Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 23-05-2019, 21:20   #1
Zormar
 
Zormar's Avatar
 
Reputacja: 25469 Zormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputację
[D&D 5/Zapomniane Krainy] Szlachetny Gniew: Karmazynowy Szlak [18+]


ól. Tym właśnie było to co zalało ich umysły oraz przeszyło ciała, w chwili kiedy ognista gnomka czyniła swe czary. Przez zasłonę cierpienia przebijały się jedynie wrzaski i jęki Shee’ry, która wyginała się w łuk, a jej kości strzelały w stawach. A Everika kontynuowała to co czyniła. Błękitne płomienie wokół jej rękawic wybuchnęły silniej, nabrały intensywności. I wówczas wydarzyło się to, czego nikt z tam obecnych nie mógł przewidzieć, ani tym bardziej powstrzymać. Złoty blask, którym emanował symbol na ramieniu druidki, zalał pomieszczenie. Na ułamek sekundy zapadła cisza, a oni poczuli specyficzny chłód towarzyszący wstąpieniu w przestrzeń pomiędzy warstwami świata. Zapadła absolutna cisza, a wokół siebie mieli pustkę, nieprzeniknioną otchłań. Ból zniknął zastąpiony odczuciami braku fizyczności, jak gdyby bycia czymś ponad materią. Trwało to zaledwie mgnienie oka, lecz wyryło im się w pamięci. Było też wrażenie rozciągania, wydłużania się całego ciała, które mknęło w sobie tylko znanym kierunku z szybkością, której nie sposób opisać ludzką miarą.

Wtem sensacje te zniknęły, urwały się równie nagle jak zaczęły. Powrócił pulsujący w głowie ból, którego nie dawało się znieść, wręcz rzucił ich na kolana, które jak i reszta ich ciał pozbawione były sił. Nie mogli nawet zdobyć się na to, by chwycić się za dłonie z kryształami, które wydawały się płonąć żywym ogniem. Usta zdominował żelazny posmak krwi lejącej się z nosów. I ten chłód. Ziemia, na której leżeli była mokra i straszliwie zimna. Jak przez mgłę zdali sobie sprawę, że leżą na śniegu, gdzieś pośrodku lasu, a obok cichnął jęki Shee’ry. Za najmniejszą próbę ruchu płacili bólem, beznadziejnym targiem, a mimo to próbowali. Instynkt był wszystkim co im pozostało, bowiem umysł nie był w stanie myśleć, nie w chwili, kiedy zdominowało go czyste cierpienie. Ivor zdołał lekko przekręcić głowę, tak, że jednym okiem, które zachodziło mgłą, mógł dojrzeć, jak zbliża się do nich wielki niedźwiedź. Potem było już tylko zimno… i ciemność.



rzwi zamknęły się, a aasimar dostrzegł Everikę dumającą przed krzesłem, do którego jeszcze nie tak dawno przypięto druidkę. Nie przeszkadzał jej, a jedynie podszedł do stolika wypełnionego bezładnie rzuconymi papierami będącymi kolejnym świadectwem nieprzewidzianej ucieczki. Spojrzał też na leżącą tam parę skórzanych rękawiczek z kryształami. Kamienie wydawały się lekko przyblakłe, a materiał osmolony.
Złożyli przysięgę? – dobiegło go pytanie wypowiedziane pozbawionym emocji głosem.
Tak, są teraz częścią naszej sprawy.
Obyś miał rację. – Gnomka zbliżyła się do stołu, chwyciła za jedno z leżących piór i szybkim ruchem nakreśliła coś na kawałku pergaminu. – Z krasnoludem
Torinem.
Raczej nie powinno być problemów – zignorowała wtrącenie. – Martwi mnie kobieta.
Masz rację. On był zdecydowany, pewny swego, lecz nie ona. Oczy pełne wątpliwości i niezdecydowania.
Krasnoluda zostaw tutaj, pomoże z koboldami, a ją wyślij do jednej z bardziej odosobnionych kryjówek.
Wiem do czego zmierzasz. Wielu już próbowało infiltrować nasze szeregi. Harfiarze, wyznawcy Mystry, Zhentharimowie...
Kobieta nie raczyła podjąć tematu. Miast tego wróciła do krzesła i rzucała kolejne zaklęcia.
Wiesz gdzie są? – zapytał aasimar, kiedy skończyła.
Jeszcze nie. Ta magia… była stara. Bardzo stara, a struktura jej dziwna. Wytropienie ich będzie trudniejsze niż sądziłam, gdyby nie miała czegoś z czym łączyła ich silna więź.
Hm? Masz coś konkretnego na myśli?
Kobieta popatrzyła na niego, a potem na dwójkę strażników, którzy weszli do pomieszczenia.
Tak. To
Aasimar dopiero teraz zdał sobie sprawę, że tamte dwójka coś ciągnęła za sobą. Łeb wielkiego wilka, który towarzyszył intruzom.





Xhapion

racujesz w swojej pracowni, kolejne eksperymenty nie przyniosły znaczących postępów ani rezultatów. Nie śpieszysz się jednak ani nie denerwujesz. Masz czas i środki, by w spokoju i bez podejrzeń przez dłuższy czas prowadzić swoje badania w spokoju. Podchodzisz do kolejnego katafalku, gdzie dostrzegasz… kobolda. W pierwszej chwili nie możesz sobie przypomnieć skąd on się tutaj wziął, aż zdajesz sobie sprawę, że go znasz. Widzisz zwisając z pyska język oraz oczy, które spoglądają każde w swoją stronę. Wraz z chwilą, kiedy rozpoznajesz w nim Kirkrima uderza cię fala gorąca. Momentalnie powietrze staje się duszne. Zarazem znikąd, jak i zewsząd pojawia się urwany głos Ciepło… za ciepło…. Zaczynasz dyszeć, a prawa ręka eksploduje bólem, który rzuca cię na kolana. Opierasz się plecami o katafalk i łapiesz się za źródło swego cierpienia. Ym… świeci… Znów ten głos, lecz nie możesz się na nim skupić, bowiem dostrzegasz, jak ściana przed tobą zmienia się w słup czystego ognia, z którego wychodzi ta o płonących włosach. Twarz ma beznamiętną. Rośnie… Wyciągasz w jej kierunku dłonie chcąc posłać śmiertelne zaklęcie, lecz dzieje się coś innego niż chciałeś. Z posadzki wystrzeliwują słupy i kolce z czerwonego kryształu. Napierają na maginię, a ta zaczyna się cofać. Skupiasz się na krysztale na dłoni, pomimo narastającego bólu. NIE! NIE! Widzisz, jak kolce zalewają twego wroga, wstajesz i spoglądasz triumfalnie, kiedy za sobą słyszysz znajomy, beznamiętny głos. Odwracasz się i tym co widzisz jest fala płomieni obejmujących twe ciało, którym wstrząsają spazmy bólu…


Ivor

iedzisz przy trochę za niskim dla ciebie stole, w pomieszczeniu o trochę za niskim suficie, lecz pośród znajomych ścian domostwa Dunina. Jesteś zadowolony, spokojny i radosny. Są wraz z tobą wszyscy twoi towarzysze tej podróży, siedzą wokoło i jak ty kosztują przysmaków, którymi raczy was kapłan i jego żona. Jest z wami również Arvan i Kirkrim, którzy dogadali się, a teraz siedzą obok siebie i wymieniają historie z walk i potyczek. Atmosfera jest radosna, wręcz świąteczna, bowiem zaradziliście zagrożeniu ze strony szaleńców porywających koboldy. Sięgasz po kolejny kufel wyśmienitego miodu, kiedy dłoń eksploduje bólem. Wszystko wokoło cichnie i tylko upuszczony kufel uderza głucho o blat, a potem toczy się niespokojnie po podłodze zostawiając za sobą złoty ślad. Też na nic. Rozlega się głos nie wiadomo skąd. Chwytasz się za emanującą bólem rękę i widzisz na dłoni czerwony kryształ. A może to… Wraz ze słowami czujesz jak tracisz siły, łapiesz za bark siedzącą obok Helenę i próbujesz zwrócić jej uwagę. Kiedy odwraca swą głowę widzisz jej twarz skrytą pod kapturem białej szaty. Rozglądasz się po pozostałych i widzisz, że i oni są tak samo ubrani. Jedynie Dunin i Elely są normalni. Spoglądają w twoim kierunku. Już chcesz im zdradzić kim są osoby w szatach, kiedy kolejna eksplozja bólu niemal pozbawia cię przytomności. TO DZIAŁA! Tracisz ostrość widzenia. Dysząc i z wielkim trudem podnosisz się z blatu, na który upadłeś. Dym gryzie cię w gardło i oczy. W pomieszczeniu rozpętuje się prawdziwe ogniste piekło, którego dwójka niziołków zdaje się nie zauważać. Nie… Nie! NIE! Wyciągasz ku nim rękę. Wtem czujesz, że ktoś ją chwyta. Podnosisz głowę ostatkiem sił, by zobaczyć, jak dłoń niziołki staje w płomienia, spod których wyłania się rękawiczka z kryształami, a niziołka przemienia się w ognistą gnomkę. Ostatnią rzeczą jaką widzisz jest jej beznamiętne spojrzenie. Wszystko inne ginie w ciemności…



owietrze było ciepłe, duszne i pełne zapachów. Mieszały się w nim wonie ziół, świeżych skór, żywicy, dymu oraz potu. Palce lepiły się do ciała, a może to ciało lepiło się do nich. Leżeli zawinięci w skóry niedźwiedzi i wilków. Skołowani, zmęczeni i osłabieni. Kiedy otworzyli oczy dostrzegli nad sobą pęki suszonych ziół oraz wszelkich innych darów lasu, grzyby i owoce. Podwieszone były na sznurkach pod sklepieniem wyglądającym jak gdyby ukształtowano je z żywego drewna. Wręcz można było dostrzec pulsujące linie słojów. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy umysły ich stały się troszeczkę mniej zaćmione zdali sobie sprawę, że chyba rzeczywiście tak jest. usiedli z trudem i dostrzegli dziwną izbę. Gdyby mieli sobie wyobrazić dziuplę dla człowieka to chyba właśnie tak. Wszędzie walały się zioła i inne rzeczy, a pośrodku palił się mały ogień, lecz nie spalał on drzewnej podłogi. W pomieszczeniu panował półmrok, a ciszę zakłócały jedynie trzaski ognia i bełkot dziwnego człowieka odzianego w skóry, a kiedy twarz jego znalazła się bliżej ognia dostrzegli morze zmarszczek zabarwione malunkami oraz siwiejący wodospad niespokojnych włosów. oczy zaś były szare i ciemne. Kiedy tak mu się przyglądali skrzywili się ukłuciem bólu mającego swe źródło w kryształach na ich dłoniach. Zwrócili ku nim wzrok i zobaczyli, że małe kryształki, podobne do większego centralnego rozrastają się jakoby i zajmują już znaczną część wierzchniej dłoni.


Ich poruszenie musiało zwrócić uwagę nieznajomego, gdyż ten w jednym skoku znalazł się przy nich. Osłabieni nie byli w stanie odpędzić od siebie natrętnych dłoni, które chwytały ich za twarze i okręcały głowami, kiedy starzec im się przyglądał. Wreszcie dał im spokój, lecz tylko na chwilę. Za moment mieli już przed sobą drewniane miski z jakąś strawą.
Jeść jeść! Sił wam trzeba. TAK TAK! TRZEBA! – nagłe przejście z niemal szeptu do krzyku wyrwało ich z marazmu i zaskoczenia. Kiedy przestał miał w rękach trzecią miskę, z której ręką wybierał sobie co lepsze kąski i wpychał je sobie do ust. – To jak… *mlask mlask* kryształowi ludkowie… *mlask* co was *siorb i mlask* sprowadza? Z głowami lepiej? Martwiejący PRAWIE byliście jak mi *mlask* PRZED GŁOWĄ *długi siorb* Aaa… spadliście. Hm?


 

Ostatnio edytowane przez Zormar : 26-05-2019 o 17:06.
Zormar jest offline