| Huk ciężkiego sprzętu ustał. Basia z zatroskaniem przyjrzała się zawartości swej apteczki, wyjmując z niej co poniektóre pojemniczki. Wszystko było na szczęście całe - żadnej rysy ani pęknięcia. Dziewczyna odetchnęła z ulgą i spojrzała w stronę drugiej sanitariuszki – Niusi.
Lekarstwa były teraz ich skarbem – na równi cennym co granaty. Zresztą może nawet cenniejszym, bo zamiast życie odbierać – ratowały je...
- U mnie wszystko całe, a u ciebie? – spytała Basia podnosząc się z ziemi.
To zadziwiające jak podobne były obie sanitariuszki. Obie małe i szybkie niczym iskierki, potrafiły przemykać do rannych nawet w najtrudniej dostępnych miejscach. Obie rudawe lisiczki były też nadzwyczaj sprawne i silne, gdy sytuacja tego wymagała. Nic dziwnego jednak, w końcu „Wigry” to elita. Basia uśmiechnęła się leciutka czując w sercu dumę, że przynależy do tej grupy. Choć nikt nigdy nie powiedział tego wprost, to właśnie ona była tą „starszą”, która decydowała i kontrolowała pracę ich małego punktu opatrunkowego.
- Na jodynie mam rysę, ale zaraz przeleję. Reszta chyba cała... – doszedł jej uszu głos Niusi, która - przysunąwszy się do pozbawionego szyby okna - przyglądała się pod światło zawartości swej apteczki.
- Dobrze, ja idę zobaczyć co u chłopców. Szwaby zrobiły nam widać przerwę w dostawie.
Jak zwykle z uściskiem w gardle, Basia wyszła na mury niepewna co tu zastanie... czy będzie miała kogo ratować. Rozejrzała się wokół czujnie i już po chwili kilka rąk pozdrowiło ją machnięciami. Wszystko w porządku, nikt nie wzywał sanitariuszki. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, lecz tylko na moment. Wiedziała wszak, że, mimo iż teraz nikt nie oberwał, to wielu z jej przyjaciół cierpi od starych ran. Szczególna obawą napawała ją postrzałówka Chmury. Ten człowiek był po prostu zbyt prędki i gwałtowny w ruchach, aby rana mogła się spokojnie zabliźniać. Basia już miała pomknąć dalej wzdłuż muru, lecz tuż obok przeszedł Wierny – minę miał nietęga i chyba specjalnie omijał ją wzrokiem.
„Pewnie znów chodzi o szpital...”
Krew zawrzała w sanitariuszce. W tej sprawie nie potrafiła być wyrozumiała. Chociaż raz chciała pozwolić sobie na egoizm, zająć się swoja sprawą, a nie myśleć o tym, co jest dobre dla większości...
Kolejny oddech odpędził jednak butne myśli. Nie mogła opuścić teraz „Wigier”, zbyt głęboko poczucie odpowiedzialności było zakorzenione w dziewczynie... zbyt mocno zżyła się z tymi ludźmi, którzy ją otaczali.
Podniosła wzrok, by spojrzeć na siedzącego nieopodal Chmurę. Trzymał się hardo, ale to akurat było w jego przypadku normalne. Przez czas razem spędzony, dziewczyna nauczyła się, że im bardziej zawadiacko ów powstaniec się zachowuje, tym gorszy może okazać się jego stan.
- Psst! Chmura chcę cię zaraz widzieć na zmianie opatrunku. – rzuciła w jego stronę, a spodziewając się marudzenia, dodała:
- I żadnych wykrętów!. Już ci mówiłam, że odpracujesz każdy bandaż. Musisz być zdrów, żeby mnie na rękach nosić.
To rzekłszy Basia uśmiechnęła się łobuzersko, po czym pomknęła w dół barykady, gdzie zniknął przed chwilą Wierny. Akurat gdy zeszła, łączniczka od porucznika „Kmicica” składała raport.
Tak jak młoda sanitariuszka myślała – chodziło o szpital na Długiej. Podeszła zdecydowanym krokiem, by wysłuchać informacji. Jej oczy zmrużyły się jak u kota. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że owa ewakuacja to raptem 1/4 rannych, bo reszta była po prostu niezdolna do wędrówki kanałami. Dziewczyna zbliżyła się do swego dowódcy, wymuszając tym samym, aby Wierny też spojrzał na nią... by zobaczył desperację w jej oczach.
- W szpitalu wciąż są ranni z „Wigier”, poruczniku. – rzekła cicho, lecz dobitnie. – Jeśli odejdziemy, zostawimy naszych.
__________________ Ja wymyślę Ci słowa, których sens pojmiesz tylko Ty
Z nich ułożę baśń o królewnie co
Zmarła z żalu, bo
Nie poznała Cię |