedmiotami codziennego użytku. Na stoliku leżała stara gazeta i pusta filiżanka, co zwróciło uwagę myszkujących po domu Turka pań, to fakt, że w całym pomieszczeniu, poza księgą rachunkową, nie było żadnych książek.

W tym czasie Lady Eleonor sprawdziła sypialnie, w której panował nieład. Porozrzucane ciuchy, niedbale i w pośpiechu zdjęte z wieszaków. Niewielka walizka, z dwoma złożonymi w środku podkoszulkami jedynie potwierdzała teorię Lady Howard, że mężczyzna pakował się w pośpiechu. Podobnie sytuacja przedstawiała się w łazience, panujący w niej nieład, sugerował, że działano pod presją czasu.

Na koniec Lady Howard weszła do kuchni, która na pierwszy rzut oka wydawała się najczystszym w mieszkaniu miejscem. Jednak gdy weszła do pomieszczenia głębiej, na blacie znalazła dziwną plamę. Trochę przypominało to wypalenie, a chemiczny zapach unoszący się w powietrzu sugerował, że mógł być to kwas lub inna substancja żrąca. Raczej nie ogień.
Mniej więcej w tej chwili do dwóch pań dołączył Franz, któremu w sprytny sposób udało się przepłoszyć intruzów.

Dziennikarz uchylił drzwi i zajrzał ostrożnie do środka. W słabym świetle jakie dawała uliczna latarnia ujrzał trzy postacie. Właśnie wchodzili powoli do sklepu Mehmeta.
- Nate stań przy drzwiach - polecił szeptem najwyższy z włamywaczy - A ty Bob szukaj kasy.
- Policja! - krzyknął natychmiast Franz wyciągając notatnik profesora, w mroku mogło to wyglądać na wyciągnięcie legitymacji - Stać w imieniu prawa!
Rzucił władczym głosem.
- Ożesz w mordę! - krzyknął przywódca bandy - W nogi chłopaki.



Lady Eleonor zebrała w wyciągniętą z torebki, białą chusteczkę z wyhaftowanym złotą nicią monogramem, pyłek, który znalazła przy miejscu wypalenia, dokładnie zawinęła materiał i schowała. Nim wyszli z mieszkania Lady Eleonor wstąpiła jeszcze raz do łazienki, gdzie przy pomocy szpili niedawno służącej za wytrych, upięła w luźny kok na karku czarne loki. Przyjrzała się swojemu odbiciu i wyszła.

Cała trójka równie cicho jak się pojawiła, opuściła przybytek zamordowanego trzykrotnie Turka. Eleonor zamknęła drzwi, które skrzypnięciem usilnie chciały dać znać wszystkim wokół, że ktoś niepożądany kręci się w okolicy.



Lady Howard miała swój plan na dzisiejszy wieczór, dlatego pożegnała się z Franzem i Ritą, którzy postanowili udać się do Kensington- rodzinnej posiadłości Carterów. Eleonor została więc sama, twierdząc, że wie co robi i poradzi sobie sama. Choć w środku pełna była strachu. Bardzo nie chciała robić tego, co postanowiła, że uczyni, a świadomość, że tak właśnie powinna zrobić wcale nie napawała optymizmem przed spotkaniem z Bestią, jak kazał sam siebie nazywać. Ruszyła piechotą, wśród zasp do restauracji, gdzie wcześniej, tego samego dnia, wypili z przyjaciółmi grzane wino. Poprosiła miłą kelnerkę o zamówienie dla niej taksówki i jeszcze jedną porcję grzańca, którą wypiła nim przyjechało po nią auto.
- Raz kozie śmierć - powiedziała Eleonor opuszczając ciepłe wnętrze knajpki i ruszyła do zamówionego dla niej auta. Wsiadła do taksówki podała adres siedziby Hermetycznego Zakonu Białego Brzasku. Zakon nie miał w Londynie swojej świątyni, wiedziała jednak, że mieli tutaj swoją placówkę. Na spotkanie Williama Roberta Woodman'a, jednego z założycieli Zakonu i przyjaciela jej ojca nie mogła liczyć, gdyż wieść o jego śmierci dotarła do niej w 1921 roku. Drugi z najbliższych współpracowników ojca i jeden z trójki założycieli William Wynn Westcott żył, z tego co wiedziała Eleonor i najchętniej to właśnie z nim porozmawiałaby na temat statuetki, jednak nie była pewna czy główny koronowany mag zakonu będzie obecny na miejscu. Aleister Crowley, choć już nie należał do zakonu, wciąż tam się pojawiał i współpracował z członkami organizacji. Eleonor miała nieprzyjemność spotkać go w Stanach Zjednoczonych, gdzie przebywał, gdy i ona zwiedzała Nowy Świat. Nigdy w życiu nie spotkała tak oślizłego człowieka, z drugiej strony wiedziała, że jeśli ktokolwiek miałby wiedzieć, cokolwiek na temat tego co może dziać się w Londynie, to nikt inny jak twórca Klucza Salomona.

Lady Howard opatuliła się szczelniej kołnierzem z futra i ruszyła w górę schodów prowadzących do siedziby Hermetycznego Zakonu Białego Brzasku. Z jej ust uwolnił się kłąb pary, gdy ciężko wypuściła powietrze. Wyciągnęła dłoń do kołatki i po kilku uderzeniach serca w końcu uniosła nią i zastukała w drzwi.


Do posiadłości w Kensington dotarła zmęczona, musiała wszak zajechać jeszcze do domu Franza po swoje rzeczy. Tam chwilę porozmawiała z Benem, od którego dowiedziała się o telefonach Georga, jednka uznała, że pora jest już zbyt późna i Franz z Ritą na pewno się już z nim skontaktowali dlatego zaniechała pomysłu by osobiście skontaktować się z sir Carterem. Podziękowała lokajowi, za herbatę, którą dla niej przygotował i gdy ogrzała się ruszyła do domu Panny Carter.
Lady Eleonor przywitała się z lokajem, przeprosiła, za karygodnie późną porę swojego przybycia i niezwłocznie udała się na spoczynek. W domu panowała cisza, Franz i Rita, wedle słów lokaja, już jakiś czas temu skończyli pracować w bibliotece Howarda Cartera.

Rano wdowa po Księciu Norfolk obudziła się zaskakująco wcześnie. Zeszła na śniadanie sądząc, że jej przyjaciele będą już na miejscu, jednak okazała się być jedyną osobą, która pojawiła się w jadalni.
- Winstonie, czy panienka już wstała?
- Jeszcze nie proszę Pani - odpowiedział mężczyzna i dodała - Pan von Meran również nie - Eleonor dosłyszała przekąs w głosie służącego, kiedy wypowiedział imię Franza i zbystrzała.
- Bądź tak dobry i przynieś mi herbatę do śniadania, proszę - uśmiechnęła się w kierunku służącego. Lady Eleonor miała wielki szacunek do służby i pracy jaką wykonywali, zawsze więc odnosiła się do przedstawicieli tego zawodu z życzliwością - i dżem pomarańczowy, jeśli taki jest w domu - dodała po chwili namysłu i zasiadła na jednym z krzeseł przy stole jadalnym.
- Oczywiście, panienko - odpowiedział Winston i opuścił pokój pozostawiając Eleonor z własnymi myślami.

Po niedługiej chwili kobieta usłyszała otwieranie drzwi na piętrze. Tylko jednych drzwi. Słaby uśmiech pojawił się na wargach brunetki.


Z trwogą w oczach wysłuchała opowieści Pauliny i Georga, co do zdarzeń mających miejsce dnia poprzedniego. Sama jednak niewiele się odzywała. Skupiła się na łączeniu faktów w całość i planowaniu kolejnych kroków popijając gorzką herbatę. Taką lubiła najbardziej. Przystała na plan Rity i nie miała wobec niego zastrzeżeń.
- Później, moglibyśmy się znów spotkać tutaj. Dobrze gdybyśmy nie spotykali się non stop w tym samym miejscu, jeśli ktoś nas śledzi i przygląda się na naszym poczynaniom będzie miał ułatwione zadanie jeśli za każdym razem będziemy przyjeżdżać do domu Franza.
Na kilka sekund umilkła przyglądając się sir Carterowi
- O ile, oczywiście Gorge, nie masz nic przeciwko, by Twój dom dzisiaj posłużył za miejsce naszego małego zlotu. - dodała na koniec z uśmiechem na muśniętych malinowym kolorem ustach.
 

Ostatnio edytowane przez Lunatyczka : 09-02-2017 o 14:36.
Lunatyczka jest offline