Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 19-02-2017, 01:23   #32
Pan Elf
 
Pan Elf's Avatar
 
Reputacja: 17069 Pan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputację
Nadchodzący dzień nie zapowiadał się dla Rity wcale ekscytująco. Poprzedniego wieczora, który spędziła wraz z pozostałymi uwikłanymi w śledztwo w willi George’a, wszyscy dzielili się zebranymi informacjami i zaczęli snuć plany na kolejny dzień. Właściwie tylko Eleonor wraz z Franzem mieli plan, reszta jakoś nie bardzo miała pomysły, co dalej zrobić w związku ze śledztwem. Rita początkowo chciała udać się wraz z dwójką przyjaciół do Stowarzyszenia Miłośników Kolei, lecz ostatecznie porzuciła ten pomysł. Uważała, że trzy osoby to już zbędny tłum, ale przede wszystkim wpadła jej do głowy pewna myśl, która szybko uformowała się w plan działania na kolejny dzień. Nie chciała się tym dzielić z pozostałymi, przynajmniej nie w tamtej chwili, kiedy pozostała trójka była za tym, by jak najprędzej wsiąść do pociągu i opuścić Londyn. Rita jednak, podobnie jak Franz i Eleonor, uważała, że coś jeszcze uda się wyciągnąć z tego miasta. Pożegnała się więc czym prędzej z przyjaciółmi, obiecując, że przyjedzie nazajutrz na spotkanie, po czym wróciła do Kensington.

Obudziła się wczesnym rankiem. Kiedy spojrzała na zegar, było pół do szóstej, a na zewnątrz jeszcze było ciemno. Rita jednak nie mogła dłużej spać z podekscytowania. Właściwie dziwiła się, że tak łatwo udało jej się zasnąć i przespać całą noc, zazwyczaj w takich sytuacjach było z tym ciężko. Gdy więc odczekała chwilę, by całe jej ciało się rozbudziło, wysunęła się spod kołdry i szybkim krokiem udała się do łazienki, skąd wkrótce rozległ się szum wody i odgłosy kąpieli.
Po godzinie siódmej Rita była już po szybkim śniadaniu. Z kubkiem gorącego kakao w dłoni (rankiem nigdy nie piła kawy ani herbaty) podeszła do telefonu znajdującego się w salonie i wykręciła wcześniej znaleziony numer do szpitala psychiatrycznego w Hanwell.
- Dzisiaj o trzynastej? Fantastycznie. Rita Alexis. Tak. Dziękuję. - Po tych słowach Rita odłożyła słuchawkę i rozsiadła się wygodnie na miękkiej kanapie.
Upiła łyk gorącego kakao, wpatrując się w tańczące języki ognia w kominku i rozmyślając o swoim szalonym i trochę ryzykownym planie. Mimowolny uśmiech pojawił się na jej twarzy i świadczył o tym, że była w swoim żywiole - planując rzeczy szalone i niebezpieczne.

Kiedy jej automobil z cichym furkotem zbliżał się do bram Hanwell Asylum, Rita zwolniła, nachylając się nad kierownicą i przyglądając się rozciągającemu się kompleksowi ośrodka dla psychicznie chorych. Poczuła, jak w jej sercu rodzi się niepokój i przez chwilę zapragnęła zawrócić i już w ogóle nie oglądać tego miejsca. Otaczała je dziwna aura. Ciężko to było Ricie kiedykolwiek później wytłumaczyć, ale drugi raz dobrowolnie by się tam już nie wybrała.
Zdusiła jednak w sobie te dziwne odczucia i minęła bramy, po czym zaparkowała i zabrawszy wcześniej zakupiony bukiet kwiatów, opuściła pojazd i ruszyła w kierunku zabudowań. Mijając pielęgniarzy i pielęgniarki, a także pacjentów, którym wolno było wyjść na świeże powietrze na krótki spacer, Rita starała się patrzeć cały czas przed siebie. Odczuwała jakiś absurdalny strach przed tymi ludźmi, jakby jedno spojrzenie miało sprawić, że zaraz rzucą się na nią i zamkną ją razem z nimi.
Odetchnęła dopiero, kiedy znalazła się w gabinecie ordynatora. Był to całkiem przytulny pokój z biurkiem z ciemnego drewna oraz dopasowaną biblioteczką, kominkiem i dużym oknem do połowy przysłoniętym ciężką, bordową zasłoną.
Za biurkiem siedział starszy mężczyzna. Rita oceniła, że musiał mieć koło sześćdziesięciu lat, a była całkiem dobra w ocenie wieku innych. Uwagę zwracały jego ostre rysy twarzy i orli nos, które nadawały mu surowego charakteru. Idealny kandydat na ordynatora takiego miejsca, przeszło przez myśl Ricie, kiedy zajmowała fotel naprzeciwko biurka.
- Martin Wingate - przedstawił się, spoglądając na nią przenikliwym spojrzeniem lodowatych, niebieskich oczu.
Rita cały czas starała się ignorować specyficzny zapach, który opanował cały gabinet ordynatora Wingate’a. Nie potrafiła ocenić, co to był za zapach, jednak był dość nieprzyjemny.
- Rita Alexis - odparła, wyginając bordowe usta w lekkim uśmiechu. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że oczy ordynatora próbują wwiercić się w jej umysł.
- Muszę zapytać, dlaczego interesuje się pani stanem Teresy Godfrey Alexis?
Rita spodziewała się takiego pytania. Obmyśliła doskonały plan przy porannym kakao, dlatego też bez zająknięcia odpowiedziała ordynatorowi.
- Jestem żoną jej syna. Choć można uznać, że wdową po nim… - Spuściła wzrok, chcąc wzmocnić swoją wiarygodność poprzez ten mały gest.
Mężczyzna odchrząknął. Musiał się poczuć trochę zmieszany, co Rita odczytała jako sukces swojego małego podstępu, co zresztą potwierdziły jego kolejne słowa.
- Rozumiem. Od dawna nikt nie odwiedzał pani Teresy, nie wiedziałem, że poza mężem i synem miała jakąś rodzinę.
- Żałuję, że nie odważyłam się na ten krok wcześniej, ale byłam zbyt pogrążona w żałobie po mężu - wyznała Rita, w duchu dziwiąc się, że Wingate tak łatwo łyknął to kłamstwo.
- To zrozumiałe - przyznał ordynator, potakując lekko głową. - Ale do rzeczy. Pytała pani o stan teściowej. Teresa trafiła do szpitala jakieś sześć lat temu po raz pierwszy. Najpierw było to zwykłe załamanie nerwowe, ale z każdym kolejnym miesiącem choroba się pogłębiała. Brak wsparcia ze strony rodziny przyczynił się do pogłębienia choroby i braku rezultatów w leczeniu. - Kiedy to mówił, nie dało się w jego głosie wyczuć wyrzutów. Mówił po prostu jakie były fakty, a ton jego głosu był neutralnie oziębły. - Po zniknięciu syna Teresa załamała się całkowicie i obecnie nie jest w stanie już normalnie funkcjonować w społeczeństwie.
- Jej fiksacja dotyczy pociągów - kontynuował Wingate, wpatrując się w zawartość teczki, po którą sięgnął do szuflady podczas swojej przemowy. - Pani Teresa twierdzi, że diabelski skład zabił jej męża i syna. Lepiej nie poruszać przy niej tematów rodziny i pociągów.
Rita również wpatrywała się w ową teczkę, lecz nic nie mogła dostrzec. Miała wielką nadzieję, że ktoś nagle wezwie ordynatora, a ona będzie miała idealną okazję, by przejrzeć zawartość, lecz tak się nie stało. Musiała obejść się smakiem.
Po tej rozmowie ordynator zawołał pielęgniarza, który miał zaprowadzić domniemaną synową Teresy do jej pokoju. Rita podziękowała więc Martinowi Wingate’owi za rozmowę i po chwili ruszyła za mocno zbudowanym, łysym pielęgniarzem, którego spojrzenie przyprawiało o ciarki, jak zresztą całe to miejsce.
Z licznych pokoi, które mijali, a także tajemniczych korytarzy prowadzących do innych pomieszczeń, co jakiś czas dobiegały męskie i kobiece krzyki, szaleńcze śmiechy i różne mniej lub bardziej mrożące krew w żyłach odgłosy. Rita mocniej zacisnęła dłoń, w której ściskała bukiet, kiedy mijali jednego z pacjentów spacerującego po korytarzu. Na widok Rity przystanął i wpatrywał się w nią, oblizując przy tym wargi i mamrocząc coś pod nosem.
W końcu dotarli do samotnych drzwi, za którymi, według słów pielęgniarza, znajdował się pokój pani Teresy.
- Dziękuję - powiedziała do mężczyzny, który po chwili otworzył przed nią drzwi i wpuścił ją do środka.
Pokój był oszczędnie urządzony. Dość surowo i nieprzytulnie, ale był to najwidoczniej standard w tym miejscu. Jak ludzie mieli dojść do siebie w takich warunkach, zapytała samą siebie w myślach, kiedy rozglądała się po pomieszczeniu. Ostatecznie jej wzrok padł na chudą kobietę siedzącą na łóżku. Wyglądała w miarę normalnie, gdyby nie jej spojrzenie, które zdradzało obłąkanie. Rozbiegane oczy i dziwaczny uśmiech.
- Dzień dobry, Tereso - przywitała się Rita, od razu przechodząc z nią na ty.
Podeszła bliżej i wstawiła przyniesiony bukiet kwiatów do wazonu stojącego na nocnym stoliczku. Uśmiechnęła się życzliwie do kobiety i zapytała o jej samopoczucie i czy dobrze jest traktowana w tym szpitalu.
- Tak, taaaak. Bardzo dobrze! - odparła Teresa, uśmiechając się szeroko i przewracając oczami. Wyglądało to absurdalnie i przerażająco. - Wszyscy tutaj są BARDZO mili!
Rita postanowiła zmienić taktykę. Wiedziała, że będąc miłą nic nie wyciągnie z chorej psychicznie, a i podawać się za jej synową nie mogła, bo i tak by nie uwierzyła - czy byłaby zdrowa, czy szurnięta.
- Jestem Rita Carter - przedstawiła się, a ton jej głosu przybrał poważnego brzmienia. - Jestem reporterką The London Herald. Piszę artykuł o niedawnych tajemniczych zaginięciach i jestem pewna, że są powiązane ze zniknięciem pani syna oraz śmiercią pani męża. Wiem, że kryje się za tym coś więcej, niż ludzki rozum jest w stanie pojąć. Coś nadprzyrodzonego i chcę to ujawnić światu. Potrzebuję pani pomocy. Chcę odnaleźć pani syna - dodała na koniec, choć czuła, że mogła tym przekroczyć pewną granicę.
Teresa przez chwilę patrzyła na Ritę z niedowierzaniem. Jej obłąkane spojrzenie utkwione było w młodej kobiecie, jakby chciała się wedrzeć do jej wnętrza, zupełnie jak ordynator, lecz w znacznie bardziej obłąkany sposób. W końcu splunęła na podłogę.
- Szatany! - wykrzyknęła nagle, a Rita aż drgnęła, bo się nie spodziewała tak nagłej reakcji. - SZATANY zabrały mi synka. Mówię ci, diabły! - mówiła z pasją w głosie. - Zakradły się w nocy i ich porwały! Diabelski pociag. A sam Lucyfer im przewodził. To straszne. Dym i huk przeraźliwy. Obu zabrał szatan do piekła. Rozumiesz? - Teresa wlepiła spojrzenie w Ritę, wyczekując jej reakcji.
Panna Carter była w lekkim szoku, lecz wiedziała, że musi się z niego szybko otrząsnąć. Zaczęła żałować, że naprawdę nie była reporterką, bo wtedy wiedziałaby dokładnie, o co pytać. Igrała z czasem, bo czuła, że obłąkana kobieta siedząca naprzeciwko niej niedługo straci nad sobą panowanie. Pokiwała więc głową na znak zrozumienia.
- Diabelski pociąg… - powiedziała bardziej sama do siebie, jakby analizując wszystkie fakty. Czyżby w pociągu, w którym zginął mąż Teresy, przewożony był poszukiwany przez nich posąg? A może tylko jego część? - Co w nim było? Co przewozil? Czy porwali pani męża do pociągu?
- O tak! - krzyknęła Teresa, a Rita znowu drgnęła. Coraz mniej podobało jej się towarzystwo psychicznie chorej kobiety. - Z samego Tartaru po niego przybyli. Widziałam ich. Ich diabelskie, potworne mordy. Czerwone ślepia i ten huk.
Teresa złapała się za głowę i zaczęła sobie wyrywać włosy z głowy. Rita przeczuwała, że to już ostatnie chwile jej samokontroli, więc musiała działać szybko. O co powinna ją zapytać? Presja czasu i obłąkana rozmówczyni wcale nie pomagały w podjęciu decyzji.
- Jak wyglądały twarze tych diabłów? - zapytała, zanim zdążyła właściwie przemyśleć swoje pytanie.
- O TAAAAAK! - wrzasnęła Teresa i wykrzywiła twarz w koszmarnym grymasie, całkowicie sprzecznym z anatomią. Jej oczy zalśniły niczym dwa piekielne ognie, a język zaczął wić się jak wściekły wąż. Po chwili rzuciła się w stronę Rity, ale w ostatniej chwili do pokoju wpadł ordynator w towarzystwie dwóch pielęgniarzy i odciągnęli Teresę od Rity.
Carter wpatrywała się z lekkim przerażeniem w proces uspokajania pacjentki. Czuła, że nie wyciągnęła wszystkich informacji, które mogła, ale i tak doszła do pewnych wniosków, które mogły okazać się przydatne w śledztwie.
Z nieukrywanym wytchnieniem opuściła zakład psychiatryczny Hanwell i pojechała prosto do posiadłości swojego kuzyna, gdzie cała szóstka była umówiona. Rita postanowiła na razie zataić swoją małą przygodę przed resztą. Poza tym, jak się okazało, Franz i Eleonor przywieźli ze sobą coś równie interesującego - dokładny model pociągu, w jakim zginął mąż Teresy.

Następny poranek Rita spędziła w swoim rodzinnym domu w Kensington. Z pomocą Winstona przygotowywała się do nadchodzącej podróży Orient Ekspresem. Długo zastanawiała się nad tym, co zabrać. Ubrania zostawiła na sam koniec, bo to była sprawa teoretycznie najprostsza, a praktycznie najtrudniejsza.
Wparowała do biblioteki swojego ojca niczym tornado, poszukując wszelakich słowników i pomocy językowych. Francuskim i niemieckim potrafiła się posługiwać, jednak turecki czy włoski, a już na pewno chorwacki nie były językami, które opanowała choćby w stopniu podstawowym. Analizując dokładnie przebieg trasy pociągu zebrała jak najwięcej pomocy językowych i ułożyła je na stoliku do spakowania, czym zajął się Winston. Poza tym z biblioteki ojca dorzuciła jeszcze kilka książek, których lektura mogła się jej przydać - między innymi na temat kultury krajów, które wkrótce miała odwiedzić, ale także kilka historycznych ksiąg i tych zawierających baśnie i legendy.
Kiedy opuściła bibliotekę zaczęła zastanawiać się, co jeszcze mogłoby jej się przydać podczas tej podróży. Do podręcznej walizki wrzuciła swój notes wraz z przyborami do pisania, naładowany rewolwer od ojca razem z dwiema paczkami amunicji i kilka mniej istotnych szpargałów. Do dużych waliz wrzuciła sukienki stosowne na chłodniejsze jak i cieplejsze dni, a także kilka wieczorowych kreacji, kilka par butów pasujących do sukienek i biżuterię. Spakowała również całą swoją bieliznę, ponieważ wiedziała, że nie będzie mogła sobie zaprzątać głowy takimi przyziemnymi sprawami jak pranie. Szlafrok, ręczniki i ogólnie typowo kąpielowe rzeczy również znalazły się w bagażu. Kilka płaszczy przeciwdeszczowych, jeden zimowy oraz jeden na typowo wiosenną pogodę znalazło się w kolejnej walizce. W kuferkach wylądowały rozmaite kosmetyki i bibeloty. Do torebki wrzuciła również paszport i poleciła Winstonowi, by pojechał do kantoru. Musiała bowiem posiadać gotówkę w każdej walucie, która mogła jej się przydać. Ogólem był to całkiem pokaźny stos waliz, walizek, kufrów i kuferków oraz torebek przygotowanych do transportu na dworzec.
- Do zobaczenia, Winstonie. Opiekuj się Kaspianem - powiedziała, żegnając się ze swoim wieloletnim opiekunem, przyjacielem i lokajem, po czym wsiadła do zamówionej taksówki i ruszyła ku nadchodzącej przygodzie.
 

Ostatnio edytowane przez Pan Elf : 19-02-2017 o 12:55.
Pan Elf jest offline