Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 29-08-2018, 11:05   #1
Armiel
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 19865 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
[Horror 18+] SICARIOS

Kokaina ma kolor biały, ale na ulicach meksykańskich miast mówi się, że jej prawdziwa barwa to krwista czerwień. Jej ofiary liczone są w dziesiątki tysięcy osób. I nie mówimy tutaj o tych, którzy przedawkowali lub sięgnęli po zabrudzony narkotyk, lecz o tych, którzy zginęli w wojnie narkotykowej. Od 2011 roku, kiedy rząd USA wypowiedział wojnę meksykańskim kartelom narkotykowym, pochłonęła ona blisko pięćdziesiąt tysięcy ludzkich istnień. Ginęli żołnierze i szefowie karteli, ginęli policjanci i żołnierze zaangażowani w próbę powstrzymania handlu narkotykami, ginęli członkowie ich rodzin wciągani na niekończącą się listę rzezi i porachunków, ginęli przypadkowi przechodnie i świadkowie. Prawie pięćdziesiąt tysięcy osób, a przecież są to liczby oficjalne. Nikt nie liczy zaginionych, nikt nie liczy tych, którzy zginęli poza granicami kraju, ani w porachunkach pomiędzy mniejszymi gangami stanowiącymi ostatnie ogniwo łańcucha przemytniczego, ani ofiar znajdowanych w masowych grobach na pustyniach czy dżunglach w Meksyku – największy, znaleziony niespełna kilkanaście kilometrów od stolicy tego udręczonego wojna kraju, liczył ponad trzysta trupów. Kto by jednak przejmował się taką ilością ciał w liczącym ponad 130 milionów obywateli kraju? W końcu narkotyki i ich przemyt z innych krajów Ameryki Łacińskiej i Południowej stwarzają doskonałą okazję do zarobku. Każdemu. Bandytom, skorumpowanym glinom, dziennikarzom i politykom.
Bo kokaina, moi drodzy, ma nie tylko kolor biały i czerwony, jak krew. Ma też kolor zielony, jak dolary. Czy przypadkowo te właśnie barwy tworzą flagę Meksyku? Nie sądzę.


MAZATLAN, noc z 27 na 28 maja, MAGAZYNY FIRMY „DELICIOSA GAMBA”


Światła latarni oświetlały mały plac manewrowy niewielkiej firmy spedycyjnej w mieście Mazatlan. Wielu wiedziało, że firma ta jest powiązana z Kartelem Sinaloa, który kontrolował centralna i północną część Meksyku, i stanowił najsilniejszą organizację przestępczą w kraju. Nikt nie zadzierał z Kartelem Sinaloa. Posiadał on armię uzbrojonych żołnierzy, sprzęt, kontakty i determinację. Nawet Los Zetas – brutalni i niepowstrzymani, starali się unikać bezpośredniej konfrontacji z rywalami.

Teraz jednak na placu manewrowym klęczało ośmiu przerażonych ludzi wpatrujących się w grupę napastników. Ubrani w czarne stroje i maski zakrywające twarze wpatrywali się w pracowników kartelu ciemnymi, drapieżnymi oczami.

- Wiecie, kurwy, z kim zadzieracie! – Jeden z klęczących wydawał się być nieporuszony całą sytuacją. – Wiecie, do kogo należy ten magazyn. Jesteście już trupami. Wy i wasze rodziny. A wasze ścierwa trafią do oceanu.
- Sinaloa Cartel – powiedział jeden z napastników głosem niewiele głośniejszym od szeptu. – Wiemy, że bracia Uccoz opiekują się tym miejscem. I że ty, Fernando, jesteś ich kuzynem.

Mówiący rozejrzał się po placu. Dał znać swoim ludziom.

- Sinaloa Cartel jest skończony. A bracia Uccoz razem z nim. Szkoda, że nie doczekasz dnia ich upadku.

Silnik piły tarczowej zagrzmiał na placu. Przerażeni pracownicy kartelu zaczęli się szarpać, ale napastników było więcej i byli dobrze zorganizowani. Widać było, że mają wprawę w tego typu akcjach.

Na pierwszy ogień poszedł Fernando. Dwóch ubranych na czarno ludzi przytrzymało mu ręce, a trzeci podszedł od przodu i przyłożył pracujące ostrze piły do szyi. Z wprawą, nie zważając na tryskającą wokół krew, odciął głowę kuzyna braci Uccoz, a potem w podobny sposób, nie zważając na błagania i prośby, zarżnął pozostałą siódemkę.

Mordercy chwycili głowy i ułożyli w równym rzędzie na masce dostawczego samochodu oznaczonego wesołym logiem firmy transportowej „Deliciosa Gamba”. To było niczym obelga. Wyraźne wskazanie – jesteście słabi, nie potraficie obronić własnych ludzi. Policzek wymierzony w kartel. Było wręcz pewne, że Sinaoa nie puści tego płazem.

Krew żądała krwi.

***

Twarz Pacho Uccoz – najstarszego z rodziny sławnych banditos pozostawała bez wyrazu, gdy jego ludzie ładowali ciała do worków. Wejście obstawili zaufani żołnierze gangu, a ulicę zamknęli kupieni przez rodzinę gliniarze. Pacho sam zaniósł głowę kuzyna do beczki. Nie obawiając się tego, że upapra krwią śnieżnobiały garnitur.

- Chcę, by ci, którzy nas zaatakowali zostali znalezieni i zabici. Powiadomcie naszych ludzi i informatorów, że płacimy sto tysięcy dolarów każdemu, kto pomoże nam namierzyć tych skurwysynów.

- To mogą być te pedzie z Juarez lub z El Golfo – zasugerował „Bagnet”. – Albo ci z Los Zetas. Akcja wygląda na dobrze zorganizowaną i przeprowadzoną.

- Nieważne, kto to zrobił – Pacho Uccoz odwrócił się do swojego „porucznika”. - Ja i moi bracia chcemy dopaść go w swoje ręce. I każdego, kto był tutaj dzisiejszej nocy. Zrozumiałeś, Bagnet.
- Si senior Uccoz.
- I jeszcze jedno. Sam powiem o tym szefom. Na razie to sprawa mojej rodziny. Sprawa braci Uccoz. Nie będziemy potrzebowali wsparcia nikogo z kartelu. Chociaż będziemy wdzięczni za informacje. Rozumiesz, Bagnet.
- Si senior Uccoz. Mogę coś zasugerować?
- Tak.
- Proponuję włączyć w to ludzi mojego szwagra. Tych całych „Serpientes valientes”.
- Dzielne węże? Głupia nazwa.
- Ale porządni ludzie. Godni zaufania – przekonywał Bagnet. – Szukają okazji, aby zacząć pracować przy poważniejszych sprawach. Zarabiać poważniejsze pieniądze. Ręczę za nich i za mojego szwagra.
- Jak on się nazywa?
- Casimiro Rosendo. Na ulicy wołają na niego „Pies”. Bo jest wierny jak pies i gryzie, jak pies.
- Dobra, Bagnet. Rozmów się ze swoim szwagrem. Może on dowie się czegoś więcej, czego nasze chłopaki nie wyśledzą. W końcu niczym nie ryzykujemy. Chcę, aby pedzie, które to zrobiły zapłaciły za tę zniewagę. Wszyscy, kurwa, co do jednego. I chcę, aby nasi ludzie odszukali ich rodziny i wyrżnęli wszystkich, do nogi. Nie może zostać żadna dziwka, która rozłożyła przed nimi nogi i żaden bachor, który zrodził się z ich nasienia. Niech całe pierdolone Mazatlan zesra się ze strachu. I niech każdy wie, jak kończą ci, którzy zadrą z braćmi Ucozz i z kartelem Sinaloa. Pieniądze i środki nie grają roli. Chcę…

Dźwięk telefonu przerwał wypowiedź szefa rodziny Ucozz. Pacho Uccoz odebrał telefon widząc imię brata na wyświetlaczu.

- Tak, Enrique. Tak. Jestem na miejscu. Ogarniam burdel. Tak. Załatwili Fernando. Nie. Nie mówiłem nic jego żonie. Dzięki, bracie. Ty bardziej się nadajesz do tego typu rozmów. Tak. Esteban i Eusebio już wiedzą. Esteban załatwi sprawy w USA i wraca, a Eusebio już działa, po swojemu, znasz go. Tak. Będę czekał w domu. Nie. Już to ogarniam. Bagnet polecił dobrych ludzi. Ręczy za nich własnymi jajami. Tak. Czekam na ciebie. Kocham cię, bracie.

Gdy skończył, spojrzał na Bagneta.

- Słyszałeś. Jeśli ludzie twojego szwagra spierdolą, ja i moi bracia poczujemy się rozczarowani.
- Nie zawiodą. Nie znam lepszego człowieka, niż Cas.
- Oby. Bo nakarmię cię twoim własnym kutasem, pedziu.


MAZATLAN, 28 maja, GNIAZDKO ROZKOSZY, SIEDZIBA GANGU „SV"


Gang „Serpientes valientes” nazywany w skrócie SV zebrał się w swoim lokalu – podniszczonego domu stojącego w szeregu innych domów w podupadającej części Mazatlan. Ta miejscówka wykorzystywana była przez VS, jako miejsce spokojniejszych spotkań. Na dole funkcjonowało studio nagrań, a na górze trzy pokoje z panienkami, które albo nadawały show przez kamerki „na żywo” lub zwyczajnie, kurwiły się za kasę. Prostytucja była największym dochodem SV, ale wystarczała ledwie na podstawowe potrzeby jego członków. Już od pewnego czasu Casmiro „Pies” – lider SV, mówił o większej szansie, większej kasie – bo, jak na razie, stworzone przez niego organizacja, radziła sobie przeciętnie. Niby rosła w siłę. Niby nabierała rozpędu i rozszerzała swoje terytoria, ale nie mogła wbić się za bardzo na rynek kontrolowany przez Kartel Sinaloa.

Pies był jednak ambitny. Szczwany i rozsądny, kierował VS w sposób, który nie narażał jego ludzi na większe niebezpieczeństwo. Nie każdemu to jednak odpowiadało. i ludzie zastanawiali się, czy na drobnych wymuszeniach na kilku ulicach i kilkunastu panienkach kiedykolwiek zrobią prawdziwą kasę. Może zarabiali więcej, niż w sklepie, czy sprzątając ulice, ale to nie był kasa, za którą warto było się narażać glinom i innym gangom.

Tym razem zapowiadało się jednak, ze coś się zmieni. Po ulicach Mazatlan poszła plotka o ataku na braci Uccoz, szychy Kartelu Sinaloa w mieście i całej gminie. Bracia trzęśli rynkiem narkotykowym, prostytucją i handlem bronią i pawie nic w mieście dotyczące tych sfer działalności nie odbywało się bez ich zgody czy wiedzy. Byli jak pająki w sieci powiązań, kontaktów i setek tysięcy dolarów amerykańskich, którymi obracali tygodniowo. Prawdziwy szmal. Prawdziwe życie. I prawdziwe problemy, z tego co można było wierzyć plotkom, które wyciekły na ulice.

Pies zebrał gang na dziesiątą rano – to była barbarzyńska pora dla większości z SV. Uważali, że są nocnymi stworzeniami a już na pewno swój proceder prowadzili pod osłoną ciemności, gdzie wszystkie grzechy ludzi zamieniały się w mokre cipki, twarde kutasy, wódę, dragi i płynące z tego do ich kiszeni soki w postaci strumienia pesos zasilających kasę SV i kieszenie jego członków.

- Bracia – zaczął Pies, którego wygląd zaprzeczał temu, że za stołem siedzi ktoś, kto naprawdę doskonale zna świat przestępczy Mezatlan oraz potrafi zabić z zimną krwią i to w taki sposób, że policja nie była mu w stanie niczego udowodnić. Trzykrotnie. – Trafiła się nam okazja, na jaką czekaliśmy długo. Rozmawiałem dwie godziny temu z Pacho Ucozz i dostałem zlecenie dla SV.

Przez chwilę dał im nacieszyć się tym, że ich szef rozmawia bezpośrednio z największą szychą przestępczego podziemia Mezatlan i jednym z najważniejszych graczy Kartelu Sinaloa.

- Dostaniemy sto tysięcy amerykańskich zielonych, za pracę dla braci. Ktoś dzisiejszej nocy zaatakował ich w magazynach „Delicosa Gamba”.

Niektórzy z SV znali to miejsce ze słyszenia. Jedna z wielu dziupli przemytniczych braci Ucozz. Pod pretekstem handlu krewetkami i skorupiakami przerzucała tony kokainy do największego jej odbiorcy – USA.

- Zabito osiem osób, w tym kuzyna braci Ucozz. Mamy znaleźć trop, powęszyć na mieście. Popytać. Ekipa, która to zrobiła użyła pił mechanicznych. Ostatnio wiele gangów korzysta z dobrodziejstw tej technologii. W mieście mamy jednak speców od takiej roboty – „Narwańców”. Od nich bym zaczął. Trzeba też sprawdzić burdele. Może ktoś puścił ostatnio więcej kasy niż powinien. Albo zamówił więcej dziwek i koksu na imprezę. Za kilka godzin powinienem mieć nagrania z okolicznych kamer, namierzymy samochody, którymi przyjechali, może coś więcej. Ale póki co, idziemy w teren i węszymy. Jak węże. Kiedy trzeba – kąsamy. Brutalnie. Bez litości. Ale też z rozwagą, aby nie zrobić za dużo bałaganu. To nasza szansa i musimy pokazać braciom Ucozz, że SV to nie byle jaka ekipa. Że jesteśmy, najlepszymi sicarios, na jakich mogli liczyć w tym zasranym mieście. Nie muszę chyba mówić, że to szansa dla nas wszystkich. Na konkretny hajs i ładniejsze i bardziej wilgotne cipki. Kartel Sinaloa to gracze pierwszej ligi. A my, companieros trafiamy na ich ławkę rezerwową. Nie spierdolmy tego.

Popatrzył po zasapanych twarzach swoich ‘węży”. Widać było, że kalkuluje, komu powierzyć, jaką robotę. A jednak nie.

- Musicie jednak uważać. Tamta ekipa, kimkolwiek nie była, zabijała jak profesjonaliści. Lepiej nie działać samemu. Nie ryzykować niepotrzebnie. SV są rodziną. Pamiętajcie o tym, że macie braci i korzystajcie z tego.

Członkowie gangu SV popatrzyli po sobie. Stanowili niezłą zbieraninę twardzieli i wiedzieli o tym.

Grupa, której przewodził Pies, liczyła siedemnastu ludzi. Twardych sicarios, których nazwiska znaczyły coś na ulicy. Ludzie wiedzieli, że nie wchodziło się w drogę SV. Nie znieważało jego członków. A SV wiedzieli, że ich reputacja to najważniejsza rzez, jaką mają. Musieli być twardzi, jeśli nie chcieli wylecieć z obiegu i jeśli chcieli zacząć grać w ważniejszych meczach. Z cipek, porno i wymuszeń nie dało się utrzymać.

Pies stawiał zasady jasno. SV nie robią nic, na boku. To było zbyt niebezpieczne. Mogło naruszyć żywy, przestępczy ekosystem miasta i regionu. Nie handlowali prochami, chociaż czasami pośredniczyli w tym procederze większym gangom, oddając swoje terytoria. Mieli ambicje, ale Pies rozgrywał wszystko na spokojnie nie zdzierając z większymi organizacjami i umiejętnie lawirując pomiędzy skomplikowaną siecią zależności i układów. I w ten sposób wąski, ale przynajmniej stały strumień gotówki płynął do kasy SV.

Gang dbał o swoich ludzi i ich rodziny i w zamian oczekiwał lojalności i oddania. Nie tolerowano wyskoków w bok, działań nie ustalonych z innymi z SV, czy dorabiania na boku. Szczególnie w sferach, które nie były domeną SV – narkotykach czy porwaniach dla okupu. Pies trzymał się od tego z daleka i Waleczne Węże także. Chyba, że ktoś chciał wylecieć z grupy. Taka ewentualność też wchodziła w rachubę. Chociaż SV, podobnie jak inne gangi, stosował złotą zasadę „plata o plumo” – „kasa albo ołów”. Bierzesz od nas pieniądze lub dostajesz kulkę. Zresztą niewiele gangów przyjmowały tych, którzy porzucali swój gang. Taka osoba była traktowana jak robak pozbawiony honoru. Jeśli gang był w porządku dla ciebie, miałeś obowiązek być w porządku dla gangu.

- Za morderstwem kuzyna braci Ucozz może stać któryś z karteli wrogich kartelowi Sinaloa. - Pies podzielił się z ekipą siedzącą z nim przy stole swoimi przemyśleniami. - Może Los Zetas którzy, jak wiemy, próbują zdominować rynek Meksykański. Może inne pedzie.

Pedzio. Najgorsza obelga w kulcie macho. Pedał był niczym gówno przyklejone do buta. I to gówno chorego szczura. Tylko nieliczni obciągacze męskich kutasów mogli liczyć na szacunek, najczęściej podszyty strachem, środowiska banditos i sicarios. Jednym z nich był słynny Pacho Herrera z kartelu z Cali. Ale większość pedziów byli warci tyle, co to, co wyłaziło z ich tyłków. Prawdziwy mężczyzna, prawdziwy macho, traktował panienki, jak cipki. No chyba, że były to ich matki, siostry, córki albo żony. Wtedy traktował je z największym możliwym szacunkiem. A jeśli były to siostry, matki, córki lub żony innego członka SV lub swojaka z innych gangów, wtedy i im okazywał szacunek. W innym przypadku laska nadawała się jedynie do trzech rzeczy:, aby zrobić loda, dać dupy i przynieść zimne piwo po wszystkim.

- Dlatego działajcie ostrożnie. Na razie naszą przewagą jest to, że nikt nie wie, że zaczęliśmy pracować dla braci Ucozz. I lepiej by było, aby tak zostało. Jeśli to sicarios innego kartelu, musimy być twardzi i ostrożni. Jak węże. Wyczuwacie jakikolwiek smród, dajecie znać mi lub, jeśli ja nie odbiorę, Grubemu Alfredo.

Gruby Alfredo był prawą ręką „Psa” i pierwszym szefem gangu, nim – po postrzale i uszczerbku na zdrowiu – nie zajął się papierkową robotą – rachunkami i pilnowaniem interesów SV.

- Dobra. Dobierzcie jedną grupę, która pojedzie do „Narwańców”. Jesteśmy z nimi w nie najlepszych relacjach, więc lepiej zrobić to delikatnie. Reszta, niech połazi po mieście, przyciśnie swoich znajomków, dziwki, alfonsów, ale dyskretnie, by nie puścili farby na ulicy. Nie chcę, by pedzie, które wlazły w dupę braci Ucozz bez pytania o zgodę, pochowali się pod kamieniami, albo w dupach swoich starych.

„Delikatnie” oznaczało, że można było użyć przemocy, ale tak, aby nikt nie powiązał ewentualnych działań z SV – to groziło wojną z „Narwańcami” – gangiem z drugiej strony Mazatlan, specjalizującym się w napadach na turystach, handlem wódą i prostytucją, w tym także – jak mówiły plotki, dla wymagających klientów, którzy nie zaglądali w daty urodzenia „dziewczynek”. Szef „Narwańców”, znany bandzior Louis Hosse Darrivano zwany także „El Manivela” (Narwaniec) znany był z wybuchowego temperamentu i powiązań z kartelem z Juarez, na co przystawali bracia Ucozz i reszta kartelu Sinaloa. Gang liczył dwudziestu kilku ludzi, obstawiał kasyna w turystycznej części miasta, ochraniał kilka podrzędnych hoteli, w których umawiano się na „la sexo rapido” i nikomu nie przeszkadzało to, że macał się pod stołem z Kartelem z Juarez, póki regularnie odprowadzał dolę chłopakom z Sinaloa. El Manivela, podobnie jak Pies, potrafił pływać w morzu brudnych interesów i podobnie jak Pies, mimo że brodził przy brzegu, to jednak marzył o wypłynięciu na głębszą wodę.

- Ja bym sugerował zgarnąć tego pedzia, Enrico Urenijos – zasugerował Gruby Alfred. – Pedzio jest prawą ręką „Manivela”. Jeżeli „Narwańcy” wynajęli swoje piły mechaniczne jakimś padziom, on będzie o tym wiedział. Tylko, kurwa, trzeba to rozegrać albo za kasiorę, albo na ostro, lecz wtedy naprawdę dyskretnie. Nie jesteśmy gotowi na wojnę z jebanymi „Narwańcami”.

- Dobra. Wiecie, co macie robić. Ruszać dupy i działać. Kasa się sama nie zarobi. Ja zostaję tutaj i koordynuję działania. I nie zapomnijcie gnatów. Te pedzie, co pocięły ludzi braci Ucozz, wyglądają na ogarniętych.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 03-09-2018 o 20:08. Powód: dodanie tekstu
Armiel jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem