Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 09-07-2020, 01:07   #4
psionik
 
psionik's Avatar
 
Abasalom! Miasto w centrum świata. Tętniąca życiem metropolia pełna wszystkiego i wszystkich. Każdy gdzieś się spieszył, każdy musiał gdzieś być. Eladamri nie przepadał za Absalomem. Nie ukrywał, że stolica wysp Korotos miała swoje niezaprzeczalne zalety, można było tu dostać niemalże wszystko, a także architekci zaplanowali zielone płuca przecinające ruchliwe arterie, parki gdzie przyroda mogła dzielić się z mieszkańcami swoimi walorami, jednak dla elfa było to mało. Ile to razy przechodził w tłumie spieszących się ludzi i innych ras zastanawiając się skąd ten pęd? Choć pochował już trzy pokolenia ludzkich przyjaciół i prawdopodobnie przyjdzie pochować mu jeszcze co najmniej sześć kolejnych obawiał się, że nigdy nie zrozumie podejścia krótko-żyjących. Wiecznie w pośpiechu, wiecznie dążący do swoich małych lub większych celów, bez wytchnienia, bez opamiętania, bez zatrzymania się by spojrzeć wokół siebie i nacieszyć oczy, uszy czy język. Tak, Absalom było kwintesencją człowieczeństwa. Dynamiczne i szybkie, a jednak posiadające w sobie magnetyczną siłę skupiającą wszystko i wszystkich wokół. Nadający kierunek dla myśli i działań. Było coś magicznego w tym mieście, co sprawiało, że nie dało się go nie lubić, tak jak nie można było odmówić ludziom determinacji.

Mimo to elf wolał pozostawać na obrzeżach wybierając miejsce niedaleko cmentarzyska oblężniczego. Całe miasto otoczone było resztkami nieudanych szturmów, jednak w tym miejscu, poza murami było ich wyjątkowo sporo. Nawet tak liczna armia nie była w stanie zdobyć miasta. Teraz z maszyn inny pomysłowy człowiek urządził zajazd "Trebusz". Pomysł ciekawy, wykonanie bardzo porządne, a do tego czyste i zadbane z pięknym widokiem na zatokę i światła nieśpiącego nigdy miasta. To było ulubione miejsce Kelendila gdy musiał zjawiać się w Absalomie. Pół godziny szybkim krokiem do bram miasta nie było żadnym wyrzeczeniem w porównaniu do spokoju i atmosfery trebusza. Można tu było spotkać zarówno wojowników kuszonych opowieściami o dawno stoczonych walkach, jak i wszelkich miłośników przyrody i spokoju, którzy mogli korzystać z pięknych ogrodów oliwnych rozciągających się na północ od zajazdu. Tam właśnie zastał go posłaniec z listem od Drenga. Zaczarowane pióro kończyło właśnie zapisywać kolejną stronę podczas gdy Eladamri siedział w fotelu karmiąc wiewiórki. Obok niego na stoliku leżała otwarta książka i wpół wypity kieliszek wina. Mag spodziewał się listu, poproszono go wręcz by na niego czekał, toteż odprawiwszy posłańca wyjął nożyk do rozcinania kopert i płynnym ruchem otworzył kopertę. Przeczytał list, po czym zgniótł go i wyrzucił w powietrze. Papier przeleciał kilkanaście centymetrów zanim nie zajął się ogniem rzuconego zaklęcia i spłoną zanim mógł spaść na ziemię. Pióro zakończyło kaligrafować ostatnie runy i spłynęło na blat równolegle do księgi. Eladamri wstał z fotela z kieliszkiem w ręku podszedł bliżej, jakby chciał upewnić się, że wszystko zostało zapisane poprawnie, po czym podniósł księgę zdobioną skórzaną oprawą z kutymi na zimno zdobieniami i dmuchnął lekko pozwalając tuszowi wyschnąć. Jednym magicznym słowem sprawił, że księga zniknęła, następnie dopił kieliszek, zabrał swoje rzeczy i skierował się do środka.
'Koniec wylegiwania' pomyślał wchodząc do Trebusza.

Następnego dnia Eladamri stawił się punktualnie w siedzibie. Drogę do bram pokonał wczesnym rankiem, gdy wschodzące letnie słońce nie ogrzewało jeszcze tak mocno, a rosa na trawie dawała przyjemny chłód. Bramy o tej porze były otwarte, a kolejek zwykle nie było. Chwila formalności i płynął już gęstniejącym z każdą chwilą potokiem spieszących się ludzi. Niczym efemeryczny duch, unosił się w tłumie prześlizgując pomiędzy rozpoczynającymi swoje nudne życie mieszkańcami. Był wysoki, wyższy niż większość ludzi, toteż wydawało się, że w istocie unosi się lekko ponad tłum, który zdawał się opływać go nie będąc w stanie porwać swoim nurtem.

Minął Ścianę Zasłużonych mimowolnie patrząc na nowe wpisy. Niewiele ich przybyło przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Ot stały ląd w wiecznym potoku zmian. Uśmiechnął się do dziewczyny w recepcji. Starał się zapamiętać imiona recepcjonistek z czystej kurtuazji, choć wiedział, że Lyda, obecna dziewczyna za kilkanaście zostanie zastąpiona kolejną młodą i rozentuzjazmowaną młódką. Uśmiechnął się perliście odsłaniając rząd pięknych białych zębów. Odgarnął przy tym gęste blond włosy, który spłynęły mu na twarz gdy drzwi zamknęły się za nim. Była to jedna z tych rzeczy, której skrycie zazdrościły mu dziewczyny. Długie, gęste i grube włosy, które ledwie mógł złapać w pełną garść.
- Tak, będzie mi miło, jeśli mi potowarzyszysz do biura Drenga. - odpowiedział. - Opowiadaj, co tu się działo jak mnie nie było?

Gdy wszedł, w pokoju czekała już dwójka innych śmiałków. Skinął im lekko głową na przywitanie uważnie lustrując swoimi nieziemskimi oczami. W przeciwieństwie do Huldry, oczy Eladamriego były magicznie przyciągające. Duże, jasno-brązowe w kształcie migdałów świdrowały na wylot, jednak w tym spojrzeniu było coś więcej. Tęczówki błyszczały niczym przyprószone lśniącym brokatem odbijając i skupiając energię magiczną.
Mag był szczupły i wysoki, wzrostem przewyższając córę wilków, choć w barach był zaledwie połową potężnej wojowniczki. Smukłe elfie rysy, proporcjonalna budowa oraz długie i smukłe palce dodatkowo potęgowały wzrost sprawiając że wydawał się jeszcze wyższy. Ubrany był w dobrej jakości elfią koszulę. Białą, prostą, przede wszystkim funkcjonalną, wiązaną przy szyi z podwiniętymi rękawami. Szyję zdobiła czerwona chusta, która spływała na lewe ramię. Skórzany pas przechodzący w coś co w słowach języka ludzkiego możnaby opisać jako asymetrycznie rozciętą tunikę trzymał wygodne spodnie podróżne i zestaw magicznych różdżek. Całości wyglądu dopełniały eleganckie, acz wygodne i niewyszukane buty.

- Eladamri Kelendil. Mistrz sztuk magicznych - przedstawił się obecnym. Należało dochować zasadom etykiety nim formalnie przejdą do rzeczy. Wysłuchał słów kapitana zastanawiając się jednocześnie jak to jest, że w taką pogodę można chorować i mieć katar? Może ten człowiek miał jakieś popularne w tym dziesięcioleciu uczulenie? Albo alergię? Odprowadził go wzrokiem, po czym skupił swoje świdrujące spojrzenie na zastępcy. Nie pamiętał jego imienia. Nawet nie starał się zapamiętać. Tacy jak on nie wychodzili zwykle poza swój dość niski pułap. Zresztą, za kilkanaście lat i tak nikt nie będzie o nim pamiętać.

- Jak bardzo tajna jest misja? Mamy poruszać się incognito? - spytał zastępcy, po czym nie czekając na odpowiedź podszedł do Huldry. - Jeśli pozwolisz chciałbym najpierw rzucić magicznym okiem na ten klucz.
Wziął go do ręki przyglądając się przez chwilę. Drugą dłonią wykonał gest, któremu towarzyszyło wypowiedzenie dwóch słów mocy aktywujących zaklęcie, choć efektów żadnych nie było widać. Jeśli ktoś spodziewał się fajerwerków, lub innych pokazów magii, mógł czuć się zawiedziony.
- Nałożyłem prosty czar zabezpieczający klucz przed próbą zabrania go. Na wypadek gdyby znalazł się ktoś na tyle nierozważny by chcieć go tobie zabrać. - powiedział oddając klucz dziewczynie.
- Skagni? Nie słyszałem o nikim takim. Kto to jest? - zadał kolejne pytanie.

Wysłuchawszy wszystkich odpowiedzi rozpostarł dłonie a pomiędzy nimi pojawiła się wpół-materialna mapa świata. Ruchem dłoni elf zorientował ją i ustawił pionowo tak, by każdy mógł ją widzieć.
- Droga przez ląd faktycznie może nam zapewnić więcej rozrywki, jednakże będzie dłuższa, wolniejsza i droższa. - na mapie pojawiły się niebieskie szlaki prezentujące potencjalne drogi, którymi mogli ruszyć. - Najkorzystniej będzie skorzystać z tej - wskazał palcem na pojawiającą się grubą czerwoną linię idącą od portu Absalonu przez morze wewnętrzne wzdłuż linii brzegowej Andoran i Cheliax, przez cieśninę Corentyn i dalej na północ przez Hermea aż do Kalsgardu, by dalej ruszyć wgłąb lądu aż do miejsca docelowego. - Tak, czy inaczej, zapowiada się na kilka wspólnych miesięcy.


Retrieve item na klucz

 
psionik jest offline