Wątek: Id Inferno
Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 22-01-2019, 00:08   #6
DrStrachul
 
DrStrachul's Avatar
 
Reputacja: 3224 DrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputacjęDrStrachul ma wspaniałą reputację
“Nie ma odwagi i nie ma lęku. Jest tylko świadomość i nieświadomość. Świadomość to lęk, nieświadomość to odwaga.”
Alberto Moravia


1.
Wieczorem znowu padał deszcz. Mocno i intensywnie dudnił o szyby i parapety, niczym rozwścieczony perkusista. Lodowaty wiatr znad jeziora przenikał nawet przez grube ściany domu Mitchellów. Chłód stanowił niejako fizyczną manifestację, panującej w domu atmosfery.

Frank wyszedł z kumplami. Została tylko pustka. Wypełniało ją przejmujące uczucie pustki, podobna tej która towarzyszy ekstrakcja zęba.
Pusty i zimny salon i powracające sceny z koszmarnego snu.

Krew.
Paskudna, lepka i cuchnąca krew, która zalewała podłogę w jej łazience. Życiodajny płyn, który wyciekał z podciętych żył jej ukochanego Franka.
Ten potworny obraz wypalił się w jej mózgu. Gdy tylko zamknęła powieki, koszmarna wizja powracała.

- Mamo! Powiedz mu coś! On zabrał mi lalkę! - piszczący głos przebił się przez tuman dręczących ją myśli.
- Uspokójcie się do jasnej cholery! - wrzasnęła, nie do końca poznając swój własny głos.
Rebbeca i Peter zastygli przerażeni.
- Uspokójcie się, proszę - powiedziała swoim już normalnym tonem - Idźcie na górę i bawcie się po cichu. Mamusię boli troszkę głowa i potrzebuje odpocząć.
Rodzeństwo bez słowa wykonało polecenie. Jessica opadła na kanapę. W oczekiwaniu na powrót Franka przerzucała bezmyślnie kanały w telewizorze.

2.
Strugi deszczu ściekały po szybie SUV-a. Stukając palcami w kierownicę, Frank obserwował wejście do baru "Red Mustang" Bił się z nawałą myśli i uczuć. Dzisiejsze wydarzenia uświadomiły mu, że decyzją podjętą kilkanaście lat temu sprowadził na siebie i swoją rodzinę wielkie niebezpieczeństwo.
Zaczynał się bać, gdyż wiedział jak trudno będzie się z tego wszystkie wyplątać.
Na domiar złego, przez cały dzień nie dostał żadnej odpowiedzi od Mary. Co to miało znaczyć, do jasnej cholery? Niby nie wydarzyło się nic wielkiego. Nie mógł się jednak pozbyć rosnącego poczucia zagrożenia.
Raz po raz wracał myślami do szkolenia, jakie przeszedł w tajnej bazie Mossadu w Górach Skalistych.

Zegar wbudowany w deskę rozdzielczą pokazywał 21:55.
Frank wziął głęboki oddech i ruszył w stronę wejścia do baru.

"Red Mustang" znajdował się na obrzeżach miasta. Jego bywalcy rekrutowali się głównie z grona kierowców ciężarówek i taksiarzy. Frank ubrany w jeansy i sportową kurtkę, od biedy mógł robić za tego drugiego.

We wnętrzu dość obskurnego baru o palmę pierwszeństwa rywalizowała sącząca się z głośników ballada country z transmisją meczu NBA nadawaną w telewizji. Frank szybkim spojrzeniem omiótł zebranych w środku ludzi. Nie dostrzegł nikogo podejrzanego. Jedynie siedzący w kącie sali mężczyzna w skórzanym płaszczu, zwrócił jego uwagę.
Wybrane miejsce, jak i postawa sugerowały, że to może być jego kontakt. Gość wiedział jak się ustawić, aby jednocześnie nie rzucać w oczy i mieć doskonały punkt obserwacyjny na całe pomieszczenie.
W pierwszym odruchu Frank chciał do niego podejść i bezceremonialnie zdemaskować. W ostatniej chwili zrezygnował z tego pomysłu i postanowił poczekać na jego ruch
Usiadł na hokerze przy barze i zamówił piwo.

Zdążył zrobić ledwie dwa łyki piwa, gdy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się i ujrzał twarz mężczyzny, którego potrącił go rano na dworcu autobusowym.
- Frank - zagadał, jakby znali się od dobrych dziesięciu lat - Wyjdźmy na chwilę, ok?

Nie czekając na odpowiedź, mężczyzna ruszył do wyjścia.

Frank ruszył za nim. Na parkingu skierowali się w stronę zdezelowanej, na oko trzydziestoletniej Hondy Civic.
Mężczyzna wsiadł do środka, by po chwili uchylić dla Franka drzwi od strony pasażera.

- Jestem Brad - rzucił mężczyzna wpatrując się intensywnie we wsteczne lusterko - Wiem kim jesteś i co robiłeś dla nich przez ostatnie osiemnaście lat.
Mężczyzna zrobił teatralną pauzę, aby nadać swoim słowom większej wagi.
- Nie bój się. Nie wydam cię. Nie po to cię tutaj ściągnąłem. Myślę, że możemy sobie nawzajem pomóc.

Kwadrans rozmowy z Bradem nieźle namieszał Frankowi w głowie. Wyglądało na to, że ktoś wokół niego i jego rodziny utkał misterną sieć intryg.
Wracając do domu wiedział, że czeka go bezsenna noc, pełna przemyśleń i analiz tego, co się właśnie wydarzyło.

3.
- Kochanie podaj mi sok - Frank z szerokim uśmiechem poprosił żonę.
Nikt nic nie mówił i nikt o nic nie pytał. Wszyscy udawali że nic się nie wydarzyło. Dzieci dokazywały jak zwykle nieświadome, iluzji i hipokryzji, jaka unosiła się w powietrzu,
Nawet ktoś obserwujący wszystko z boku, nie domyśliłby się napięcia jakie panowało między małżonkami. Perfekcyjna, amerykańska rodzina przy śniadaniu. Dosłownie, jak z reklamy.

Pod powierzchnią, aż kipiało.
Frank mimo prawie całej nieprzespanej nocy, ciągle analizował słowa Brada oraz wszystkie ostatnie wydarzenia.
Zaniepokojona o los męża Jessica, nie potrafiła mu zrobić awantury za późny powrót, ani nawet poprosić o wyjaśnienie. A przecież czuła, że za nocną eskapadą kryje się coś więcej niż tylko piwo z kolegami.
Udawali, choć oboje przepełnieni byli strachem i niepewnością.

Może przy kolejnym przegryzanym nerwowo toście, któreś z nich w końcu by się przełamało. Kto wie? Nie dane im jednak było doczekać tej chwili.
Jednocześnie odezwał się dzwonek do drzwi i komórka Jessici.

Frank wytarł usta w ścierkę i ruszył sprawdzić, kto przyszedł.
- Dzień dobry - powiedział uśmiechnięty młodzieniec w uniformie pracownika gazowni. Za nim stał jego pomocnik, wysoki blondyn o aparycji boksera.
- W czym mogę pomóc? - spytał Frank,
- Rutynowa kontrola, Wymienialiśmy złączkę przy głównym zaworze, dwie przecznice dalej i musimy sprawdzić czy instalacja nadal jest szczelna. Możemy wejść.

Zanim Frank zdążył odpowiedzieć, w progu pojawiła się Jessica. Zabrała z wieszaka płaszcz i narzuciwszy go na siebie rzekł:
- Muszę jechać do gabinetu. Porozmawiamy po południu.

4.
Drogę do gabinetu, Jessica pokonała niemal automatycznie. Szczegóły podróży zatarły się w jej pamięci. Na wspomnienie wczorajszego nieprzyjemnego wieczoru nałożył się dziwny telefon od detektywa O’Briana z miejskiej policji. Prosił on o natychmiastowe spotkanie w gabinecie.
Co się mogło stać? - kołatało się w jej głowie,

Dwaj detektywi czekali już na nią przed gabinetem. Wysoki brunet oraz jego latynoski partner o wyraźnej nadwadze.
- Detektywi O’Brian i Ortega - przedstawił brunet.

Cała trójka zajęła miejsca w gabinecie, gdzie policjant bez ogródek przedstawił całą sprawę.
- Rick Ramirez, jest pani pacjentem, prawda?
Jessica przytaknęła skinieniem głowy.
- Niestety popełnił on poważne przestępstwo i musimy panią ostrzec, że nadal pozostaje on na wolności i może być niebezpieczny.
- Co się stało? - zapytała cicho Jessica.
- Nie do końca znamy przebieg wydarzeń. Fakty są jednak takie, że jest on podejrzany o zabicie własnej matki oraz dwóch pracowników zakładu bukmacherskiego w Chatham. Jest pani jego terapeutą, więc istnieje prawdopodobieństwo, że będzie próbował się z panią skontaktować.
- Czy Ramirez wie, gdzie pani mieszka? - spytał latynoski partner O’Briana.
- Nie wiem, ale to możliwe - odparła drżącym głosem Jessica.
- Rozumiem. Jeżeli pani sobie tego życzy, to możemy pani przydzielić ochronę. Dopóki go nie złapiemy istnieje dość duże niebezpieczeństwo.
- Czy zna pani jego zwyczaje? Ludzi u których będzie mógł się próbować ukryć? - spytał O’Brian.
- Nie, ale to samotny człowiek. Od czasu rozwodu mieszka z matką. Niewiele mogę o nim powiedzieć, znam go zaledwie od kilku tygodni.
- Rozumiem. Gdyby coś sobie jednak pani przypomniała, niech pani do mnie zadzwoni - detektyw wręczył Jessice wizytówkę - I niech pani da nam znać co z tą ochroną.

Ledwo detektywi opuścili gabinet Jessici, znowu odezwała się jej komórka.
- Halo, pani Mitchell. Mówi Teresa Graham, ciotka Esther. Małej nic nie jest. Lekarze mówią, że to musiał być jakiś szok lub atak paniki. W każdym razie nic poważnego. Zostaniemy tu jeszcze jeden dzień na obserwacji. Ale tak naprawdę, to nie ja chciałam z panią rozmawiać. Esther chciała coś pani powiedzieć.
Jessica, aż zaniemówiła.
- Proszę kochanie. Mów. Pani doktor słucha.
- Halo! - usłyszała piskliwy głos dziewczynki - Halo! Pani doktor! To ja Esther. Nie gniewam się na panią. Naprawdę. Tylko Bette zniknęła. Nie ma jej. Może została tam u pani. Musi ją pani znaleźć.
Jessica z trudem próbowała poskładać tysiące myśli przelatujących jej przez głowę.
- Halo, pani doktor - w słuchawce znowu odezwała się Teresa Graham - Rozumie pani coś z tego. Mam się martwić? Może pani przyjedzie tutaj do szpitala i porozmawia z Esther. Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Niby lekarze mówią, że nic jej nie jest. Ale sama pani słyszała….
 

Ostatnio edytowane przez DrStrachul : 22-01-2019 o 18:00. Powód: literówki
DrStrachul jest offline