Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 10-05-2018, 23:00   #4
liliel
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9832 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
W Vazikh Zahija zniknęła bez uprzedzenia na ponad dobę. Wróciła nazajutrz w okolicy przedpołudnia. Usiadła w karczmie, sztywna i wyprostowana, na miękkich poduszkach i nakazała małemu służącemu sprowadzić Ianusa.
Gdy legionista przysiadł do stołu, zastał Zahiję pochyloną nad miseczkami pełnymi potraw, w większości nietkniętych. Obficie popijała wino, nie zważając na wczesną porę. Strugi czerwieni łapczywie znikały w gardle wiedźmy jakby miały za zadanie coś w jej wnętrzu utopić.
- Dziękuję, że przyszedłeś – mruknęła cicho i uciekła spojrzeniem do miseczki pełnej daktyli. Skubnęła bez przekonania suszone owoce, za którymi zwykle przecież przepadała. Jej dłonie pokrywał nalot z krwi, którą próbowała chyba wyszorować ale nie zdołała. Świeża i ciepła krew miała to do siebie, że wnikała głęboko w skórę tworząc rozległą sieć przebarwień.
- Chciałabym pożyczyć trochę srebra. Może nawet sporo, nie wiem. Okaże się w Yarakanie jaka kwota wchodzi w grę. - Zahija podniosła na legionistę oczy, zaczerwienione i nieco podpuchnięte, może z niewyspania a może z innego powodu.
Thoer z kolei sprawiał wrażenie całkiem dobre. Umyty z wszędobylskiego kurzu i piachu i nawet ogolony, przypominał już bardziej jakiegoś legata niż dezertera. Orzeł Octaviusa na piersiowej blasze dumnie wyciągał pazury po złamany gladius. Widać wyczyszczenie loriki było dla Accipitera sposobem na zabicie wczorajszej nudy. Lub czegoś innego.
Sięgnął po wolny kubek i nalał sobie… wody. Niezbyt skrycie przyglądając się jej wyglądowi i wszystkiemu co odbiegało od normy.
- Jak bardzo nie chcę wiedzieć co robiłaś i czemu tak wyglądasz?
Zignorował pytanie o pieniądze.
- Nie ma powodu dlaczego miałoby cię to interesować - odparła Zahija pozornie spokojna. Prawda była taka, że jej ciałem wstrząsały niewielkie acz nieprzerwane dreszcze, które wprawiały w monotonne drganie paciorki przy czarnym woalu i to one zdradzały jej stan ducha. - Zrobiłam co musiałam.
Westchnął, pokiwał głową i wychylił cały kubek.
- Ale jest powód, żeby interesowało mnie pożyczanie Ci pieniędzy?
Spojrzał na nią bez cienia uśmiechu. Krytycznie. Z wyraźną reprymendą. Albo z czymś innym jeszcze. Ciężko było orzec. Ciężko było orzec zza topornego żołnierskiego oblicza.
- Nie. Możesz przecież odmówić - dystans legionisty wzbudził w wiedźmie niechciane rozdrażnienie. - Posłuchaj... Chyba lepiej żebyśmy sobie wyjaśnili pewne niedopowiedzenia bo ty chyba... - przyłożyła do ust kubek i wypiła do dna. - Masz wobec mnie jakieś oczekiwania.
Przez chwilę wyglądał jakby zastanawiał się nad tym co powiedziała.
- Mów dalej.
- Jestem wiedźmą boga krwi. Do niego należę. Mam wobec niego... powinności - znów uciekła w bok wzrokiem. - Po prostu... ja nie jestem dobrym człowiekiem. Lepiej żebyś przyjął to do wiadomości. Nie rozczarujesz się w przyszłości.
Patrzył na nią chyba oczekując dalszej części wypowiedzi, po czym nabrawszy powietrza skinął głową.
- W porządku - odparł w końcu.
- To tyle? - Ianus mógłby się założyć, że usta pod czarnym woalem zwarły się w cienką wściekłą kreskę. - Ty nic nie powiesz?
Powiódł wzrokiem po nietkniętych miskach z jedzeniem.
- Nie jesteś dobrym człowiekiem i chcesz pożyczyć pieniądze. W porządku - powtórzył i tym razem spojrzał w jej oczy - Bo coś zmieni jeśli ci opowiem jak wyglądało zdobywanie rusamanamskich osad w Hortorum? Że spojrzenia jakimi mnie tu częstują mają bardzo, ale to bardzo głębokie podstawy?
Zmarszczył brwi.
- Nie jestem Zahija taki za jakiego mnie masz. Choć… chciałbym być. Chciałbym, żeby ostrzeganie mnie przed złymi ludźmi miało sens…
Tym razem on odwrócił wzrok i wstał od stołu.
- Pożyczę ci ile będzie trzeba.
- Za jakiego cię mam? - rzuciła pośpiesznie do jego pleców.
Zatrzymał się i odwrócił się połowicznie z chrzęstem blaszek loriki, a na jego twarzy po raz pierwszy w trakcie tej rozmowy pojawił się uśmiech.
- Teraz? Chyba za takiego, do którego dotrze w końcu, że wiedźmie krwi nie należy ufać.
Przez chwilę patrzył na nią, po czym pokręcił głową nad jej wyglądem.
- Bóg krwi nie obrazi się chyba jeśli jakiś medyk da ci coś na wzmocnienie, co? Przyślę kogoś.
- Oj, przestań - warknęła Zahija i uczyniła ruch ręką jakby podkreślała nieistotność tego wszystkiego wokoło. - Nie potrzebny mi medyk. Potrzebny mi... - miała coś dodać, kontynuować tym głosem z nagła miękkim i tkliwym ale urwała. Przez ułamek chwili w jej oczach błysnęła wilgoć. Ale może to było jedynie załamanie światła. Złudzenie.
- Potrzebne mi srebro – sprostowała już swoim zwykłym ciężkim i mrukliwym głosem, którego ludzie zwykle się bali. - Nie martw się, oddam.

*

Wreszcie Yarakan.
Wiedźma przysypiała w siodle kiedy zbliżali się do miasta. Odkąd opuścili Vazikh zdawała się nieswoja. Milcząca. Niewyspana. Cokolwiek stało się w czasie spędzonej przez nią samotnej nocy odcisnęło na niej jakieś smętne piętno.
Nie zareagowała żywiej gdy pojawili się strażnicy w barwach sułtana. W końcu Cedmon już wyjaśniał sprawę ale skoro zażądali cywilizowanego języka Zahija wtrąciła w rodzimym nienagannym rusanamańskim.
- Będziemy wdzięczni za pomoc przy koniach. Winny trafić do sułtańskich stajni. Zwracamy Rasulowi ibn Raulowi al Alabem to co do niego należy.
 
liliel jest offline