Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 03-11-2017, 17:33   #45
Chrapek
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1165 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Był wczesny poranek – nie minęło jeszcze południe. Dwóch studentów zamieszkujących Akademik nr 9 Państwowej Wyższej Szkoły Magii Zawodowej w Radomiu spało snem sprawiedliwego. Wczorajsza impreza dała im w kość, ale dziś miały być same wykłady, więc można było się spokojnie wyspać.
Na parapecie okna ich pokoju wylądował duży, spasiony gołąb. Ubrany był w gustowny frak, cylinder a na dziobie miał złoty binokl. Zajrzał ciekawie do środka, po czym bezceremonialnie wszedł do środka przez otwarte okno. Przez chwilę przyglądał się dwóm śpiącym studentom, po czym z kieszeni wyciągnął dwie tabletki Ritalinu. Powolnymi, metodycznymi ruchami rozbił je w pył na nieużywanym biurku dwóch adeptów magii, po czym wyjął pięciusetzłotowy banknot i wciągnął tak przygotowany proszek do nocha.
- Ale daje! – stęknął, a wszystkie pióra stanęły mu dęba. Spojrzał raz jeszcze z niesmakiem na śpiących, po czym głęboko wciągnął powietrza do płuc:
- WSTAWAĆ!!! – wrzasnął z całych sił – WSTAWAĆ NIEROBY PIERDOLONE! PAN PROFESOR DZIEKAN CHCE WAS WIDZIEĆ! NATYCHMIAST! DO ROBOTY!!!
Studenci z wrażenia pospadali z łóżek. Nikt zdrowy na umyśle nie zadzierał z Hegemonem - gołębiem profesora Ambrożego Kleksa, dziekana Wydziału Inżynierii Filozoficznej i Magii Mechatronicznej.

Dwaj studenci nieśmiało przekroczyli próg gabinetu dziekana. Pan Kleks siedział za swoim zabytkowym biurkiem i spoglądał na nich spode łba spod swoich wytwornych binokli. W ręku obracał powoli swoją ulubioną zabawkę – niesfornego Achtunga 7mm. Dzięki specjalnemu zezwoleniu senatu uczelni, Ambroży miał prawo do odstrzelenia jednego studenta na semestr. Zapobiegało to załamaniu się psychiki wielkiego uczonego, który mógł w ten sposób znaleźć ujście swoim morderczym instynktom.
- Sędziwój, Twardowski – nawet piegi Profesora wydawały się mienić złowrogo – Dlaczego ja was jeszcze nie odstrzeliłem?
Kleks poczochrał się w zadumie po bujnej brodzie, po czym niedbale wskazał im krzesło przed sobą.
- Przysięgam, gdyby nie wasze koneksje rodzinne, już dawno byście gryźli piach – powiedział szczerze – Do diabła, sądząc po waszych zdolnościach, to wasze matki puściły się chyba z jakimś niemagicznym plebsem! A przecież jesteśmy wybraną kastą… Wybraną kastą!
Wzburzony dziekan wstał z fotela, podszedł do etażerki i wyjął ze środka niebieskie szkiełko metaamfetaminy, po czym schrupał je z lubością malującą się na szacownym obliczu. Następnie wyciągnął z szuflady puzderko z białym proszkiem i nasypał Hegemonowi ścieżkę. Gołąb podbiegł do niej świńskim truchtem z wyrazem narkotycznego głodu w oczach.
- Panie profesorze, my się poprawimy… - zaczął nieśmiało Twardowski.
- Dam wam ostatnią szansę – Kleks stanął za ich plecami – Nasza droga uczelnia przystąpiła do programu Erasmus. Między Bogiem a prawdą zawsze sądziłem, że jest on tylko dla tych brzydkich czarownic, żeby znalazły sobie zagranicznego bolca, skoro tutaj nikt ich nie chciał… Nieważne! – Profesor oparł się z westchnięciem o biurko – W każdym razie robimy wymianę studentów.
- Jedziemy za granicę?
- Ocipiałeś?! – Ambroży walnął studenta przez czerep – Gdzie, żebyśmy się wstydu najedli przez takie ciemięgi jak wy? Od was dwóch wymagam tylko, żebyście przypilnowali tego, który tutaj przyjedzie z Anglii!
- Z Anglii?
- Tak. Nazywa się Harry Potter.

Harry przeciskał się przez obskurne korytarze akademika, ciągnąc za sobą bagaż. Z utopcem który siedział w charakterze ciecia w portierni poradził sobie dość dobrze, choć tamten usilnie chciał go zaprosić na herbatkę do kanciapki. Gorzej poszło kiedy postanowił skorzystać z windy.
- Uffff! – stęknął dźwig, rozsuwając drzwi – Cholera, kolejny obrzyganiec!
Potter spojrzał badawczo za siebie.
- Tak, do ciebie mówię! – warknęła winda – No, właź do środka, nie stójże na zewnątrz, bo mnie serwo rozboli! – Mag wszedł do środka, a tymczasem winda kontynuowała tyradę – Jak kocham Stwórcę, jak mnie nie zarzygają, to mażą po lustrze! A wczoraj to, wyobraź sobie, ktoś do mnie nasrał! No normalnie Sodoma i Gomora! Pieprzeni studenci.
- Na szóste poproszę - powiedział nieśmiało.
- Na szóste?! Do tych chlorów przebrzydłych?! A po co ci kochaneczku… A, chyba, że ty też jesteś jednym z tych obezjajców!
- Nie, nie, ja na Erasmusie. Z wymiany.
- Z wymiany? A to cię urządzili! Niech to prąd stały popieści, żeby na piętro Sędziwoja i Twardowskiego studenta zza granicy zakwaterować. No, nie pożyjesz ty tutaj długo, kochaneczku, nie pożyjesz...
Ach, kiedyś to były czasy, porządek i nauka, a nie ciągłe balety. A teraz? Teraz to nie ma czasów…
Tymczasem winda dotarła na miejsce i drzwi otworzyły się zachęcająco. Potter szybko przez nie wyskoczył i skierował się wzdłuż korytarza.
- Za komuny było lepiej! – usłyszał jeszcze za sobą, po czym winda odjechała z upiornym skrzypnięciem.

Kiedy wszedł do pokoju, impreza trwała w najlepsze. Pijani czarodzieje i czarodziejki przemieszczali się, czasami łącząc się w większe grona. Stężenie alkoholu powoli osiągało śmiertelne poziomy, a uszy pieściła subtelna muzyka disco polo.
- Hej słodziaku, chodź do nas! – dwie czarownice pociągnęły Harrego za rękaw. Były pijane jak szpadle i za pomocą różdżek właśnie robiły sobie wzajemnie makijaż permanentny.
- Ja jestem Dżesika, a to jest Roksana – w świńskich oczkach zatańczyły wesołe kurwiki – Jesteśmy studentkami wizażu magicznego. A ty?
- A ja jestem Harry Potter, z Hogwartu… - zaczął Harry w międzynarodowym, czarodziejskim esperanto.
- Harry Potter?! – przez tłum przedarł się Michał Sędziwój – Nasz kolega z wymiany?! Polejcie mu karniaka!
- Ale ja nie piję alko…
- Co nie piję! – Sędziwój niemal siłą wlał Harremu wódę do gardła – Rach ciach ciach, babkę w piach! Drugiego!
- Michaś, Michaś! – do kolegi przybiegł spanikowany, blady jak śmierć Twardowski – Wóda się skończyła!
- To może ja pójdę po nową – Harry postanowił ulotnić się po angielsku.
- No, gdzie będziesz chodził, my tu mamy swoje metody! – Sędziwój zgarnął go pod ramię – Przecież nikt wódy nie pije dla smaku, chodzi o efekt, czyli nieważne co, byle sponiewierało! – dodał uczonym tonem – A ten efekt można uzyskać na różne sposoby.
- To co, po jednym? – Twardowski uniósł różdżkę.
- Goście pierwsi! – skinął mu Sędziwój.
- Alkoholismus Maximus! – mag dotknął różdżką czoła Anglika. Harry momentalnie zwalił się nieprzytomny na glebę, obrzygał i posikał w spodnie.
- Jaki słaby łeb! – zaśmiał się Sędziwój – Żeby już po jednym alkoholizmusie zgona zaliczyć! Dawaj, teraz mnie!
Dwaj przyjaciele zostawili nieprzytomnego Pottera i poszli bawić się dalej.

Po kilku tygodniach spędzonych na polskiej uczelni, Harry zapuścił brodę oraz wątrobę i wsiąknął w malowniczy krajobraz. Czas spędzał wesoło pomiędzy kolejnymi imprezami, zaliczonymi czarownicami i kolosami.
Dzisiaj jednak przypadł mu w udziale niezbyt przyjemny obowiązek wpisania na listę kolegów ze swojego roku. W tym celu musiał spędzić upojne popołudnie na wykładzie z „Logistyki i administracji w magii bojowej”.
Wykład prowadził emerytowany wojskowy mag, który całe życie spędził za biurkiem, a kolejne awanse w wojsku zdobywał na uczelniach w ZSRR (ponoć studiował w samym Instytucie Badań Nad Czarami i Magią w Sołowcu).
- No i wtedy – kontynuował wykład profesor, odsuwając od siebie notatki sporządzone na wymiętolonych kartkach – Szliśmy z armią Berlinga na Berlin, i nagle jak z cmentarzy nie zaczną wychodzić niemieckie trupy! Cały park sztywnych na nas wylazł. Małojce pruły z karabinów, a niemiaszki dalej na nas. Swołocz. Nie sposób ich było zatrzymać, bo żadne czary obronne na nich nie działały. I wtedy patrzę, a tam na górce stoi taki jeden obdarty Szwab, a na szyi ma taki niebieski amulet. No i jak się okazało, to była Sagala.
Harry drgnął. To było to.
- I wtedy wsiadłem do czołgu i hajda na Niemca. Przejechałem po hordach truposzy, jadę na tego arcymaga, a ten jak mi nie sprzeda strzału z Sagali… No z czołgu to nie było co zbierać. Dobrze, że miałem na piersi order Lenina, dzięki temu udało mi się szybko postawić tarczę antymagiczną. Twardy to był przeciwnik. Na szczęście miałem ze sobą puszkę iperytu zmieszanego z ruskim spirytusem. Próbowaliście kiedyś ruskiego spirytusu?
Na sali zapanowała cisza.
- No nie, pewnie że nie. Wy to jesteście mocni w gębie, ale jak trzeba wypić litr wódki na hejnał, to nie ma chętnych. Ech, ta dzisiejsza młodzież. No nic. W Rosji jak chcieli, żeby spirytus bardziej trzepał, to spryskiwali do niego odrobinę iperytu. To był tak zwany „drink z psikiem”. No i machnąłem temu von Mengelewowi tą puszką w ryj. A zanim się pozbierał, poprawiłem strzałem w potylicę. Na ołów, jak się okazało, też nie był odporny…
- Panie profesorze? – Potter podniósł rękę do góry.
- Tak? – profesor zamrugał oczami, wybity ze swojego bełkotliwego transu.
- A co się stało z Sagalą?
- Z Sagalą? Hmm… - stary potarł się w roztargnieniu po czole – Po wojnie nie wiadomo było co z tym zrobić, bo cała instrukcja do niej napisana była gotykiem… Chyba leży do dzisiaj w kazamatach dziekanatu.
- W kazamatach dziekanatu?
- No tak, profesor Kleks trzyma tam różne dziwne rzeczy. Ale nie radziłbym tam wchodzić bez jego pozwolenia. Profesor jest bardzo przewrażliwiony na tym punkcie.
- Tak, oczywiście. Dziękuję, panie profesorze – Harry zmrużył ślepia. W jego umyśle zaczął kiełkować plan.

Sędziwoja i Twardowskiego zastał w ich barłogu, jak zwykle w stanie ciężkiego upojenia alkoholowego.
- Wstawać! – warknął na nich, rzucając w Michasia butem.
- O co ci chodzi… - Twardowski łypnął na niego spode łba – Melo nam psujesz.
- Mam propozycję nie do odrzucenia – Harry pokrótce streścił im to co usłyszał na wykładzie. Dwaj studenci patrzyli na niego jak na kosmitę z innej planety.
- Ech – żachnął się Anglik, po czym podniósł różdżkę i dotknął głowy obu studentów – Spiritus movens!
Upojenie alkoholowe przeszło jak ręką odjął.
- No co ty, ocipiałeś?! – krzyknął Sędziwój, trzymając się za łeb. Kac przyszedł tak nagle, jak grom z jasnego nieba.
- Słuchajcie lepiej. Mam kupca na tą całą Sagalę – Harry uśmiechnął się do nich – Zapłaci nam gruby hajs i będziemy ustawieni na całe życie.
- No nie wiem – Sędziwój podrapał się po szczecinie – Tata mi powiedział, że załatwi mi robotę w Powiatowym Urzędzie Magii…
- No i ile tam dostaniesz? – zapytał Harry – Nie oszukujmy się, po Państwowej Wyższej Szkole Magii w Radomiu nie zrobicie światowej kariery. Minimalna krajowa, pięćset plus, roztyta Grażyna w kuchni, seks raz na miesiąc i wieczorne piwo przed telewizorem. To jest wasza przyszłość.
- Kurwa… - Twardowski nigdy nie myślał tak o swoim jutrze. W swoich marzeniach zawsze był piękny i młody.
- No właśnie. A jeżeli mi pomożecie, to załatwię wam zielone karty w Anglii. Dostaniecie hajs za artefakt, plus zasiłki dla imigrantów. Cały dzień będziecie mogli leżeć do góry bębnem, a kasa i tak się będzie zgadzać.
- No ale dziewczyny w Anglii są brzydkie jak nieszczęście…
- A co to za problem, kiedy masz pełen portfel? Cały świat będzie dla was stał otworem!
Studenci spojrzeli po sobie.
- No i przekonał! – Twardowski uśmiechnął się szeroko, po czym wyciągnął rękę do Pottera.

Była już północ, kiedy udało im się włamać do dziekanatu. Drzwi, które otworzyli prowadziły w głąb korytarza ciągnącego się daleko w mrok. Harry zapalił latarkę i ruszyli wzdłuż tunelu. Ten skończył niespodziewanie solidnymi drzwiami, inkrustowanymi inskrypcjami w staro cerkiewno słowiańskim.
- Zamknięte na głucho – Sędziwój popukał w drzwi.
- Może lepiej wracajmy? – odparł Twardowski – Jeśli Kleks nas tutaj namierzy, to powyrywa nam nogi z dupy.
- Ja ci wrócę! – warknął Harry – Mamy robotę do wykonania! – to mówiąc, dotknął drzwi różdżką.
- Co to jest: nie je, nie pije a chodzi i bije? – odparły nagle drzwi spiżowym głosem.
- Ja wiem! To jest kac! – Michaś wyskoczył z odpowiedzią.
- Coś ty zrobił idioto! Teraz na pewno nie wejdziemy do środka!
- Odpowiedź prawidłowa! – drzwi miały jednak inne zdanie. Wrota otwarły się szeroko.
Ruszyli dalej, z pewną rezerwą, uważnie oglądając się na boki. Nie przeszli zbyt daleko, kiedy trafili na kolejną przeszkodę. Trafili do niewielkiej komnaty, na końcu której znajdowała się wajcha. Drzwi za nimi zatrzasnęły się niespodziewanie, a przez kratki wentylacyjne zaczął wlatywać gaz. Po chwili było go już tyle, że nie było nic widać.
- Cyklon B?! – przeraził się Harry.
- Nie! – zaśmiał się Sędziwój – To zwykły hasz. Harry, przygotuj się!
- Na co?!
- No Michaś, na trzy! Raz, dwa, trzy! – obaj przepici studenci zaczęli wsysać dym. Lata treningów zapewniły im ogromną pojemność płuc. Po chwili powietrze w komnacie znowu stało się przezroczyste, podczas gdy Twardowski z Sędziwojem wstrzymywali oddech z lubością wypisaną na twarzach. Harry podbiegł do wajchy i szybko ją przestawił. Drzwi przed nimi otworzyły się, pozwalając im na dalszą podróż.
- Ale faza, ja pierdolę! – zaśmiał się Twardowski, wypuszczając powoli dym.
- Ale mi się jeść chce… Harry, nie masz czegoś do żarcia?
- Zamknijcie się obaj! – rozeźlił się Potter – Nie wiadomo, co jeszcze nas czeka!
Ale już za zakrętem korytarza weszli do dużej sali, na środku której w szklanej gablotce leżał duży niebieski kamień.
- Sagala! – krzyknął uradowany Potter i dopadł do szkła. Prąd do którego była podłączona gablotka, odrzucił go na kilka metrów do tyłu.
- Uważajcie, to jest pod prądem! – zaskomlał obolały Anglik. Podeszli do Sagali, oglądając ją badawczo.
- Nie dostaniemy się do środka – Harry stracił resztki nadziei – Z magią byśmy sobie poradzili, ale to jest przecież elektryczny pastuch…
- E, amatorzy – powiedział Twardowski – Michaś, podsadź mnie do góry.
Sędziwój dał Twardowskiemu stopkę, a ten wspiął się do czujnika dymu który znajdował się przy suficie, po czym odpalił tuż przy nim ukraińskiego peta bez akcyzy. Nagle rozległ się brzęczyk przeciwpożarowy, a z góry zaczął lecieć rzęsisty deszczyk.
- No i teraz można otworzyć! – Twardowski z szerokim uśmiechem na ustach otworzył gablotkę, wyjął Sagalę i rzucił ją nic nie rozumiejącemu Harremu – Mój wujek robił system przeciwpożarowy w całym kampusie - wyjaśnił Twardowski – A, że nie chciało mu się ciągnąć osobnej linii, to spiął wszystko na okrętkę, więc jak się odpalają gaśnice, to w całym Radomiu nie ma prądu.
Potter jednak nie słuchał wyjaśnień kompana, tylko ściskał w ręku artefakt. Nagle z Sagali wystrzelił promień i w sąsiedniej ścianie otworzył się portal.
- To działa! – krzyknął Potter.

Ale, niespodziewanie, ze środka portalu wyszedł nie kto inny jak sam dziekan, Profesor Ambroży Kleks.
- Pan dziekan?! – studenci zaczęli się trząść jak w febrze.
- Kleks! – warknął Harry i wyciągnął różdżkę – Dzisiaj mi nie przeszkodzisz! Avada kadavra!
Ale strzał z różdżki wniknął w ciało Kleksa bez widocznego śladu. Profesor Ambroży westchnął i uśmiechnął się smutno.
- Nie możesz zabić tego, kto już od lat jest martwy w środku, Harry. Całe życie poświęciłem nauce, robiłem publikacje, doktoraty, habilitacje, zarywałem noce i co mnie za to spotkało? Trzy tysiące złotych brutto i deputat węglowy! W dodatku cały dzień użeram się z idiotami pokroju tych dwóch. Nie, Harry, to nie jest życie.
- Ale… Skąd pan wiedział?
- Ech, niby taki mądry, a głupi – Profesor pokiwał głową – Od początku wiedzieliśmy, że Hogwart na spółkę z MI6 przysłał cię tutaj na przeszpiegi. Dlatego sfabrykowaliśmy całą tą historię z Sagalą, którą usłyszałeś na wykładzie. Chcieliśmy, żebyś się zdradził, próbując wykraść bezwartościowy kawałek pomalowanego na niebiesko plastiku. No i się udało. A teraz przyszedł czas zapłaty.
- Nie, proszę, panie profesorze!
Kleks, nieugięty, wyciągnął różdżkę przed siebie.
- Hokus pokus! Czary mary! Twoja stara, to twój stary! – profesor rzucił starożytne, potwornie silne aramejskie zaklęcie zakazane przez wszystkie konwencje genewskie.
- Nieee! – Harry upadł na podłogę wpadając w drgawki i tocząc pianę z pyska. Zaczął się stawać coraz bardziej przezroczysty, aż w końcu zniknął całkiem z głośnym cmoknięciem.
- A wy, Judasze?! – dziekan obrócił się do dwóch, skamieniałych ze strachu studentów - Za garść srebrników sprzedaliście swoją alma mater! Nie ma dla was litości! – to mówiąc wyciągnął swojego siedmiomilimetrowego Achtunga i strzelił w łeb stojącemu bliżej Twardowskiemu, po czym skierował dymiącą lufę pistoletu na Michasia.
Po nogawkach Sędziwoja pociekła brązowa substancja.
- Ale panie profesorze! – zaprotestował nieśmiało żak – Przecież ma pan licencje na odstrzał tylko jednego studenta na semestr!
Profesor nacisnął spust. Huknęło, a ciało Michasia bezwładnie spadło na ziemię.
- Zapomniałem – odrzekł beztrosko Kleks, po czym rozejrzał się po pobojowisku – Ech, chyba czas iść na swoje. Dosyć się już zasiedziałem na tej budżetówce.
Profesor w roztargnieniu pogładził swą długą brodę.
- Otworzę szkołę prywatną. O, to jest myśl. I nazwę ją… „Akademią Pana Kleksa”! – to powiedziawszy, pogwizdując wesoło, otworzył w ścianie portal, po czym przez niego przeszedł.
W kazamatach dziekanatu zaległa głucha cisza.

 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.
Chrapek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem