Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 13-04-2018, 00:52   #7
Flamedancer
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
Cholera, ale gorąco.

Z tą wspaniałą myślą przyzwyczajony do siarczystych mrozów Ingemar dość niechętnie wstał z nader wygodnego, przynajmniej jak na jego gust, łóżka w wynajętej pewien czas temu siedzibie. Jak każdego dnia po przebudzeniu przeciągnął się, by rozprostować kości, chwycił rzuconą w nieładzie na drewniane krzesło prostą lnianą koszulę, naprędce ją na siebie wsunął, po czym otworzył okiennice, wpuszczając odrobinę prawości do spowitego półmrokiem pokoju.
Blask słońca na moment poraził jego rozespane oczy. Dopiero po chwili przywitała go Korvosa w całej swej porannej okazałości - widokiem kamiennych murów, olbrzymich budynków i kolorowych ludzi. Do jego uszu dobiegał wszechobecny gwar żyjącej metropolii. Po jakimś tuzinie okresów Płomienia* wciąż nie mógł się nadziwić jak wiele osób potrafi żyć w tak ciasnej przestrzeni, jaką jest “miasto” w języku południowców. Już na pierwszy rzut oka było ono wielkie, ale istniały jeszcze kanały, gdzie żyli nędznicy i przestępcy. Żeby spotkać kogoś dwa razy całkiem przypadkiem albo kogoś odnaleźć zdecydowanie trzeba było się natrudzić. Nauczył się już, że takie miejsca rządzą się zupełnie innymi prawami, niż klany bądź przeciętne wioski, jakich było pełno na jego drodze. Tam, skąd pochodził, domy były drewniane i niskie, każdy znał każdego, a ich ochroną była jedynie palisada, nie licząc siły wspaniałych wojowników.
Mimo wszystko zdołał się już przyzwyczaić. Miasto było jak las, ale wykonane z kamienia ludzką (i nie tylko) ręką.
Ale nie to było ważne. To słońce i czyste niebo się teraz liczyły! Szeroki uśmiech wnet pojawił się na twarzy wojownika. To był znak od Ojca Niebo!

Zapowiadał się dobry dzień.



W drużynie Ingemar stanowił tą “ciężką” siłę. No, wiadomo - ciężki pancerz, ciężka tarcza, ciężki topór, ciężki krok, ciężkie ciosy, ogólnie ciężka sprawa, przede wszystkim dla wroga - i to nawet ciężkiego. Był to zwalisty chłop, imponujący swoją posturą, choć jedynie o wysokość czoła większy od Coiry. Jego długie, ciemnobrązowe dredy zwisały mu luźno z wygolonej bokami głowy. Wychłostana wiatrem twarz oraz niebieskookie spojrzenie, choć często pogodne, nosiły na sobie lata doświadczenia bojowego. No i broda - bardzo typowa dla jego ludu, choć ta była nieco przycięta, by już upał nie dawał się aż tak we znaki.
I tak się dawał.
Wyjątkowo stronił od zaklętych przedmiotów, co mogło być dziwne w oczach pozostałych. Dawno temu wpojono mu, że używanie takich rzeczy bez większej potrzeby to świętokradztwo! Tylko najwięksi wojownicy klanowi dostępowali zaszczytu przywdziania pancerza i dzierżenia broni wypełnionej potęgą Ojca Niebo, co podobno uprzedzała wielka ceremonia. Tej, ze względu na dawne wydarzenia, nigdy na oczy nie widział.
A mimo wszystko posiada nasączone magią pancerz płytowy i drewnianą, okrągłą tarczę. Wszystko oczywiście w ulfenskim stylu. Nie pamiętał nawet ile czasu zajęło mu przekonywanie się, by zainwestował w lepszy rynsztunek, a do tej pory przed dotknięciem choćby palcem okucia zmawiał krótką modlitwę do Ojca Niebo, prosząc o pozwolenie. W końcu miał zadanie, a do tego konieczne były… inwestycje.
No i oczywiście pewien topór, “Dar Ojca Niebo”, jak raczył go nazywać, choć zawsze u jego pasa, to nigdy go jeszcze nie wykorzystał. Miał on wiele lat. W sumie trudno tak naprawdę powiedzieć ile. Znalazł go w ruinie swojego starego domu. Ale jak mógł on sobie tam tak leżeć?
Odpowiedź mogła być tylko jedna, co potwierdzało mrowienie magii wyczuwalne nawet przez rękawice i szkarłatny poblask na nietkniętej rdzą stali. Był to dar od samej Rodziny - nie można z niego było korzystać pochopnie!
No i nie wykorzystał ani razu.



Do jadalni Ingemar przybył ostatni, oznajmiając swoje przybycie głośnym skrzypieniem drewnianych schodów. Widząc, a przede wszystkim słysząc rozmowy swoich towarzyszy w akompaniamencie znanych mu dźwięków lutni jego twarz od razu przybrała wesoły wyraz i już na ostatnim stopniu pozdrowił ich gestem ręki.
- Hej! Ojciec Niebo nam dziś pobłogosławił! Dziś czeka nas wspaniały dzień! - zawołał radośnie do pozostałych, nim dotarła do niego woń przyrządzonej jajecznicy i ujrzał już pozostałych siedzących przy stole - O, już jest śniadanie? Cholera, znowu zaspałem.
Nie, nie był rannym ptaszkiem, ku małemu utrapieniu pozostałych, ale każdy miał swoje wady, prawda? Nie można było mu tego jednak zarzucić w terenie. Kiedy niebezpieczeństwo czychało na każdym rogu, to on zawsze pierwszy był na nogach z tarczą i toporem w dłoniach. Czy się wysypiał? Trudno powiedzieć. Czy robił swoją robotę? Zdecydowanie.
Sam przysiadł się do stołu, nabierając sobie jedzenia jakby chciał zaspokoić wilczy apetyt, i zaczął jeść, włączając się do luźnych pogawędek z pozostałymi.
- Wiesz, Iskierko? Samo pobrzękiwanie na lutni godne jest rytuałów. Tutaj potrzeba słów! Słów! Ludzie muszą znać historię! - wygłosił po raz enty swoje zdanie na temat muzyki Gwendy. Robił to zawsze, za każdym razem żartobliwie oczywiście, przyznając niejednokrotnie, iż jego talenty artystyczne ograniczają się do malowania bojowych kresek na twarzy.
Względny spokój i beztroska. Coś, co bardzo lubił, gdy akurat mieli wolne.
I akurat wtedy rozległo się pukanie do drzwi.

W ciągu wielu lat spędzonych na południu nauczył się, że kapłaństwo stanowi to samo, co szamaństwo w jego rodzinnych stronach, choć południowcy wyznawali swoich bogów, kiedy szamanki czciły Rodzinę. Musiał przyznać - nie był pewny co o tym myśleć. Słowa “delikatny” i “najodpowiedniejszy” w tym zestawieniu przyprawiały go o dziwny niepokój. Jak daleko ich Brat Płomień wywieje tym razem? I co na nich czekało?
Gdyby odmówili, to ten cały Abedar czy jak mu tam było by pewnie jeszcze sprowadził na nich na jakąś klątwę czy Ojciec Niebo jeszcze wie co. No i przydałoby się trochę złota...
Spojrzał na Coyrę, jakby szukając podparcia w jej reakcji. I rezultacie nie dostał zbyt wiele, pomijając jej pytające spojrzenie.
Westchnął ciężko.
- No cóż, możemy przynajmniej się dowiedzieć o co chodzi, nie? - wzruszył ramionami, po czym wepchnął sobie w usta ostatni kęs świeżego chleba - Idę po sprzęt.



* - lato, ale bez ściśle określonych ram.
 
__________________
[FONT="Verdana"][I][SIZE="1"]W planach: [Starfinder RPG] ASF Vanguard: Tam gdzie oczy poniosą.[/SIZE][/I][/FONT]
Flamedancer jest offline