Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 25-08-2018, 20:02   #9
Asmodian
 
Asmodian's Avatar
 
Reputacja: 23262 Asmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputację
Aldium. Jakiś tydzień wcześniej...

- Szybciej kawalerze. Nie mam całego dnia. Damy czekają

Słowa młodego rajtara otrzeźwiły zamyślonego zwadźcę. Po prostu przez chwilę zachciało mu się podziwiać poranną mgłę, i uroczysko, na którym się teraz znajdowali. On, awanturnik, łotr i rzezimieszek i niespełna osiemnastoletni szlachetka, rasowy jak najlepszy ogier ze stajni Najjaśniejszego Pana. "Ogier" obejmował właśnie w talii dwie niebrzydkie smarkule, jedną z uroczymi, czarnymi lokami i jakiegoś rudzielca, o całkiem przyjemnym, piegowatym nosku. Oczywiście, obie były wpatrzone jak sroki w gnat na gówniarza o którym Reinmar wiedział o wiele więcej, niż ten wiedział o nim. Musiał wiedzieć. To była część roboty.

Reinmar dostał typowe zlecenie. Młodzieniec zalazł za skórę już połowie Aldium, wszczynając burdy w karczmie i bałamucąc córki kmiotkom. Kiedy Reinmar pytał karczmarza o robotę, długo nie czekał, i nawet nie musiał sam zaczynać zwady, co wydawało się nawet ciekawą odmianą. Nie musiał szukać wymówek czy robić z siebie dupka zaczepiając "klienta". Wystarczyło po porostu zamówić kufelek, i poczekać na gówniarza, który zwykł przychodzić do knajpy i robił zwyczajowy o tej porze raban. Sprzeczka, rozpoczynająca się od prostego komentarza na temat garderoby Reinmara, który celowo ubrał się niechlujnie i prowokacyjnie pluł do oddalonej zbyt daleko spluwaczki, zakończyła się wyzwaniem jakich wiele na gościńcach. Walczący nie musieli się sobie nawet przedstawiać, bo gorąca, młoda głowa tak chętna była walczyć, że zaniechała wszelkiej ostrożności. Szlachcic nie zadbał nawet o porządnego sekundanta, którym okazał się pewien niziołek, Hugon Wildebrandt, i który stał teraz na uboczu pilnując dobytku szlachcica. Hugon trzymał w ręku swój kapelusz i był biały jak bielona wapnem ściana. Wiedział, na co się zanosi, bo już raz miał nieszczęście widzieć Reinmara w czasie innego pojedynku, dwa lata wcześniej. Widział, że te zielone pióro pawia na lekko podniszczonym kapeluszu, lekko znoszony, brązowy rajtarski kolet i tileański pałasz u boku, połączony z tym szelmowskim uśmiechem na twarzy jego właściciela zwiastują kolejnego nieszczęśnika mającego spotkanie z Morrem.
Wiedział to również sekundant Reinmara, zwykły obwieś o twarzy zakapiora, kupiony za trzy szylingi. Ten był całkowicie spokojny ale on miał jedynie dopilnować, aby ciało zwadźcy trafiło na żalnik, jeśli szlachcic okaże się lepszym szermierzem niż na to wyglądał. Ale nie wyglądał, więc zwadźca spokojnie mógł pozwolić sobie na chwilę relaksu przed walką.

- Coś taki niecierpliwy? W deski Ci spieszno? Nie wadziłbyś się ze mną tak szybko, gdybyś wiedział, z kim masz sprawę - Reinmar zdjął skórzany kubrak, zostawiając sobie samą koszulę na grzbiecie.
Młodzik przestał się szczerzyć do dziewek i również przyszykował się do pojedynku. Dziewki odsunęły się od obu mężczyzn.
- Mam to gdzieś – szlachcic lekceważąco podniósł brodę – nosisz żelazo, to mi wystarczy – po czym odwrócił się do jednej z dziewczyn, która chichotała mu w ramię - Jak już zabiję tego wrednego typka, napiszę o tym poemat – odparł młodzian dumnie pusząc się i nadymając.
- Poproś lepiej, aby nieco się odsunęły. Nie chcesz chyba kawalerze zniszczyć im sukienek swoją juchą, prawda? – ironicznie podpowiedział Reinmar, nie mogąc powstrzymać wesołości. Reinmar znał i takie, których krew akurat bardzo racjowała i to tak mocno, że robiły się wilgotne na widok wypruwanych flaków. Wątpił, aby siksy były akurat z takich – Macie jakieś imię i nazwisko, czy mam powiedzieć grabarzowi, aby napisał ci na grobie, "nieznany" ? - zimno dodał wyciągając z pochwy pałasz po czym sprawdził kciukiem ostrość klingi, robiąc kilka próbnych cięć i zawinięć nadgarstkiem. Broń śpiewała w rękach, i była ostra. Jak zwykle.
Młodzik widząc wprawę z jaką Reinmar obraca mieczem nieco zbystrzał, zacisnął jednak szczękę – Johann von Plitzendorf, z Grenzstadt – wycedził. "Kolejny von Pipsztejn, czy inny dorf" pomyślał zwadźca i stanął w pozycji
- Reinmar Kessel, do usług – zwadźca ukłonił się teatralnie, uchylając kapelusza, który rzucił w stronę swojego sekundanta. - No dobrze, herr Plitzendorf. Zaczynaj – oczy zwęziły mu się niebezpiecznie, kiedy szlachcic zaatakował z wypadu, godząc klingą rapiera prosto w serce Reinmara.

Przeciągły jęk metalu rozdarł senne powietrze uroczyska kiedy klingi spotkały się ze sobą. Reinmar odbił sztych szlachcica ukośną zastawą, i sunął już swoją klingą po jego, celując szybko w gardło. Szlachcic odskoczył, widząc zbliżającą się śmierć. "Szybki" pomyślał Reinmar. Chwilę krążyli dokoła siebie, szukając dobrego otwarcia. Młody rwał się jednak do akcji, i co chwila próbował wypadów, aby ułamek sekundy później cofać się znów, kiedy zwadźca szachował go swoim ostrzem."Nierozważny i napalony" Znów wypad, zastawa i znów brzęk ostrz i znów rozejście się. "W jego wieku też taki byłem" Reinmar ocenił przeciwnika ale nie miał już czasu gaworzyć do siebie w myślach, bo młody zaatakował ponownie, tym razem celując nisko, w nogi zwadźcy i gwałtownie natarł do przodu. Reinmar zgrabnie zszedł z linii pchnięcia i lekko uderzył w twarz przeciwnika, końcówką sztychu prosto po policzku, na której momentalnie wyrosła czerwona pręga. Szlachcic momentalnie otrzeźwiał, bo kiedy znów zaczęli ostrożnie krążyć wokół siebie, zwadźca widział w oczach młodzika to, co chciał zobaczyć. To, za co mu zapłacono. Strach. Desperację.

Młody trząsł się, ale ponownie zaatakował, znów bardzo ładnym pchnięciem najpierw w pierś, aby potem przepięknym technicznie okoleniem zejść na nogi. Przynajmniej taki miał zamiar.
"Błąd", pomyślał Reinmar i nawet nie wysilał się z parowaniem, po prostu zmienił dystans w przeciwtempie i wysunął ostrze sztychem przed siebie, pochylając się silnie do przodu. Młody zachwiał się po chybionym ciosie i próbował zatrzymać natarcie i jeszcze się cofnąć, odchylając całe ciało w tył ale jeszcze pogorszył sprawę, bo cios Reinmara zamiast ugodzić go w bark, przeszedł pod żebrem, wchodząc z ohydnym mlaśnięciem głęboko w ciało. Bardzo głęboko. Jedna z dziewek zaczęła piszczeć przeraźliwie, widząc krew pojawiającą się z tyłu na plecach szlachcica, kiedy pałasz przebił serce i płuca, wychodząc na wylot z drugiej strony. Młodzian przez chwilę stał, jakby nie wierząc w to co się właśnie stało, potem grymas przeszedł przez jego twarz, jakby chciał zapłakać. Otworzył usta, ale nie mógł wydać nawet jęku. Upadł prosto w poranne błoto uroczyska, z ustami pełnymi krwi. Krztusił się i wyciągał rękę do rzezimieszka, jakby szukając ratunku. Reinmar powoli ukląkł i pochylił się nad nim, podtrzymując chłopakowi głowę, widząc karminową, powiększającą się pod nim, karminową kałużę. Krew ciekła po policzkach młodego rajtara który krztusząc się, próbował chyba wzywać swoją matkę. Oczy młodzieńca robiły się coraz bardziej mgliste i niewidzące - Ciii...nie walcz. Zaraz będzie po wszystkim... - powiedział zwadźca spokojnie patrząc w wielkie, niebieskie oczy umierającego. Miał rację.

Reinmar spokojnie poczekał, aż dziewczyna się wykrzyczy, a niziołek skończy wymiotować na swoje buty.
- Zajmij się Panem von Pipsztajn i spakuj jego dobytek. Jemu na pewno nie będzie już potrzebny – powiedział to bardziej do Hugona, ale to sekundant Reinmara doskonale wiedział co należało robić i po chwili zaczął pakować szlachcica i jego dobytek na niewielki, drewniany wózek.
"To było najlepiej zarobione pięćdziesiąt karli" dumał Reinmar ponownie kontemplując mglisty poranek na uroczysku.

***
Scharmbeck. Kolejny grajdołek na liście miejsc zapomnianych przez Sigmara. Ten szczególnie wymagał opieki, bo przez wieś przetoczyło się mnóstwo osób, chcących bawić się w inkwizycję, z mniej lub bardziej chwalebnych pobudek. Reinmar póki co, nie miał jakiejś szczególnie ważnej, ale szanował moc zobowiązań, a tych nieco naplątał aby znaleźć się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwym czasie. Niewątpliwie, Scharmbeck należało do takich miejsc i czas, dla takiego łotrzyka jak Reinmar mógł być jedynie najgorszy z możliwych. Zwadźca przewidywał dla siebie jedynie randkę z krukami, ale z drugiej strony jeszcze miesiąc temu pewna dziwka w Akendorfie odkrywała przed nim karty i wieszczyła mu rychły bilet do sławy. Za dziesięć karli pewnie obiecałaby posadę Najjaśniejszego Pana "Frajer z Ciebie, Reinmarze"

Rozbijano obóz. Nie taki normalny, w jakich wielokrotnie przyszło mu koczować z braku karczmy. Porządny obóz wojskowy, z namiotami, szańcami i stanowiskami dla artylerii i całym tym obłędnym pierdolnikiem, który tak rajcował młodzików. Khazadowie znali się na wojaczce, i można było jedynie podziwiać ich kunszt w tej dziedzinie. No i wiejskie dziewuchy nie musiały pić ruty po przemarszu khazadów, więc to albo swoje, albo bardzo dziwne chłopy były, i gdyby Reinmar nie miał z nimi do czynienia, mógłby wysnuć naprawdę porąbane teorie.
Reinmar nałożył więc swój rajtarski półpancerz, myśląc o młodym chłopaku, który nosił go jeszcze kilkanaście dni temu. Kiedyś może byłoby mu przykro z jego powodu, dziś błogosławił Sigmara, że los zesłał mu tę zbroję. Przyda się niewątpliwie, kiedy strzały i bełty zaczną fruwać, choć jeśli przeciwnik dysponował bronią palną, Reinmar wiedział, że Khazady zapłacą swoją cenę we krwi swoich wojowników."I być może, trafią mnie w dupę..." pomyślał Reinmar. Zdecydowanie wolał jednak nie płacić jej za nich, a tym bardziej krwią swojej szefowej.

"A propos szefowej..." Reinmar rozejrzał się po obozie, szukając dziewczyny. Znając jej upodobanie do wczesnego wstawania powinna gdzieś już być, na nogach. To nie było miejsce i czas, aby wałęsała się bez ochrony, tym bardziej, że pokładano w niej niejakie nadzieje. Znalazł ją na skraju obozowiska, zadumaną, ze wzrokiem wpatrzonym w masywną bryłę twierdzy. Być może dokonywała jakichś pomiarów do swoich badań lub czarodziejskiej sztuki, tego Reinmar nie wiedział. Wiedział natomiast, że nie powinien dziś spuszczać jej z oka, przynajmniej wtedy, kiedy wróg jest w pobliżu.

-Kata...wszystko w porządku? - zapytał cicho, jakby nie chcąc natrętnie przeszkadzać jej w kontemplacji. Ta jednak nie odpowiedziała od razu, nie odrywając wzroku od konstrukcji. Trudno było powiedzieć o czym mogła myśleć, lecz z łatwością można było stwierdzić, że umysłem była zupełnie gdzie indziej.
Dopiero skinęła głową po krótkiej chwili.
- To całe miejsce trzeba będzie puścić z dymem - stwierdziła oschle, nie obdarzając mężczyzny nawet spojrzeniem, w przeciwieństwie do leżącego właściwie na jej butach Błyska, który uniósł na moment głowę, by przyglądnąć się jej rozmówcy, lecz szybko stracił zainteresowanie, widocznie bardziej zaabsorbowany odpoczywaniem.
-Dlaczego? To dobry zamek - Reinmar nie rozumiał, w czym zawinił zamek -A to tylko kultyści. Khazady wybiją ich do nogi i po problemie- od czasów Osberna, los wyznawców chaosu niewiele go obchodził. Szczególnie, że najczęściej ich zagłada okazywała się być połączona z jakimś innym interesem, o wiele ważniejszym. Honor czy lojalność nie miały ceny, i warto było zapłacić krwią kilku plugawych kmiotów aby pewne sprawy miały się dobrze.
Dopiero teraz spojrzała mu prosto w oczy, wbijając w niego swoje spojrzenie nie do końca naturalnych tęczówek mogących wzbudzić niepokój u potencjalnych rozmówców.
- Artefakty Chaosu mają to do siebie, że spaczają wszystko dookoła siebie, w tym ziemię. Gdyby to byli "jedynie" kultyści, to przelanie ich krwi by zapewne wystarczyło. Właśnie z powodu takiego myślenia istnieją takie miejsca jak Praag, gdzie rodzą się zmutowane dzieci - udzieliła drobnej lekcji swoim twardym, zdradzającym zagraniczne pochodzenie akcentem, nawiązując do jednego z kislevskich miast, przez które przeszła Wielka Wojna Chaosu - Księga wpadła w ręce Malalitów z powodu głupców bez wyobraźni. Jeśli ktoś potrafi z niej korzystać, to możemy spodziewać się rzezi po obu stronach. Straty nie grają jednak roli, póki Khazadzi zwyciężą. W tej sprawie nie oczekuję zrozumienia z twojej strony, jednak wymagam od ciebie zaufania.
-Masz je - Reinmar kiwnął głową - Spotkałem kiedyś człowieka, o którym myślałem, że jest tylko chory. Chodziły słuchy, że był po prostu brudny, i się nie mył. Może chorował. Odebrałem mu życie w pewnej zwadzie. Potem okazało się ,że to czciciel chaosu, a w jego kopalniach pracowali przemienieni przez chaos ludzie…właściwie...nikomu wcześniej o tym nie mówiłem - Reinmar nie wiedział, czemu jej to mówił, ale wolał powiedzieć jej, niż jakiemuś łowcy czarownic. Jakoś czuł, że być może okaże odrobinę zrozumienia, albo może będzie umiała to wyjaśnić. Szczególnie, że łowcy czarownic nie wykazywali się taką cierpliwością jak Katarina i lubili wpierw zmiękczyć przesłuchiwanego -nie wiem, kim są ci malalaici, ale zdechną jak tamten. Tylko skoro chcemy wejść do tego zamku, może powinien jeszcze nieco postać? - uśmiechnął się zwadźca do kobiety, chcąc przełamać nieco jej zimny nastrój. -
Jeśli spodziewał się jakiegokolwiek komentarza na temat zabicia właściciela kopalni - nie doczekał się. A choć do żartów skora nie była w takich sytuacjach, mimo wszystko kącik jej ust lekko się uniósł, co ukryła odwracając głowę w stronę zamku.
- Lepiej idź się przygotuj jeśli ci życie miłe. - Była to bardziej sugestia niż rozkaz. Ich relacje nie opierały się na tych drugich. Reinmar nie był sługą. - Nie mam zamiaru stracić ochroniarza tylko z powodu czczych pogawędek.
-Jestem gotowy. Pałasz jest, pancerz jest, tarcza jest. Chęci są. Przydałoby się brandy... - wyszczerzył się, w sumie nie wiedząc dlaczego odpowiedź kobiety sprawiła mu radochę. Nie było to ani ckliwe, ani krzepiące. A jednak, wypowiedź wskazywała, że jednak się troszczyła. Nawet o takiego łotra jak on, a to było tak nieoczekiwane, że musiał ukryć zakłopotanie swoim uśmiechem. Albo zmienić temat - oczekujesz problemów? - wskazał głową na zamek.
Katarina aż zgrzytnęła za zębach słysząc ostatnie pytanie. To był pierwszy raz, kiedy faktycznie wykazała po sobie jakąś irytację w jego obecności, dotychczas słuchając wszystkiego i wszystkich z stoickim spokojem.
- Zawsze. Lepiej być przygotowanym niż zakładać, że wszystko pójdzie dobrze. - Tym razem już się do niego odwróciła, splatając ręce na piersi, uwydatniając nieco swe atrybuty, i przyglądając mu się badawczo spod kaptura. Błysk coś tam mruknął nieukontentowany z powodu utraty ogrzewania pod swoim brzuchem, jednak pozostał na swoim miejscu, kładąc uszy po sobie. Widocznie i jemu ponura atmosfera Scharmbeck się udzielała, a być może po prostu wyczuwał nastrój swojej pani, choć trudno było to ocenić.
-Hmm… chrząknął Reinmar patrząc na skupioną i skoncentrowaną czarodziejkę oraz reakcję jej psa. Chyba pora było zająć się czym innym niż męczeniem jej przed spodziewaną bitwą -Cóż...to chyba nie będę przeszkadzał w kontemplacji… - powiedział i szykował się do odejścia -Jakby co, idę się jeszcze przejść. Muszę znaleźć krasnoluda który to zaplanował i uzgodnić z nim kilka szczegółów...
Kobieta skinęła głową, odprawiając go milczeniem. Gdy zwadźca odchodził, kątem oka jeszcze rzucił jedno spojrzenie w stronę swojej szefowej, będąc pewny, że ta już nie patrzy za nim. Co ujrzał, mogło go zdziwić. Dotychczas wymalowany spokój na jej ślicznej twarzy ustąpił miejsca faktycznemu strapieniu gdy spoglądała w stronę fortu, a drżenie butelki, z której pociągnęła znacznie więcej niż standardową dawkę kvasu chyba podkreślało to aż za bardzo. Wbrew jakiejkolwiek pewności siebie, jaką próbowała okazać, ona po prostu była przerażona nadchodzącą bitwą, lecz Reinmar wiedział, że choćby się świat walił, ona by się do tego nie przyznała.


***

"Astrid?" myślał nie wierząc własnym oczom. "Tu, w Scharmbeck? Ale to jasne, przecież ona tak lubiła te krasnoludy..." dedukował w głowie po prostu chwilę na nią patrząc, upajając się zadziwiającym widokiem. Niczym w dramacie Siercka, ona, samotna, jakby zagubiona, słońce i niebo rozpostarte nad senną mieściną i złowieszczy zamek na wzgórzu.
Po prostu sobie szła jak gdyby nigdy nic uliczkę tej niewielkiej mieściny na krańcu świata, rozglądając się ciekawie po okolicy, jakby była jakąś damą na ludnym o tej porze Reiksplatzu, wybierającą nowe bibeloty do swoich komnat. Tak niedbale i beztrosko, Reinmar mógłby nawet ocenić, swobodnie i w jej stylu, jakby to był dzień targowy, a nie przygotowanie do szturmu.Wielu młodzików pewnie zapaskudziłoby pludry, a ona po prostu stała i podziwiała widoki. Albo oceniała może wielkość fortyfikacji, bo pamiętał, że uwielbiała wojaczkę.
-Ciekawe, czy mnie pamięta… - mruknął zostawiając konia u koniowiązu pod stajnią. Podzwaniając ostrogami i skrzypiąc pancerzem, w którym niezbyt swojsko się czuł, podszedł do kobiety.

-Taka śliczna, młoda dama nie powinna chodzić sama w obcym mieście, dlatego pozwolisz Pani, że ofiaruję Ci swoje ramię i towarzystwo – powiedział żartobliwym nieco tonem, ale starając się zabrzmieć poważnie, choć na Sigmara, ledwie się hamował, aby zachować powagę i po prostu jej nie uścisnąć. Uśmiechnął się od ucha do ucha, zamierzając nonszalancko zamieść kapeluszem, w ukłonie na reiklandzką modłę.

Astrid początkowo spojrzała na niego z ukosa, a potem parsknęła krótkim, acz wymownym, hienim śmiechem. Nie dziwił więc przydomek, na jaki sobie zapracowała, rechocząc podczas wszelakich pijackich zabaw dosyć często.
- Hei! - przywitała się po norsku, jednak nie było to na tyle odkrywcze by zastanawiać się nad znaczeniem słowa. Na młodej buzi prócz niebieskich tatuaży, malowało się też zdziwienie i zadowolenie - Reeeeei, łobuzerska mordo! - rzuciła przeciągle, a jej wargi poszerzyły się w jeszcze większym uśmiechu. - Coś taki gładki, nikt cię jeszcze nie obił? - spytała przyjaznym tonem i nie siląc się na grzeczności objęła przyjaciela w krótki uścisk i klepnęła na przywitanie w plecy. Tak zauważyła, że khazadzi często robią! Jakoś nie zważała na to, że jest kobietą, a nie krasnoludzkim zachlejmordą.
- Przyszedłeś może podziwiać mnie w boju? - rzuciła wyniośle i dumnie wypięła pierś, wskazując na siebie samą kciukiem. Jej niewielki nosek zadarł się podobnie jak broda, którą wzniosła do góry.
- Mnie? Obił? - zaśmiał się serdecznie i popatrzył na nią, żartobliwie przybierając wątpiącą minę - Dziś nie. Ani wczoraj….ani przedwczoraj...już od dawna nikt solidnie nie dał mi wycisku - uśmiech nie schodził mu z twarzy, kiedy ją uścisnął. Kobieta pomyślała, że może po tej bitwie mała hulanka dobrze im zrobi na nastrój.
- No popatrz popatrz...Pani sierżant. No no, Astrid...ja się tu wygłupiam, a ty poważna persona tu jesteś - podziwiał jej dystynkcje i kokardy świadczące o stopniu. Jej pierś jeszcze dumniej wypięła się w przód, zupełnie jakby ego Astrid pompowane było słowami mężczyzny. Nie musiała nic mówić, gdyż ten wciąż ją podziwiał, a ona chętnie pozowała.Reinmar próbował szybko zmienić temat aby zbyt natarczywie nie wpatrywać się w jej biust, wypinany przez dziewczynę coraz bardziej.
- Ale z chęcią się pobawię dziś razem, pod tymi murami. Wiesz, robotę zmieniłem - pokazał półpancerz rajtarski, który zupełnie nie pasował do zwykłego entourage`u w którym mogła go widywać - robię teraz w ochronie. Spokojniej..choć nudnawo. No i czasem trafi się tutaj, w sam środek takiej zadymy. Przejdziemy się? Co u ciebie? Opowiadaj - Reinmar nie mógł się doczekać opowieści, a przed nadchodzącą bitwą chciał wysłuchać choćby kilku słów
- Zniknęłaś tak nagle po tej siekaninie w Kroppenleben. Wykurowałem się, ale Ciebie już nie było - zagadnął już spokojnie Reinmar, idąc powoli obok niej, czekając, aż podejmie wątek. Norsmenka machnęła niedbale ręką

- Aj bo długo się goiłeś, a ja akurat poznałam parę zacnych khazadów, co to o potyczce z zielonymi pokurczami tak głośno debatowali, że aż musiałam (!) - no rozumiesz, naprawdę musiałam - z nimi ruszyć. Nie było innej opcji, stado khazadów gotowych do posiekania zielonkawych gnid czekało na mnie! - opowiadała podekscytowana sądząc, że Reinmar zrozumie jej pobudki.Ten tylko uśmiechnął się znacząco, nie przerywając jednak.
- No wiesz, świetnie się z tobą szalało i szlajało, ale jednak w pewnym wieku trzeba wziąć się za siebie i działać, jeśli do czegoś się dąży! Gdyby moja matka nie chwytała okazji, dziś by pewnie pantalonami po tarce jechała i w mydlinach kręciła - Astrid zacisnęła pięść i pomachała groźnie w powietrzu. Jej niebieskie oczy kontynuowały jednak oględziny okolicy - A ochrona to też dobry początek, przynajmniej się rozrywkujesz gdy okazja się nadarzy - przeniosła spojrzenie na mężczyznę i wyszczerzyła się - A kogo twe silne ramiona w opiekę wzięły? Jakiegoś zniewieściałego chłopca handlującego jedwabiem, który łudził się zarobić na arystokratach nie wiedząc, że uprzedzili go kultyści? - Astrid poruszyła śmiesznie brwiami czekając z niecierpliwością na odpowiedź.
Reinmar jakoś nie potrafił wyobrazić sobie faceta, dla którego Astrid cokolwiek by wyprała. “Chyba, że po mordzie” pomyślał.
- No cóż…chłopca nie...- Reinmar poprawił kapelusz na głowie - To czarodziejka. Poważna i dostojna. Ma symbole kolegium na dłoniach - Reinmar opisał czarodziejkę poważnie - wiesz, też sporo myślałem o tym, dokąd zmierzam, i że pora się ogarniać. Czarodziejka nieźle płaci, i ma chyba autentyczny cel w życiu…jak sama mówiłaś, ile można się szlajać - zwadźca zasępił się nieco ale rychło rozchmurzył się - wiesz, czasem trzeba coś przynieść czy przenieść, ale czasem mordę się obije komuś, i nie powiem, sprawia to nieco radości. Tylko widzisz, czasem wypada droga przez coś takiego… - reiklandczyk wskazał głową zamek, a Astrid podążyła za nim spojrzeniem, słuchając dalej - wiesz jak to będzie wyglądać? Dla mnie to wciąż nowość - popukał w napierśnik półpancerza

- Najpierw ich zmiażdżymy, a potem wracamy oblać zwycięstwo - opisała w skrócie, kiwając głową z uznaniem dla swej umiejętności streszczania przyszłych wydarzeń. Ciężko jej było rozpisać słownie cały plan, gdyż ten zależny będzie od ruchów wroga, więc w ostateczności stwierdziła, że jednak to co powiedziała to jedyna słuszna prawda. Potem powróciła spojrzeniem na mężczyznę.”Proste. Przypomina plan bójki w karczmie, a to mi nieobce” pomyślał zwadźca - Hmm..brzmi nieźle..
- Owa czarodziejka zadowolona chociaż z usług? - Norsmenka zwinęła usta w uśmiechniętą podkówkę, badawczo przyglądając się Reinmarowi.
- Nie pytałem. Ale jeszcze pracuję, więc chyba jest zadowolona… - cicho powiedział Reinmar i zobaczył jej spojrzenie - Co?...a...nie, nie..- parsknął śmiechem Rainmar - To byłby zły pomysł. Nawet katastrofalny - zwadźca odpowiedział z miną niewiniątka, patrząc w jej błyszczące oczy, zaintrygowany pytaniem.

Kobieta zaśmiała się szczerze, a śmiech jej - jak zawsze - przypominał odgłos jakiejś hieny. Właściwie, jeśli nie rozbawiłoby kogoś to, co powiedziała, to na pewno jej śmiech dopełniłby dzieła.
- Zupełnie nie wiem przed czym się bronisz! - odwróciła wzrok i zagwizdała króciutko, udając, że nie miała żadnych myśli a jej pytanie było bezpłciowe, ot takie tam!
- No ale tak na poważnie - zmieniła swoje zachowanie jakby w sekundę, nie zapomniała przy tym wypiąć piersi aby przypomnieć, że sierżantem jest, a co! - Nie szalej za bardzo, bo wisisz mi porządną gorzałkę! Jak znowu będziesz się tak długo kurował u konowałów, to sczeznę nim od ciebie trunku się doczekam! Uschnę jak chwasty na ziemiach jałowych!

- Przypadkiem...mam sporo karli - uśmiechnął się bezczelnie - jeśli w tej dziurze znajduje się jakaś przyzwoita gorzałka, możemy kupić jej tyle, aby się w niej wykąpać. Podlejemy się niczym pomidor na grządce - po tych słowach Astrid zarechotała jak hiena. Reinmar nie był z tych, co uchylają się od picia. Znów starał się nie gapić na jej wypięty biust , ale tylko się starał, bo jakoś niespecjalnie mu to wychodziło “Ciekawe, jak wyglądałaby w sukni z gorsetem…” pomyślał “Szlag by to, ogarnij się Reinmar...to też nie jest teraz najlepszy pomysł” żachnął się momentalnie w myślach.
- Co łączy Cię z tą draką tutaj? Pomijając chwałę i krasnoludy? Interes, czy przyjemność? - desperacko próbował się na czymś skupić. I wydawało się ,że ciekawość mogła temu sprostać

Astrid zmrużyła oczy i przechyliła głowę nieco w bok. Patrzyła na niego przenikliwie, jakby chciała zahipnotyzować spojrzeniem bądź po prostu nad czymś się zastanawiała.
- Ciężko stwierdzić - mruknęła w końcu - Ta przyjemność to jakby interes, sam wiesz - wzruszyła niedbale ramionami - Spodobało mi się tutaj. Mają naprawdę potężne działa i armaty! Widziałeś kiedyś coś tak wielkiego?! - podekscytowała się zupełnie w jednej chwili, a jej oczy rozszerzyły się z podniecenia
- Nie raz. Dużo huku, dużo roboty, no, ale efekt jest - pokiwał głową. Broń palna była zbyt droga, aby mógł sobie na nią pozwolić, ale widział nie raz w użyciu pistolet czy arkebuz i naprawdę, chciałby go posiadać - Może nie uwierzysz, ale kiedyś ojciec planował dla mnie karierę rajtara, lśniące zbroje, kity piór, pistolety... cóż...to było dawno. Jakby w ogóle nie było to w tym życiu - potrząsnął głową wracając do tematu - Khazadowie nie mają jazdy, ale mają tu najlepszą broń palną. A przynajmniej tak mówią.

- Wooow! - Norsmenka była wyraźnie podniecona - Miałbyś takie pukawy i ołowiem byś ładował?! - pytania były bardzo retoryczne, podkreślające jedynie ekscytację, która po chwili została unormowana. Albo przynajmniej tak się wydawało, gdyż Astrid próbowała się opanować - No ale to w sumie małe strzelajki, a ja wolę takie duże! Patrz jakie to bydle! - ucieszyła się wskazując jedną z maszyn, przy której coś majstrowali khazadzi. Ponieważ dziwnie na nią spojrzeli, szybko odeszła idąc dalej, co by sobie opinii nie zepsuć.
- No, a tak poza tym, to co potem z tą czarownicą robić będziesz? Po tym jak rozwalę kultystów? - nie powstrzymała się przed ponownym, dumnym wypięciem piersi i zadarciem noska.

- Cóż, szukamy jakichś pierdół. Podobno zostawionych przez jakieś tam..cywilizacje czy coś. Nie wiem, jak dla mnie to rabowanie starych gratów ale ja tu tylko macham żelazem i noszę skrzynki. Musiałabyś zapytać ją osobiście - Reinmar naprawdę nie znał szczegółów i w sumie, niespecjalnie obchodziło go, czy szefowa ugania się za szklanymi kulkami, czy księgami - Póki co kazałem kilku gościom pójść sobie gdzie indziej i przepijam karle - zwadźca wzruszył ramionami - no, i chyba przyjdzie nam tu nieco naciąć ludzi - wskazał głową zamek - a potem dalej będziemy szukać, cokolwiek tam ona znajdzie. A co? Miałabyś co lepszego?

- A nie zaczaruje mnie? - spytała pełna obaw, zagryzając dolną wargę. - Bo ja tam z wiedźmami do czynienia nie mam, jak łeb się utnie, to ponoć już nie kręci sztuczek łapami...
- Pff, ja zawsze mam coś lepszego! Mało tutaj khazadów, wojsk, dział i strzałów?! A nie jakieś rupiecie zbierasz jak śmieciarz. - Astrid, początkowo oburzona, następne słowa mruknęła słodko w zamyśle - Chociaż jeśli dzięki temu tak ci srebro brzęczy, że mi gorzałę stawiasz, to szanuję robotę - mrugnęła oczkiem, przez które przechodził niebieski tatuaż i uśmiechnęła się cwaniacko.
-Hehe...wiesz, że lubię kłopoty. Muszę wpierw zobaczyć, czy bitwa mi się spodoba, bo jeszcze nie chlastałem ludzi przy tym wszystkim huku i w pancerzu. Polityka też mnie niespecjalnie interesuje, a wszystkie wojenki to kaprys jakiegoś szlachcica, chociaż...tym razem jest chyba inaczej - Reinmar zastanawiał się, ile może jej powiedzieć.
- Aaa, o to ci chodzi! - Astrid klepnęła się otwartą dłonią w czoło - Auć. No ten, bo jakieś dzieciaki eskortowały szlachcica co to miał księgę chaosu i ją przekazał kultystom no i trzeba to odbić i zniszczyć - streściła z uznaniem dla samej siebie, no bo przecież robiła to bardzo zdolnie, czyż nie? - Myślisz, że wiedźma po to przylazła? Powinnam oderżnąć jej łeb?! - Norsmenka ponownie się podekscytowała, no bo w końcu coś się działo! Tyle zwrotów akcji co teraz to w swym całym życiu nie widziała. Jej niebieskie oczy błyszczały pożądaniem. Zapewne szkoda dla Reinmara, że nie w stosunku do niego.

Reinmar spojrzał na dziewczynę - Na Sigmara, widzę co kombinujesz. przez ciebie czuję się jak jeden z tych dramatycznych bohaterów ze sztuk Siercka - zaśmiał się głośno.
- Ej no, ja nic! Suszy mnie tylko - uchachała się jak dziecko i niemal zarumieniła.
- Pić? Tak przed bitką? - zwadźca spojrzał na dziewczynę lekko z ukosa ale zaśmiał się - chcesz, to podzielę się małym sekretem…

- Chcę! - wymamrotała półszeptem i otworzyła szeroko oczy. Dobrze wiedział jak zagrać, aby ją zaintrygować i sprawić, by energia podekscytowania w niej narosła. Zbliżyła się oczekując niesamowitej tajemnicy i historii o smokach, które trzyma w namiocie.
- Wiem, gdzie można się napić gorzałki. Przypadkiem jestem w posiadaniu...małej buteleczki, i możesz takową dostać, o ile obiecasz, że nie będziesz pić przed walką - zwadźca zmrużył oczy, czekając na reakcję dziewczyny i jakoś spodziewając się, że będzie go zapewniać, że nie wypije ani kropli, co najpewniej nie byłoby prawdą.

Astrid wykrzywiła usta w wyrazie zawodu i smutku, automatycznie odsuwając twarz od Reinmara
- Nieeee noooo - zasmęciła przeciągle - Jak już dostanę to przecież wyżłopię w sekundach - westchnęła jakby przygnębiona, ale szybko machnęła ręką.
- Dobra, poczekam! Najpierw się wykażę, a potem to opijemy! - odpowiedziała nie tracąc optymizmu.

- O, na pewno. Tylko się zastanawiam...gdzie ty znajdziesz miejsce dla tych wszystkich odznaczeń? - zachichotał. To było nieco prostackie usprawiedliwienie na to, aby móc ponownie popatrzyć sobie na jej krągłości i choć ona nie dostrzegła nawet tej zależności, Reinmar już po chwili znów spoważniał, patrząc jej w oczy - Dobrze Cię widzieć Astrid. Naprawdę dobrze. - po tych słowach Norsmenka uśmiechnęła się przyjaźnie i już nawet otworzyła usta, aby mu odpowiedzieć, kiedy nagle usłyszeli wołanie Dorana.
- Ojej, obowiązki - wytłumaczyła rozkładając bezradnie ręce - Do zobaczenia podczas bitwy - mrugnęła do niego a palce u dłoni ułożyła na kształt dwóch pistoletów strzałkowych i poruszyła nimi jakby do niego strzelała. Następnie odwróciła się na pięcie zgrabnym krokiem i odbiegła susami w stronę głównego namiotu.

***

"Wszystko się popieprzyło". Reinmar stał w rynsztunku rajtara, patrząc na maszyny bojowe krasnoludów i ciemną bryłę masywnego zamczyska kultystów. "Co ja tu robię na Sigmara?" marszczył czoło żując słomkę, którą nerwowo przekładał z jednego kącika ust, do drugiego. W jednej ręce dzierżył swoją okrągłą rotellę, która w tej bitwie mogła być jego najlepszym przyjacielem, a w drugiej tileańską schiavonę, którą oparł dla wygody o bark. Półpancerz rajtarski, który wyglądał bardzo solidnie wydawał się jednak być jak z papieru, kiedy widział te wszystkie blachy, jakimi obici byli khazadowie, którzy jako jedyni chyba wyglądali tu na profesjonalistów. "Nawet nie bardzo wiem, co robić.." zwadźca rozejrzał się po polu, odnajdując znajome twarze, jakby czerpiąc siłę z ich obecności. Vincent, Katarina, Astrid, krasnoludy...uśmiechnął się mimowolnie słuchając przemowy dziewczyny do krasnoludów. Nie był pewien, czy stare krasnoludzkie wiarusy brały na poważnie kogoś, kto wyglądał na podlotka w pancerzu, ale mowa była pierwsza klasa. Khazadowie wyglądali na odpowiednio zmotywowanych, i nie wiadomo było dokładnie czyja to zasługa, ale wdzięczny był, że są i nacierają jako pierwsi. Mógłby w sumie tylko stać, i na nich patrzeć. Nie było jednak czasu, aby podziwiać widoki i dodawać sobie wigoru samą walką. W końcu prędzej czy później walka musiała się zakończyć w jeden sposób.
Huk i dym oznajmił początek ataku. Przy akompaniamencie okrzyków bojowych, brzęku bełtów i strzał, wystrzałów garłaczy, wszyscy ruszyli aby się pozabijać.


Podziękowania dla Flamedancera i Nami za znaczną część tego posta
 

Ostatnio edytowane przez Asmodian : 26-08-2018 o 00:11.
Asmodian jest offline