Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 12-02-2017, 20:10   #28
brody
Konto usunięte
 
Reputacja: 2411 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację


Eleonor Howard
Zebrawszy całą odwagę Eleonora stanęła przed mieszkaniem, gdzie co jakiś czas zbierali się członkowie Zakonu. Wyciągnęła dłoń do kołatki i po kilku uderzeniach serca w końcu uniosła nią i zastukała w drzwi.
Gdy drzwi otworzyły się, serce lady Howard zabiło mocniej. W progu stanął lokaj ubrany w czarną liberię z licznymi złotymi zdobieniami.
- Dobry wieczór, w czym mogę pomóc? - zapytał grzecznie, choć lady Eleonora zadawała sobie, jak bardzo wymuszona jest to uprzejmość.
- Czy zastałam sir Williama? - zapytała.
Na twarzy służącego pokazał się grymas autentycznego zdziwienia.
- Chwileczkę - odparł i bezceremonialnie zamknął drzwi.

Gdy drzwi otworzyły się ponownie, serce lady Howard niemal zatrzymało się na kilka chwil. Teoretycznie była przygotowana na najgorsze, ale… Co innego psychiczne wyobrażenie, a co innego rzeczywistość.
- Kogóż moje piękne oczy widzą - zażartował na powitanie sir William Westcott.
Eleonor ledwo zniosła spojrzenie jego przenikliwych oczu. Wiedziała, że nie może uciec wzrokiem. To było jak pojedynek z dzikim zwierzęciem. Nie mogła pokazać swojego strachu i niepewności.
- Zapraszam - rzekł sir William, gdy uznał pojedynek spojrzeń za zakończony.
Eleonora weszła w wąski korytarz wyłożony czerwony dywanem z czarnymi lampasami biegnącymi po jego bokach. Na ścianach wisiały złocone kandelabry na których zauważyła kilka okultystycznych symboli.

Sir William szedł przodem, prowadząc lady Howard w głąb mieszkania. Gdy przechodził obok drzwi po lewej stronie, szybkim gestem przymknął je. Eleonora zdążyła dostrzec kątem oka, że przy okrągłym stoliku siedziała trójka osób. Rozpoznała wśród nich Israela Regardie, osobistego sekretarza Aleistera Crowleya.
- Mam gości - wyjaśnił sir William - Takie małe spotkanie członków naszego bractwa.

- Usiądź proszę - rzekł sir William, gdy znaleźli się w małym gabinecie - Cóż cię do mnie sprowadza, moja droga. Zgaduje bowiem, że nie jest to wizyta czysto towarzyska.
Lady Eleonor usiadła na wskazanym fotelu i przez chwilę zastanawiała się jak zacząć rozmowę.
- Masz rację, sir Williamie - zaczęła - Nie jest to wizyta towarzyska. Poszukuję pewnych notatek, które należały do mego ojca.
- Hmmm…. - westchnął sir William - A o co konkretnie chodzi?
Przez krótką chwilę zapadła złowroga cisza.
- Zbieram wszelkie materiały i notatki ojca. Wiele znalazłam w rodowej bibliotece, ale wiem, że liczne jego zapiski muszą znajdować się w waszych zbiorach.
- Masz rację, moja droga. Jednak sprawa nie jest to taka prosta. Nasze Bractwo nie jest już tym, co było kiedyś. Powstały liczne koterie, grupki i każda z nich twierdzi, że tylko ona ocaliła prawdziwy depozyt idei. Jeszcze parę miesięcy temu, zapewne pomógłbym ci bez mrugnięcia oka, ale dzisiaj… Dzisiaj, choćbym chciał niewiele mogę zrobić. Nasze zbiory rozpierzchły się po świecie i pewnie nigdy już nie uda się ich zebrać w jednym miejscu. Mówi się, że Regardie położył łapę na znacznej części księgozbiorów bractwa i wywiózł je do Stanów. Dawno go jednak nie widziałem, więc nie wiem ile w tym prawdy.
- Rozumiem - westchnęła lady Howard. Rozmowa przybierała niepożądany kształt. Eleonor spróbowała, więc zagrać w bardziej otwarte karty. Licząc, że może to przyniesie lepszy skutek.
- Poszukuję informacji na temat pewnego przedmiotu. W swym dzienniku ojciec zapisał, że poszukiwał go w ostatnich miesiącach życia.
- A cóż to za przedmiot? - zapytał sir William, gładząc swą siwą brodę.
- Nie wiem jak wygląda, ani czym dokładnie jest. Ojciec posługiwał się tylko dziwną nazwą “Sedefkar Simulacrum”
Gdy Eleonor wypowiedziała nazwę przeklętego artefaktu zauważyła, jak oczy starego maga zalśniły pożądliwym błyskiem. Sir William przez kilka chwil milczał, jakby zastanawiając się co ma odpowiedzieć. Przez ten cały czas intensywnie wpatrywał się w lady Howard. I tym razem kobieta wytrzymała napastliwe spojrzenie gospodarza.
- Przyznam, że obiła mi się już ta nazwa o uszy. - rzekł w końcu sir William - Jakiś czas temu pytał ktoś o nią. Muszę jednak z przykrością odpowiedzieć ci dokładnie to, co i jemu. Nie wiem nic na temat owego przedmiotu.
Eleonora pokiwała tylko w milczeniu głową.
- Rozumiem. A mogę wiedzieć, któż pytał o ten artefakt.
Kącik ust sir William drgnął w parodii uśmiechu.
- Mężczyzna ów pragnął zachować całkowitą anonimowość, nie podam ci więc jego nazwiska. Mogę tylko powiedzieć, że przedstawił mi on wiarygodny kredencjał, który mówił że jest on wysłannikiem Wielkiego Wschodu Francji.
Lady Howard ponownie pokiwała w milczeniu głową. Wiedziała, że więcej już z Westcotta nie wyciągnie.
Wyglądało na to, że nie tylko tajemnicza turecka sekta szuka artefaktu. Najwyraźniej był on w zainteresowaniu różnych okultystycznych stowarzyszeń oraz masonerii.
Nie mając innego wyjścia, lady Howard podziękowała za spotkanie i udzieloną pomoc.
- Uważaj na siebie, moja droga - rzucił na zakończenie spotkania sir William, gdy stali już przy drzwiach - Zbliżają się niebezpieczne czasy. Jak się to wszystko uspokoi, to przyjdź jeszcze do mnie. Może razem uda się nam zebrać dziedzictwo twego ojca.
- Jak się to wszystko uspokoi, to na pewno jeszcze cię odwiedzę, sir Williamie. - odparła lakonicznie Eleonora i wyszła na zewnątrz, zakładając kaptur obszyty futrem.


Ledwo wzeszło słońce, a na zaśnieżone ulice Londynu, wybiegło dziesiątki gazeciarzy. Stawali na najbardziej ruchliwych skrzyżowaniach i jeden przez drugiego wykrzykiwali tytuły z pierwszych stron.
- Kolejne brutalne morderstwo!
- Trup w British Museum!
- Czy to już seria? Gdzie jest Scotland Yard?
- Kolejny rozdział krwawej serii!
Dziennikarze prześcigali się zarówno w krzykliwości tytułów, jak i aurze sensacji. Niezależnie jednak od chęci wybicia się na tle konkurencji, prawda była taka, że Londynem już dawno nie wstrząsnęła tak duża fala zbrodni. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że w mieście dzieje się coś niedobrego.

Grupa przyjaciół profesora Smitha, wiedziała o tym aż nadto dobrze. Ten dzień jednak zaczął się od dobrych wieści. Gdy Franz odłożył gazetę i zajął się dopijaniem niemal zimnej już kawy, do jadalni wszedł Ben. Skinął on lekko głową w stronę obu dam i zbliżył się do gospodarza.
- Sir przepraszam, że przeszkadzam, ale goniec dostarczył właśnie telegram.
- Dziękuję Ben - odparł Franz i wziął od lokaja złożony na pół pocztowy druk.


Jeszcze poprzedniego wieczoru przyjaciele ustalili, że zanim wyruszą ostatecznie w podróż, skupią się jeszcze na prześledzeniu tropów, które były jeszcze tu na miejscu w Londynie. Podzieleni na pary ruszyli zbadać kilka wątków, które zdawały się być połączone z tajemniczym Turkiem i być może “Sedefkar Simulacrum”


Franz von Meran
Inspektor Fleming bez problemu przyjął Franza ponownie. Na biurku inspektora, jak szybko zauważył von Maren, przybyło kilka teczek akt. Policjant zachowywał się spokojnie, ale widać było że to tylko pozory.
- Proszę niech pan siada - rzekł gospodarz wskazując krzesło naprzeciwko siebie - Czym mogę panu pomóc?
- Chciałem zadać panu kilka pytań, jeśli to możliwe.
- Mnie? Pytań? - zdziwił się mocno inspektor i natychmiast wyprostował jak struna - Czyżby był pan dziennikarzem.
- Tak, jestem korespondentem Timesa, ale nie przychodzę do pana by przeprowadzić wywiad.
- O co zatem chodzi?
- Jak pan zapewne wie, wczoraj w British Museum miało miejsce kolejne morderstwo.
- Oczywiście, że wiem - odparł inspektor wskazują dłonią trzy, szare teczki leżące najbliżej niego - Ma pan jakieś informacje w tej sprawie.
- I tak i nie. Przypuszczam, że to zabójstwo jest powiązane z innymi tragicznymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich dni.
- Ma pan na myśli podpalenie domu profesora Smitha i zabójstwo trzech Mehmetów.
- Zgadza się - przytaknął Franz.
- Co łączy te wydarzenia? - zapytał zaintrygowany inspektor.
- Z tego, co udało mi się dowiedzieć, to zamordowany był studentem profesora Smitha.
- Zgadza się. - Fleming otworzył swój notes i przeczytał - Richard Wentworth, lat 21, student archeologii. Średniozamożna rodzina, jego ojciec ma sklep z tytoniem na West Endzie. Wentworth należał do niewielkiej grupy studentów dla której profesor Smith prowadził dodatkowe zajęcia z historii starożytnej. Przesłuchaliśmy ich wszystkich i żaden nie wie, kto mógłby chcieć śmierci Wentwortha. Związek ze Smithem jest oczywisty, jak pan zauważył. Nadal jednak nie wiemy, gdzie przebywa profesor. Może pan wie, coś na temat miejsca jego pobytu.
- Żałuje, ale niestety nie.
- Wygląda na to, że zabójstwo tego biednego studenta miało być swego rodzaju ostrzeżeniem dla profesora.
- A czy przeszukał pan mieszkanie zamordowanego?
- Tak. Sam byłem obecny w trakcie tych czynności, ale nic one nie dały. Mamy kolejnego trupa i naprawdę niewiele poszlak mogących wskazać na mordercę. Powiem, to panu w zaufaniu i liczę na dyskrecję. Przy zamordowanym znaleziono kawałek ludzkiej skóry. Nie należała ona do zamordowanego, ani do żadnego z trzech Mehmetów. Przypuszczam, że mamy do czynienia ze swego rodzaju sektą lub tajnym stowarzyszeniem, które w jakiś sposób powiązane jest z pańskim znajomym profesorem.
- Może mieć pan rację. Profesor ostatnimi czasy zaczął zgłębiać parapsychologię i metafizykę, ale doprawdy nie wiem czego konkretnie dotyczyły jego badania.
- Będziemy badać sprawę i jeśli pan się czegoś dowie, to prosiłbym o natychmiastowy kontakt. Przede wszystkim proszę o informację, gdyby profesor Smith lub jego lokaj dali jakiś znak życia. Tutaj ma pan mój domowy numer - inspektor Fleming podał Franzowi mała karteczkę z odręcznie napisanym numerem telefonu. - Może pan zdzwonić o każdej porze. Żonę i dzieci odesłałem na wieś. Z przykrością muszę stwierdzić, że w mieście nie jest teraz bezpiecznie.
- Jak tylko czegoś się dowiem, natychmiast się z panem skontaktuje inspektorze. Dziękuję z spotkanie i informację.


Pauline MacMoor
W tym czasie Paulina odwiedziła wydział archeologii, gdzie wykładał profesor Smith. Bez trudu odnalazła jego studentów i udało się jej namówić ich na krótkie spotkanie.
Na całym wydziale, jak i uczelni sprawa zniknięcia profesora i zabójstwa w bibliotece była szeroko komentowana. Krążyły różne teorie, niektóre nad wyraz fantastyczne i niewiarygodne.

Z czwórką studentów profesora Smitha, Paulina spotkała się w małej kawiarence niedaleko wydziału. Wybrała stolik w głębi sali, aby uniknąć ciekawskich spojrzeń przechodniów na ulicy. Po tym, co się wydarzyło wczoraj, można było przypuszczać, że ich grupa jest stale pod obserwacją tajemniczej sekty.

- Jestem Timothy Sutherland - przedstawił się wysoki blondyn o niesamowicie błękitnych oczach - To jest George Harts, ten tutaj to Hubert Wellins, a ten mały to Samuel Parker.
Cała trójka ukłoniła się i zajęła miejsca przy stoliku. Sutherland będący najwyraźniej nieformalnym liderem grupy zamówił wszystkim po filiżance kawy i zaczął rozmowę.
- Tak, jak pani prosiła zebrałem całą naszą grupę. Wszyscy uczestniczyliśmy w dodatkowych zajęciach prowadzonych przez profesora Smitha.
- Richard Wentworth też należał do tej grupy? - zapytała Paulina.
- Oczywiście - niemal krzyknął rudowłosy George Harts - To on praktycznie założył nasze bractwo.
- Bractwo? - zdziwiła się Paulina.
Kątem oka zauważyła, że reszta grupy rzucała karcące spojrzenia w stronę swego przyjaciela, który najwyraźniej powiedział coś czego nie powinien mówić.
- George tak nazywa naszą grupę badawczą - wyjaśnił szybko Sutherland - Naczytał się kieszonkowej literatury grozy i marzą mu się awanturnicze przygody i walka z tajemniczymi sektami. Proszę się nim nie przejmować. Ma wybujałą wyobraźnię, ale jest niegroźny.
Zakłopotany George podrapał się po swej bujnej czuprynie i wbił wzrok w czubki butów.
- Czym w takim razie zajmowała się wasza grupa badawcza? - zapytała Paulina drążąc dalej temat.
- Pomagaliśmy profesorowi w jego badaniach. Dawał on nam listę ksiąg, które mieliśmy przejrzeć w poszukiwaniu pewnych informacji.
- A konkretniej? - nalegała dalej panna MacMoor.
- Tego nie mogę zdradzić - odparł Sutherland - Obiecaliśmy to profesorowi.
- A dlaczego pani o to pyta? - wtrącił się Samuel Parker - Mieliśmy mówić o Richardzie, a to o co pani wypytuje nie ma z tym nic wspólnego.
- Spokojnie Sam.
- No, co…?
- Panna MacMoor na pewno nie ma złych intencji. Prawda? - Sutherland posłał Paulinie wymowne spojrzenie.
- Oczywiście, że nie. Jestem bliską przyjaciółką profesora i martwię się tym, co się ostatnio dzieje. Profesor zniknął, po tym jak podpalono jego dom. A teraz ktoś zabił jednego z jego studentów. Wydaje mi się, że może to mieć związek z prowadzonymi przez niego ostatnio badaniami. Dlatego pytam was o takie rzeczy. Byliście współpracownikami profesora i może wiecie więcej niż ja.
To wyjaśnienie najwyraźniej uspokoiło wszystkich.
- Może mieć pani rację. - powiedział Parker - Też tak myślimy, choć policja nie chciała nam wierzyć.
- Scotland Yard, to bęcwały - mruknął rudowłosy George Hart - Traktowali nas jak bajkopisarzy.
- Niestety to prawda - potwierdził Sutherland - Inspektor Fleming uznał nasze opowieści za wytwór bujnej wyobraźni. A przecież sam profesor Smith kazał nam szukać śladów tej dziwnej sekty.
- Sekty? Jakiej sekty? - dopytała Paulina.
- Pomagaliśmy profesorowi w zdobywaniu wiedzy na temat pewnego posągu, który wykuto w Konstantynopolu pod koniec dwunastego wieku. Posąg był ponoć przedmiotem kultu dla pewnej tajemniczej, religijnej organizacji. Mieliśmy dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Niestety dostępne źródła są nad wyraz skromne. Wiemy tylko, że to na poły pogańska, na poły muzułmańska sekta, która uznaje posąg za swego rodzaju bóstwo. Ponoć składali przed nim, za przeproszeniem panienki, ofiary z ludzkiej skóry. Profesor nas ostrzegał, żebyśmy na siebie uważali. Twierdził, że ta sekta wcale nie wyginęła i że jej wyznawcy nadal są na świecie. Przypuszczamy, że to oni dokonali podpalenia domu profesora i zabili Richarda. Zapewne szukali zapisków profesora na temat posągu.
- A macie takowe?
- Nie. Posągiem zajmował się sam profesor. Nas prosił tylko o pomoc w kwestii zdobywania informacji o samej sekcie.
- Czy moglibyście mi powiedzieć, co wiecie o tej sekcie.
- Ależ oczywiście - ucieszył się George Harts i wyciągnął duży, skórzany brulion i zaczął czytać - Bractwo Bezoblicza lub Oskórowani Bracia to sekta religijna założona na początku zeszłego stulecia, choć niektóre źródła mówią, że została założona dużo wcześniej. Być może nawet sięgają korzeniami do czasów Bizancjum. Mówi się o nich, że to sekta złodziei i skrytobójców. Pewne jest że sekta zyskała na znaczeniu w połowie XIX wieku. Są liczne ślady dowodzące ich działania na terenie całej Europy. Sami siebie uważają za oręże boskiej sprawiedliwości i gniewu starożytnych babilońskich bogów. Siedziba kultu znajduje się ponoć w jakimś zniszczonym, czy też przeklętym meczecie. To tam sekta przeprowadza swoje rytuały, których elementem w większości przypadków jest skórowanie wciąż żywych ludzi. Ponoć ich przywódca uzyskał nieśmiertelność, jako dar od swego plugawego bóstwa. Wedle przekazów jakąś część mocy owego bóstwa, czy też bóstw zaklęta jest w posągu, którego poszukiwał profesor. Władze tureckie ponoć przez jakiś czas prowadziły śledztwo w sprawie tej sekty, ale nie przyniosło ono żadnych rezultatów. Tak przynajmniej nam powiedziano. Tyle udało nam się dowiedzieć.
Gdy George skończył swój referat, Paulina podziękowała całej czwórce za spotkanie.
- Uważajcie na siebie, chłopcy - poprosiła - Gdybyście zauważyli w pobliżu jakiegoś podejrzanego Turka, to nie zastanawiajcie się, tylko bierzcie nogi za pas. Jakbyście sobie coś jeszcze przypomnieli, to dajcie mi znać, dobrze?
- Ależ oczywiście, panno MacMoor.
- Jeszcze raz dziękuję za spotkanie i zaufanie, jakim mnie obdarzyliście.
Czwórka studentów pożegnała się z panną MacMoor i opuścili oni kawiarenkę. Paulina została jeszcze parę minut, aby upewnić się że nikt jej nie śledzi. Gdy zyskała tą pewność wezwała taksówkę i ruszyła na spotkanie z przyjaciółmi.


George Carter, Maurycy Zamoyski
Zdobycie adresu zaginione Henry’ego Stanley’a nie nastręczało zbyt wielu trudności. Znajomości Franza w redakcjach prasowych znacznie ułatwiły sprawę.
Do podlondyńskiego Stoke Newington sir Carter i hrabia Zamoyski dotarli około południa. Mieszkanie zaginionego mieściło się w narożnej trzypiętrowej kamienicy z czerwonej cegły. Lata świetności miała on już dawno za sobą o czym świadczyły odpadające elementy ozdobnych obramowań okiennych oraz spora dziura w poszyciu kopuły wieńczącej budynek.
Gdy obaj dżentelmeni wysiedli z samochodu, przywitał ich sporych rozmiarów napis wykonany kredą na frontowej ścianie.

“Zobacz pokój śmierci. Jedyne sześć pensów”

Po wejściu do kamienicy nozdrza obu panów zostały zaatakowane nieprzyjemnych odorem pleśni i szczurzych odchodów. Na ścianie obok skrzynki na listy umieszczono niewielką tablicę informującą, że są wolne pokoje do wynajęcia.

Gdy zapukali do drzwi oznaczonych jako mieszkanie gospodyni, po kilku chwilach otworzyła im kobieta w średnim wieku ubrana w kwiecisty szlafrok i niebieską chustkę na głowie.
- Dzień dobry pani - zaczął uprzejmie Carter.
- Dobry, dobry. Pewnie pokój trupa chceta obaczyć, co. Chwilunia, tylko klucze wezme.
Gdy pani Atkins wróciła z kluczami, poprowadziła obu dżentelmenów na pierwsze piętro.
- Dobry, to był człowiek - gospodyni zaczęła opowieść, ledwo weszła na schody. - Cichy, spokojny, małomówny. Normalnie idealny lokator. Choć musza przyznać, że trocha dziwny był. Wiecie taki dziecinny. Niby dorosły chłop, a się pociągami bawi. Litości. Tego feralnego popołudnia, to wrócił jak zwykle około czwartej. W sam raz na herbatę. Widziałam go jak wchodził na górę cały podniecony. Coś mówił, że nowy pociąg kupił, czy lokomotywę. Około siódmej usłyszałam przeraźliwy krzyk. Wiem, że była siódma bo się właśnie audycja Phila O’Realy’ego zaczynała. Natychmiast pobiegłam na górę.Gdy szłam po schodach rozległo się jakieś dziwne dudnienie, jakby się zaraz cały budynek miał zawalić. Już wiedziałam, że to ten Stanley coś nawyprawiał. Najpierw zapukałam, ale nic. Żadnej odpowiedzi. I wtedy zobaczyłam, że spod drzwi dym się wydobywa. Pomyślałam se, no pięknie, pożaru tu mi jeszcze brakuje. Szarpnęłam za klamkę i wparowałam do środka, ale jeno szary dym zobaczyłam, a pokój puściutki. Ni żywego ducha. Przeraziłam się nie na żarty, bo nijak on wyjść stąd nie mógł. Jakby schodził na dół, to bym go widziała. Okno też zaryglowane było. Normalnie kamień w wodę, mówię wam. Jedynie ta kolejka elektryczna na środku pokoju stała. Jednak jej to już nie zobaczycie, bo policja ją zabrała. Ten inspektor, co tu był mówił, że to ona pewnie zwarcie zrobiła i biednego Stanley’a na miejscu na proch spopieliła.

Pani Arkins stanęła przed drzwiami do mieszkania oznaczonego jako “1F” Teatralnym gestem wyciągnęła klucz z kieszeni szlafroka i z dumą zaprezentowała obu panom.
- Gotowi?
Sir Carter przytaknął.
- No to moje sześć pensiaków, to znaczy dwa razy sześć, bo was dwóch jest, nie?
Zamoyski wyciągnął pugilares i uiścił całą zapłatę.
Pieniądze natychmiast zniknęły w przepastnych kieszeniach szlafroka gospodyni kamienicy. Klucz zachrzęścił w zamku i pani Atkins pchnęła drzwi, które otworzyły się na oścież.
- Aż trudno sobie wyobrazić, że to tutaj spopieliło go na proch, co nie? Przerażające. Prawdziwy koszmar.

Pokój nie wyróżniał się niczym szczególnym. Prosta, dwudrzwiowa szafa stała w rogu. Obok niej niewielki stolik z miednicą i dzbankiem na wodę do porannej ablucji. Żelazne łóżko i sięgająca sufitu półka. Znajdowały się na niej rzędy książek. Wszystkie dotyczyły jednego tematu - kolejnictwa. Były tam szczegółowe plany pociągów, opisy tras oraz historii danej linii, dokładne opisy różnych modeli lokomotyw i wagonów, zarówno pasażerskich, jak i towarowych. Wyraźnie widać było, że pan Stanley miał prawdziwego bzika na tym punkcie.

Uwagę hrabiego Zamoyskiego zwrócił natomiast sufit, który cały pokryty był czarną sadzą. Także na półce z książkami osiadła jej spora ilość. Natomiast tapeta w wielu miejscach miała duże bąble i pęcherze, jakby była wystawiona na długotrwałe działanie pary wodnej. Było to doprawdy dziwne i intrygujące.
Poza tym w pokoju nie było żadnych śladów pożaru lub popiołów mogących potwierdzić wersję o nagłym spaleniu się pana Stanley’a.

- Mówiłam, kamień w wodę - podsumowała zwiedzanie pani Atkins.
- Puk, puk - jakiś mężczyzna zasymulował głosem pukanie do drzwi.
- O! Pan sierżant Webelly - ni to ucieszyła, ni to zdziwiła się gospodyni.
- A pani dalej kupczy ludzką tragedią, pani Atkins. Mówiłem, żeby pani przestała traktować to mieszkanie jak muzeum.
- Ależ panie sierżancie, skoro jest klientela, to grzech nie skorzystać.
- A panowie coście za jedni - sierżant zwrócił się do sir Cartera i hrabiego Zamoyskiego.
Sir Carter przedstawił się oraz swego towarzysza i od razu przeszedł do pytań.
- Ponoć policja twierdzi, że to był wypadek, a nie samozapłon jak pisała prasa.
- Wypadek, też może być. Choć ja uważam, że to zwykłe upozorowanie własnej śmierci. Pewnie pan Stanley miał długi, albo inne kłopoty i postanowił zniknąć.
- A kolejka elektryczna nie mogła być przyczyną wypadku. Jakieś zwarcie lub iskra nie mogły wywołać pożaru?
- Tego też nie wykluczamy. Z tego, co wiem to inspektor prowadzący śledztwo zlecił jakąś ekspertyzę ten zabawki, co tu na podłodze stała.
- Ekspertyzę? A komu?
- Z tego, co się orientuje to Londyńskiemu Stowarzyszeniu Miłośników Kolei. A dokładniej prezesowi stowarzyszenie panu Arthurowi Butlerowi. Gdybyście panowie chcieli, to mogę dać wam jego adres. On pewnie będzie wiedział więcej niż ja.
- Bardzo chętnie - odparł sir Carter i widząc, że nic więcej się tutaj nie dowie, podziękował pani Atkins za udostępnienie pokoju i miła obsługę. Po czym wraz z hrabią Zamoyskim ruszył do samochodu.


Rita Carter, Eleonor Howard
Przed Ritą i Eleonor stanęło zadanie sprawdzenie majątku rodziny Alexis. Jak się okazało, cały majątek został rozsprzedany w ciągu ostatniego roku, a rodowa siedziba miała być wystawiona na licytację za niecały tydzień. Nie było więc sensu, aby jechać na miejsce i tam prowadzić poszukiwania. Lady Howard przypomniała sobie jednak pewien fakt, gdy wraz z Ritą wychodziły od prawnika, który zajmował się zlicytowaniem majątku Alexisów.
Fakt ten bardzo ją poruszył i naprawdę wystraszył, gdyż kolejny puzzle pasował do całej układanki. Eleonora przypomniała sobie, że Randolph Alexis był dość znanym okultystą, członkiem obu Hermetycznych Zakonów, Złotego Brzasku i Srebrnego Zmierzchu. Ponoć także jego syn, Albert, także parał się czarną magią.
Mają te informacje, obie damy postanowiły troszkę poszperać w bibliotece, aby zgłębić temat. W końcu był to jakiś trop i mógł on mieć coś wspólnego ze sprawą, którą badali.

Kilka godzin intensywnych poszukiwań pozwoliło dowiedzieć się, że zarówno ojciec, jak i syn zginęli w tajemniczych i tragicznych okolicznościach. Alexis senior zginął w wypadku kolejowym w 1897 roku w czasie podróży do Liverpoolu, a jego syn zniknął z własnego domu w tajemniczych okolicznościach w 1917 roku. Jego zniknięcie było niezwykle podobne do wypadku, jaki spotkał pana Henry’ego Stanley’a o którym pisała prasa. Albert Alexis zniknął ze swego domu w kłębach dymu. Policja nie znalazła, ani ciała ani innych dowodów mogących świadczyć o zabójstwie lub samobójstwie młodszego Alexisa. Po krótkim śledztwie stwierdzono, że najprawdopodobniej sir Alexis upozorował własną śmierć i uciekł z kraju.
Obie sprawy wyglądały bardzo podobnie. Pytanie, co wspólnego z nimi mogła mieć elektryczna zabawka i tajemniczy Turek?


Wszyscy
Po całym dniu spędzonym na śledztwie grupa przyjaciół, zgodnie ze wcześniejszą umową spotkała się w domu sir George’a. Służba przyniosła spóźniony obiad oraz karafkę pierwszorzędnej brandy na rozgrzewkę. W czasie posiłku członkowie grupy wymienili się zebranymi informacjami i stanęli przed dylematem, co robić dalej.
Z jednej strony sprawa zaginięcia pana Stanley’a wydawała się być połączona w jakiś sposób z przeklętym posągiem, ale z drugiej profesor Smith nalegał na pośpiech, gdyż jak sami się przekonali członkowie tureckiej sekty nie zamierzali przyglądać się wszystkiemu z boku.
Zbliżał się wieczór i sytym posiłku oraz kieliszku rozgrzewającej brandy, grupa miała dość czasu, aby mocno zastanowić się nad kolejnym krokiem.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.

Ostatnio edytowane przez brody : 12-02-2017 o 22:28.
brody jest offline