Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 09-07-2017, 23:44   #5
Googolplex
 
Googolplex's Avatar
 
Nazywali ją tu świetlicą, lecz mogli by ją nazywać nawet Przybytkiem Waukeen, i tak nie robiło by to Lugolasowi różnicy. Młodemu elfowi zależało w tej chwili tylko na trzech rzeczach, na ciepłej izbie gdzie mógłby zrzucić z siebie trochę ubrań, na mocnym napitku, który rozgrzałby go od wewnątrz i na ciepłej dziewczynie z którą mógłby spędzić najbliższą, a może kilka najbliższych nocy. Jednak wszystko po kolei, najpierw izba.
Karczma, jak zwykł nazywać wszelkie podobne przybytki, nie zagłębiając się w dokładniejszą terminologię, oferowała jedynie schronienie przed największym mrozem, z tego też powodu Lugolas upatrzył i zajął strategiczne miejsce w pobliżu paleniska. Dopiero tam odważył się zdjąć swój ciepły, podbity futrem płaszcz. Nie zważał przy tym na ciekawskie spojrzenia i i kpiące uśmieszki miejscowych. On nie był jak autochtoni, jego wrażliwość na chłód była nieporównywalnie większa niż ich, no i wcale nie najmniej ważne, zgrabiałymi od mrozu palcami nie sposób było zmusić instrumentu by zagrał czysto.

Rozgrzawszy się trochę, Lugolas zmówił się z miejscowym ważniakiem, w zamian za lepszy niż przeciętne trunek umili wszystkim wieczór grą na skrzypcach. Bardów praktycznie wszędzie witano z otwartymi rękami, a w miejscu takim jak to gdzie rozrywki były bardzo ograniczone spodziewał się nawet nieco zarobić swoją grą. Powrócił więc na swoje miejsce przy ogniu, wyjął instrument i zaczął grać jedną ze swych ulubionych melodii.

Bertrand musiał zginąć się niemal w pół wchodząc do domostwa. Drzwi był niewielkie by jak najmniej ciepła wypuszczać. Dzięki temu domostwa łatwo też się broniło. Od progu już dochodziły go dźwięki skrzypiec. Poczekał aż elf skończy utwór.
- Niech Blask Pana Poranka towarzyszy Wam wszędzie gdzie zawędrujecie.
Gromko przywitał się.

Grajek skłonił się nowoprzybyłemu, choć nic nie odpowiedział. Namyślił się chwile po czym zaimprowizował Hymn Poranka, który niegdyś słyszał w jednej ze świątyń Lathandera. Nie była to co prawda improwizacja mistrzowska, lecz dość dobra by zastąpić tradycyjne powitanie. Po chwili Lugolas powrócił do poprzedniego stylu gry, dając zebranym, chciwie wyczekujacym muzyki ludziom kolejny utwór ze swego bogatego repertuaru.

- A domena Tego, Który Musi Istnieć obdaruje Was swymi dobrami. - dobiegł głos zza potężnego męża. Z tegoż wyłonił się nawet nie metrowego wzrostu jegomość o pokaźnych bokobrodach. U jego boku stąpało wielkie psisko o spokojnych oczach. Zarzucone na jego grzbiet było siodło, a także przytroczone małe juki.
- Zwą mnie Dolon. - przedstawił się dodając grzeczny ukłon.

Bertrand rozejrzał się po sali. Na pewno pierwsze co się w nim rzucało w oczy to olbrzymie palenisko, w którym można by spokojnie, na rożnie wbudowanym w nie, upiec półtuszę wołową. Rozejrzał się po zgromadzonych. Poklepał uspokajająco siedzącą przy nodze wyżlicę.
- Bertrand Ledren. Szukamy waszego Starszego, czy też wójta

Skrzypek przerwał grę na chwilę i zwrócił się do dwójki przybyłych.
- Panów też przygnała w te strony wizja łatwego zarobku? Czy może bardziej chęć pomocy niż napchania sakiewki?

- Pomocy, lecz i zarobku skoro już jest wyznaczony.
Odparł Bertrand uśmiechając się do elfa.

- A w takim razie zapraszam bliżej ognia. Mnie również podobny cel przyświeca, możemy wiec wypić i wspólnie poczekać na sołtysa, powinien niedługo się zjawić. - Elf gestem zaprosił pobożnych mężów bliżej swego strategicznego miejsca przy palenisku. - Trochę muzyki dla rozgrzania ducha, napitek dla rozgrzania ciała. - Zapowiedział swój kolejny występ i zaczął grać.

Nie była to karczma do jakich przyzwyczajony był Bertrand, brakowało dziewek roznoszących jadło i napitki. Podszedł do ławy złożonej z dwóch kozłów i deski. Za nią stała niemłoda kobieta.
- Dzban piwa lub cydru. A grzanego bo na saniach przewiało mnie. I dwa kubki. Sołtys będzie?
- Pewnikiem zaraz zajdzie, rzadko gościmy podróżnych.
Powiedziała kobiecina wychodząc by przygotować trunek. W tym czasie kapłan Lathandera zdjął płaszcz strzepnął nim i powiesił w pobliżu ognia. Gdy wróciła wysupłał z sakiewki dwie srebrne monety, położył na prowizorycznym kontuarze.

Poza nią do sieni weszły również dwie inne kobieciny. Poza kuflami z napitkiem niosły tace z różnymi rodzajami potrawy rybnej i smażoną baraniną. Do tego podały pajdy chleba w wiklinowym koszyczku (zapewne zdobycz przy jakiejś wymianie) oraz smalec ze skwarkami.
-Sołtys niedługo przyjdzie. Wikt i opierunek pono zapewniony więc najedzcie się do syta. Spadacie nam z nieba. Nie sądzilimy, że tylu bohaturów zajedzie w te zapomniane strony - rozgadała się jedna z nich. Jej wspólny zdradzał naleciałości izolacji, przez co z początku ciężko było ją zrozumieć.
Świetlica była podzielona niskimi nie zasłaniającymi ściankami ulokowanymi między niektórymi kolumnami podtrzymującymi piętro. Główna sień w której znajdowali się goście była największa. Zapewne służyła zakrapianym wioskowym naradom lub innym formom świętowania czegokolwiek. Inne pomieszczenia zdradzały swe przeznaczenie umeblowaniem. Kilka ław w rzędach służyło zapewne jako szkoła dla dziatwy, większy stół i kołowrotki mogły być szkółką tkacką dla dziewcząt, a jedyne zamykane pomieszczenie prawdopodobnie było magazynkiem z zapasami sołtysa. Kolejny otwór drzwiowy, skąd dochodził zapach przeróżnych przypraw, oddzielał sień z kominkiem od kuchni. Dla strudzonego wędrowca, tracącego energię na przeprawie przez śniegi, proste i dość mocno rybne posiłki odnalazły aprobatę w burczących żołądkach. Nawet psiaki poczuły, że takiego posiłku warto spróbować.

Słysząc informację o zapewnionym wikcie i opierunku Bertrand nakrył srebro dłonią , schował z powrotem a sakiewki wyjął trzy miedziaki, zostawił miast srebra. Uśmiechem podziękował kobietom i wrócił na wybrane miejsce.

Dolon, na nazwanie go jednym z “bohaturów” zareagował uśmiechem, gdyż w żadnym razie za takiego się nie uważał. Ot znał się trochę na medycynie, a Urogalan od czasu do czasu obdarowywał go swoimi łaskami, nic wielkiego.
- Przepraszam, gdzie znajdzie się jakiś kącik dla mojego przyjaciela? - zapytał tarmosząc tegoż za uchem. -Podróż była długa i należy mu się porządny wypoczynek.

- Lepiej niech z tobą zostanie -zasugerował elf ukradkiem podsuwając zwierzakowi kawałek mięsiwa z tacy - miejsca nam nie zabraknie.

Wtedy drzwi sali zebrań otwarły gwałtownie, przez nie wbiegła Bea. Podbiegła do Bertranda.
- Zrobione.
Bertrand z uśmiechem przywołał dziewczynkę gestem, przez chwilę szeptał do jej ucha. W tym czasie nalał jej kubek grzanego piwa. Wypiła wykrzywiając się na jego smak, słuchała jednak co Bertrand szeptał. Potem tylko kiwnęła głową i wyszła ponownie.
 
__________________
De mortuis crepitus
Aberdonensis de furor
Infernus irae!
Then they died
Googolplex jest offline