Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 10-09-2018, 19:32   #9
Gryf
 
Gryf's Avatar
 
Reputacja: 6605 Gryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputację
Żegnając się z Campo, starannie odnotował w pamięci, by postawić mu to piwo przy najbliższej okazji (psychopatyczny umysł starego snajpera kreślił granice między przyjaciółmi a wrogami ścieżkami niepojętymi dla zwykłych ludzi). Myślami wrócił do rozmowy telefonicznej. Było źle. Tito spodziewał się, że wciągnięcie w tą sprawę wywoła potężne kłopoty, ale nie spodziewał się ich tak szybko.
Wskoczył za kierownicę wiekowej, odrapanej, czerwonej impali i ruszył prosto pod wskazany adres.

Trafił akurat na korek, więc musiał wymęczyć się w nim przez ponad pół godziny. Gdzieś musiał być jakiś wypadek, bo minął stojącą karetkę i samochód policji, która regulowała ruchem. Albo ktoś wpadł pod samochód, albo … Nie. Minął auto - czerwony, całkiem dobrej marki wóz z wyraźnymi śladami kul na drzwiach od strony pasażera. Krwawe plamy przy samochodzie i kręcące się wokół pajace w mundurach wyraźnie wskazywały, że ten kto strzelał, dopiął swego. Ciało musiało być w karetce, bo przy niej dwóch policjantów gadało z jakimś jasnowłosym gringo. Policja odcięła ulicę i kierowała ruch na objazd. Kiedy Tito zbliżył się do mundurowego ten wskazał mu dłonią gdzie ma jechać gwiżdżąc przy tym w debilny gwizdek. W jednej chwili, gdy go mijał, Tito poczuł dziwną, niczym nie uzasadnioną ciekawość, aby zatrzymać się gdzieś niedaleko i sprawdzić, kto leży w karetce.

Tak też uczynił, odjeżdżając tylko na tyle, by jego wóz nie załapał się w kadr psom fotografującym miejsce zbrodni. Zaparkował kilka ulic dalej i wrócił na miejsce strzelaniny. Policja zakończyła już oględziny, albo i nie. W każdym razie na miejscu pojawiły się inne sępy - dziennikarze. Kilku pismaków próbowało dowiedzieć się czegoś od oficera nadzorującego miejsce strzelaniny. Kilku węszyło koło karetki olewając psiarnię, która patrzyła na ich starania przez paluchy. Nie tylko gangi opłacały mundurowych. Tito stanął pośród innych ludzi. Niewielki tłumek obserwował to, co działo się na ulicy. Tito jednak wypatrzył w tłumie gringo, który przykuł jego uwagę. Facet miał brodę, koszulę kuloodporną pod ubraniem i wyglądał na paranoika. DEA. Czuł to niemal przez skórę. Agent z USA, których rząd Stanów przysłał do Meksyku, jako oficerów w wojnie z narko - biznesem i potęgą karteli.

Ryzyko właśnie znacznie wzrosło. Nie miał wiele czasu. Dobrze zapamiętał sobie gębę federalesa, po czym przecisnął się przez tłum w okolice dziennikarzy rozmawiających z glinami. Nie pchał się za żółtą taśmę, po prostu stanął w odległości umożliwiającej usłyszenie czegoś z rozmowy. Jego wzrok machinalnie wędrował po karetce i sanitariuszach, starał się zidentyfikować z którego szpitala przyjechali. HOSPITAL MARINA, Leżał chyba najbliżej. W tłumie nikt nie mówił nic konkretnego. Większość się dopytywała, reszta domyślała. W końcu, na znak dany przez gringo oficerowi policja i karetka zaczęły zbierać się do odjazdu. Kilku mundurowych wyraźnie jednak zamierzało zostać, aby zabezpieczyć ostrzelany samochód. Pewnie czekali na policyjną lawetę.

Czuł że marnował dość czasu, a sprawa Psa wydawała się pilna. Wsiadł do samochodu i ruszył w stronę. Zamiast sterczeć w tłumie jak zbaraniały turysta od razu powinien był sięgnąć po telefon.
- Pancho? Jesteś na dyżurze? Wiozą do was trupa w karetce, postaraj się rzucić okiem kto to. Jasne, odwdzięczę się. – rozłączył się i korzystając z postoju w małym zatorze na światłach wklepał drugi numer. Samochody ruszyły, impala Tito wraz z nimi, przyłożył telefon do ucha. – Georgio, sprawa bardzo krótka konkretna, strzelanina na… no.. tak, dokładnie… co wiesz?... acha… acha…

Samochód zatrzymał się bez żadnego ostrzeżenia na środku skrzyżowania.

- Powtórz! Jesteś absolutnie pewien?… ME CAGO EN LA LECHE!

Tito był blady, rozłączył telefon i przez chwilę po prostu siedział zaciskając dłonie na kierownicy, zupełnie ignorując klaksony i wyzwiska. A potem wcisnął jednocześnie jeden z numerów szybkiego wybierania i pedał gazu. Samochód z piskiem opon runął w stronę willi tia Perrita. Gdy z leżącego już na desce rozdzielczej telefonu usłyszał El Perro i jego zniecierpliwione „czego”, powiedział po prostu:

- Enrique Uccoz nie żyje.
 
__________________
Show must go on!

Ostatnio edytowane przez Gryf : 10-09-2018 o 19:40.
Gryf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem