Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 06-04-2017, 23:38   #28
Jaracz
 
Jaracz's Avatar
 
Hektor uśmiechnął się szeroko. Opuścił miecz i przerzucał spojrzenie pomiędzy kusznikami.
- Nooo… proszę proszę. Napadać na rycerza na trakcie? Czyn iście brawghurowy. Trochę blisko podeszliście. Celność kiepska, czy chcieliście się przyjrzeć mojej facjacie? A tamtemu to rączki się trzęsą pewnie z zimna… bo na pewno nie z nerwów, prawda?
Gadał i gadał i można by pomyśleć że rycerz ma wrażenie że panuje nad sytuacją. Otóż nie panował. Kuszników było trzech i musieliby być ślepi żeby nie trafić w nieruchomy cel. Dlatego Hektor gadał, a że gadał do całej trójki to ruszał się i kręcił wierzchowcem. Chciał aby rybożer był gotów do skoku w bok, który może i tylko może.uratuje go i jego pana przed bełtami. Jeśli te chybią, życia banitów zakończą się stosunkowo szybko.
Warg się kręcił powarkując. Jeden z bandytów krzyknął mając dość słuchania bulgotania utopca. To był moment na który czekał rycerz. Rybożer skoczył według rozkazu swojego pana w bok unikając dwóch strzałów z kusz. Trzeci, od tego co mu się ręce trzęsły, trafił warga w udo. Zwierzak załkał boleśnie i jego następny skok nie był już tak celny. Zabrakło mu kilkunastu centymetrów aby chłapnięcie zębami dosięgnęło bandytę. Mimo to wywołał on przerażenie na twarzy swojej niedoszłej ofiary, która to zachwiała się i przewróciła na plecy. Pozostała dwójka cofnęła się widząc, że wierzchowiec jest wytresowany do boju. Ten bliżej sięgnął po swoją pałkę, zaś dalszy zaczął pospiesznie i nieco niedbale zakładać kolejny bełt na kuszę.
- Gryź! - warknął utopiec zeskakując z wierzchowca.
Zostawił leżącego bandytę wargowi, a sam rzucił się do przodu. Za cel obrał mężczyznę, który wciąż pokładał wiarę w kuszy. Na szczęście w lesie było mniej śniegu niż na polu, ale i tak rycerz musiał raczej skakać niż biec. Już nic nie gulgotał. Kontrolował oddech zgodnie z wpojonymi kiedyś w dawnym życiu naukami. Półtoraręczne ostrze trzymał tym razem w jednej dłoni wiedząc, że nie potrzebuje przesadnej siły uderzenia na bandytę. Drugą rękę wolał mieć wolną w razie gdyby musiał przyjąć na nią cios.
Rybożer zgodnie z poleceniem rzucił się na leżącego. Wrzask bólu wydarł się z ust umierającego mężczyzny. Utopiec się nie oglądał chcąc pozbawić możliwości strzału przeciwnika. Zgodnie z przewidywaniami musiał zablokować cios, który gładko zszedł po jego zbroi tylko lekko ją zdrapując. Niedoszły strzelec nie był przygotowany na nagłe pojawienie się rycerza. Zasłonił się rękami puszczając kuszę. Ciężkie ostrze nie miało problemu z słabą zaporą wbijając się zarówno w ręce jak i w bark mężczyzny. Ten zawył z bólu.
Hektor wyszarpnął miecz odpychając silnym uderzeniem pięści ciężko rannego przeciwnika. Natychmiast się odwrócił do ostatniego z bandytów. Bieganie po zaspach i nagły zryw w postaci nieoczekiwanej walki zmęczyły rycerza. Dlatego nie rzucił się od razu do kolejnej potyczki.
Przeciwnik był mniej zmęczony od utopca. Naparł na niego dokładnie w momencie kiedy ten się odwracał. Metal ich ostrzy szczęknął kiedy rycerz w ostatniej chwili sparował cios.
- Walcz, nie maż się - krzyknął do tego łkającego z bólu. Wyciągnął sztylet nie chcąc dać utopcowi wykorzystać przewagę jego zasięgu.
Rycerze nie byli miejskimi szermierzami, którzy finezją przewyższali koty stąpające po rozwieszonych między oknami sznurach na pranie. Może taka sztuka władania bronią, nierzadko nazywana prześmiewczo przez rycerzy “wywijactwem”, lub też “szpadownictwem plebsowym”, przydałaby się w tej sytuacji. Pozwoliła zwinnie odsunąć się od przeciwnika łapiąc ponownie dystans, tak potrzebny do efektywnego wykorzystania długiego miecza.
Hektor zdecydowanie nie podążał ścieżką ulicznych fircyków i karczemnych zwadźców. Nie umiał pięknie machać szpadą. Miał za to za sobą bojowe przeszkolenie, które zakładało wykorzystywanie w boju zarówno oręża, jak i pancerza.
Dlatego nie zastanawiając się długo sieknął na odlew rękawicą w twarz bandyty ze sztyletem, jakby ten był niezdyscyplinowaną dziewką, która zamiast wytrawnego miodu pitnego do stołu przyniosła cieńkusza co to ledwo trzy miesiące w piwnicy leżakował. Ani myślał tym ciosem zabić swego przeciwnika, lecz liczył na zdezorientowanie. Wtedy zaś zamiar miał złapać miecz nie za rękojeść, lecz za ostrze, gdzieś w połowie jego długości, by zamachem obu ramion wbić jelec w głowę mężczyzny.
Przeciwnik nie miał zbyt wiele doświadczenia z rycerzami. Choć uchylił się przed ciosem rękawicy został kompletnie zaskoczony sposobem trzymania miecza. W ostatniej chwili starał się jakoś zasłonić lecz rycerz lepiej wiedział co robi. Czaszka trzasnęła, a jelec wbił się kończąc żywot bandyty.
Hektor puścił miecz nie chcąc się z nim mocować, ani tym bardziej rozchlapywać zawartości czaszki wszędzie dookoła i na siebie samego. Odwrócił się na pięcie i spojrzał z góry na leżącego, ale jeszcze dychającego, ostatniego napastnika.
- Zraniłeś mojego wierzghrllchowca - wygulgotał utopiec.
Uklęknął wyciągając sztylet zza pasa i płynnym ruchem wbił go od dołu w szczękę bandyty. Aby ten nie wierzgał, przytrzymał jego głowę drugą ręką. Zastygł na moment, po czym wysunął ostrze i oczyścił je w śniegu i o ubranie trupa. Podniósł się z klęczek i zebrał miecz, który również oczyścił z resztek.
- Rybożer! - warknął przywołując do siebie zwierzę. Jego rana nie była na szczęście śmiertelna, ale warg kulał co uniemożliwiało dalszą jazdę. Serce krajało się Hektorowi na ten widok, ale nie miał czasu by teraz opatrzyć swojego towarzysza wędrówek. Musiał pomóc…
Zauważył biegnącą ku nim dziewczynę z powozu. Przygotował miecz nie wiedząc czy ta przez przypadek nie ucieka przed bandytami. Ta jednak zwolniła kroku, kiedy ujrzała przed sobą znajomą rybio-podobną twarz. Wyglądało na to, że przed niczym się nie musiała salwować ucieczką. Ba, nawet sztylet, który teraz trzymała w lewej ręce, ociekał krwią. Jej bystry wzrok otaksował ich, sprawdzając stan fizyczny, i skinęła głową, nie widząc poważniejszych zranień. Podeszła szybkim marszem do Hektora, nieco mocniej naciągając kaptur na głowę.
- Wszystko w porządku? Widziałeś Esmonda? - zapytała się cicho i ponuro, zupełnie odmiennie niż dotychczas.
- Mój wierzchowiec potrzebuje opatrzenia - odpowiedział. - Co do Esmonda… pobiegł w drugą stronę.
- ESMOND! - Hektor krzyknął donośnie. - ŻYJESZ!?
-Żyję- odpowiedział, zbliżając się do nich po śladach Lily. Miał przy sobie zdobyczną kuszę. Spojrzał kolejno na towarzyszy, oceniając ich stan. Jego wzrok zatrzymał się na rannym wargu- i widzę że wy też. Dizi jest ranny, ale powinien z tego wyjść. Mieliśmy sporo szczęścia.
- Dobrze. A teraz się zastanówmy w drodze powrotnej, czy przypadkiem się nas tutaj nie spodziewali - rzekła Lily z wyraźną ulgą na twarzy, niepewnie ruszając w drogę powrotną, zerkając kącikiem oczu na warga rycerza.
- Pewnie wolałbyś sam go opatrzyć, a ja niestety nie dysponuję rytuałami “leczącymi”.
Utopiec pokręcił głową i poklepał dyszącego warga po karku. Z pyska zwierzęcia jeszcze ściekała krew niedoszłego bandyty, ale po mrużeniu ślepi i przebieraniu w miejscu widać było, że warg też cierpi.
- Wolałbym żeby zajął się tym ktoś kto zna fach - odpowiedział Lily, po czym dodał - Konował jakiś.
Niestety nikogo takiego w okolicy nie było, więc sam musiał się zabrać do roboty. Stanowczym gestem popchnął zwierzę na śnieg, by legło na boku. Pogłaskał warga po pysku cicho wymawiając jego imię. Kobieta tylko przyglądała się z zainteresowaniem, a w jej oczach widoczna była analiza jego poczynań. Można rzec, że tworzyła w swojej głowie ciąg przyczynowo-skutkowy tego, co właśnie zrobił Hektor.
- Podajcie mi jakiś luźny bełt, którymi strzelali. - poprosił rycerz zanim przeszedł do czynu. Chwilę później jeden pocisk od razu pojawił mu się przed twarzą lekko niesiony siłą lewitacji Lily.
- Czy jesteś pewny, że chcesz robić to bełtem? - zapytała sceptycznie, patrząc się z pewnymi wątpliwościami - Na pewno mamy na wozie odpowiedni ekwipunek do zajmowania się takimi ranami, nawet dla wierzchowców.
- Dziękuję. Nie będę tego robił bełtem… - odpowiedział. - Ale muszę wiedzieć, czy ranę wpierw rozciąć, czy grot wyjdzie tak łatwo jak wszedł.
To mówiąc przygniótł zwierzę kolanem tuż nad udem, a tylną nogę złapał w żelazny uścisk. Wolną ręką powoli wyciągnął bełt starając się jedynie nie obrócić go w środku.
Warg niechętny był działaniom rycerza. Piszczał i warczał chcąc zrzucić swojego pana. A utopiec nieco nie docenił siły swojego wierzchowca. Nagle rycerz znalazł się w śniegu zrzucony kopnięciem i nagłym zrywem Rybożera. Wielki pies odwrócił się do swojej nogi liżąc ranę. Zaraz rozdziawił paszczę i zakleszczył bełt w swoich zębach samemu go wyszarpując. Tylko rana wyglądała gorzej niż gdyby zrobił to człowiek.
- Baah! Na wiedźmi ogon! - wydusił z siebie rycerz niezbyt zręcznie gramoląc się ze śniegu.
- Wygląda na to, że twój wierzchowiec sam sobie chce poradzić z tą raną. - oznajmiła bezbarwnie Lily, gdy uznała, że Hektor sobie poradzi - Mając nadzieję, że jej nie pogorszy.
-Na wozie powinniśmy mieć nieco ziół które oczyszcza ranę i wspomagą leczenie- zastanowił się Esmond- kościom to nie pomoże, ale rany szybciej się zabliznia. Przygotuję maść dla obu rannych.
 
Jaracz jest offline