Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 15-10-2017, 21:10   #3
Googolplex
 
Googolplex's Avatar
 

- Co do ciężkiej cholery? - Zdziwił się James ściskając i rozcierając między palcami płatki, sprawdzał przy tym kilka rzeczy, po pierwsze ich konsystencję, fakturę, wilgotność a także jedy kilka potarł mocniej, zapach. Smaku sprawdzić się nie odważył, zresztą i tak nie wiedział jak powinny smakować. Wprawdzie nie wiedział też jak powinny pachnieć, założył jednak dla uproszczenia, że po prostu jak kwiaty. Odruchowo sięgnąl do kieszeni po lizaka, zatrzymał się wpół gestu.
- Ja pierdole, ani chybi zatrułem się chemią. Nigdy więcej nie kupię tego taniego gówna, widać, jak chcesz pożądne słodycze to musisz zapłacić… co za pierdolone czasy. - Zaczął macać się po kieszeniach szukając tej w której miał jeszcze paczkę suszonej wołowiny, ta przekąska będzie musiała wystarczyć póki nie zamówi nowych zapasów.
Z doznania empirycznego wychodziło, że te fioletowe kwiaty nie dość, iż najwyraźniej są tworem naturalnym, to jeszcze musiały co dopiero zostać zerwane. James czuł wilgoć na ich płatkach.

Prawa kieszeń nie zawierała poszukiwanej wołowiny. W lewej natomiast wymacał spory obiekt o kulistym kształcie, z przymocowanym do niego czymś na wzòr sznurka lub zawleczki…
W tym momencie wszystko stało się jasne i oczywiste. Rodzinka jednak postanowiła zamknąć go w psychiatryku i nafaszerowali jakimś gównem. Nie po raz pierwszy zresztą. Dziwne tylko, że nie pamięta samego zamknięcia. Przeraził się o zniszczeniach jakie prochy mogły spowodować w jego mózgu i szybko w pamięci przeprowadził kilka prostych obliczeń, fakt iż ciągle potrafił obliczyć całkowitą energię mola uranu w stanie spoczynku nieco go uspokoiła, najważniejsze narzędzie ciągle działało. Rozejrzał się też dookoła analizując swoje otoczenie.

Dopiero po tej samoanalizie gotów był sięgnać do kieszeni i wydobyć przedmiot tam schowany, oczywiście nie za sznurek, z przyzwyczajenia nie ciągnął za żadne przewody, uszkodzić urządzenia było znacznie łatwiej niż je naprawić.
Kiedy James wyciągnął kulisty obiekt zobaczył, że idealnie kulisty on nie był... a jego kształt był jedynie tak idealny jak mógł być obiekt o połyskującej jednolicie krwistoczerwonej powierzchni.
Jak ideał...

...jabłka.
W jednej chwili przyszedł mu na myśl świat idei Platona, rzecz abstrakcyjna i absolutnie niemożliwa do osiągnięcia w realnym świecie. Jabłkowość obiektu uderzała go z siłą wodospadu (które to porównanie utkwiło mu w pamięci po niefortunnym obejrzeniu niezbyt ambitnej reklamy). Chwilę zastanawiał się nad proporcjami i kolorem…


… potem ugryzł jabłko.

Nigdy wcześniej nie smakował czegoś tak idealnego, a uczucie rozchodzące się po jego języku było istną ekstazą smaku. Jabłko było doskonale soczyste, o twardości padu, o stopniu słodkości i goryczy mieszającej się w idealnych proporcjach, jakie tylko mógł on sobie wymarzyć.

Istnym snem wcielonym.
Posilony zaczął się zastanawiać.
Zawsze podchodził do wszystkiego w ten sam zimny, wykalkulowany sposób, zawsze analizował fakty i wyciągał wnioski. Zawsze pamiętał, że najłatwiej oszukać samego siebie. Stąd też bardzo ostrożnie podchodził do myśli które dobijały mu się do świadomości.
Nie mniej słyszał o czymś co kolokwialnie zwane było świadomym śnieniem, zastanawiało go też czy nie znajduje się przypadkiem właśnie w takim stanie. Postanowił to sprawdzić w sposób najprostszy z możliwych. Jeśli był to jego sen, jego umysł to jego wola powinna na niego wpłynąć, a zatem…

Skupił się by przypomnieć sobie swój warsztat, każde narzędzie, niedokończony program diagnostyczny który niedawno pisał, magazynek z mozolnie i skrupulatnie kolekcjonowanymi rozmaitymi częsciami najróżniejszych urzadzeń, przypomniał sobie blaty, zasilacze, transformatory, nawet ściany i podłogę, nawet skrzypiącą rurę spod sufitu…

Potem otworzył oczy…

Powinien zobaczyć swój magazyn, jego wnętrze, ale...
...jego oczy zostały zaatakowane feerią soczystych barw nocnej łąki...
...do uszu dotarła cicha muzyka świerszczy...
...a nozdrza wypełnił mu słodki zapach świeżych kwiatów...

Jego percepcja z pewnością określiła obraz jako taki, którym być powinien.

James zawsze był człowiekiem myślącym trzeźwo, jak się okazuje potrafił równie trzeźwo myśleć nawet w obecnym stanie. Właśnie z tego powodu nie przejmował się za bardzo, wychodząc z założenia, że skoro nie może wpłynąć na stan swojego umysłu to równie dobrze może po prostu poczekać i zobaczyć cóż takiego podświadomość ma mu do przekazania, nie wątpił, że będzie to coś ekstraordynaryjnego.

Przyjął więc wygodną horyzontalną pozycję uwaliwszy się jak zwierzę wśród kwiatów. Oczy skierował ku górze by podziwiać konstelacje na nocnym niebie, po cichu liczył, że może we śnie zobaczy eksplodującą Betelgezę, wypatrywał więc Oriona.

Kiedy skierował wzrok ku górze, aby zobaczyć nocne niebo, jego oczom ukazał się znany obraz... nie. Nie był znany. Nie do końca.

James zobaczył ciemne chmury, widział punkciki gwiazd w oddali, ale samo niebo przypominało kolorem, fakturą i nawet zabrudzeniami - sufit jego magazynu... a księżyc wisiał na metalowym łańcuchu, świecąc światłem podwieszonej pod sufitem lampy.

- Ja pierdolę, jeszcze trochę i zacznę uważać, że płaskoziemcy mają rację. To pewnie przez te czipsy, cholera, wiedziałem, że tłuste przed snem będzie szkodliwe, ale nie, że aż tak! - Dumał sobie na głos wesoło. Czasami lubił odpalić sobie w tle youtube i posłuchać tych głupot które ludzie wymyślają, a wszystko to przez braki w wiedzy czy naiwną wiarę we własną nieomylność. James wiedział dobrze z doświadczenia, że najłatwiej oszukać samego siebie, to też starał się zawsze podchodzić do spraw z otwartym umysłem, lecz szukał rozwiązań najprostszych, bez wdawania się w jakieś metafizyczne brednie czy inne teorie spiskowe.
Na przykład teraz wiedział, że najprawdopodobniej za jego stan odpowiadają czipsy przed snem i ten dziwny filmik z gościem wierzącym, że obalił ogólną teorię względności. Musiał więc jedynie poczekać aż organizm poradzi sobie z potopem tłuszczu i wróci do normalności.
Po prostu poczekać…

Księżyc delikatnie podrygiwał na łańcuchu niby poruszany lekkim podmuchem wiatru, a przecież takowego nie było w pomieszczeniu. Nie było jednak powodu, aby się przejmować, to tylko czipsy i cokolwiek co do nich zostało dodane. To tylko czipsy...

James zamrugał, gdy kawałek od niego zobaczył niezbyt wyraźną, jakby rozmytą poprzez przestrzeń, postać smukłego osobnika w drogich szatach, jakie widziałoby się jedynie na wystawach muzealnych ubrań średniowiecznych... o ile te byłyby takie, jak przedstawiała je kultura filmowa - piękne, wręcz idealne w kroju i wyrobie. Nieziemskie.

Jak i idealna była osoba jaką jak przez mgłę widział James.

“No kurwa…” pomyślał nieco zdesperowany. Jeszcze tego mu brakowało by nawet we śnie ktoś czegoś od niego chciał. Postanowił twardo udawać, że nie dostrzega strojnisia, a w ogóle to nic go nie obchodzą obcy. Wszystko to w nadziei, że zignorowany odejdzie sobie i zostawi go w spokoju.

Tak naprawdę, jak szybko James zdał sobie sprawę, osobnik nie zwracał na niego żadnej uwagi, wyraźnie rozmawiając z kimś bezgłośnie, kogo nie widział chłopak. Długie, czarne włosy mężczyzny (bo to zdołał zidentyfikować mimo kiepskiej widoczności) opadały lekko na ramiona nieznanego, zaś gdy ten stanął pod innym kątem, James zauważył, iż jego uszy są zaostrzone na elfią modłę... jakby pieprzony Tolkien go wykreował.

Niespodziewanie nieznajomy przerwał swoją niemą konwersację bez napisów i najwyraźniej po uciszeniu dłonią niewidzialnego rozmówcy, powoli zaczął rozglądać się na boki, aż jego wzrok spoczął na sylwetce Jamesa...

...który zobaczył w tych złotych oczach malujące się szczere zdziwienie nieznajomego.

- Ja pierdolę… - wyszeptał cicho, bezradny. Zaraz będzie czegoś chciał, kurwa, nawet własna wyobraźnia musiała go zmuszać do kontaktów z ludźmi… czy czymkolwiek był ten uciekinier ze Śródziemia.

James zobaczył nagłą zmianę w zachowaniu nieznajomego. Jego zdziwienie i szok przeszły w czystą złość, a dłoń chwyciła za zdobioną bogato, smukłą klingę miecza uczepionego do pasa. Gdy zaś klinga broni została wyciągnięta na światło księżyca, chłopak usłyszał rozchodzący się echem magazynu dźwięk stali ocierającej się o twardą pochwę.

James był już pewien, że to nie może być rzeczywistość. W prawdziwym świecie miecze nie robią “szing!” wyciągane z pochwy, przecież to logiczne, metal trąc o metal szybko by stępił ostrze.
- No i gdzie z tymi efektami specjalnymi? - Zakrzyknął do ostrouchego. - Takim kozikiem to sobie wiesz, możesz kanapkę zrobić. Ja pierdolę co za ciołek, wiesz ty kurwa w ogóle co to broń palna? - James próbował tonu jakim nieraz musiał się zwracać do idiotów którzy mu się włamywali na chatę. Doskonale pamiętał gdzie jest jego wierny shotgun którym już nieraz strzelał do takich włamywaczy. Nigdy nikogo nie zabił ale ból po takim postrzale był dość spory, w końcu naboje robił sam… z dużych kryształków soli.
No więc jeśli to był jego magazyn to broń powinna być...
- No kurwaaaaa - choć w sumie mógł się spodziewać, że nic nie będzie tym czym być powinno. Nie mniej życie go nauczyło, że nie ma co płakać na brakiem kart jakich się chce i grać trzeba tym co się ma.
- Stój gdzie jesteś! Mam broń i nie zawaham się jej użyć, jesteś kurwa na moim terenie i nie będziesz mi tu czipsie rozpierdalał snu, jasne?! - To mówiąc wycelował i przytknął dmuchawkę do ust, gotów bronić swej domeny przed tą perfidną marą.

Elf zerknął jedynie na trzymaną przez Jamesa... broń... po czym uśmiechnął się w jakimś okrutnym rozbawieniu. Bez ostrzeżenia, bez wcześniejszego do zauważenia ruchu, jego miecz trzymany w dłoni, niczym kwantowo, znalazł się niebezpiecznie blisko w pozycji do ciosu. Gdy tylko chłopak zarejestrował zmianę dmuchnął w broń, chcąc tym sposobem zniszczyć lub chociaż odgonić intruza. Z dmuchawki wyleciała papierowa kulka, która jednak chyba dokładnie z papieru nie była...

Bo choć elf nawet nie zwrócił uwagi na pocisk, który przeleciał przez niego jakby nie istniał, tak drewniane kartony w jakie ten "papier" trafił już odczuły to konkretnie, niczym potraktowane wystrzałem z shotguna.

A James poczuł nagły ból, gdy ostrze miecza przecięło jego klatkę piersiową, pozostawiając go w zbyt realnym cierpieniu ciała, gdy elf wyraźnie miał zamiar zakończyć kolejnym ciosem... tym razem nie będącym tak łaskawym.

“We śnie nie powinno boleć” - poskarżył się w myślach James - “to niesprawiedliwe!”

We śnie nie powinno boleć, to był fakt. Dlaczego więc... tak... bolało...

Chociaż ból rozchodził się od rany, choć na ubraniu Jamesa pojawiła się krew rozchodząca od zaatakowanego miejsca, mimo że nadchodził kolejny, zapewne końcowy, atak... James widział już tylko jedno.

Że świat zamknął oczy, zamykając też i jego własne.
 
__________________
De mortuis crepitus
Aberdonensis de furor
Infernus irae!
Then they died
Googolplex jest offline