Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 09-06-2018, 21:59   #6
Warlock
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 32781 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację
W towarzystwie elfów, Morrytów i fanatycznego biczownika, na twarzy którego wypisane było szaleństwo, Dieter Dashauer z całą pewnością nie był najbardziej wyróżniającą się osobą w drużynie i prawdę mówiąc; bardzo mu to odpowiadało. Opanowany, małomówny, nieco wycofany, o smutnym, przywodzącym na myśl wilka spojrzeniu - w oczach zabobonnego pospólstwa sprawiał wrażenie najbardziej godnego zaufania spośród grupy przybyszy, choć nawet z nim było coś nie w porządku; coś co odbierało mu pospolitości. Byłego strzelca Armii Ostland otaczała bowiem dziwna aura, którą nie sposób było jednoznacznie opisać słowami, ale każdy kto przebywał wystarczająco długo w jego otoczeniu, wiedział, że patrzy na wrak człowieka; na człowieka, który widział rzeczy nieprzeznaczone dla śmiertelnych oczu - rzeczy, które wymykały się wszelkim racjonalnym wytłumaczeniom.
Ciężar tych okrutnych wydarzeń z przeszłości miał wypisany na pozbawionej emocji twarzy, którą zdobiły bojowe barwy, nadające mu groźnego, nieco dzikiego wyglądu. Podobnie jak znoszony i w wielu miejscach posiadający przetarcia oraz ubytki mundur, miały one dla niego symboliczną, wręcz sentymentalną wartość. Każdego dnia o świcie Dashauer malował twarz na nowo, rytualnie, zawsze w ten sam sposób. Trzy równe linie poprowadzone z góry na dół, przecinały czoło, oczy oraz nos, symbolizując w ten sposób zostawiane na ziemi ślady wilczych pazurów. Nie był to przypadkowy wybór, żaden abstrakcyjny krzyk mody, czy celowy zabieg, mający na celu wyróżnienie siebie na tle pozostałych. Wilk symbolizował bowiem oddział strzelców, którego Dashauer był dumnym reprezentantem, choć owa jednostka już dawno przestała istnieć; oficjalnie rozbita i wycięta w pień podczas obrony Wusterburga przed hordami powołanych do pozagrobowej służby umarłych. Wyjące Wilki były elitą Armii Ostland, złożoną z wybitnych strzelców, posiadających doświadczenie w walce partyzanckiej i w polowaniach na bestie, które po Burzy Chaosu znalazły schronienie w Lesie Cieni. Nie uchroniło to jednak oddziału przed sromotną klęską, do której doprowadziło szastające ludzkim życiem dowództwo sprzymierzonych armii.
Z pogromu uciec udało się jedynie garstce żołnierzy i to jedynie dzięki niesamowitemu poświęceniu towarzyszy, którzy oddali swoje życie, aby umożliwić ucieczkę innym. Dashauer znalazł się w grupie ocalałych, choć formalnie wpisany był na listę poległych, a jego rodzinie wypłacone zostało nawet symboliczne odszkodowanie. Nie była to żadna próba wyłudzenia pieniędzy od zwierzchnictwa, czy ratowania własnej skóry, lecz pewien rodzaj zemsty. Garstka żołdaków, która przetrwała pogrom, obwiniała dowództwo za straty, które można było wtedy uniknąć, gdyby ktokolwiek przejmował się losem zwykłych żołnierzy. W ich oczach była to bezsensowna śmierć, która do niczego się nie przyczyniła poza podkopaniem wiary w funkcjonujące w Imperium struktury władzy. Nie mogąc pogodzić się z tym losem, niedobitki oddziału Wyjących Wilków, w imię pośmiertnej solidarności z poległymi towarzyszami, poprzysięgły nigdy nie wrócić do struktur imperialnej armii. Czuli bowiem, że tylko w ten sposób mogą uczcić pamięć bohaterskiego poświęcenia swoich kolegów i choć wiedzieli, że ten cichy protest nie uczyni żadnej szkody odpowiedzialnym za bezsensowną śmierć oficerom, to jednocześnie mieli świadomość, że nic więcej nie są w stanie zrobić. Nie chodziło bowiem tyle o wyrównanie rachunków, lecz o solidarność z tymi, którzy w obliczu porażki oddali swoje życie za nich…


Od chwili opuszczenia szeregów armii, Dieter Dashauer nie miał zbyt wiele szczęścia w swoim życiu. Będąc jedynie cieniem dawnego siebie, nie miał perspektyw w żadnym pospolitym zawodzie, czy nawet jakichkolwiek szans na w miarę normalne życie. Trudnił się więc tym, do czego został wyszkolony, czyli zabijaniem. Nie był przy tym żadnym banitą, lecz łowcą nagród działającym na granicy prawa. Przemierzał Imperium w poszukiwaniu kontraktów, polując na głowy słynnych bandytów, czy też chwytał się najróżniejszych zleceń, do których potrzebni byli ludzie z jego umiejętnościami. W swoich podróżach widział wiele; dużo dobra i bezinteresowności, ale jeszcze więcej zła i cierpienia. Fach, którym się trudnił, nauczył go braku zaufania do drugiego człowieka, albowiem Dieter nie raz przejechał się na niegodziwej, ludzkiej naturze i podłości, która tym bardziej widoczna była im w większej biedzie i niedostatku ktoś żył. Szybko doszedł do wniosku, że największym wrogiem człowieka nie są enigmatyczne, mroczne potęgi z odległej północy, lecz jego własna, pokrętna natura.
Podróże za zleceniami zaprowadziły Dashauera do Stirlandu, gdzie poznał pewnego szlachcica, oferującego bardzo satysfakcjonujące pieniądze za ubicie pewnego bandyty. Już sama oferowana suma powinna wymusić na byłym żołnierzu wzmożoną czujność, jednakże pracodawca zdobył jego zaufanie, udając przed nim bardzo otwartą i przyjazną osobę, jakich naprawdę niewiele wśród klasy wyższej. Dieter naiwnie myślał, że oto trafił się mu wyjątek, dlatego po dłuższej rozmowie bez głębszego namysłu przyjął zlecenie i od razu zabrał się za jego realizację. Dopadł wskazanego człowieka w jednej z karczm na mało zaludnionym pograniczu, zabijając go na oczach wszystkich i odcinając mu głowę, którą następnie wrzucił do wora jako niezbędny dowód. Przeszukując ciało, trafił jednak na pieczęć należącą do wpływowego rodu magnackiego, a w plecaku ofiary znalazł też kilka innych listów oraz dokumentów, sugerujących, że osoba, którą właśnie zabił była kimś bardzo ważnym, a nie pospolitym bandziorem, jak mu powiedziano. Dashauer zrozumiał wtedy, że został wmanipulowany w prowadzony na wysokim szczeblu konflikt. Naiwnie miał jeszcze cień nadziei, że była to jakaś pomyłka, którą wyjaśni jego zleceniodawca, jednakże po przybyciu do majątku szlachcica został napadnięty przez opłaconych przez niego gburów. Zatłukliby go na śmierć, a później zakopali w płytkim grobie, gdyby nie przechodzącą w pobliżu kapłanka Morra i jej rycerz z Czarnej Straży, których interwencja pokrzyżowała plany napastników i zmusiła ich do odwrotu.
W ten sposób Dashauer trafił do kuriozalnej drużyny, będącą zbieraniną dziwadeł, fanatyków i awanturników, których jedynym spoiwem była Elsa oraz fakt, że w gronie łatwiej przetrwać. Dieter nie powiedział jednak nikomu, że naraził się potężnym ludziom i był przekonany, że wkrótce będzie ścigany listami gończymi w całym Stirlandzie. Wiedział, że to tylko kwestia czasu nim towarzysze się o popełnionej przez niego zbrodni, ale liczył na to, że będzie wtedy już daleko poza zasięgiem wymariu sprawiedliwości. Wystarczyło tylko przedostać się do niesławnej Sylvanii, tam bowiem nikt nie będzie go szukał.


Siegfriedhof miało być dla Dashauera ostatnim przystankiem w podróży po Stirlandzie. Awanturnicy zatrzymali się w karczmie Uśmiech Morra i tam właśnie Dieter miał zamiar oznajmić wszystkim, że opuszcza ich szeregi. Zbierał się jednak na to zbyt długo, bowiem kiedy w końcu znalazł odwagę, aby pożegnać się ze swoimi towarzyszami, do karczmy wparował przerażony starzec, opowiadający o zbliżających się ożywieńcach.
Prosząc o pomoc, spoglądał właśnie na nich, co spotkało się z dość mieszaną reakcją awanturników. Paskudne wspomnienia bitwy pod Wusterburgiem nawiedziły ponownie byłego żołnierza, którego pierwszą myślą była paniczna chęć ucieczki z tego miejsca. Szybko się jednak skarcił w duchu, nazywając siebie tchórzem, który nie godzien jest dawniej ofiarowanego mu poświęcenia. Usłyszał wtedy słowa siedzącej obok kapłanki:
- Obowiązkiem naszym jest chociażby sprawdzenie twych słów - mimo iż zwróciła się do starca, wciąż patrzyła na Haralda - Jednakże miej świadomość, że za łgarstwo zostaniesz przeklęty i potępiony. Nekromancja to nie powód do żartów. Morr na pewno się nie uśmiechnie - odniosła się do kiepskiej nazwy widniejącej na szyldzie, mając na ustach gorzki uśmieszek.
- Nie wygląda jakby miał kłamać - odezwał się do niej Dieter, nie ruszając się ze swojego miejsca. Głos miał przy tym śmiertelnie poważny. - Potrafiłbym rozpoznać takie kłamstwo na kilometr. Na twarzy ma wypisane przerażenie, które wywołać może niewiele widoków, a ja, tak się zabawnie składa, wiem jakie emocje targają człowiekiem, kiedy spogląda na nieprzebrane hordy potępionych...
Po tych słowach Dieter, odziany w znoszony mundur oddziału Wyjących Wilków, wstał od stołu i podniósł opartą o ścianę rusznicę oraz okrągłą tarczę, którą następnie zawiesił na plecach. Wciśnięty za pazuchą miał pistolet wielostrzałowy, będący niezwykle rzadko spotykanym w Imperium cudem inżynierii, a u boku wisiał miecz, noszący ślady częstego użytkowania. Z rusznicą trzymaną oburącz ruszył w stronę wyjścia z karczmy, zastanawiając się, czemu to właśnie im, a nie templariuszom z Zakonu Kruka mieszczanin powierzył ponurą wieść.

 
Warlock jest offline