Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 14-09-2017, 19:06   #3
merill
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 3595 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Praca zbiorowa całej drużyny


Elsie przepchnęła się do przodu. Część z młodszych w Zweufalten obawiała się Heindela, część podśmiewała się niego po kątach, z jego wybuchowości i głupawych – jak je nazywali między sobą - zachowań. Ale nie Elsie. Nie bała się też widoku krwi ani nieżywych ludzi – mnóstwo naoglądała się ich z matką. Jeśli za późno po nią posyłali. Ale wcale nie wiadomo było, czy ten był nieżywy…
- Dzień dobry, Heindel – przywitała się grzecznie. Rodzice zawsze powtarzali, że należy być uprzejmym. Nawet jak innym zdarza się nie być.
Kto to? Znasz go? – mógł znać, przecież ten ktoś nie był od nich, podobnie jak Heindel. Przykucnęła obok ciała, oglądając je uważnie. Sięgnęła ręka do tętnicy na szyi.

Will zlustrował otoczenie na spokojnie. Widok ciała go nie przeraził, w zasadzie jakoś nie wstrząsnął nim. W ciągu swojego siedemnastoletniego życia, widział po kolei odejście ojca, siostry i matki. Życie na bagnach przylegających do Delby nigdy miejscowych nie rozpieszczało. Stał między grupą jeszcze można by powiedzieć dzieciarni, zdecydowanie wyróżniając się i wzrostem i posturą. Ciężka praca od najmłodszych lat, a potem terminowanie u miejscowego kowala - pana Aybary, sprawiła, że do sporego wzrostu, dołożył szerokie ramiona i muskulaturę. Na spokojnej twarzy z bystrymi inteligentnymi oczami, znać było jeszcze ślady po przebytej w dzieciństwie ospie. Ogniste włosy, od których wziął się jego przydomek, dopełniały wizerunku Schmidta.

Podszedł bliżej do Heindela,żeby przyjrzeć się jego znalezisku. Zdążyła wyprzedzić go Elsie, ale to akurat było do niej podobne. Chwilę przyglądał się denatowi, jego rynsztunkowi, potem zrobił to samo z koniem. “Szkoda chabety” - pomyślał, jednym z jego obowiązków u kowala, było zajmowanie się jego końmi, dlatego czuł się jakieś przywiązanie do tych zwierząt. Kilka rzeczy rzuciło mu się w oczy, ale postanowił póki co zachować wnioski dla siebie.

- Ja nic, ja nic nie mogłem zrobić. - W krótkiej chwili grymas twarzy Heindela zmienił się z zaskoczonego, na wściekły, by skończyć na totalnie bezradnym. - Ja nic nie mogłem zrobić. - Całkowicie ignorując pytanie Elsie, dodał jeszcze raz po czym siadł na ziemi tuż koło zwłok.

W międzyczasie Elsie wciąż badała puls żołnierza, skupiając się bardziej na nim niż na nerwowych tłumaczeniach Heindela. Już była skłonna oderwać rękę od pokrwawionej szyi, gdy poczuła delikatny ruch żyły pod skórą. Wolny, nieregularny. Umierający.

Sigfried ostrożnie zbliżył się do “trupa” szacując dokładnie wartość jego dobytku.
- Cóż. Trup jak trup, nie? ...ale pomyślcie ile suszonych owoców kupimy za jego dobytek! - powiedział optymistycznie po czym zasępił się…
- ...ale czy to wypada?
- Trzeba kogoś wezwać! - Elsie zbliżyła twarz do twarzy leżącego. Szukała śladów oddechu. - Moją matkę albo babkę! On ciągle żyje!
- On już nie żyje. Patrz na niego. On już nie żyje - nad wyraz spokojnym głosem kontynuował swoje Heindel. - Zostaw go już. Ja nic nie mogłem zrobić. Nic nie mogłem - nie przestawał kołysząc głową.

- Nie znasz się na tym - warknęła Elsie. - Idźcie! - zawołała do pozostałych.
Heike popatrzył po reszcie.

- Mnie tam wygląda na martwego - burknął, po czym szybko dodał - Zostawmy to, zanim pojawi się tutaj jakiś patrol wojskowy… albo utopmy go w bagnie, bo jeszcze znajdą zwłoki i powiedzą, że to nasza wina. Mam na myśli Zweufalten, nie nas dosłownie.

Elsie już miała odwarknąć coś bardzo brzydkiego Heinrichowi, gdy wtem poczuła, jak coś dotyka jej uda… Momentalnie odskoczyła, oblewając przy okazji twarz okaleczonego bagienną wodą. Pozbawiony palców kikut opadł bezradnie, a z gardła żołnierza dobiegł dziwny, nieartykułowany dźwięk, przepełniony bólem i błaganiem o pomoc. Tak przynajmniej odczytała to Elsie.

Heike natychmiast odciągnął dziewczynę od niedawnych zwłok. Samemu do końca nie wiedział, po sięto zrobił, więc puścił ją.
- Spadajmy, nie chcę patrzeć, jak umiera.

Milczący do tej pory Will odezwał się wreszcie: - Lepiej zabierzemy go do osady, albo gdzieś w jej pobliże. Mamy ponad pół godziny drogi, biegiem połowę z tego, zanim dotrze tu twoja matka albo Babka, ani chybi godzina się z tego zrobi - przytomnie zauważył kowalski terminator, zakładając silne ramiona na szerokiej piersi. - W jego stanie nic nam z jego strony nie grozi, najwyżej zemrze po drodze - powiedział obojętnie. - I nie szarp jej - rzucił ostrzej do Heike, wskazując na Elsie. Dziewczyna prócz łagodnego usposobienia, potrafiła celnie z procy i łuku strzelać. Schmidt nie miał wątpliwości, że córka łowcy pewno odgryzie się szarpiącemu ją chłopcu. - Zróbmy jakieś nosze - to powiedziawszy, Will wyciągnął zza pasa mały toporek, który zwykł nosić do lasu i rozejrzał się w poszukiwaniu odpowiednich drzew, by zrobić z nich prowizoryczna włókę.

Taffy z pewnością nie widziała nigdy tak paskudnie rozbebeszonego trupa (czy też prawie trupa), więc stała oniemiała z szeroko otwartą buzią. Przed oczyma stanęła jej scena sprzed paru lat, gdy zobaczyła martwą matkę zabitą przez szczuroludzi. Zrobiło się jej natychmiast niedobrze i przykucnęła z boku, obejmując ramionami kolana.
- Chodźmy stąd. Jego już nie ma. - Heindel w końcu wstał i podszedł do Heike. Zgadzał się z nim, nic tu już po nich.
- Nie wiem, czy to coś da, Will. Już za późno. - Elsie pokręciła smutno głową, zatrzymując dłoń chłopaka. Znów podeszła do mężczyzny. Przyjrzała mu się jeszcze raz. - Ktoś mu to zrobił specjalnie - powiedziała po chwili, mocno poruszona swoim odkryciem. Mimo że żyła już prawie 16 lat, ciągle nie potrafiła zrozumieć bezsensownego okrucieństwa.

Sięgnęła do sakiewki przy pasie ściągającym tunikę i wyciągnęła zawinięte w kawałek płótna zioła. Zmełła w palcach suchy liść na proszek, dodała kilka kropel wody z bagna i powstałą papkę wtarła w dziąsło mężczyzny. - Nie będzie nic czuł. Bólu. Powinien przez moment mieć więcej energii. Może nam powie, co się stało…

Specyfik podziałał szybko. Usłyszeli krótki odgłos ulgi umierającego, wszyscy byli ciekawi, czy teraz im coś wyjawi. Wtedy pochylona nad nim Elsie zauważyła poważną przeszkodę - gdy żołnierz otworzył usta, by zaczerpnąć powietrza, zobaczyła wyraźne ślady noża. Ktoś wyciął mu język.

Taffy zaciekawiona, choć wciąż nieco zszokowana, podeszła do Elsie, i gdy tylko ujrzała pustą czeluść, zamiast normalnego wnętrza ust umierającego wciągnęła głośno powietrze i zerwała się na równe nogi.
- Shallyo kochana! To będzie tak złe, jak wszystko, ale biedaczynę dobić będzie trzeba - powiedziała łamiącym się głosem. Ranny przypominał jej biedną rybkę, która za głęboko połknęła haczyk i każdy ruch sprawiał jej cierpienie. Takich nie zabierała w wiaderku do domu, tylko na miejscu zabijała i sprawiała.

- Em… - zaczął cicho Siegfrid po czym powiedział już z pewnością -...wiecie, że to żołnierz z południa? Widywałem takich jak z tatkiem pływałem… ktoś ma pomysł jaki co on tutaj robił?

Heike rozejrzał się, czy aby przypadkiem nie leżała gdzieś niedaleko broń. Dogorywający był żołnierzem, oręż przy sobie nosił, nic specjalnego, ale powinna wystarczyć. Młody dobył krótki miecz i niepewnie przymierzył zimną stal do gardła, szykując się do zadania ciosu łaski.

Elsie podniosła się na nogi.
- Nie ma potrzeby, Heike. On zaraz odejdzie. Już nie cierpi. Poza tym - popatrzyła po zebranych - Nie rozumiecie? On daleko by nie zaszedł z tymi ranami. ten ktoś, kto mu to zrobił, może być niedaleko. Może jest ich więcej? Powinniśmy wracać.

Młody Holzmann przybrał naburmuszoną minę: - Powinniśmy zabrać co ma i ile da radę dobrego mięsa z konia. - powiedział stanowczo - ...albo chociaż dać znać dorosłym… wiecie? Konina ponoć zjadliwa...

- Chodźmy już - krótko i chłodno powtórzył się Graperz.

Will skinieniem głowy potwierdził, że zgadza się z Graperzem: - Chodźmy, ale wszystko opowiemy soltysowi. Zostawcie jego rzeczy, to pewnikiem wojskowy, być może z południa jak mówi Sig. To oznacza, że ktoś go będzie szukał, lepiej gdyby nie znalazł jego uposażenia przy nas czy w wiosce. - rozejrzał się po pozostałych. - Elsie też ma rację, ten kto mu to zrobił może być w okolicy. Tedy lepiej nam nie kręcić się tutaj samemu.

Heike przytaknął i rzucił broń, która upadła z chlustem w kałużę. Wytarł dłoń o koszulę i wyciągnął ją do małej niziołki.
- Chodźmy, skoro Heindel tak mówi. Może… chcesz na barana? Będzie nam obu raźniej. Dla mnie to też nie był przyjemny widok.
Taffy przyjęła dłoń Heikego i skinęła głową. Takie podróżowanie na bagnach mogło być głupie, ale nie dla dwójki rybaków, którzy prawie całe życie spędzili pośród tego podmokłego terenu. Poza tym z pewnością będzie jej nieco przyjemniej.

Elsie przyklękła jeszcze, aby zmówić krótka modlitwę za umierającego. Nie dlatego, że była specjalnie wierząca, ale dlatego, że jej matka zawsze tak czyniła. ”Bogowie mogą to lubić” – mawiała „A żyjący zawsze docenią”.


Will zanim ruszył przodem w kierunku osady, przystanął na chwilę, jakby bił się z własnymi myślami. Wrócił się do trupa i zerwał z jego szyi zniszczony ryngraf: - Może sołtys będzie wiedział co to za oznaczenia - rzucił do reszty towarzyszy, chowając za pazuchę koszuli chłodny metal. Potem skierował swoje kroki prosto w kierunku wioski. Miał zamiar i miał nadzieję, że reszta podobnie, opowiedzieć wszystko Vogtowi.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451

Ostatnio edytowane przez merill : 14-09-2017 o 22:09.
merill jest offline