Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 12-05-2018, 16:39   #9
Johan Watherman
 
Johan Watherman's Avatar
 
Reputacja: 3271 Johan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputację
Portal za magami zamknął się w zupełnej ciszy. Nie dodarł do nich jakikolwiek odgłos wybuchu, ani to materiałów wybuchowych, ani granatów zamrożonych w czasie, nie słyszeli strzałów. Nic. Tylko powiew gorącego powierza w kark świadczył o tym, iż zostawili za sobą małe piekło. Ten ostatni zefir pełen majestatu walki z Technokracją, trudnych wyborów, portali w przestrzeni oraz lasek dynamitu musiał im wystarczyć do przełknięcia prozy brudnej rzeczywistości.
Wraz ze swymi walizkami wyglądaliby jak grupa turystów. Tylko, że turyści zwykle nie stoją w brudnym, śmierdzącym moczem zaułku. Jeden z nich, w osobiście rozedrganego, jedynego ocalałego ucznia nie wymiotuje żółcią na ziemię wprost na nogi bezdomnego, zbyt pijanego aby zareagować. Wśród turystów nie znajduje się brodaty, wiekowy hermetycki mistrz od którego niemal było czuć, iż ta płaszczyzna egzystencji bardzo go nie chce nosić.
I wreszcie, zwykli turyści nie czują, iż adrenalina przestaje im buzować w żyłach gdy czują, iż są względnie bezpieczni, a śmierć nie czai się za każdym rogiem. Oczywiście, nie każdy miał świadomość groźby śmierci.
Na twarzy Jonathana malował się potężny wstyd. Nie wstyd za siebie, wstyd za Mistrza Einara. Chociaż niepełnosprawny hermetyk ukrywał swe emocje za maską opanowania, jego oczy zdradzały wszystko. Zdawały się mówić, iż Mistrz Einar swą niemocą, słabością, skołowaniem, może też starością – podważa wszystko czym powinna być Piramida. Z drugiej strony widać było i Jonathana wielki szacunek do starego maga. Tak jakby było mu przykro, lecz nie był nań zły. Było mu wstyd, iż Porządek pokazuje się od tej strony. Uchwycił Mistrz Einara za dłoń. Spojrzał w oczy.
- Mistrzu… Proszę pamiętać. Prawo, Tablice, Zakon – trwają.
Einar spojrzał załzawionymi oczami na niego i chyba jakąś resztą siły woli zebrał się na powtórzenie starej, hermetyckiej sentencji. Tej samej którą członkowie tego starożytnego zgromadzenia powtarzali jak mantrę podczas każdego kryzysu i upadku, a było ich już wiele.
- Tak, Prawo, Tablice, Zakon, trwać będą.
Na koniec lekko załamał się mu głos.
Jonathan zwrócił się do reszty magów. Opanowany, spokojny lecz jednocześnie, jak dało się zauważyć po głosie, lekko zakłopotany. Podparł ramię o oparcie swego rozkaz inwalidzkiego.
- Na początek, wybaczcie drodzy przedramatyzowany ton na jaki zebrałem się w Wieży. Oczywiście, sytuacja była poważna lecz nie był to czas ani miejsca na tak melodramatyczne dyskusje. Pozwolę sobie wytłumaczyć. Podjąłem się pewnych szachów z losem. Jak sami wiecie, przekazanie przepowiedni może ją wzmocnić lub osłabić. Znamy Przykład króla Dariusa oraz wyroczni Pytii, wy, technomanci tworzycie swe skomplikowane modele w teorii informacji, wspominacie o superpozycjach stanów kwantowych i jednolitości przekazania informacji z energią. Zatem mą przemową lekko odchyliłem prawdopodobieństwo czyjegokolwiek zgonu – uśmiechnął się lekko jakoby dodając sobie otuchy.
- Co nie znaczy, iż szanowny Patrick wraz z drogą Mervi ułatwili Technokracji działanie oraz narazili pośrednio nasze życie. I to jest zabawne – niepełnosprawny mag skrzywił się lekko – będą was krył. Chodźmy już, dwie przecznice dalej mamy podstawione samochody.

***

Waleria mogła być zadowolona z siebie. Jak do tej pory niemal wszystko działo się tak jak zechciała. Pomijając już wyswobodzenie się z sennej uwięzi, to przerwanie więzów czy rzecz uszkadzająca silnik należały do godnych podziwu. I jak tu nie mówić, iż współcześni magowie kroczą pośród wielu, małych cudów?
Porywaczom chciało się za to mówić co innego. Kierowca oraz drugi jegomość wyklinali na czym świat stoi, z przewagą pasażera w tym zacnym kunszcie używania wulgaryzmów. Ostatnimi podrygami stalowej maszyny, zjechali na leśną drogę, nieopodal drogi ekspresowej. Wtedy też samochód odmówił posłuszeństwa. Przez otwarte drzwi Waleria poczuła zapach leśnego, trochę już przemarzniętego runa. Słyszała odbiegające z dali odgłosy nocnych zwierząt, głównie ptactwa i gryzoni.
Zdążyła już trochę zorientować się w porywaczach. Mężczyzna który siedział przy niej musiał być kimś w rodzaju czarownika (raczej st stycznego). Pasażer siedzący obok kierowcy wydawał się odpowiedzialny za kontakt z mocodawcami i bardzo agresywny. Kierowca natomiast… wydawał się nijaki. Wyszli z samochodu, zostawiając ją w wnętrzu. Lecz bez trudu słyszała rozmowy.
- Nie masz może jakiegoś mambo-dżambo aby naprawić silnik – ciągnął pasażer podenerwowanym głosem – albo ją w trans wprowadzić? Dziwne, ale problemy zaczęły się gdy w dupę kopany czarnoksiężnik stracił ją z sideł. Na pewno śpi?
- Tak, śpi – spokojnie odparł czarownik z cieniem irytacji w głosie – proponowałbym zadzwonić do Dzika po pomoc, może to ograniczy jego irytację.
Pasażer zadzwonił z prośbą o odbiór innym autem. Odszedł na bok, sądząc po niedobiegającym z oddali głosie w którym usłużnie przyjmował, mówiąc delikatnie, poniżające wyzwiska. Czarownik i kierowca ucięli sobie interesującą rozmowę, zainicjowaną przez tego drugiego:
- Robert, dlaczego pozwalasz sobą tak pomiatać? Nie mówię teraz, ale... kurwa… robisz lepszą robotę niż my wszyscy…
- Nie czuję się poniżany, bracia z krwi nie mogą poniżyć się wzajemnie. Wszak czy rzucając złe słowo na brata nie rzucamy go na siebie? - Zaczął dyplomatycznie. - Moja bytność tutaj to zaufanie.
- Dobra… a ta, wiedźma. Na pewno nic nie kombinuje? Wiem, że śpi, ale kuźwa, to zbytni przypadek. I jakoś wymachnęła się twemu mistrzowi, nie?
- Gdyby nie spała, wyczułbym to – Waleria wyczuła w tych słowach ciężką nutę fałszu. Czarownik coś kręcił i być może na jej korzyść.
- Jak to się nazywa? Ta wasze senne macanki?
- Oniromancja, dar Morfeusza, czwarta nauka Ferii, istnieje wiele nazw.
- Dobra… Dzik ją potem zostawi? Szanuje was, magów, ale..
- Zostawi, jak powiedział. Więcej zaufania – czarownik uciął krótko.

***

Tomas nie był dobrym przewodnikiem. Gerard po pewnym czasie przestał liczyć ile dokładnie tracili czasu na fałszywych tropach czy trudnościach w złapaniu sygnału przez przebudzonego (słowo tropu było jednak nie na miejscu biorąc pod uwagę, iż ślad zapewniała im bielizna, na szczęście eutanatos nie tropił na węch).
Przejeżdżali akurat drogą ekspresową gdy Inkwizytor dostał całkiem solidny powód do irytacji w postaci piskliwego głosu anioła rozbrzmiewającego w głowie. Anioł był tak podniecony nowymi odkryciami, iż praktycznie nie powstrzymywał się. Chórzysta myślał, iż w pierwszej chwili rozsadzi mu głowę. Omal nie doszło do wypadku.
Tron z entuzjazm opowiadał o procedurach przedwczesnego lądowania, czasie trwania lotów czy nawet możliwości wcześniejszego przylotu. Było to dlań całkiem nowe źródło wiedzy przypominające odkrycie przez ducha nowego smaku w starym narkotyku od którego był uzależniony – wiedzy. Kilka dobrych chwil zajęło Inkwizytorowi wydobycie od anioła informacji, iż samolot Walerii wylądował wcześniej. Dodatkowo, jedna z pasażerek zasłabła. Sama Waleria wychodziła z pokładu półprzytomna. Na koniec anioł się wygrażał, iż w zamian za tak bezcenne informacje należy mu się do miesiąca spłata. Inkwizytor wiedział, iż może zignorować roszczenia ducha, a nawet, przy najbliżej okazji, poskarżyć się Archaniołowi Tajemnic.
W połowie drugiej godziny poszukiwań, gdy zdawało się, iż są na dobrym tropie, Gerald zaczął odnajdywać na trasie delikatne, niemal niewyczuwalne zaburzania kwintesencji. Trudno było mówić w tym wypadku od przebudzonej magy czy nawet statyczny sztukach – coś jednak było na rzeczy. I chyba coś niedobrego.

***

Nocne miasto żyło własnym, nieśpiesznym rytmem. Im bliżej centrum podchodził stary Gangrel tym mocniej dało się zauważyć typową dla większych miast zgniliznę. Bezdomnych, prostytutki, bandyci. Można było powiedzieć, iż jest to typowy, miejski widok. Ludzie mawiali, iż było tak zawsze. Wampir wiedział, iż nie była to prawda. Gdy miasta i osady były mniej ludne, wyglądało to inaczej. Każdy wiedział kto gotuje halucynogenne grzybki, kogo wyrzucono z ojcowizna, a która kobieta użycza swych wdzięków. Lecz wydawało się to bardziej swojskie, naturalna, a nawet – intymne. Coś upiorne przeszło nad światem przez ostatnie tysiąc lat. Czyżby kończył się czas?
Leif minął tandetny neon klubu nocnego, nawet zignorował zaczepki bandy arabów którzy zapuścili się trochę zbyt daleko od swej dzielnicy. Czuł, iż ktoś go śledzi. I wtedy spotkał ją.
W ciemnym zaułku, z dala od spojrzeń ciekawskiej ulicy, z dala od miejskich kamer, poza zasięgiem nocnego życia miasta, drogę zastąpiła mu dziewczyna. Nie mogła mieć więcej niż piętnaście wiosen, może nawet mniej. Ubrana w luźnym sportowym stylu, przetarte dżinsy, gruba bluza mająca złagodzić zimno nocy, trampki. Twarz miała nie wyrażającą żadnej emocji. Ciepły, rumiany i zasadniczo ładny owal jej oblicza otoczony burzą rudych loków. Trochę piegów. Leif poczuł, od bardzo, bardzo dawna ciarki na plecach. Zimny metal w kręgosłupie.
- Czy przyszedłeś mnie zabić, Einherjar?
Nie wiedział czy to język odmawia mu posłuszeństwa czy też myśli. Czuł strach, od wielu nocy czuł te zimne macki kiełkującego przerażenia. Rozumiał swą wewnętrzną Bestię, prawdę mówiąc, w pewnym sensie – sam był Bestią. Zrodzoną do wielkich i chwalebnych czynów, dzikością, szałem i furią. Lecz właśnie, w ciele tej dziewczynki odnalazł większą bestię, starszą i o wiele bardziej groźniejszą. Leif był przerażony, śmiertelnie przerążony. Był na tyle przerażony, iż nie czuł nawet wstydu z tego powodu. Nieopatrznie spojrzał na jej rumiane lica, twarz bez kaszty emocji, w oczy.
Wydawały się błękitne. Ciemne. Jak ciemny ocean. Granatowe jak burzowe niebo. I wtedy, w źrenicy dojrzał grozę. Niemal poczuł jak jego wewnętrzna Bestia załkała, skuliła się w sobie i zawyła żałośnie. Dotknął pierwotnej grozy.
Pamiętaj już tylko, iż uciekał na oślep.

***

Ostatnie co Leif pamiętał, to jak wpadł do wyschniętego koryta rzeki, pod mostem na którym dział się nieśpieszny, miejski ruch aut. Dalej czuł strach. Leżał oparty o beton, spocony krwią. Wokół niego kłębiły się szczury. Szczury zlizywały krwawy pot Leifa. W zamglonych czerwią oczach widział sylwetkę. Czy to była Freja? Nie był przekonany. Lecz jakiś spokojny, acz surowy głos rozbrzmiewa mu w czaszce. W taki sposób mówiła tylko bogini.
- Przyszedłeś ją zabić. Nie dodam ci odwagi, nie będzie pocieszenia. Nie uda ci się. Ale… - głos Freji stał się łagodny, niemal matczyny - wierzy w ciebie sama bogini. Czy masz prawo zawieść?
Spojrzał na boginię, zaćmienie zmysłów wraz z niknącym głosem bogini, odchodziło. Przed nim czuwał kolejny potwór, lecz tego potwora się nie bał. Była to swojska maszkara w postaci pokrzywionej gęby przedstawiciela klanu Nosferatu. Trzymał na ramionach dorodną szczurzycę, przytuloną do swej odzianą w łachmany piersi… Trzymała. Ona. I głaskała szczura z czułością zdeformowanymi palcami, pokrzywionymi niczym dzieła ze szczytu formy Picassa.
- Ledwo żem cię dogoniła.
Chyb nie miała złych zamiarów, wszak czuwała przy nim. Był to kamień z serca. Leif nie był przekonany, czy mógłby teraz sprawnie bronić się. Prawdę mówiąc, ciągle się bał. Lecz teraz już nie na tyle aby czuć wstyd.
- Z kuzynem śledzimy cię od początku nocy. Trzeba dbać o wywiad, rozumiecie. Jak i wy macie prawo biegać po lasach tak my mamy prawo mieć wszędzie oczy – uśmiechnęła się ukazując groteskowe, prostokątne zębiska.
- Czemu tak uciekali, he? Widzieli co, e? Bo ja nie. A! Monika, miło żem ci poznać pana.

***

Pierwsze z aut prowadził Patrick. Czekała ich około godzina drogi z Hamar do Lillehammer. Z przodu, jako pasażera miał Jonathana. Z tyłu siedział uczeń, od którego po opuszczeniu dziedziny nie dało się wydobyć ani słowa oraz przybity Mistrz Einar. Podróż do hotelu mijała na spokojnej rozmowie Einara z Jonathanem. Hermetycy ustalali między sobą, co właściwie zaszło w dziedzinie. Patrick niewiele rozumiał z ich rozmowy gdy schodzili na tematy stricte metafizyczne. Po raz pierwszy od dawna poczuł co znaczy hermetycki język w odniesieniu do ograniczania dostępu do wiedzy. Mimo tego, iż podczas normalnej rozmowy mógłby podjąć z nimi dyskusję, to gdy ci zaczęli używać terminów własnej tradycji, w tym tych nie znanych na zewnątrz, eteryka musiał odpuścić próby zrozumienia rozmowy.
Natomiast w pełni zrozumiał rzecz najistotniejszą. Jonathan zabiegał aby Einar jak najdłużej wstrzymał się z wysyłaniem jakiegokolwiek raportu oraz rozmawianiu o tym co zaszło z innymi magami. Wydawało się, iż brodaty mag i tak nie ma na to sił i nie jest w jakiś jawny sposób zły. Jednakże, był bardzo rozgoryczony. Kilkakrotnie wspominał, iż miał tam umrzeć, iż nie udało się im ocalić pozostałych uczniów, a Unia tępa siłą wydarła mu to co badał.
Do hotelu dojechali przed drugą ekipą magów. Jonathana już na początku powiano ciepło przez zarządcę hotelu. Wymienili między sobą kilka uprzejmości pośród których znajdowały się niemal na pewno sekretne znaki przekazywane przez Porządek swoim akolitom. Chociaż sądząc po ich dosadności, zarządca nie należał ani do najgorliwszych akonitów ani zbytnio wtajemniczonych.
Wjechali windą na ostatnie piętro, zostawiając Einara z uczniem we własnym pokoju, tak aby starzec mógł się w dalszym ciągu opiekować podopiecznym. Przed wejściem Patrickado jego pokoju, zatrzymał go Jonathan.
- Pozwól na słowo. Osobiście, nie mam za złe wydarzeń z wieży. Każdy na swej ścieżce popełnia błędy. Wiem, to truizm, ale chyba właśnie na tym to polega, aby pamiętać o truizmach. Chciałbym cię jednak adepcie poprosić o jedną rzecz. Miej trochę więcej zaufania do mej osoby. Nie bez przyczyn jestem zastępcą dowódcy tej wyprawy i posiadam jednak trochę większe doświadczenie. Proponuję też nie rozmawiać do czasu zebrania z Iwanem. Dobrej nocy.

Tymczasem w drugim aucie którym podróżowała reszta, panowała cisza wypełniona ciężkim powietrzem. Zdenerwowana Hannah rozpętała we wnętrzu samo chu małą awanturę, iż niemal powątpiewali czy młoda heretyczka będzie w stanie ich bezpiecznie dowieść do mieszkań. Wirtualna adeptka jak na siebie, od początku siedziała dość cicho. Przez pierwszą połowę drogi wizualne atrakcje zapewnione jej przez własnego avatara niemal nie doprowadziły jej do wymiotów. Teraz tylko na skraju pola widzenia widziała kolorowe artefakty oraz nieprawidłowe piele. Wygalałoby to nawet ciekawie gdyby nie była człowiekiem którego wzrok jednak nie operuje na pikselach…
Klaus czuł lekkie zdegustowanie sytuacją skierowane w stronę przewrotnego losu. To właśnie przez podarowany mu zestaw haustów wybrali, zdawało się bezpieczniejsza, drogę podróż, unikając lotnisk i wsze obecnego systemu Echelon. Wszystko poszło źle. Klaus nie mal czuł, iż świat w jakiś pokrętny sposób zakpił sobie z niego w bardzo okrutny sposób. Czy też, zakpił sobie z logiki. Na nic plany, na nic sztywny umysł, gdy kilkanaście minut po wejściu do cudzej dziedziny pojawiają się krążowniki Technokracji. Absurdalne. Nie do pomyślenia.
A jednak stało się, a na jego oczach nadziano na szpony człowieka i wyrzucono za okno. Na bucie naukowca znajdowała się zaschnięta kropla krwi. Czy należała do tamtego chłopca który tak bardzo oczekiwał uczonego? Czytywał jego teorie i już w tak młodym wieku mieszał to co mistyczne z tym co naukowe. Poczuł smutek.

***

Tomas wyrwał się z głębokiego transu, lecz wyglądało na to, iż dalej utrzymuje kontakt na Walerię. I Waleria czuła już teraz, że ktoś mana nią oko, lecz wewnętrzna świadomość mówiła jej, iż jest to oko przyjazne.
- Za kwadrans zjedź w polną drogę. Za zakrętem na niej stoi auto, w środku jest Waleria. I trzech nieumarłych. Normalnie optowałbym przy rozwiązaniu pokojwym, ale biorąc pod uwagę okoliczności, prowadź Inkwizytorze – stwierdził Tomas.
- Kurwa kopana nam problemów narobiła – warknął pasażer po skończonej rozmowie – czarownica narobiła nam problemów. Za dwadzieścia minut będzie drugie auto z tym dupkiem, Jonem.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.

Ostatnio edytowane przez Johan Watherman : 12-05-2018 o 22:01.
Johan Watherman jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem