Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 08-05-2018, 12:56   #8
Leoncoeur
 
Leoncoeur's Avatar
 


Wzrok starego wampira skupiony był przez chwilę na dłoni szeryfa, ale nie na tyle długo by ten mógł brak reakcji odczytać jako obrazę, lub nietakt. Po tej krótkiej chwili Leif wyciągnął własną i uścisnął prawicę Marka.
- Leif - odparł krótko wibrującym pomrukliwym głosem. - Znam wasze obyczaje i nie chciałem im uchybiać. Miałem zamiar pokłonić się panu tej domeny - dodał zgadując, iż to spotkanie mogło dotyczyć pewnych podejrzeń szeryfa Lillehammer. Podejrzeń, że nowoprzybyły patrzący na tradycje przez palce, może swoim zachowaniem narobić w mieście kłopotów.
Cóż, Leif nie dziwił się temu, wiedział jaką ma reputację.

Szeryf uśmiechnął się przyjaźnie na widok zaakceptowanego gestu. Poprowadził Leifa na mały spacer po terenie parkingu.
- Miłościwie panujący nam książe zwykle nalega aby wstępne zapoznanie przeprowadzać z moją osobą. Dopiero potem, w zależności czy dana osoba zechce się tu zatrzymać oraz akceptuje nasze prawa, czeka audiencji.
- Nie wiem ile wypadnie mi tu pozostać. Jeżeli nie wadzi wam ma obecność, przyrzekam praw respektować, w niczym gospodarzom nie uchybiając.
- Nie jest rozważnym akceptować praw których się nie zna, z całym szacunkiem - szeryf uczynił małą pauzę - książę nakłada szereg ograniczeń. Pomijając typowe prawa i zwyczaje, obowiązuje nas limit śmierci. Pięć zwłok na rok, do dziesięciu jeśli zostałeś zaatakowany. Osobiście polecam nie korzystać z tego wcale. Dodatkowo, zakaz pożywiania się dziećmi do roku szesnastego, zakaz zabijania dzieci oraz młodych kobiet, zakaz mieszania się w sprawy duchowieństwa bez wyraźnej zgody, zakaz niepokojenia lupinów, zakaz kontaktu z wiedźmą, bycie na wezwanie księcia… - Westchnął teatralnie. - Dużo tych zakazów, prawda? A to tylko główne. Pozostałe tyczą ogólnorozumianej równowagi interesów i na obecną chwilę nie powinny cię niepokoić.

Leif stał w bezruchu, choć liczba tych zakazów nie dziwiła go nadto, to brew nad jednym z kocich oczu powędrowała do góry, gdy doszło do Marty.
- Bardzo rzadko pożywiam się na ludziach, nie zwykłem też zabijać bez potrzeby. Ulfhedin prowokować nie mam zamiaru, a minęły dawno czasy gdym myślał iż sposobem na czarnych jest palenie ich świątyń. - Gangrel wbił w szeryfa zaciekawiony wzrok. - Książę oferuje gościnę, tedy i jestem na jego wezwanie, tylko… - Zmrużył oczy. - Czemu jest zakaz kontaktu z wiedźmą?
- Oferujemy gościnę każdemu kto miłuje pokój oraz chce odejść od wojny krwi. To bardzo unikalne miejsce… Widzicie, z wiedźmą to długa historia. Po prawdzie jest naszą sojuszniczką i możliwy jest z nią kontakt. Lecz ona sama nazbyt entuzjastycznie do kontaktu z nami nie podchodzi, temu książe zalecił nie niepokoić jej. Gdyby zainteresowała cię ta kobieta - Marek zmrużył brwi - polecam wystąpić o pozwolenie do księcia lub senszala. Polecam rozmawiać z Olafem właśnie. Książe ostatnio dużo choruje.
- Przekażcie mu tedy me życzenia powrotu do zdrowia. - Leifowi nie drgnęła nawet brew gdy usłyszał o ‘chorującym wampirze’. - Myślę, że nie będę zmuszony prosić o to pozwolenie, mam nadzieję, iż wiedźma nie będzie mi potrzebna w moich poszukiwaniach.
- I tym gładkim sposobem dochodzimy do celu waszej wizyty w mieście.
- Turystyka. - Leif uśmiechnął się lekko. - Przyszedłem pozwiedzać.
- Jeśli byłaby to turystyka militarna, rozumiałbym - wzruszył ramionami. - Lecz biorąc pod uwagę trwające oblężenie, nie przekonaliście mnie. Myślisz, że dlaczego ta cała szopka? Patrole wokół miasta, wynajmowanie dodatkowego oprawcy, śledzenie ruchów wokół miasta? Turystyka w obecnej sytuacji nie ma miejsca. Z turystami - Marek zamyślił się - powiedzmy, że przychodzą albo bracia nieprzygotowani albo szpiedzy. Oczywiście staramy się zapewnić ochronę wszystkim.
- Są takie miejsca, gdzie ludzie wyrzynają się nawzajem. Bomby, zamachy, krew... a jednak turystyka działa prężnie. Religijna. Choćby Jerozolima. Turysta, czy pielgrzym, wychodzi na to samo.
- Pielgrzym? Chyba powoli dochodzimy do prawdy. Przykro mi, einherjar, muszę wiedzieć dokładnie o co chodzi. Może w normalnych okolicznościach, darowałbym to. Jednak w te noce, książę nie daruje mi.

Leif zrobił powoli dwa kroki naprzód wpatrując się w miasto rozświetlane latarniami.
- Dawno temu nie budowano świątyń, wielbiąc bogów tam gdzie akurat wypadło, a kapłanami, godi, byli jarlowie, osoby cieszące się mirem i uznaniem, lub po prostu głowy rodzin - mówiąc to nie patrzył na Szeryfa. - Na przykład cała osada gromadziła się czasem przy kamieniu, który godi znaczył runami i wspólnota prosiła Njorda, oraz Aegira o to by ich krewni dotarli bezpiecznie na Islandię. Jest wiele takich miejsc - odwrócił się do Marka - a niektóre wciąż tętnią echem wiary przodków tych śmiertelników. Szukam ich, odnajduję je, opiekuję się nimi. Po całej Norwegii. Tu też są takie. Nic więcej.

Szeryf zamyślił się. Wbił swe piękne oczy w ziemię, zacisnął gładkie usta, podrapał po symetrycznej brodzie. Trwało to kilka dobrych chwil. Stanowczo zbyt długo aby uwierzyć, iż tyle czasu zajmuje mu zebranie myśli - w czasie rozmowy odpowiadał chyżo. Raczej był to kolejny, wyuczony gest.
- Przy takim postawieniu spraw konieczna będzie rozmowa z księciem albo chociaż drugim oprawcą. Valborga raczej teraz nie uświadczymy w kontakcie, zostaje nam wycieczka do elizjum. Chcę mieć pewność, iż do wspomnianych przez ciebie obiektów pretensji nie rości sobie ani czarownica, ani wilkołaki. Reflektujesz Leif na małą przejażdżkę?
- Z przyjemnością Mark - stary Gangrel uśmiechnął się, aparycja szeryfa wzbudzała podziw i szczerą chęć zaprzyjaźnienia się. - Tylko, że jest nas dwóch. - Odwrócił się ku miejscu, gdzie znalazł go Assamita i wydał z siebie głośne miauknięcie.

Po chwili spory Maine-Coon ostrożnie wyłonił się z mroku nerwowo poruszając ogonem.
- Mam nadzieję, że to nie problem?
- Książe lubi zwierzęta, więc to nawet plus. Taka cecha rodzinna, lubił je ojciec, syn, babka, pradziadek… Tylko chyba pra-pradziadek wyłamywał się z tego schematu. Ale to stary skurwysyn był, nic dziwnego, że zdetronizował go syn. Właśnie poznałeś trochę historii miasta. - Szeryf zmrużył jedno oko.



Po drodze panowało głównie grzeczne i mało kłopotliwe milczenie . Z jednej strony Leifa nie interesowało Lillehammer w aspekcie wampirzego półświatka, toteż nie próbował ciągnąc szeryfa za język. Z drugiej pytał na temat miejsc jakich poszukiwał, dowiadując się, że główny oprawca, Valborg, z zastępca i ojcem czasem odwiedzali tego typu miejsca, choć raczej nie w celach kultu. Wedle słów Marka chwilowo był on jednak nieosiągalny mając jakąś misję.
Leif i tu specjalnie nie drążył.
Z ciekawości spytał jeszcze o tę “chorobę księcia” i dowiedział się, że władca miasta jest z dość chorowitej rodziny. Wedle słów Marka niewiele pomagała mu klasyczna medycyna, ni magiczne sztuki. Na szczęście okresy remisji potrafiły być długie. Spokrewnieni podejrzewali w tej kwestii jakąś formę raka.

Leif usłyszawszy to, trochę zbaraniały patrzył na szeryfa bez słowa, ale nie zauważył jakoby ten dworował sobie z gościa.
Więcej o nic już nie pytał.

Elizjum prezentowało się z zewnątrz niepozornie. Bo jak inaczej określić niedużą, dwupiętrową kamieniczkę wciśniętą pomiędzy podobnymi budynkami jak niepozorną? Nawet fasada budynku nie wyróżniała się szczególnie. Lekko odnowiona, lecz nie na tyle aby wybijać się na tle innych nieruchomości. Przy tej samej ulicy stały i budynki zdecydowanie bardziej pokiereszowane przez czas jak, i kamienice o wiele lepiej zadbane.

Mark wprowadził Leifa przez bramę na dziedziniec. W momencie przekraczania progu drewnianej bramy, stary spokrewniony dostrzegł dwa ciekawe fakty. Po pierwsze ochrona. Pod marynarkami mieli kamizelki kuloodporne.
I strzelby.
Był niemal pewny, iż mają gdzieś na stanie broń automatyczną. Nie wyglądali zresztą jak zwykli ochroniarze lecz jak zadeklarowani mordercy. Drugim faktem były ogólne zabezpieczenia natury mistycznej pieczętujące eliza... Co prawda nie dostrzegł żadnych wizualnych oznak jakiejkolwiek magii, pieczęci, ani symboli, to jednak zbyt dobrze znał specyficzne odczucie przy wchodzeniu na taki obszar. Nie mógł się mylić.

Na klatce schodowej nie spotkali nikogo. Samo Elizjum przypominało dość wymarłe miejsce. Dopiero wędrówka korytarzem pozwoliła im minąć kilka osób. Tłum, szarą masę, nikogo ważnego – kilku mężczyzn ubranych galowo, jednego ochroniarza czy kuso przyodziane kobiety.
Do czasu.
- O! - niemal nie wpadła na nich, wyłaniając się zakrętu, smukła, niska blondynka. Leif miał okazję się jej dokładniej przyjrzeć. Wydatny biust niemal nie wyskakiwał ze stanowczo zbyt dużego dekoltu, kręcone włosy opadały na ramiona. Kobieta wydęła wydatne, czerwone usta (przesadzała z makijażem, róż na polikach wyglądał tandetnie) i wyszczerzyła w idiotycznym wyrazie oczy.
- Kogoś ty tu sprowadził?! Pachnie ziemią z grobu i…
- ...i zamknij się – szeryf w ton głosu włożył tak wiele uprzejmości, iż brzmiało to niemal jak komplement.
Minęli zakłopotaną wampirzycę.
- Wybacz, to moja nieudana córka. Nie mam szczęścia do potomków.
- Bywają różni - stary Gangrel uśmiechnął się lekko. Kocur wampira umościł się na jego barkach wyglądając niby żywy szal. - Czasem wystarczy dać im szansę. Czasem to na nic - dodał rozglądając się z ciekawością, ale bez wścibskości. Nie reagował też przesadnie ni na ochronę, ni na wampirzycę kiwając jej jedynie uprzejmie głową.
- Witaj pani - rzekł zwracając się do niej na odchodne, a wampirzyca fuknęła pod nosem na znak ogólnej dezaprobaty i mrucząc coś o brudzie oraz braku stylu zadarła głowę w górę i poszła, ubierając maskę aby ukryć swój wstyd.

Jeszcze chwilę wędrowali nudnym korytarzem, gdy dotarli do celu. Marek otworzył drzwi do jednego pomieszczenia. Światło było w nim przygaszone, z wnętrza wydobywała się przyjemna muzyka fortepianowa. Właśnie fortepian przykuwał główną uwagę. Grał na nim szpakowaty, wyjątkowo blady jegomość ubrany na wpół galowo. Smukłymi palcami wygrywał smętną muzykę lecz nie sposób odmówić było temu wykonaniu artyzmu oraz piękna. Obok w milczeniu stała, z opuszczoną głową, niewysoka blondynka, właścicielka równie bladej cery, mocnego makijażu (acz na swój sposób gustownego i stonowanego) oraz przyjemnych, norweskich rysów twarzy. Ubrana była równie oficjalnie, w grafitowej garsonce wyglądała na wczesne czterdzieści lat. Uśmiechnęła się nieznacznie na widok Marka.
Trzecią osobą był ktoś na wózku inwalidzkim, o niebywale gęstej, czarnej, nieco kiczowatej, czuprynie. Siedział na nim tyłem do drzwi.

Musieli w ciszy poczekać do końca miniaturowego koncertu, dopiero wtedy Mark dał znak aby się odzywać. Mężczyzna przy fortepianie odwrócił się do nich i skłonił lekko głową na znak przywitania. Wyglądał bardzo młodo, nawet lekka, kozia bródka, mimo iż szykowna, nie postarzała go wystarczająco.
Tylko te oczy.
Leif poznałby wszędzie, oczy tych co wiedzieli już setki zim.
Kobieta odwróciła w ich stronę wózek. Oczom Leifa ukazał się ubrany w smoking… manekin używany przy testach zderzeniowych. Miał na głowie perukę oraz krzywo przyklejone okulary.
- Miło mi przedstawić naszego księcia, miłościwie nam panującego Eysteina IV Oświeconego. Książę, to jest Leif, wampir o którym wspominałem. Zgodził się przyjąć nasze prawa w ramach tymczasowe gościny - szeptał.

Przedstawiony ‘księciu’ afterganger nie był dobrym aktorem, toteż nietrudno było zauważyć jak jest zaskoczony. Jeżeli chciał ukryć taką reakcję, to zdecydowanie mu nie wyszło.
Wszyscy milczeli chwilę. Pierwsza odezwała się kobieta, równie szeptem.
- Ten zacny artysta to Sigrud Krokrygg…
- … a ta zacna dama - wspomniany wtrącił się szeptem - to opiekunka Elizjum, Ingrid Stenkilsson. Mam nadzieję, że podobała się muzyka. Zawsze grywam naszemu księciu gdy podupada na zdrowiu. - Spojrzał na manekina zasłuchany jakby faktycznie słuchał. Uśmiechnął się po chwili. - Miło mi to słyszeć, książę.
- Rozumiem, że książęca mość czuje się dość na siłach aby podołać wysłuchaniu prośby sprowadzonego tu Leifa? Tak, doskonale - Marek schylił głowę.
- Mamy wyjść? - zapytał artysta.
- Sprawy są natury tajemnej - wytłumaczył Mark, spojrzał na księcia. Artysta też. Leif nic nie słyszał ale wszyscy uznali, że powinni zostać, jakby im polecono.
Zamknięto drzwi.

Słuchano Leifa, który potoczył wkoło wzrokiem patrząc na ‘księcia’, oraz przenosząc spojrzenie na blondynkę i artystę, znów na ‘księcia’, w końcu na Marka.
- Niech dawni bogowie patrzą na was przychylnie - rzekł ni to do manekina na wózku, ni o do dwójki nowopoznanych. - … - Chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, ale nie potrafił odnaleźć słów.
Kiwnęli głowami jakby w podzięce za tak piękne powitanie. Nie odzywali się. Po minie artysty, mógłby stwierdzić, iż książe “powiedział” coś nie do końca pochlebnego, acz chyba ubranego w bardzo łagodne słowa.
Westchnąwszy Leif znów przejechał wzrokiem po twarzach artysty i blondynki, po czym obrócił się bardziej ku manekinowi. Wiedział, że to mistyfikacja widząc w nim takąż samą aurę co w wózku na którym siedział, czy (co by nie szukać daleko) fortepianie.
Nie interesowało go zbytnio po co to robią. By zabawić się jego kosztem?
Cóż, afterganger nie był istotą nadmiernie dumną, by im tej zabawy nie dać. Poza tym coś się za tym mogło kryć.
- Przybywam, jako rzekł Marek, prosząc o gościnę - rzekł już w stronę ‘inwalidy’ - przysięgając respektować tradycje i lokalne prawa. Szukam miejsc kultu dawnej wiary, mam nadzieję, że są takie tu, w Lillehammer. Nie mam żadnych innych celów i opuszczę miasto wkrótce po odnalezieniu ich, lub upewnieniu się, że takowych tu nie ma. - Skłonił lekko głową przed manekinem.

Zapadło milczenie.

Wszystko wskazywało, iż zgromadzeni spokrewnieni z uwagą wsłuchiwali się w “wypowiedź” księcia, acz chyba Marek czynił to najgorliwiej, a blondynka doganiła go w tej pozie tuż-tuż. Sigrud nachylił się nad księciem.
Kiwał głową.
- Tak, tak. Stanowczo. Nie, to już nie problem… Tamten? Nie jestem przekonany co do lupinów.
Następnie odszedł krok w bok. Jeszcze kilka chwil słuchali księcia. Po chwili wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę Leifa.
- Lupinów…? - Gangrel coraz gorzej czuł się w tej rozmowie. Ta maskarada oznaczała jakoby manekin coś mówił, a ignorowanie słów księcia nie było dobrym pomysłem.
To problem, gdy się takowych nie słyszało.
Czuł się niezręcznie, to wszystko zdawało się być szaleństwem.

Milczenie wypełniło salę. Artysta spoglądał w sufit trochę znużony, blondynka wsłuchiwała się nieistniejące słowa z pewną dezaprobatą. Chyba Leif zmusił księcia do powtarzania się. Marek wyglądał jakby to nie był problem.
- Zgodnie z życzeniem - rzekł Mark. Ponownie spojrzenia wróciły na manekina, a po krótkiej chwili - na Leifa.
- Ja… - zaczął ten czując na sobie wzrok, ale nie skończył. Zerknął na szeryfa z niemą prośbą o pomoc, lecz Marek zignorował to. Pozwolił niezręcznej chwili wybrzmieć, rozkwitnąć społecznym reakcjom, poczuć Leifowi na sobie spojrzenie artysty i blondynki, ołowiane i pełne dezaprobaty. Jednocześnie chyba bardzo wsłuchiwał się w słowa księcia. Skłonił się lekko na pożegnanie, w taki sposób, aby ten gest nie umknął Leifowi, który również pochylił głowę przed manekinem na wózku, a także powtórzył to wobec nieumarłej dwójki.
- Niech Frigg błogosławi temu domostwu - rzucił powoli, po czym zaczął wycofywać się za Markiem.

Szeryf wyprowadził ich za korytarz, delikatnie, po cichu zamykając drzwi. KIedy wędrowali korytarzem, usłyszeli, iż w pokoju bardzo szybko, ponownie, zaczęła grać muzyka. Marek uśmiechnął się z pewną sympatią.
- No! To mam nadzieję, że wszystkie sprawy wyjaśnione. Co prawda niezbyt dobrze wyszło ci przed księciem, z całym szacunkiem, ale nie ma co się załamywać. Widziałem gorsze występy, a potem i tak, w większości, się wyrobili.
- To przeze mnie - Leif odpowiedział ostrożnie. - Język, który wyuczyłem się tysiąc lat temu różni się od dzisiejszego znacznie. Tak czysty nynorsk w ustach księcia, godzien artystów, był dla mnie nieco niezrozumiały…
- Czysty nynorski, powiadasz… - Szeryf zmarszczył brwi. - Widzisz, zaczynasz rozumieć, prawda? - Wampir mrugnął do Leifa. - Mowa księcia jest jak… śpiew aniołów. Zawiera wiele poziomów komunikatu, subtelnych praw i mądrości. Nie bez przyczyn Tremere studiują jego nagrane wypowiedzi niczym wytrawni kabaliści.
- Zaiste. Czy gdy już doszliśmy do tego, żem jeszcze niegodny zrozumienia...
- Nie można być niegodnym, a na pewno niegodny nie może być ktoś taki jak wy - ostro i pośpiesznie wtrącił się w wypowiedź.
- Czy książę czegoś ode mnie chciał, oczekiwał? - Leif dokończył zmieniając nieco to co chciał rzec nim szeryf mu przerwał.
- Ufam, iż słyszałeś. Książe wypowiedział się łagodnie i w pełni jasno. Zechcesz zostać w tutejszym przybytku czy odwiedź cię gdzieś? Byłbym kontent na rozmowę w niedługiej przyszłości - rzekł Marek w gruncie rzeczy, w bardzo serdeczny sposób.
- Oczywiście, już się na nią cieszę. Nie trzeba mnie nigdzie odwozić, ale na razie opuszczę ten piękny, gościnny dom. Chciałby zobaczyć miasto. - Afterganger nie chciał zostawać w tej oazie szaleństwa ni chwili dłużej. Spojrzał na wampira z ciekawością. - Czy będzie mi dane spotkać również Valborga? Mówiłeś wprawdzie, że niełatwo go znaleźć, ale spodziewacie się może zobaczyć go w najbliższej przyszłości?
- To jest wasza krew, waszego klanu, powinniście mieć lepsze metody niż ja na skontaktowanie się z nim… Jak już się ruszy to raz na kilka dni do mnie dzwoni albo przychodzi. Mogę mu szepnąć, iż go szukasz. Powinien też czasem odwiedzać wysypisko, ma tam kamratów. Tylko coś z Sabatem w tej materii są problemy. - Mark zamyślił się - Lepiej go teraz na wysypisku nie szukać. Wybacz zamieszanie.
- Spróbuję go znaleźć, ale będę wdzięczny za ‘szepnięcie’. - Leif nie chciał komentować kwestii ‘klanowych’, darował sobie to już dawno. - Cieszę się, że dane mi było cię poznać Marku. - Uśmiechnął się lekko.
- Z taką gębą, to wszyscy mi tak mówią - Marek roześmiał się serdecznie. - Ale mnie też, mnie też.
- Do zobaczenia.



Obrzeża Lillehammer w okolicy skoczni narciarskiej pamiętającej siedemnaste zimowe igrzyska olimpijskie, były ciche i spokojne. To tam skierował się niespiesznie Leif po długiej, pieszej przechadzce z elizjum, uznając, że nigdzie mu się nie spieszy.

Niewielki kamper stał pod zagajnikiem drzew z przestrzenią mieszkalną powiększoną o spory namiot przyklejony do bocznej ściany samochodu. Wrześniowe noce potrafiły być już chłodne, ale mimo to było na tyle ciepło, aby nieumarły mógł pozwolić sobie na ten rodzaj schronienia nie skazując Hannah, Jontho, lub obojga, na marznięcie podczas biwakowania.
Klommander zrozumiawszy, że to docelowe miejsce, prysnął w zagajnik pod którym stał kamper i cichym prychnięciem wywieszczył holocaust okolicznej populacji wiewiórek.

Dawna akolitka Verben siedziała w środku, jak zwykle - przy laptopie, zapewne pracując. Podskoczyła z zaskoczenia, gdy zobaczyła wampira, który wślizgnąwszy się przez uchyloną płachtę namiotu, przez chwilę stał w wejściu do mieszkalnej części samochodu przypatrując się dziewczynie.
- Kiedyś doprowadzisz mnie do zawału. - Zamachnęła się laptopem jakby chciała nim weń rzucić. Prócz zwykłej w jej wzroku fascynacji pomieszanej z obawą względem wampira, na wierzch wypełzła teraz złość. - No? Jak się podoba? - spytała po chwili z lekkim uśmiechem.
- Bardzo ładna okolica, pięknie tu.
- Spokój, to najważniejsze, i poza sezonem, małe szanse na jakiekolwiek towarzystwo. W sumie nawet się cieszę, że przyjechałam.
- I tak będziesz siedzieć i pracować jak cię znam. - Wampir zwichrzył lekko jej włosy.
- Mniej niżbym siedziała w domu w Oslo, szczególnie jak Jontho przyjedzie. Też chcę się rozejrzeć. A właśnie, przygotowałam ci apkę, daj telefon.

Leif podał jej smartfona, na którym Hannah zaczęła coś grzebać.
- To nakładka na google maps z wyszczególnieniem na niej tych miejsc i instytucji co zwykle… Przy okazji, czemu upierasz się przy rzeźniach? Przecież przy dzisiejszych technikach odprowadzania krwi…
- Zostaw je, to zawsze jest przydatne. Wyszczególnij mi też miejskie wysypisko, oraz… - przekazał jej opisowo kamienicę wariatów z tutejszej Camarilli.
- Mhm… I ten klub, bo wiesz jutro spotkanie z Walerią i…
- Będę, będę. Kładź się już spać, odpocznij.
- Mam jeszcze robotę - westchnęła. - Dimmu Borgir są w trasie i nieźle hulają. Mam deadline na artykuł.
- Wypoczynek co?
- Pffff - prychnęła. - A Ty się gdzieś wybierasz Leif?
- Tak, Rozejrzeć się po mieście, poszukać ewentualnych sojuszników i… jeszcze kogoś.
- A ołtarz?
- Nie wszystko na raz. Nie siedź za długo. Jak twoja szefowa będzie mieć pretensje, to ją zamienię w wiewiórkę i oddamy ją Klommanderowi.

Dziewczyna roześmiała się sięgając po laptopa, a Leif wyszedł z kampera i przed namiot.
Chwilę stał przypatrując się pogrążonemu w ciemności lasowi i skoczni narciarskiej, po czym ruszył z powrotem ku miastu.
Należało je bliżej poznać.

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 04-07-2018 o 18:10.
Leoncoeur jest offline