Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 31-12-2020, 13:59   #7
Buka
 
Buka's Avatar
 
1- szy dzień podróży

Woodbury do Nashville (Tennessee)

Każdy spędził ostatnią noc na swój sposób… a czasem i nie do końca na własny. Klara w objęciach Cory, James uciekając przed Evelyn, Lucas i Oriana nie mieli z kolei aż takich burzliwych wieczorów i nocy. Pakowano się, przygotowywano do wyruszenia w daleką drogę, w podróż przez spory kawał PSA, po niby wielkie bogactwo…


Rankiem wszyscy stawili się o umówionej godzinie w warsztacie, w mniej lub bardziej dobrych humorach, gotowi by ruszyć. Pierwszym zaskoczeniem był fakt, iż Bob miał jechać na swoim motorze. Uparł się, i tyle, i nic ani nikt go nie przekonywało do innej decyzji… niech już będzie.

Drugim zaskokiem, było załatwienie na szybko przez Lucasa małej fuszki, i to takiej do wykonania po drodze. Towarzystwo miało przewieźć pickupem… krowę. Tak. Zwykłą, wielką, żywą, cholerną krowę. Zabrać ją do Nashville, oddać gdzie trzeba, i skasować zapłatę za samo dostarczenie, nie za “mućkę”. W końcu to po drodze, będą tamtędy przejeżdżać. Nic innego nie było. A za owe dostarczenie żywej krowy, pewnie dostaną i kanister paliwa… tylko jak ją wsadzić na pakę?? I czy Ford to wytrzyma?

Po godzinie kombinowania, okazało się, iż wytrzyma.

Bob na Harleyu, James za kierownicą auta, reszta wraz z nim w podwójnej - na chwilę obecną zagraconej zapasami i sprzętem na drogę - kabinie, krowa na pace. No to w drogę!

“Muuuuu…”

***

Najpierw na stanową “70” z dwoma pasami, opuszczając Woodbury, gdzieś tak przez godzinkę czasu jazdy, przez wiejskie krajobrazy. Zniszczone gospodarstwa, rozpadające się domy, zarośnięte dziczą dawne pola uprawne, tu i tam pordzewiały wrak samochodu, od czasu do czasu trochę drzew, czasem więcej, czasem mniej… nic ciekawego, nic niezwykłego.

Bob na motorze na przodzie, w razie czego odzywający się do krótkofalówki.

Kilometr za kilometrem, jazdy o słonecznym poranku.

“Muuuuu…”

Mućka na pace miała się dobrze. Farmer z Woodbury - ten ją sprzedający - po kwadransie walki z tępym bydlem, w końcu i doprowadził do tego, by krowa siadła na pace. Oczywiście tak zatrzeszczało zawieszenie Forda, że Bob mało się nie popłakał… nic się jednak nie stało. Krowie więc zasłonięto oczy na podróż, przymocowano ją również pasami ładunkowymi, by czasem jej się nie zachciało wstawać w trakcie drogi, i tyle. Te dwie, maksymalnie trzy godziny podróży do celu tak przeżyje.

….

Wkrótce z 70-tki zjechano na międzystanową autostradę 24, obok jakiejś dziury zwącej się Murfreesboro. Dwa pasy zmieniły się na trzy, i można było nawet nieco przyspieszyć, zwiększając prędkość powyżej 100km/h.

Teraz już prosto do Nashville, odstawić krowę, skasować zapłatę, a potem dalej, i dalej, i dalej, ku (pod)ziemi obiecanej, czy jak to tam nazwać...

***

Tuż przed samym Nashville, gdy po prawej było już widać ruiny dawnego lotniska, Bob wypatrzył niebezpieczeństwo na autostradzie. W miejscu gdzie przecinała ją 155 (według atlasu drogowego), gdzie było sporo "zawijasów" autostradowych, ktoś się czaił na resztach mostu ponad autostradą 24.

Jak nic jakaś pułapka drogowych bandziorów, czających się na podróżnych. Rzucą ci cegłą w szybę i się rozbijesz wozem, albo przestrzelą opony, wszystko by złupić, okraść, zabić, albo i wziąć w niewolę. W najgorszym przypadku nawet, by kurna po prostu cię... zjeść.

Zawracać i jechać inną drogą? Raczej lipny plan. No ale przecież od czego się ma sztucery.

Z dużej odległości, nawet przez celownik optyczny, przeciwnik i tak był po prostu "jakąś postacią w ubiorze". Zwłaszcza, gdy klęczał, i chował się za jakimiś barierkami… brak rozpoznawalnej płci, wieku, twarzy. To pomagało przy sprzątnięciu takiego delikwenta.

Cel Jamesa po strzale po prostu zwiotczał i się przewrócił.

Cel Klary czołgał się jeszcze dwa metry w bok, ale w końcu również padł i zastygł bez ruchu.

No to teraz dać gazu do dechy, chować się po wnętrzu auta, i tyle… gdy przyjeżdżali nie padły żadne strzały. Nikt ich nie zaatakował, nikt się więcej nie pojawił na widoku, najwyraźniej poskutkowała wcześniejsza akcja. Chociaż w sumie nie powinni już tak więcej cudować. Raz i tyle, a przy następnym takim spotkaniu lepiej pomyśleć o innych sposobach niż "uraaa przez nich".

….

Do samego centrum miasta na szczęście nie wyjeżdżali, a zresztą i tak nie było po co. Tam przecież masa poprzewracanych wieżowców, ulice nieprzejezdne. Niemal jak każde miasto w PSA, albo zagruzowana - albo i nie - zbiorowa mogiła dla tysięcy ludzi.


Woodbine i Glencliff, to w tych dzielnicach na przedmieściach teraz żyły resztki tej metropolii… tam też się skierowano.

Na targowisko, gdzie miał odebrać krowę nowy właściciel. Choć samo słowo "targowisko" było raczej przesadą. Ot duży plac, na którym ono kiedyś mogło być, w obecnych czasach służył jedynie bowiem jako miejsce spotkań, i znaną wszystkim lokację. Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie ustawi sobie stołu pełnego towarów, licząc na handelek. W ciągu godziny byłby przecież zabity i obrabowany...

Ale kręciło się tu jednak dużo osób. Sprzedawano coś z bagażnika, gadano, kłócono się, liczono na jakąś atrakcję i okazję. Obydwoma ostatnimi było zaś przybycie w te miejsce właśnie gościa na Harleyu i paru osób w Fordzie, z kurde krową na pace...






***

Komentarze jeszcze dzisiaj...
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem