Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 06-02-2007, 11:47   #25
abishai
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 5 abishai ma w sobie cośabishai ma w sobie cośabishai ma w sobie coś
$: 250 880
Volstagh

- Zacni Panowie i Szlachetne Panie, Szanowni goście, pragnę was wszystkich przeprosić w imieniu księcia za opóźnienie jakie nastąpiło. Dwadzieścia minut różnicy mam nadzieję nie zrobi państwu różnicy. Jeszcze raz bardzo przepraszam i proszę o cierpliwość, zapewniam że bal będzie wyśmienity.
~Nie ma co. Wpadka na samym początku. To zły omen.~ Pomyślał gnom. ~Pytanie tylko dla kogo. ~
Na wszelki wypadek Volstagh splótł dłonie i wykonał skok do tyłu, mówiąc po cichu. -O Beshabo, zazdrosna bogini, odwróć od mnie swe oko.

~Vanticusa zobaczył... jasne, a ja jestem wcieleniem Bane'a. Paskudne ptaszysko, od jutra przechodzi na dietę.~ pomyślał gnom przechadzając się pomiędzy zgromadzonymi przedstawicielami szlachty. Wszędzie było tyle bogactwa, nawet więcej niż widział gdy służył Bronowi w Mieście Tysiąca Iglic. No ale tu jest stolica Cormyru ...
Od zapachów korzennych przypraw kręciło się Vostaghowi w nosie.
~No i gdzie jest Purchawek? Założę, że znalazł sobie jakąś interesującą kruczycę, lowelas od siedmiu boleści.~ Tak myśląc Volstagh trzymał się w cieniu, obsługa przyjęcia nie powinna bowiem rzucać się w oczy. W pewnym momencie usłyszał z jednej strony donośny głos .
- Szanowni Państwo jestem I Adiutant Kasztelan Knivor Dereuzyn i pragnę zaprosić Was wszystkich tutaj zebranych do sali balowej. Książę jest gotów. Zatem proszę za mną. –

Gnom ruszył zanim wraz z innymi, i po chwili zorientował się, że nie był to najmądrzejszy pomysł. W swych jarmarkowych szatach z jak wyróżniał się na tle pozostałych gości ubranych w najpiękniejsze szaty z najdroższych tkanin.
~I nie mam nawet jak rzucić czaru, by ukryć swą mizerną postać, bez zwracania uwagi osób dookoła. Oko Beshaby musiało na mnie spocząć. ~Myślał posępnie gnom.
Nagle do Volstagha podszedł jeden ze służących. Przez głowę gnoma przebiegło, kilka pomysłowa na wymówki. Ale gdy usłyszał od służącego..
- Czy mam przyjemność z szanownym Panem Irbinem De Harrauzerem? Wysłannikiem z Mirabar, odznaczonym orderem Złotej Kanwy w Luskan za wynalezienie nadwiernika kwazynowego molchynu-dwanaście?
- Aa... tak – tylko tyle zdążył wydukać Volstagh. Nie spodziewał się bowiem, że ktoś w ogóle weźmie go z ambasadora. Lokaj najwyraźniej był wyuczony na pamięć i musiał się co najmniej trochę znać na tym o czym mówi, przynajmniej takie robił wrażenie.
- Myśleliśmy, że już pan nie przyjedzie. Słyszeliśmy o problemach z karawaną na Trakcie Handlu. Proszę za mną –
- Problemach ?! Problemy to małe słowo mój chłopcze.- Volstagh instynktownie wszedł w rolę. Co prawda jedyne słowo jakiego zrozumiał z bełkotu lokaja to Luskan. Ale dla zawodowego łgarza, jakim był gnom, to wystarczyło. - Napadnięto mnie i obrabowano. Mnie ..ambasadora! Mój immunitet nic dla nich nie znaczył. Wybili moją służbę i zniszczyli moje galowe ubrania. I nie byli to zwykli zbóje, zapewniam cię. Mieli ze sobą maga, który zniszczył mój powóz, kulą ognia. I mówili z sembijskim akcentem.
Volstagh zasiadł nieco niepewny swej roli i zmieszany. Niemniej grał swą rolę do końca. Za podszywanie się pod ambasadora pewnie grozi jakaś mało przyjemna kara, i Volstagh wątpił by uwierzyli, że była to tylko pomyłka.
- Powinienem dać ci napiwek chłopcze.- rzekł Volstgh sięgając po złota monetę z sakiewki. Ale po jej wyciągnięciu dodał.- Ale pewnie zaszczyt jakim jest służenie rodowi królewskiemu jest największą nagrodą, a ja jeszcze muszę wrócić do Mirabar.
Szybki ruch dłoni gnoma spowodował, że moneta znikła.
Gnom przyjrzał się siedzącym z obu stron gościom. Krasnoludy wyglądały jak napuszone indory, zaś okularnik sprawiał wrażenie sympatycznego.
- Jestem wysłannikiem z Mirabar, Irbin De Harrauzer , a waszmość jakie miano nosisz?- spytał gnom uczonego. - Jeśli dobrze zgaduję musicie być przewodniczącym którejś miejskich gildii.
Zanim ów uczony zdążył odpowiedzieć muzyka ucichnąć i do sali wszedł młody książę rozpoczynając przemówienie.

- Pragnę powitać gorąco wszystkich zebranych. Cieszę się, że tak licznie przybyliście na moje urodziny. Wiem oczywiście, że jest to dzień ważniejszy niż tylko obchody kolejnego roku mojego życia. Dziś wchodzę w wiek dorosły, co za tym idzie za dwa lata założę królewską koronę i wezmę za żonę damę którą uznam za stosowną do zadania królowej. Może nawet dziś znajdę tą jedną, a jeśli nie to zapewne poznam kilka kandydatek. Ten wieczór ma być przepełniony radością i zabawą, dzisiaj pokażę wam jak Cormyr podejmuje gości i mam nadzieję, że przybędziecie też za dwa lata kiedy będę mógł wam pokazać jak przyjmuje królewski Cormyr. Zapewniam was, że nie pożałujecie że przybyliście tak długą drogę na mój zamek. Zatem zaczynajmy niech gra muzyka, niech Suzail się bawi! –

Potem były fajerwerki i to co Volstagh najbardziej się obawiał.. Składanie darów przez poselstwa księciu.. W końcu bowiem przyjdzie przecież pora na wysłannika Mirabaru.
Póki co zatopił się w rozmowie z uczonym ..Aż rozległy się słowa herolda.
- Wysłannik Mirabaru Irbin De Harrauzer, odznaczony orderem Złotej Kanwy w Luskan za wynalezienie nadwiernika kwazynowego molchynu-dwanaście !
Gnom wstał i ruszył w kierunku księcia dostojnym powolnym krokiem. Nie zważał na niepochlebne szepty ze strony innych stronnictw i zakrztuszenie się wysłannika Thay. Spojrzał kątem oka na niego, wyglądał na zaskoczonego. Volstagh domyślał co mogło sprawić, że Thay , tak nie lubiane w Cormyrze przysłało tu swego przedstawiciela. Urodziny księcia były bowiem doskonała okazją na poprawienie swego wizerunku i w przyszłości, utworzenie enklaw na terenie królestwa. Tak, władcy Thay zawsze myśleli długoplanowo.
Volstagh stanął przed księciem, i bez drżenia w głosie rzekł. - Drogi książę, wybacz mi mój strój, jakże nie pasujący do dzisiejszego dnia, jak i brak daru dla ciebie. Niestety podróż którą odbyłem z mego ukochanego Mirabaru do twego królestwa, nie upłynęła mi tak jak planowałem. Na Trakcie Handlu, doszło bowiem do incydentu, który nawet dziś żalem napawa me serce. Otóż zostałem napadnięty, mój dar i szaty zrabowane, a moi słudzy zginęli w bohaterskiej obronie mego życia. Ja sam ledwo przeżyłem ową napaść...I nie byli to zwykli zbóje, tylko dobrze zorganizowana i wyposażona banda, mówiąca z sembijskim akcentem i mająca w swym składzie czarodzieja w czerwonych szatach. Nie będę tu oskarżał nikogo, ale niewątpliwe zdam stosowny raport, gdy powrócę do domu.
Nie mogąc jednak złożyć stosownego daru jako dowodu życzliwości Mirabaru dla królewskiej dynastii Cormyru, składam więc swoje skromne usługi na okres trzech miesięcy.

Po tych słowach Volstagh skłonił się księciu.
 
__________________
"Nieważne jak człowiek wygląda, ważne co ma w czaszce"-cytat z ilithidzkich ksiąg mądrości.
abishai jest offline