Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 05-09-2017, 11:28   #2
Flamedancer
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
Odgłosy krzątania nadchodzące z krzaków zapowiedziały wynurzenie głowy młodego mężczyzny. Właściciel spłowiałych srebrnych włosów i niedbałego zarostu z ciekawością przyglądał się nadchodzącym, po czym...wrócił do swoich zajęć. Co kilka kroków schylał się i z namaszczeniem odcinał listki i owoce z drzew. Dopiero wychodząc z chaszczy odsłonił się w całej okazałości - muskularne ciało w prostym chłopskim odzieniu, z tuzinem sakiewek i pojemników pouwieszanych w wygodnych miejscach na całym ciele. Był nieuzbrojony - a przynajmniej według standardu awanturników. Bo czym jest dębowa pałka wobec toporów i tarcz?
Jadący na czele karawany shoantyjski wojownik widocznie uznał, że niczym, bowiem opuścił łuk i odwiesił go na siodło. Wyglądał jak wysmagany wiatrem. Powyżej pasa nagi, nie licząc płóciennych opasek na przedramionach oraz licznych koralików, rzemyków i krągłego kamiennego medalionu. Czarny warkocz, przełożony przez kilka metalowych obręczy sięgał do końca pleców. Także długie wąsy zaplecione były w warkoczyki. Śniade, muskularne ciało pokrywały liczne blizny a na plecach miał tatuaż przedstawiający aurocha – wielkiego bizona żyjącego na Płaskowyżu Storval.
Dolną część ciała zasłaniało coś w rodzaju męskiej spódnicy, zdobionej złotymi nićmi.
Wielki, półtoraręczny miecz wisiał w pochwie u pasa. Uważniejszy obserwator dostrzegłby również zwisającą przy jukach okrągłą tarczę i skórzany pancerz.
Jednym słowem nie było wątpliwości, że młodzieniec jest specjalistą od rąbania, sieczenia i bicia.
Skierował kasztanowatą klacz na pobocze traktu i nawiązując kontakt wzrokowy ze srebrnowłosym nieznajomym wskazał na rosnące na drzewku owoce, które ten przed chwilą zrywał a które wyglądały na całkiem zwyczajne brzoskwinie.
- Jadalne? - zapytał.
- Tak. Niedługo Swallowtail, więc najwyższy czas je zebrać - potakująco skinął głową i rzucił mężczyźnie owoc - A dzikimi drzewami nikt się nie przejmuje.
- Mhm - Shoanti złapał owoc i skinął głową darczyńcy. Następnie podjechał bliżej drzewa i sięgnął z siodła po kolejny owoc. Jeden nadgryzł a drugi, nachyliwszy się nad szyją konia podał wierzchowcowi.
- Swallowtail… - powtórzył - coś słyszałem. Ponoć zbudowali tam wielki dom dla bogów. Po co bogom domy?
- Każdy bóg ma swoje miejsce kultu, dom, jak to określiłeś - odezwał się Izambard tonem nauczyciela bądź filozofa, wystawiając wskazujący palec do góry. Prawdopodobnie jakiś nawyk ułatwiający myślenie - Ludzie potrzebują poczucia, że ktoś się nimi opiekuje i patrzy na ich działania w życiu codziennym. Stąd też wznoszą ów “domy” i składają ich “mieszkańcom” ofiary, by ich spojrzenie było przychylne, dzięki czemu plony będą dobre, a zima mniej surowa.
- A już normalniej rzecz ujmując - dodał, drapiąc się po krótkiej ciemnej bródce, w międzyczasie lustrując potężnego wojownika bystrymi niebieskimi oczami - Po prostu tak się już przyjęło w zamierzchłych czasach i tak pozostało. Miejsca zgromadzeń ludności złączonych wspólnym oddaniem wobec konkretnego bóstwa, ot co.
Ruchem dłoni czarodziej strząsnął kurz z ramienia swojej czarnej, dość wymyślnej szaty z kapturem i poprawił pas, na którym znajdowały się dziwne fetysze, sakiewki i butelki z komponentami magicznymi oraz wisząca dość luźno zwykła sakiewka z pieniędzmi. Zdecydowanie nie należał do bogaczy. Zamknął przecięte blizną prawe oko, poprawiając sobie widzenie w jasnym świetle dnia, kiedy oglądał się za siebie. Jego poważna mina nabrała na chwilę wyraz zastanowienia.
- Chyba… Może się warto z drogi usunąć, ponieważ pośpiech tamtych jeźdźców zwiastuje kłopoty - wskazał ruchem hebanowego kostura na zbliżający się tuman kurzu - O ile, dajcie bogowie, to jedynie jeźdźcy.
Milcząca podczas tej rozmowy kobieta w czarnym, jedwabnym płaszczu z kapturem, przyglądała się już od kilku chwil zbliżającej się chmurze. Pod niepasującym do tej pogody wierzchnim odzieniem miała równie czarny gorset i obcisłe spodnie, podobnie jak pochwa krótkiego miecza czasem widoczne podczas mocniejszego podmuchu wiatru. Wcześniej przez jakiś czas używała również kaptura, próbując nasunąć go na twarz, lecz kilka godzin temu poniechała tych bezowocnych starań. Dzięki temu przez zaczesane do tyłu czarne włosy dało się dostrzec końcówki odrobinę zbyt spiczastych jak na człowieka uszu. Kilyne mogła nie mieć połowy elfiej krwi, choć na pewno było jej wystarczająco, aby nazwać ją półelfką. Nie do końca pasowało to do typowo ludzkich cech jej wyglądu.
- Lepiej pogońcie wierzchowce - odezwała się cichym głosem w stronę kupców, wdrapując się zwinnie na dach większego z wozów. Leżała tam reszta jej wyposażenia, z której wyłuskała szybko kilka strzał, krótki łuk i cięciwę, szybkimi i pewnymi ruchami naciągając ją na broń.
- A ja poślę Mesmira, by zobaczył co się tam dzieje - rzekł nieco cicho, jakby wstyd mu było, że zapomniał o tak oczywistej rzeczy. W wymowny sposób zerknął kątem oka na pewnego kruka, równie ciemnego jak kolor jego szat. Siedzący na drugim ramieniu chowaniec przekrzywił w karcący sposób głowę.
- Lepiej późno niż wcale, kra! - wyskrzeczał i wzbił się do lotu, kierując się w stronę zamieszania na trakcie.
- Czy ten ptak właśnie coś powiedział? - zdziwił się Shoanti, ale nie czekając na odpowiedź popędził konia na koniec karawany, w stronę zbliżającej się chmury pyłu.
- Ortho! - zawołał, mijając niziołczego handlarza końmi. - Wprowadźcie konie między drzewa i uwiążcie, mogą się spłoszyć! - wskazał na tuzin niewielkich krępych koni pochodzących zapewne z Płaskowyżu Storval i podobnych do jego wierzchowca. Nie miał rzecz jasna na myśli, aby niziołek sam to robił, lecz aby pogonił swoje sługi. Sam Shoanti galopował już ku zagrożeniu, aby lepiej mu się przyjrzeć.
Srebrnowłosy bez większych ceregieli wskoczył na najbliższy wóz - przypadkiem ten sam na którym siedziała półelfka - wciągnął się na dach i wyciągnął jak najwyżej żeby dojrzeć jeźdźców. Jeżeli to podróżnicy nie byli paranoikami, jeżeli coś ich goniło, być może właśnie ocalił sobie życie. Jeżeli byli - załatwił sobie darmową podwózkę do domu.
- Podpadliście komuś ostatnio?
- Nie ja - odparła krótko zapytana, już kończąc przygotowywać swoją broń i nakładając na cięciwę strzałę. Skupiona i przykucnięta była niczym drapieżny kot gotowy do skoku, skoncentrowana wyłącznie na swojej ofierze.
- A tak trochę tak wygląda jakby ktoś jednak - wyciągnął procę zza pazuchy i wsunął w nią kamień.
- Ech, a myślałem, że podróż będzie spokojna - westchnął Izambard, biorąc z usadowionego w pobliżu plecaka ułożoną wygodnie na nim kuszę oraz bełt, przygotowując go do wystrzału.
 
__________________
[FONT="Verdana"][I][SIZE="1"]W planach: [Starfinder RPG] ASF Vanguard: Tam gdzie oczy poniosą.[/SIZE][/I][/FONT]
Flamedancer jest offline