Osyluth padł na twarz przed
Sephirothem. Najwyższy Egzekutor z pogardą patrzył na wijącego się i błagającego o litość diabła. Przez moment zastanawiał się nawet, czy nie powinien ukarać przewodnika za zbytnią opieszałość, ale chwila zastanowienia, wybiła mu ten pomysł z głowy. Na kary i tortury przyjdzie czas później, a teraz
Sephiroth musiał się zająć wykonaniem zadania zleconego przez
Mefistofelesa.
- Za twoją opieszałość powinienem kazać odrąbać ci nogi, ale wtedy stałbyś się całkiem bezużyteczny. Masz szczęście, że mam dobry humor i tym razem pozwolę zachować ci kończyny.
- Dziękuje ci Panie, dziękuje za łaskę!
Osyluth przyczołgał się do
Sephirotha i próbował schwycić skraj szary, by ją ucałować, jednak Najwyższy Egzekutor wzbił się trochę wyżej w powietrze poza zasięg rąk pomniejszego diabła.
- Dość pokrako! Wstawaj i prowadź, nie mam już więcej czasu, żeby go na ciebie marnotrawić.
- Tak wielki, nie śmiałbym dłużej cię opóźniać. Twój cenny czas, jest zbyt drogi, żeby marnować go dla takiej pokraki...
Diabeł podniósł się na nogi i na swoje nieszczęście spojrzał wprost w odmęty kaptura. Sługa nie zdołał zobaczyć twarzy swego pana, jednak ponure milczenie Najwyższego Egzekutora wystarczyło, żeby osyluth przerwał swój potok słów i ruszył w kierunku kopalni.
***
Podróż była stosunkowo powolna, a to z powodu skalistego i stromego zbocza.
Sephiroth bez trudu wzlatywał w górę, wciąż w tym samym tempie, zupełnie niezważająca na stromość podłoża. Osyluth miał o wiele większe problemy. Pomimo pokaźnych pazurów i doświadczenia we wspinaczce po zboczach Krangath, nie miał żadnych szans, żeby nadążyć za Najwyższym Egzekutorem.
Sephiroth ze znużeniem, powoli wzlatywał coraz wyżej. Powolne tempo podróży sprawiało, że zaczął się nudzić i rozglądać po martwych, pustych zboczach. Zajęcie to, równie ciekawe jak wspinaczka, wkrótce znudziło się lewitującej szacie. Sługa widząc zachowanie swojego pana, poczuł jak ciarki przechodzą mu po plecach. Wiedział, że potężne diabły, kiedy bywają znudzone, odnajdują przyjemność w znęcaniu się nad słabszymi. Chcąc uniknąć zainteresowania swoją nędzną osobą i kłopotów, które zapewne wystąpiły wraz z nim, postanowił zabawić pana rozmową.
Osyluth zaczął opowiadać o wszystkim, co tylko nasunęło mu się na myśl. Opowiedział o kopalni, o jej działaniu i problemach. Gdy dostrzegł, że kaptur
Sephirotha odwrócił się w jego kierunku, a Najwyższy Egzekutor z uwagą przysłuchuje się każdemu słowu, poczuł, że robi mu się niezwykle zimno. Ta czarna otchłań pod kapturem zdawała się pochłaniać każde słowo, jak jakaś przeklęta kula unicestwienia. Strach przed nagłym wzrostem zainteresowaniem sprawił, że osyluth jeszcze przyspieszył swój potok słów.
***
W końcu oczom dwójki „podróżników” ukazała się kopalnia. Właściwie rozsypujące się i zniszczone baraki nie zasługiwały na nazwę kopalni, a co najwyżej górnego kompleksu niewolniczego.
- O już jesteśmy.
- Widzę. Opowiedz mi o Fizgulfie.
Nagły rozkaz zaskoczył biednego osylutha. Diabeł ze zdenerwowania zaczął zacierać łapy, z niepokojem przyglądając się swojemu władcy. Przez moment wahał się, poczym rozpoczął kolejną opowieść. Uważnie słuchając słów przewodnika,
Sephiroth dokładnie oglądał kopalnie i jej najbliższą okolice. Wyszukiwał jakiś jaskiń, gdzie mogłyby się kryć drapieżniki, choć tu na Krangathu nie spodziewał się niczego dostrzec. Ocenił też odległość dzielącą kopalnie od Kresu Nadziei, zastanawiając się, czy to przypadkiem jakieś zagubione nieumarłe istoty, nie mogą być sprawkami zaginięć.
W końcu osyluth zakończył swój opis
Fizgulfa i z widocznym strachem patrzył na Najwyższego Egzekutora.
Sephiroth uważnie przyjrzał się słudze, poczym obojętnym głosem rozkazał, zaprowadzić się do siedziby zarządcy kopalni.
***
Sephiroth stał w niedużym pomieszczeniu, o którym powiedziano mu, że jest siedziba zarządcy kopalni. Najwyższy Egzekutor, po krytycznym obejrzeniu pomieszczenia, rozkazał przyprowadzić
Fizgulfa, samemu zaś, podleciał do okna i obserwował pracujących niewolników.
Przymusowi pracownicy, pod czujnymi spojrzeniami strażników, pchali wypełnione, żelazne wózki. Co chwila słychać było trzask bicza i krzyki nadzorców, którzy bardzo starannie pilnowali, żeby nikt się nie lenił i każdy dostał odpowiednią ilość batów, od tak dla uciechy diabłów. Najwyższy Egzekutor bez jakichkolwiek emocji przyjrzał się jak dwójka strażników katuje jednego więźnia, przypuszczalnie człowieka.
Sephiroth uważnie obejrzał nadzorców, starając się dokładnie ich zapamiętać. Co innego karać, a co innego mordować silę roboczą, a później w raportach, zapisywać to jako „straty poniesione na skutek wypadków”.
Za plecami Najwyższego Egzekutora skrzypnęły drzwi, a zaraz później rozległy się pośpieszne kroki. Ktoś przestraszony wszedł do komnaty.
Sephiroth z zadowoleniem wyczuwał przyjemny i słodki smak przerażenia. Widać
Fizgulf miał coś na sumieniu.
- Panie, zgodnie z twoim rozkazem przybyłem najszybciej, jak tylko mogłem. Jestem Fizgulf zarządca kopalni. Sephiroth nawet się nie odwrócił. Wciąż patrząc przez okno i obserwując dwójkę strażników, tych samych, którzy chwile temu zabili jednego z niewolników, całkowicie zimnym i obojętnym głosem zwrócił się do diabła.
- Wiem kim jesteś. Zarządca kopalni... A czym się zajmujesz?
Pytanie zbiło
Fizgulfa z tropu. Przez moment próbował domyśleć się o co chodzi Najwyższemu Egzekutorowi, ale w końcu zrezygnował i udzielił odpowiedzi, którą uważał za najbezpieczniejszą.
- Panie, ja tu tylko pilnuje, żeby wszystko działało jak należy. Żeby niewolnicy pracowali i wydobywali, żeby strażnicy nie rozpijali się, tylko pilnowali porządku, żeby...
- Tak, tak, to wszystko wiem. Chodziło mi o coś trochę innego... Komu służysz?
- Mefistofelesowi Wła...
- A czyja jest ta kopalnia?
- Mefistofele....
- A ci niewolnicy?
- Mefi....
- Wiec, możesz mi wyjaśnić, czemu twoi strażnicy bezkarnie, dla kaprysu, mordują siłę roboczą twojego pana? A ty im na to pozwalasz?
- Panie, przecież to tylko niewolnicy. Zużywają się jak wszystkie narzędzia i...
- Tak, a niektórzy z nich, młodzi i wciąż silni, giną zamiast pomnażać majątek twojego pana i władcy. To się nazywa marnotrawieniem... W razie buntu, jak najbardziej, zabić każdego kto się sprzeciwi, ale mordować za potknięcie i upadek... Zabijasz potrzebnych ludzi, dopuszczasz do znikania innych, marnujesz pieniądze na kupowanie nowych niewolników, by zastąpić starych, których twoi strażnicy zabili bez powodu. Próbujesz zatajać zniknięcia ludzi przed swoim władcą. Gdybym miał potraktować cię, tak jak ty traktujesz niewolników, musiałbym zabić cię już cztery razy. A podejrzewam, że zanim opuszczę, to zawszone, cuchnące i brudne miejsce, znajdą się kolejne z twoich potknięć.
- Ale Panie...
- Żadnych ale. Nie licz, że minie cię kara. Jednak to zostawmy na później. Masz przynieść mi wszystkie raporty z ostatniego roku. To na razie wszystko. Wynoś się i zajmij zadaniem, które ci powierzyłem.
Za plecami
Sephirotha skrzypnęły deski, gdy zarządca kopalni wychodził ze swojej siedziby. Najwyższy Egzekutor nie miał zamiaru bezowocnie czekać na powrót swojego nowego posługacza. Żeby nie tracić czasu, lewitująca szata wyleciała na zewnątrz budynku i ruszyła w kierunku upatrzonej dwójki strażników.
Obaj poganiacze, zajęci do tej pory pogawędkom między sobą, spojrzeli w kierunku zbliżającej się, lewitującej szaty. Ich spokojne zachowanie i szerokie uśmiechy, odsłaniające rzędy kłów, wyraźnie świadczyły, że nie wiedzą z kim mają do czynienia. Jeden z nich strzelił biczem przechodzącego nieopodal niewolnika. Od tak, dla zaspokojenia sadystycznej potrzeby. Gdy
Sephiroth znalazł się jakieś trzy metry od strażników, wyższy i masywniejszy zdecydował się zabawić.
- Czego tu szukasz szmato?!
Głośny trzask bicza, pogardliwy ton głosu i pewna siebie postawa, z założenia miały przestraszyć „szmatę”. Tym bardziej musiało go zdziwić zachowanie istoty, która całkowicie go ignorują, podleciała na zasięg ręki. Coś błysnęło pod szatą okrywającą
Sephirotha. Był to krótki, ledwo dostrzegalny rozbłysk światła, jednak jego efekt okazał się... zabójczy. Pewny siebie strażnik padł na plecy, jak ścięte drzewo. Przed śmiercią nie zdążył nawet krzyknąć. Drugi nadzorca próbował odsunąć się od przeciwnika, jednak nie zdążył. Znowu coś rozbłysło i tym razem, diabeł padł na ziemie trzymając się za nogę i wrzeszcząc z bólu.
Sephiroth zmierzył pogardliwym spojrzeniem leżącego nadzorcę. Nikt więcej nie ośmielił się zaatakować Najwyższego Egzekutora. Widać pozostali strażnicy lepiej wiedzieli czym jest „szmata”.
Sephiroth uśmiechnął się pod kapturem, poczym wskazał na mała grupkę wartowników.
- Wy dwaj zabierzecie tego śmiecia do siedziby zarządcy, a ty... ty zbierzesz mi narzędzia. Noże, gwoździe, obcęgi, młotki... i coś do podgrzewania, może być żarnik. A teraz bierzcie się do roboty głąby, albo podzielicie jego los!
Trzech strażników natychmiast zabrali się do wykonywania poleceń, a pozostali, tłukąc batami i wrzeszcząc, ponownie zagonili niewolników do roboty.
Sephiroth ignorując otoczenie powrócił do swojego punku widokowego w siedzibie
Fizgulfa. Zaraz po nim do sali weszli dwaj strażnicy, prowadząc towarzysza. Ranny diabeł został rzucony na kolana przed Najwyższym Egzekutorem.
Sephiroth przez chwile stał nieruchomo, wciąż czekając i w końcu się doczekał. Do komnaty wszedł
Fizgulf niosąc spory blok dokumentów, a zaraz za nim, kolejny strażnik niosący „narzędzia”.
- Co tu się dzieje?
- Lepiej milcz i nigdy więcej nie odzywaj się do mnie tym tonem, Fizgulfie. To ja tu będę zadawał pytania, a ty będziesz udzielał odpowiedzi. Połóż te dokumenty tam, być może nie będą potrzebne jeśli będziesz współpracował. Wy dwoje, zerwijcie wszystko z towarzysza, zwiążcie go i połóżcie tam. A ty postawisz przyrządy obok więźnia. Gdy już skończycie wasza trójka wyjdzie. Chcę zostać sam na sam z więźniem i Fizgulfem. Sephiroth nawet nie patrzył, jak podwładni wykonują zadania. Zamiast tego, odwrócony do okna, przyglądał się wydarzeniom z kopalni. Dopiero, gdy usłyszał odgłos zamykanych drzwi, Najwyższy Egzekutor odwrócił się do pozostałych w sali diabłów.
- Teraz Fizgulfie pokaże ci jakimi metodami mam zamiar przywrócić porządek w tej kopalni. Będę zadawał ci pytania i liczę na szczere i zgodne z prawdą odpowiedzi. Jeżeli przyłapie cię na kłamstwie, no cóż... wtedy podzielisz los tego strażnika. Ty być może będziesz cierpiał za kłamstwo, a on na pewno, za marnotrawienie siły roboczej. Zrozumiano? Tak, wiec zacznijmy. Kiedy zaczęli znikać niewolnicy? Na jakim obszarze mają miejsce zniknięcia? Czy w miejscach zaginięć pozostawiono jakiekolwiek ślady? Czy próbowano odnaleźć zaginionych? Ile osób już zaginęło? Nikną tylko niewolnicy, czy także nadzorcy? Czy znikają wydobyte surowce? Czy cokolwiek łączy zaginionych? Czy w okolicy kopalni nie kręcili się nieumarli? Czy znane są jakiekolwiek drogi prowadzące do kopalni, poza tą z której korzystają niewolnicy? Czy zdarzyły się ucieczki niewolników? Kto wie o istnieniu kopalni? Sephiroth zadawał kolejne pytania, ze spokojem czekając na odpowiedzi zarządcy. Najwyższy Egzekutor uważnie przyglądał się rozmówcy i wsłuchiwał w każde jego słowo, starając się dostrzec, lub usłyszeć, cokolwiek co mogłoby podważyć prawdomówność
Fizgulfa.
Zupełnie niezależnie od rozmowy, tuż obok działy się bardzo nieprzyjemne sceny. Gwoździe rozgrzane do czerwoności na żarniku, wzniosły się ponad twarz więźnia. Jakaś siłą zmusiła diabła do szerokiego otwarcia oczy, gdy „narzędzia” powoli opadały w dół, by ostatecznie wbić się w oczy torturowanego. Zaraz potem zaczęło się jeszcze gorzej. Norze wbijały się w ciało, tak, żeby nie naruszyć żadnych ważnych narządów. Inne podważały i odrywały łuski i pazury. Młotek wpierw delikatnie uderzył w jedno kolano więźnia, później kolejny i kolejny, za każdym razem trochę mocniejszy cios trafiał w więźnia. Po zakończeniu sprawy z jedną nogą, narzędzie wzięło się za drugą, a następnie zaczęło miażdżyć kolejno wszystkie palce torturowanego strażnika. Obcęgi bez większego trudu dostały się do paszczy rozwartej w przeraźliwym krzyku i kolejno zaczęły wyrywać zęby ofiary.
Sephiroth całkowicie nie zważał na wrzaski torturowanego, całą swoją uwagę koncentrując na rozmówcy i udzielanych przez niego odpowiedziach. Był fachowcem i wiedział, jak dozować ból, tak, żeby torturowany wił się w cierpieniu, ale żył przez bardzo długi czas. Nie miał zamiaru zabić więźnia, bynajmniej jeszcze nie teraz. Na razie chciał go jak najbardziej okaleczyć, a dopiero później wystawić na widok pozostałych strażników i dopiero w tedy zabić, jako przykład tego, co stanie się z tymi, którzy sprzeciwiają się woli Najwyższego Egzekutora.