Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 08-09-2017, 22:29   #8
Bounty
 
Bounty's Avatar
 
Tymczasem Kas zatrzymał wreszcie stado, dobre kilkaset metrów od karawany. Tak jak podejrzewał biały rumak był dominujący w stadzie. Gdy wraz jego klaczą zaczął zwalniać, blokując innym koniom drogę i one zwolniły.
Przez pył wciąż nie widział zbyt wiele a wciąż niespokojne zwierzęta rżały, parskały i tupały. Shoanti wydobył z juk linę. Gładząc łeb rumaka i mówiąc doń uspokajająco uwiązał go za szyję, po czym zabrał się za resztę koni. Prawie od razu dołączyło do niego trzech konnych, których dopiero teraz dojrzał. Musieli jechać tuż za stadem. Jeden z nich go pozdrowił. Niscy, szczupli, ale muskularni, o ciemnej karnacji. Nie pochodzili z klanów.
- Dzięki ci! - wydyszał w języku handlowym, zmęczony gonitwą.
- Nie mogliśmy ich dorwać, cholerne gobliny!
- Gobliny?! - Kas spojrzał poprzez rozwiewający się pył w stronę karawany, po czym rzucił linę jednemu z mężczyzn a sam popędził konia ku starciu. - Nie odjeżdżajcie nigdzie, należy mi się nagroda! - zawołał mijając jeźdźców.

Rozpędzając klacz do galopu dobywał już łuku. Wkrótce jego oczom ponownie ukazała się karawana. W oddali zauważył uciekające stworzenie jadące na psie, ale między wozami ciągle trwała walka. Kobieta na wozie szyła z łuku, ale zamiast białowłosego obok niej łapami w stronę gobliniego psa wymachiwało patykowate, chude, brzydkie coś.
Shoanti nie był do końca pewny, które z tych stworzeń ma bić, więc ominął je szerokim łukiem, zbaczając z traktu na łąkę. Gdy tylko zauważył uciekające gobliny, zwolnił do kłusu, żeby wypuścić strzałę w najbliższego. Po czym ruszył w pościg, prawicą dobywając półtoraręcznego miecza a lewą ręką dzierżąc wodze.
Zamachał wielkim ostrzem w powietrzu jakby nic nie ważyło, wrzeszcząc:
- Kalla, kalla! - co chyba było jakimś okrzykiem bojowym.

Barbarzyńca pędził za swoim celem, wypuszczając strzałę w ruchu. Niestety kłusujący koń nie ułatwiał niezbyt wprawnemu strzelcowi i pocisk przeleciał niedaleko głowy uciekającego goblina. Jego psi wierzchowiec pędził ile tylko mógł, ustępując prędkością lekkiemu wierzchowcowi Chasequaha, wcale jednak nie tak wiele. Karawana zniknęła za plecami, a uciekinier sprawnie kluczył między wszystkimi przeszkodami, czego nie potrafił wierzchowiec barbarzyńcy.
Kas nie zaniechał pościgu. Nie zamierzał wracać bez choć jednej głowy wroga. W porównaniu z orkami gobliny były tylko głupimi szkodnikami, ale nie zmniej znienawidzonymi przez Shoanti. Gdy wreszcie udało mu się doścignąć goblina, zrównał się z nim od lewej strony i zamachnął mieczem, mierząc w kark przeciwnika. Mały stwór skulił się i ostrze przeszło mu nad głową. Pies wyczuł zagrożenie i skręcił ostro, o wiele szybciej niż mógł zrobić to konny i barbarzyńca znów musiał gonić. Nie było tu zbyt wielu miejsc dla goblina do ukrycia się, ale gonitwa i tak przeciągała się. Kolejny cios przeciął powietrze i dopiero następny - po ponownym dogonieniu uciekiniera - strącił goblina z psa. Zwierzę skręciło znowu i popędziło w bok, a goblin przeturlał się po ziemi.

Wtedy też Chasequah zobaczył samotnego, biegnącego pieszo po trakcie człowieka. Zmierzał w stronę Sandpoint, słaniając się na nogach.
Kas na razie nie poświęcił mu więcej uwagi niż to konieczne. Zawrócił wierzchowca aby dobić goblina, jeśli ten jeszcze dychał. Miecz rozpłatał mu bark i plecy, głęboko i najwyraźniej skutecznie, bo stworzenie się nie ruszało.
Shoanti zeskoczył więc z konia, przeturlał butem goblińskie ścierwo na plecy i obejrzał w poszukiwaniu czegoś wartościowego. Ci łupieżcy potrafili mieć czasem całkiem zasobne sakiewki, a niekiedy i dobrą broń. Mimochodem zerknął na zbliżającego się człowieka i zawołał:
- Jest ich w okolicy więcej?!
Człowiek i trakt byli całkiem daleko, ale równina poniosła krzyk barbarzyńcy. Człowiek zatrzymał się i wsparł na kolanach, łapiąc oddech, zanim odkrzyknął.
- Nie wiem, cholerne koniokrady!
Goblin oprócz kołczana ze strzałami, słabej jakości zakrzywionego noża i krótkiego łuku, istotnie miał małą sakiewkę. Zawierała dwa całkiem w porządku guziki, pięć miedziaków i dwie srebrne monety.
Na Płaskowyżu Storval przydać się mogło wszystko i Kas przywykł nie gardzić żadnym łupem. Bo to wiadomo, kiedy człowiek będzie potrzebował guzika? Shoanti obciął jeszcze głowę goblinowi i przywiązał za kępkę włosów do juków. Dosiadł wierzchowca i wolno ruszył na spotkanie człowiekowi.
- Twoje konie i trzech towarzyszy są bezpieczni.
- Jakich towarzyszy?! - oburzył się mężczyzna, w średnim wieku, ciągle próbując uspokoić oddech. - Cholerni koniokradzi!
- Cholera… - Chasequah rozdziawił usta. - Uciekali przed goblinami razem z końmi, myślałem że są ich. Wsiadaj, są niedaleko. - przesunął się w siodle i podał dłoń mężczyźnie, pomagając mu wdrapać się na konia.
Ten skorzystał z pomocy, wskakując na nie bez trudu i z wyraźnym doświadczeniem.
- Moja rodzina została z tyłu. Ilu was jest? - dopytał, zanim ruszyli w stronę karawany.
- Cała karawana, w tym paru zbrojnych.
Ruszyli wolnym kłusem, bo Shadi była już trochę zmęczona gonitwami a teraz miała jeszcze dodatkowe obciążenie.
- Dobrze się spisałaś, ślicznotko - pogłaskał klacz po szyi.
 
Bounty jest offline