Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 04-10-2017, 15:00   #9
Bounty
 
Bounty's Avatar
 
Reputacja: 2883 Bounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputację
Mass Æffect

Zespół rockowy założony jesienią 2049 roku w San Francisco przez perkusistę Christophera Sully'ego O'Sullivana (wcześniej parającego się oprawą holograficzą koncertów grupy ->The Lords) oraz dwoje gitarzystów: Howl i Billego "Rebel Yella", wcześniej wokalistę m.in Colour Bone.
Wkrótce do składu dołączyła Liz Delayne - basistka, która przejęła funkcję głównej wokalistki oraz Anastazja Vandelopa de Sade - skrzypce elektryczne i JJ Gonzales - saksofon.
W marcu 2050 roku zespół wydał własnym sumptem pierwszą płytę: ->"On the Edge", której tytuł nawiązywał do położenia ich rodzinnego miasta na uskoku San Andreas oraz życia na krawędzi jakie prowadziła pozbawiona perspektyw północnokalifornijska młodzież. Album był swoistym manifestem pokolenia, ale oprócz typowych protest songów zawierał też utwory o bardzo zróżnicowanej tematyce.


- notka biograficzna zespołu na Muzopaedii.





WYBRANE UTWORY:


Cytat:
„Replace me with an android” rozpoczynał się spokojnym intro, przywodzącym na myśl „Us and Them” Pink Floyd, ale mroczniejszym. Tylko rytmiczne klawisze, saksofon i cicha perkusja. Lecz intro stopniowo nabierało tempa, aż przerodziło się dzikie saksofonowe solo, wzmocnione piskiem gitary Howl. W kulminacyjnym momencie dołączyło potężne walnięcie basu i rąbnięcie bębnów a JJ urwał w pół nuty.
Nastała cisza, przez chwilę niósł się tylko pogłos gitar i talerzy.
Muzyka wróciła po chwili, już wszystkimi instrumentami nawiązując melodią do początku utworu. Ponieważ Billy został przy klawiszach rolę instrumentu wiodącego przejęły elektryczne skrzypce Anastazji. Liz zaczęła śpiewać, wczuwając się w rolę kobiety, której mężczyzna stracił nią zainteresowanie na rzecz elektronicznych gadżetów. W energetycznym refrenie jej smutek przeradzał się w wykrzyczaną wściekłość. Po drugim refrenie i solo muzyka zaczęła cichnąć – kolejno milkły instrumenty. Wciąż niósł się tylko pogłos klawiszy oraz lament Liz, zawodzącej coraz ciszej: „replace me, replace me…” Wreszcie zamilkła, spuszczając głowę, klawisze ucichły, a zza nich Billy odezwał się do mikrofonu beznamiętnym głosem: „I will”.
Cytat:
"Holophone Love"
Zgasły światła… wszystkie poza tymi w których blasku znajduje się Liz. W tle pogrywały klawisze. Ciche drżące tony jak krople deszczu uderzające o szybę. Do tego ciszy szmer talerzy. Liz milczała.
Odezwały się skrzypce ciągnąc swą melodię łagodnie i spokojnie. A Liz zaczęła śpiewać.
Hallo, kochanie… gdzie jesteś?
Obudziłam się bez ciebie…

Zwrotka śpiewana zmysłowym głosem powoli wibruje w powietrzu, spojrzenie Liz obejmowało zaś całą salę. Jakby skupiało się na każdym z nich. Jakby każdy z nich był odbiorcą jej “holofonu”.
Ale odpowiedzią na jej słowa jest solo saksofonu, pieszczące uszy nutami jak język kochanka. Kolejne zwrotki Liz przeplatane były tęsknimy solówkami saksofonu z klawiszami, talerzami i skrzypcami robiącymi za tło.
Kolejne… coraz bardziej intymne zwrotki.
Nagle ten jazzowy klimat, przerwało wejście Howl… głośna i dramatyczna solówka na gitarze burzyła całe dotychczasowe tempo utworu i była wyraźnym kontrapunktem wspierana przez Sully’ego wyżywającego się na perkusji.
W końcu ten kawałek przerywał głośny krzyk Liz.
Garry!
Wszystko ucichło.
Zgasło ostatnie światło, te które oświetlało Liz, a z głośników poleciał oryginalny komunikat policji:

Dziś w godzinach południowych na autostradzie międzystanowej, Psycho Squad dopadł Garry’ego “Red'a" Calahana. Znanego w San Francisco działacza społecznego, weterana wojennego i osobę znaną z brutalnych ataków na pracowników rządowych i korporacyjnych. Podczas próby ujęcia pełen wszczepów Garry dostał ataku cyberpsychozy zabijając dwóch funkcjonariuszy rządowych i czterech policjantów. Wezwany Psycho Squad zdołał unieszkodliwić szaleńca dopiero po wymianie ognia trwającej pół godziny. Niestety Garry zginął postrzelony śmiertelnie z granatnika. Pogrzeb odbędzie się po autopsji dnia…

Na tym utwór się urywał przypominając kontrowersyjną sprawę śmierci Calahana sprzed dwóch lat.
Cytat:
“Rebel Cry” zaczynał się ostrym solo gitarowym przeskakującym z niskich do wysokich akordów w wykonaniu Billy’ego, w którego to połowie dołączała się gitara Howl powtarzając jego solo ale przesunięte nieco tworząc kanon w wykonaniu dwóch rockowych gitar. Popis ten otwierał sam utwór i po jego szaleńczym tempie utwór zwalniał dołączając gitarę Liz w tle wraz z perkusją.
I wtedy odzywał się głośno Billy.
“Krzy buntownika”- jego okrzyk brzmiał ja wyzwanie do wojny.
“Zabrałeś mi dom, zabrałeś mą ziemię
Zostawiłeś mi tylko smutku cienie...”

Zaczynał śpiewać głośno i utwór znów nabiera tempa, przyspieszając i skacząc po całej gamie. Było to prawdziwe wyzwanie dla Billy’ego i Howl, oraz Liz… prawdziwy popis kunsztu z nich strony. Melodia rwała do przodu niczym dziki rumak, podobnie jak śpiew Billy’ego… głośny i gniewny i pełen oskarżeń. Tak jak tekst który wyśpiewywał.
“Pewnego dnia obudzisz się bez chroniącego twój zad prawnika
Za oknem swej posiadłości słysząc wściekły krzyk buntownika!”

“Krzyk buntownika” wykrzyczany i przez Billy’ego i przez dwie wokalistki. Muzyka zwiększała coraz bardziej tempo wyciskając siódme poty z dłoni trójki gitarzystów, podczas gdy perkusista trzymał rytm dla reszty instrumentów grających w tle.
Druga i zwrotka i trzecia… chwile wytchnienia pomiędzy coraz szybszym refrenem. Aż końcu nadchodziła czwarta zwrotka.
I Anastazja przejmowała pałeczkę swym skrzypcowym solo schodząc w gwałtownego tempa do bardziej melancholijnych tonów… pozwalając Billy’emu na bardziej emocjonalny i smutniejszy wydźwięk ostatniej zwrotki.
Na koniec przy ostatnim refrenie, gasły dźwięki skrzypiec, a wchodził dźwięk saksofonu , będąc epitafium dla buntownika, którego krzyk gasł wraz z ostatnią jego nutą. [/i]
Cytat:
"Libido"
Zaledwie dwa pierwsze tony wystarczą, by rozpoznać ten kawałek. "Libido" to zdaniem wielu tango XXI wieku.
Ona i On - Liz i Billy - on na klawiszach, ona na gitarze... czarują się, uwodzą, a potem kłócą i odrzucają. Wszystko to w oprawie mocnych, rytmicznych uderzeń Sully'ego.

Niby zatruta igła, niby gwóźdź wbity w ranę
Jestem tutaj - Czy czujesz to, kochanie?
To właśnie moja miłość
Brzydka, brudna miłość
Tylko taką mam
Tylko taką dziś Ci dam


I już samo to jest dobre, ale Mass Æffect nie byliby sobą, gdyby nie dodali czegoś więcej. W drugie zwrotce pojawia Anastazja ze swoimi skrzypcami, jak zwykle pomykając po scenie niby gazela i skupiając wzrok części widzów. De Sade wprowadza swoją grą i ruchami tę niezwykłą zmysłowość, która ją charakteryzuje, ale to wraz z trzecią zwrotką i ostrym wejściem Howl zaczyna się prawdziwa zabawa. Aż nie wiadomo na kogo patrzeć, bo Liz i Billy dają naprawdę czadu, zdzierając gardła i kusząc się wzajemnie, ale to Anastazja i Howl na drugim planie wprowadzają do show element improwizacji. Te dwie są zupełnie nieprzewidywalne, toteż nigdy nie wiadomo czy w ich wykonaniu utwór skończy się plaskaczem czy gorącym buziakiem.
Ponieważ w tym utworze JJ się nie pojawia, niektórzy śmieją się, że tworzy on 3 związek z Chrisem, którego od pasa w dół skrywają przecież bębny. Niewielu fanów jednak wierzy w tę plotkę.
Cytat:
"Matris Cruentum" - to właściwie solówka na skrzypcach, wykorzystywana jako przerywnik w trakcie koncertów, by reszta zespołu mogła odpocząć.
Początek grany jest w niemal kompletnych ciemnościach, widać tylko zarys sylwetki Anastazji na scenie.
Utwór zaczyna się niepozornie, jak smyczkowy soudtrack do jakiegoś filmu fantasy - klimatycznie i spokojnie. Uspokaja drżące po ostrych numerach serca fanów, wprowadza jakby w inny świat... i wtedy de Sade podchodzi do mikrofonu. Włączają się światła wokół niej. Dziewczyna szepcze do mikrofonu tylko jedno słowo:
- Matris...
I wtedy zaczyna się. Włączają się światła, hologramy... A dla uszu mistrzowski pokaz gry na skrzypcach. Jeśli ktokolwiek wątpił w kunszt skrzypaczki, Matris Cruentum, choć nieco inny niż pozostałe utwory jest majstersztykiem jeśli chodzi o pokaz umiejętności de Sade.
Z każdym tonem spirala emocji nakręca się, coraz to nowe hologramy przenikają się i nagle mamy utwór nie mniej energetyczny niż "Libido". Kiedy pod sam koniec włącza się Chris ze swoja perkusją, jest to już czyste, pogowe szaleństwo.
Zaledwie 7 sekund jednak wystarcza, by Anastazja po mistrzowsku zeszła z szybkiego tempa do balladowego snucia opowieści. O czym ona była? Chyba każdy sam powinien sobie odpowiedzieć na to pytanie. Na konec znów słyszymy jej szept:
- Matris...
A po nim mocny głos Chrisa, jakby odpowiedź:
- Cruentum.
Cytat:
"Strata", być może najsmutniejszy utwór Mass Æffect, został w większej części skomponowany przez JJ Gonzalesa.
Utwór zaczyna intro na które składają się płacz dziecka oraz wolno otwierane drzwi do jego pokoiku. Pojawiają się niespieszne kroki matki, słuchacz wyobraża sobie ją podchodzącą do łóżeczka.
Spokojny damski, cichy śpiew:
"Wiem skarbie, że cię boli, wiem"
Włączają się skrzypce, każda nuta jest wydłużana, pełna melancholii.
"Nie mogę nic zrobić, by uśmierzyć twój ból"
Wchodzi saksofon, dźwięki tym razem są łamane jak płacz dziecka opętanego bólem.
"Już wkrótce trafisz do nieba skarbie."
Saksofon oraz skrzypce zaczynają toczyć walkę dobra ze złem
"Już wkrótce przestaniesz to czuć"
Oba instrumenty milkną.

Perkusja zaczyna wybijać rytm, najpierw cicho i powoli by następnie uderzać z niebywałą siłą. Dochodzą gitary, mocne miarowe uderzenia, akordy jak z piekła.
Wokal tym razem jest pełen bólu, bólu po starcie. Braku pogodzenia się z losem.
Wraca saksofon, tworząc niebywałą plastyczną ścinę dźwięku, to zwalnia, to przyspiesza. Gitary są tu tylko tłem.
Ponownie wszystko cichnie.
Dźwięk saksofonu trwa dłużej, ale tym razem traci swój gniewny żar. Ucieka jakby w otchłań, coraz ciszej i ciszej.
W tym samym czasie skrzypce Anastazji dopominają się o swój udział w utworze, w przeciwieństwie do saksofonu JJ'a zaczynają grać coraz szybciej i głośniej. Wracają gitary. Potężne riffy jak sztorm pustoszący nabrzeże miasta.
Perkusista wyczynia cuda, przejścia są bardzo mocno akcentowane, blachy trafiają w odpowiedni punkt.
Pomimo tak szaleńczej gry, każdy z instrumentów brzmi selektywnie.
Pierwszy raz światło zaczyna oświetlać JJ'a, nie jego sylwetkę, bardziej sam instrument.
Utwór przechodzi w marsz, wolny rytm perkusji, gitary tworzą zapętlony motyw.
I to jest ten moment, w którym saksofon zaczyna ogrywać swoją ostatnią partię. Instrument wydaje dźwięki pozwalające słuchaczowi wyczuć, iż główny bohater godzi się ze swoim losem.
Dochodzimy do kulminacyjnego momentu, w którym instrumenty powoli cichną, a światła oświetlające muzyków się ściemniają.
Pozostaje już tylko saksofon, ostatnia niespieszna nuta. Ostatni promień reflektora. Nastaje cisza.
Cytat:
"The city lights"
Cisza rozstępuje się przed oszczędnymi dźwiękami gitary, potem dołącza pomruk basu i rytmiczna monotonna perkusja. "The city lights" to jedyny kawałek z płyty, który napisała Liz Delaney. Jak sama twierdzi, nie lubi pisać tekstów bo te są zbyt osobiste. I tak też go śpiewa, jakby przeżywała coś na nowo. Coś co jest dla niej ważne.
Wyjątkowo nie szaleje po scenie, nie szuka kontaktu z publicznością. Stoi sztywno przy mikrofonie, odgrodzona od świata barierą basowej gitary i burzą rozwichrzonych włosów.
Muzyka ma ten surowy oszczędny urok papieru ściernego jak z kawałków Joy Division, tutaj nieco wzmocniona garażowym szumem rodem z Bleach Nirvany, jest jednak miększa, bardziej melodyjna i rytmiczna. Wszystko układa się w jakiś niepokojące brzmienie, które wnika chłodem prosto w duszę, otwiera ją na coś, na co niekoniecznie chcielibyśmy ją otwierać.

Drowned in the city lights
float unconscious
too little air to breath
too little space to live
I melt into the other side


Liz ma kawał głosu, który zapada mimowolnie w pamięć. Niektórzy porównują jej dolne partie do Brody Dalle albo Alison Mosshart, choć Delaney potrafi nagle i bez wyczuwalnego wysiłku wzbić się tonacją na soczyste wyżyny z gracją godną legendarnej Florence Welch albo Tori Amos.

Muzyka nie przyspiesza. Gitary, bas i perkusja idą w równym szeregu, żadne z nich nie wypuszcza się w przód, nie wymyka z ponurej lepkiej konsystencji utworu. Ma się jedynie uczucie zasysania i wpadania w pułapkę, z której nie ma wyjścia a już na pewno nie będzie tam happy endu.

I call my father, obviously forgot I haven't got one
I shout my mom, but she's asleep so fucking deep
I pray for god, but he turns his face away
there's just me and the other side calling
and city lights
dazzling my eyes


Scena rozświetla się tysiącem rażących świateł, które dosłownie połykają wszystkich członków zespołu. Ich sylwetki rozpływają się miażdżone pulsującą jasnością. Dołączają skrzypce i saksofon, melodia traci karny szyk. Partie instrumentów rozrastają się i płyną każdy w swoją stronę, ale pozorny chaos komponuje się w porywającą całość.

There's so much light above
and so much light around
Am I in heaven
or are there just the city lights?
Just the city lights...


Powoli instrumenty wyłączają się wraz z pryzmami świateł, jeden po drugim. W końcu zapada ciemność i cisza.
Cytat:
"Killing Lips"

Zabiłam
Krótkie słowo powtarzane przez Anastazję cicho kilka. Odpowiadają na smętne akordy Liz, jakby echo jej słów.
Jednym skinieniem
Jednym ruchem warg

Włączają się pozostałe dwie gitary, dając kontrapunktowy chórek dla głosu Anastazji, wyjątkowo zmysłowego. Stoi ona na środku sceny, ze szelmowskim uśmiechem, jakby wyśpiewane przez nią żale nie były szczere. Jakby była kotką bawiącą się kochankiem niczym myszą.
Smutna melodia i szczery głos łączyły się w melancholijną muzykę. Kawałek był dość cichy, a choć podkładem były trzy gitary o rockowym brzmieniu, to przypominał bardziej bluesa.
Rozdzierający serce głos Anastazji żalił się.
Zabiłam miłość w twych oczach
Zabiłam samą siebie
Piersią mą targa szloch
Na mym własny pogrzebie
Zabiłam

Gdy ta przechadzała się po scenie, powoli i teatralnie. Niczym pani tysiąca niewolników wpatrujących się teraz z widowni. Jej głos hipnotyzował, pieścił ucho. Bo do każdego z nich była skierowana ta pieśń. Dla każdego brzmiała szczerze, mimo że figlarny uśmiech na ustach skrzypaczki mówił co innego.
To jedno słowo pozostało
Zniknęła nadzieja
Zraniłam cię
Skłamałam
Wyrzekłam się ciebie jak cienia
I pomyśleć...

Jej głos w połączeniu z melodią graną przez trzy gitary rozchodził się po sali, pełen żalu i nostalgiczny... naznaczony czasem pieśnią, czasem melorecytacją. Był pieszczotą, bo i sama piosenka czyniła Anastazję femme fatale zespołu. Tą o której widzowie będą śnić mokre sny tej nocy. Sukkubem niemalże.
Jedno krótkie zdanie
Jeden głuchy szept
Me beznamiętne słowa:
"Już nie kocham Cię"

Niedostępnym, a upragnionym. Tak bliskim do pochwycenia, a tak dalekim. Ostatnie słowa... wypowiedziane zachrypniętym szeptem. I gitary milkną. Anastazja unosi skrzypce i zaczyna grać requiem w towarzystwie Billy'ego na klawiszach, by potem nagle przejść do gwałtownego rockowego intra do następnego utworu.
Cytat:
"Diversity Æffect"
Ten utwór był bardzo często wykorzystywany jako intro na koncertach, zresztą właśnie jako intro został umieszczony na na płycie M-Æ. Czysto instrumentalny kawałek powstał na jednej z bardzo wczesnych prób zespołu, niedługo po dołączeniu JJ-a do grupy. Na jednej z prób niezgranej jeszcze w pełni ekipy, z której większość stanowiły tak różne sobie indywidualności wymiatające na różnych instrumentach i chcące ciągnąć nurt choćby trochę we własną stronę, wynikło z tego istne muzyczne pandemonium.
Chris po wszystkim, zlany potem odpalając fajka skwitował to krótkim “o ja pierdolę…!”. To on zresztą namówił Billy’ego, by ten opracował zrąb scenariusza linii melodycznej do tego “czegoś”. Wkrótce utwór stał się wizytówką grupy.

W miarę ciche i spokojne odgłosy perkusji zaczęły wybijać rytm melodii podobnie jak w Voodoo Godsmack, ale bez wsparcia gitary ani innego instrumentu.
Cicha melodyczna solówka perkusji na samym wstępie była bardzo niecodziennym zabiegiem i choć Chris wyraźnie zaznaczył tu tło melodyczne, to jego samotność nie mogła trwać za długo. Z początku nieśmiałe dźwięki skrzypiec zaczęły wspierać go akcentując melodię i rozwijając ją, wzbogacacjąc i dopełniając. Po krótkim czasie Anastazja zaczęła jednak ulotnie wymykać się współpracy zwiększając tempo i kierując się we własną stronę, już nie wspierając perkusisty, a próbując zdominować jego rytm swoją melodią. Muzyka wciąż była w miarę cicha i spokojna, a choć zaznaczał się dyskurs między instrumentami i zarówno Sully, jak i de Sade próbowali ciągnąć melodię we własną stronę, to wciąż się splatały mimo wszystko nie pozwalając się wymknąć temu w chaos i pandemonium.
W pewnym momencie do pojedynku włączył się JJ spinając z coraz żywszymi staraniami Vandelopy. Współpraca saksofonu i skrzypiec rozwinęła melodię, która zaczęła być coraz bardziej autentyczna, charakterystyczna, wpadająca w ucho. Sully został zdominowany przez tę dwójkę ograniczając się do wybijania tła perkusji.
Kooperacja skrzypiec i saksofonu nie trwała długo bo i tu zarówno Anastazja jak i JJ zaczęli ciągnąć ją lekko w stronę własnych instrumentów. Smyczkowo-dęty alians rozsypywał się ‘na uszach’ widowni scalany jedynie perkusją, która wyczuła swoją szansę i zaczęła wybijać się coraz mocniej.

Gdy perkusja wybiła się ponad skrzypce i saksofon, a muzyka de Sade i Gonzalesa znów splotła się owijając wokół rytmu bębnów i talerzy by ją stłamsić, nastąpiło w końcu mocne pierdolnięcie.
Trzy gitary weszły znienacka, bez ostrzezenia podchwytując melodię i zagarniając ją dla siebie totalnie. Howl, i Billy stłamsili skrzypce i saksofon konkretnym uderzeniem wraz ze wspierającym basem Liz. Melodia ewoluowała porywając, szczególnie, że Anastazja i JJ znów zawarli chwiejny rozejm z Sullym uwijającym się za garami iw spólnie kontrapunktując gitary.

Anastazja przeszła na samotną walkę swymi skrzypcami owijając melodię dookoła dźwiękami wydobywanymi przez smyczek. Saksofon JJ-a podobnie, jakby walczył o przetrwanie akcentował melodię ze swojej strony. Tymczasem niewielki dyskurs pojawił się pomiędzy gitarami Howl i Billyego, które wymiatały już mniej spójnie, ulotnie przeciagając się nawzajem. Tymczasem perkusja zwiększała rytm, a co za tym idzie tempo utworu i flankowała się nawzajem z basem Liz.
Każdy z każdym, każdy naprzeciw każdemu.

Niczym starodawny sześciokonny zaprzęg, w którym każdy koń chciałby rwać w swoją stronę, ale w efekcie z łomotem kopyt pracując i tak wzajemnie na siebie. W czasie próby doszło tu do istnej kakofonii tak jebutnej, że aż Bill Kowalsky zajrzał czy wszystko w porządku. Billy ogarniając linię melodyczną dał temu utworowi dyszel. Choć panował chaos, to w miarę uporządkowany, porywający. Choć każdy z muzyków akcentował siebie, to nawet nie zbliżało się to do jazgotu. Utwór miał w tym miejscu w sobie jedynie pewną dzikość, a i nigdy nie był do końca taki sam, więc najwierniejsi fani za każdym razem jakby słuchali go na nowo.

Howl i Billy ucichli, podobnie jak Anastazja i JJ. Melodia uspokoiła się podtrzymywana jedynie przez chwiejny alians bębnów Chrisa i basu Liz. Wprawne ucho dałoby radę wychwycić coraz większe splatanie się dźwięków tych dwóch instrumentów, kooperację, dopełnianie.

Cichy odgłos skrzypiec dołączył nagle i nostalgicznie, bez indywidualnego akcentu. De Sade po prostu splotła swoją muzykę z dźwiękami perkusji i gitary basowej.
Łomot bębnów znów zwiększył moc. Tak jak na początku utworu było słychać prawie tylko perkusję, ale na zupełnie innym, żywszym i głośniejszym poziomie. Skrzypce i bas nie walczyły tu już, spinały się tworząc tło. Dołączył też saksofon.
Kilka szybkich uderzeń w bębny, na wręcz nieosiągalnym poziomie szybkości wyłączyło Liz, Anastazje i JJ-a, którzy ucichli.

Zapaliły się reflektory rozwiewające ciemność i...
Trzy gitary rąbnęły jednocześnie z mocą, razem z perkusją, skrzypcami i saksofonem. Nie było śladu po wcześniejszej mniej lub bardziej dyskretnej walce w ramach linii melodycznej. Cała szóstka wymiatała niczym jedna dobrze naoliwiona maszyna.
Uzupełniali się, współtworzyli muzykę, wspierali się jakby alians funkcjonujący wcześniej pomiędzy poszczególnymi członkami grupy, rozszerzył się na całą szóstkę, a jedynym przeciwnikiem była publiczność obrywająca soczystym kawałkiem porywającej, mocnej muzy.
Cytat:
"Eltar Ago"
Diversity Æffect jest utworem, który zawsze grają jako pierwszy. Eltar Ago to z kolei ten kawałek, którego nie odważyliby się zagrać na samym początku, nie rozgrzani; i jeśli ląduje na setliście to po conajmniej dwóch albo trzech innych kawałkach. Czasem nie ląduje, bo to kompozycja, która sprawia że na każdego z nich występują siódme poty i przy której muszą z siebie wycisnąć ponad sto procent tego co potrafią. Każdy członek zespołu ma tu swoje równie ważne miejsce, każdy jest kluczowym elementem kompozycji. Howl, która ten utwór - jako jedyny na ich pierwszym albumie - napisała w całości, jednocześnie wykorzystała najsilniejsze strony każdego z nich i podkreśliła ich indywidualność, oraz stworzyła z nich nierozerwalną, perfekcyjną całość, która trwa prawie dziesięć minut.

Utwór zaczyna się mocnym wejściem dwóch gitar, które grając wspólnie główną linię melodyczną jednocześnie stanowią zapowiedź duetu wokalnego Billy’ego i Howl. Na wokal słuchacze muszą jednak poczekać ponad pół minuty, w trakcie której dołącza reszta sekcji rytmicznej - perkusja ze stałym, mocnym podkładem, w którym jest coś pierwotnego, oraz niespokojny, urywany bas.
Riffy które grają Billy i Howl są niemalże całkowicie identyczne, ale drobne różnice sprawiają że przeplatają się i przypominają dialog dwóch bliźniaczych głosów. To jedno, to drugie cichnie i nawzajem oddają sobie prowadzenie, przejścia pomiędzy ich partiami są jednak płynne.
Po umiarkowanie szybkim, energicznym intro, które przypomina nieco “Lazaretto” White’a, tempo zwalnia i gitary stopniowo ustępują miejsca skrzypcom oraz saksofonowi. Te dwa instrumenty zdają się mieć najmniej do roboty w całym utworze, ale to tylko pozór. Stanowią silny akcent w znaczących momentach.

Tekst? Po pierwszym przesłuchaniu trudno go zrozumieć i poskładać w całość. Po drugim, trzecim albo i kolejnym, układa się w opowieść o wiecznym powrocie, jest dialogiem dwóch wędrujących przez kolejne wcielenia dusz, które spotykają się w kolejnych sytuacjach, rolach i miejscach. Nie zawsze są kochankami, nie zawsze nawet się kochają, czasem są bratem i siostrą, albo wrogami po przeciwnych stronach barykady.

W tym wszystkim współgra to jak ich głosy zmieniają się w trakcie. Billy zaczyna niskim, nieco szorstkim głosem, który przywodzi na myśl wokalistę HIM w “It’s All Tears”. Howl partneruje mu wyjątkowo kobiecym, miękkim wokalem, który z kolei może budzić skojarzenia z “Roads” Portishead albo “Hedonism” Skunk Anansie. W tej muzycznej podróży jednak każde ich kolejne “wcielenie” ma swój unikalny głos.

W kulminacyjnym momencie utworu refren zostaje zastąpiony przez łącznik, który śpiewa Liz, która do tej pory wykonywała tylko wokalizy. Wszystkie światła koncentrują się na niej, spowijają ją w bieli, gdy silnym, mocnym głosem śpiewa o nadziei, o zamykającym się cyklu, o odrodzeniu. Muzyka stopniowo cichnie, powoli, gdy Liz niemalże niczym boska istota dominuje nad całą sceną.

 

Ostatnio edytowane przez Bounty : 17-11-2017 o 12:20.
Bounty jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem