Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 06-07-2007, 21:09   #1
Chrapek
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1166 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
[bajkopisarz] Dwóch pancernych i Kotecek

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, ze siedmioma latrynami, tam gdzie pies odbytem szczeka, takie działy się zdarzenia...

Gdzieś w Vaterlandzie, nad zielono-złotą polaną wesoło pobrzękiwały końskie muchy. Gdzieniegdzie pszczoły zapylały kwiatki, tu i tam subtelnie przelewał się czerwonawy blask zachodzącego słońca - słowem - sielanka trwała w najlepsze. Żuk Kleofas z namaszczeniem przeglądał się w podręcznym lusterku, albowiem miał się dzisiaj spotkać z Biedronką Antoniną, (z) którąże to zamierzał pofiglować trochę w cieniu traw słodkich i pachnących.
- Zali boski jestem - mruknął do siebie Kleofas, przesmarował czułkę brylantyną i założył na tułogłowie gustowny melonik. Jeno nabrał trochę wody kolońskiej i wtarł sobie w szczękoczułki coby zapach niemiły stłumić - bowiem, kochane dzieci, Żuk Kleofas był z tych Żuków, które, podobnie jak stróże prawa, zbierają g... z całego lasu.
- Antonina nie oprze mi się, albowiem wdzięk mój porażający jest! - zmotywował się Żuk Kleofas. Zali jednak ucho jego wychwyciło subtelny szmer w trawie... Podniósł jeno czułkę na wysokość i nasłuchiwać począł, jednakże bezskutecznie. Toteż rzucił ostatnie smętne spojrzenie w stronę lustra, wyłączył światło w przedpokoju i wyszedł na pachnącą, świeżą łąkę.
Odetchnął głęboko i poczuł jak do płucotchawek jego wpływa zapach... świeżej benzyny?..
...
ŁUP!
.... Zza pagórka wyskoczył czerwonoarmijny T-34 i przejechał biednego Kleofasa tuż ponad prawą płucotchawką, kończąc żywot jego smutny. Żółw Filonek z budionnówką naciągniętą na pyzaty łeb, wyjrzał ciekawie zza głównego włazu. Czapka trochę przeszkadzała mu w obserwacji, ale czegóż nie robi się dla matuszki Rosiji... to jest - księżnej Almenino. Bowiem, drogie dzieci, Żółwik Filonek, jak i towarzysz jego, Chomik Bartłomiej, a także ino i trzeci z nich - Kotecek podróżowali pomiędzy wymiarami, osiągając różne krzywe i różne gęstości, a także różne stany upojenia alkoholowego. Podróżowali by spełnić misję, powierzoną im przez ich MG - czyli księżną Almenino właśnie...
Przerwijmy jednak ten smutny, wykrętny wywód, bo oto Filonek i jego krasnoarmijny tank wjechali do jakiejś wrażej, faszystowskiej wsi... Tuż przed lufę wybiegła bowiem jakaś babina i poczęła zawodzić szwargocząc po niemiecku.
- Nicht verstehe! - wydarł się Filonek, poprawił czerwoną gwiazdę na czapce, po czym nacisnął magiczny guziczek. 76-milimetrowa armata splunęła ogniem, ziemia zatrzęsła się, jakoby w nagłym ataku kaszlu spowodowanym zaciągnięciem się "Startem"; wreszcie, kiedy opadł trochę dym, zobaczyli wielki krater wybity w gruncie.
- Prawie jak w 1910... - mruknął Filonek, mając zapewne na myśli słynny meteoryt tunguski. Nie uprzedzajmy jednak faktów, bowiem nie są one w tej chwili nam potrzebne - Prawie robi wielką różnicę - skonstatował swoją obserwację wzruszając ramionami.
Czołg stanął z wysiłkiem, wykręcając bączka i zostawiając za sobą długą bruzdę. Chomik Bartłomiej, zuch był nad zuchy - łysa główka, trzypaskowy dres adidasa naciągnięty na mundur czekisty - ale pęcherz miał słaby, i od razu skorzystał z okazji by polecieć za krzaczek, który z niezbadanych wyroków boskich przetrwał gehennę jaka się tu przed chwilą wydarzyła.
- Ech, a wszystko przez tego Borewicza... - miauknął koteczek i nieporadnie zajarał szluga. Zachłysnął się i splunął ponuro, po czym roztarł plwocinę łapą.
- Nie Borewicza, Kotecek, tylko Hansa Klosa! Borewicza żeśmy załatwili w zeszłym tygodniu.
- No co Ty... - zamyślił się Kotecek - A bo to ich policzysz... Dla mnie oni wszyscy tacy sami...
- No jakbyś tyle nie jarał, to byś kojarzył - zza krzaka wychynął Bartłomiej - Ale akurat Borewicza powinieneś pamiętać. W końcu w twojej kuwecie go kroiliśmy!
- A bo to kuwety spamiętasz... - Kotecek puścił "serduszko" z dymu.
- No panowie, nie ma bata! Nie ma Borewicza, to nie ma Sagali, nie ma Sagali to nam księżna Almenino whiskasa nie kupi i kamienie będziemy wpieprzać... - żółw Filonek skrzywił się na samą myśl. On po prostu lubił Whiskasa. Z wołowiną. Przy blasku świec i nastrojowej muzyce. Na przykład przy "Sonacie księżycowej". Albo "Keine grenzen" w wykonaniu Rubika.
- Ciekawe ile stąd może być wiorst do Berlina - zamyślił się Kotecek puszczając maślane oczka do Bartłomieja.
Dzielny chomik na szczęście nie zauważył kuszącego spojrzenia shomogenizowanej wersji Felis Domesticus albowiem grzebał właśnie w silniku poczciwej konserwy.
- W ch.j dużo - odpowiedział, i drogie dzieci, nie myślcie źle o naszym drogim chomiku! Bowiem w krainie gdzie wychował się tenże poczciwy gryzoń określenie "w ch.j dużo" było i tak najbardziej konkretną i grzeczną odpowiedzią z możliwych.
- Mam dobrą i złą wiadomość - mruknął, wyłażąc w końcu z silnika.
- Najpierw złą - miauknął Kotecek który z natury był pesymistą. A także melancholikiem i onirystą. I onanistą też był, ale to inna bajka. Chomik zmierzył Kotecka złym wzrokiem:
- Zła jest taka że kość piszczelowa tej babiny co żeśmy ją rozjechali wbiła nam się w bak. Znaczy się, bez paliwa jesteśmy.
- A dobra?
- Jak się uwiniemy przed 18 z Klossem, to zdążymy na "Na dobre i na złe"! A Kuba ma mieć nową laskę, czytałem w "Pani domu"!
Zszokowanemu Żółwikowi czapka spadła z wrażenia. Nawet Kotecek wyglądał na poruszonego, choć raczej bardziej na wzruszonego - Chomik Bartłomiej był coraz bardziej w jego typie...
 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.
Chrapek jest offline