| - Ja widzę tę sprawę tak. Trzeba znaleźć tę wiedźmę i jej nastukać. Ja osobiście mogę jej gardzioł rozpruć nawet zębami, a jak wytrzeźwieję i znowu zapanuję nad swoim fantomalnym, ektoplazmatycznym ciałem, to mogę ją nawet rapierem dźgnąć, bo ostatnimi czasy trenowałem...
Aby to zaprezentować wykonuję parę kroków szermierczych, czy jakkolwiek nazwać to radosne podrygiwanie i zaczynam opowiadać. - Ostatnio pojedynkowałem się, obraziwszy cześć jakiejś słodkiej niewiasty. Ponoć od pań lekkich obyczajów wyzwałem popiwszy nieco szlachetną dzierlatkę. Pojedynek udał się przedni. Ponoć krążyły niedawno plotki o pijanym szlachcicu, który pojedynkując się był zalany niemal w trupa, co akurat było bardzo trafnym stwierdzeniem. Otóż pojedynek zaczął się i zakończył szybko. Jednym pchnięciem. I imaginujcie sobie kochani. Ów szlachcic, ponoć tak napruty był, że nie zorientował się, że otrzymał ranę. Wywija rapierem jak rożnem, lży okrutnie. Dostaje kolejny sztych, tym razem śmiertelny. I nic. Dalej się stawia. Oponent zbaraniał nieco. Popchnął nieboraka, czyli mnie. Nakryłem się nogami, ponoć, nie wszystko z walki pamiętam. Wtedy to się solidnie zezłościć musiałem. Trochę mnie ta złość otrzeźwiła. I jak nie zacznę te wszystkie parady, zwody, pchnięcia. Usiekłem gbura, potem sekundanta, a na koniec swojego sekundanta, bo się jakoś tak nawinął. Któryś musiał przeżyć, może nawet wszyscy, bo plotka poszła w świat. Dzięki temu wiem, że cała sytuacja w ogóle maiła miejsce...
Opowiadając kieruje się...
No właśnie gdzie ja właściwie idę? - Eeee, macie jakiś plan, gdzie się udać?
__________________ Znowu boli (blog)... |