Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 03-01-2021, 17:52   #24
Ombrose
Banned
 
Trwało to kilka sekund.
A może kilka osobnych, następujących po sobie wieczności.
Abigail kompletnie straciła poczucie czasu. A także wszystkiego wokół. Otoczenia, nawet własnej osoby. Spostrzegła, że Scarlett sczerniała i zgasła. Zniknęła, jak gdyby nigdy jej nie było. Został po niej jedynie popiół, ale i on został porwany przez wiatr.
Potem zdarzyły się jednocześnie dwie kolejne rzeczy.
Po pierwsze, świat zaczynał się rozpadać. Wielkie góry i wulkany zaczęły rozsypywać się, jak gdyby substancja sklejająca atomy rozproszyła się. No cóż… tak właśnie było. Scarlett została wyssana, a wraz z nią dusza zmory. Czy też to, co po niej zostało. A w tym właśnie miejscu znajdowała się Abigail, co sprawiało wrażenie potencjalnie… problematycznego.
Po drugie, wicher mrozu zniknął, ale złoty anioł pozostał. Wtulił się w Abigail. Jego ciepło promieniowało. Najczystsza energia otuliła de Gillern. Czuła się przepełniona mocą tak długo, jak istota otulała ją.
A następnie…
...zaczęła w nią wsiąkać.

Bańka sfery ognia pękała, trzeszcząc złowieszczo, a de Gillern stała wrośnięta w pękający grunt, wyciągając rozpaczliwie ramiona do świetlistej postaci. Chciała ją zatrzymać, wrażenie dotyku, ciepła. Obecności innej niż widma i cienie.
- K… kim jesteś? - wyszeptała, szeroko otworzonymi oczami patrząc prosto w światło… które wlewało się przez skórę do pustej skorupy. - Chodźmy stąd… wracajmy… do wieży… chodź ze mną, zostań… nie odchodź… dziękuję.

Świetlisty anioł owinął się wokół niej, wsiąkając. Następnie nachylił się nad jej twarzą. Czekał, aż go pocałuje. Nie miał twarzy kobiecej ani męskiej… zdawało się, że nie posiadał płci, ani nawet wyraźnie zaznaczonego charakteru. Był po prostu istotą. Potężną. Obcą. Niezrozumiałą. Jeśli to coś posiadało umysł, to funkcjonował w zupełnie inny sposób. Był zgoła odmiennego rodzaju. Zdawał się kompletnie nieznany. Astralny. Kosmiczny.

Szarowłosa zarzuciła mu ramiona na szyję, jakby było to coś naturalnego. Ludzki pierwiastek dodany do tego, czego nie umiała pojąć i nie chciała, nie w tym momencie. Poznanie nigdy nie przynosiło niczego dobrego, lepiej było czasem dać się porwać ułudzie.
- Nigdy wcześniej… - wyszeptała, nie mogąc uwierzyć w to co się dzieje. Do tej pory w najśmielszych snach nie marzyła o tym, że kiedykolwiek, kogokolwiek pocałuje. Zamrugała, a na spiętej, kościstej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. Stanęła na palcach, zbliżając wargi do warg utkanych z czystego blasku, ale nie zamykała oczu. Chciała go widzieć, zapamiętać. Mieć ten obraz przy sobie, gdy znów zacznie topić się w mroku. Jak talizman trzymający na powierzchni i ułatwiający oddychanie.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=ePRZC_OulYc[/media]

Pocałunek.
Zazwyczaj niewiele znaczący. Krótki. Przemijający.
Ale ten był obietnicą. Zdawał się faktycznym paktem, który miał obowiązywać aż po kres. Czego? Wieczności? Życia Abigail? Sama nie wiedziała. Czuła jednak doniosłość oraz wagę tej chwili.
Duch uśmiechnął się do niej. Wypowiedział tylko jedno słowo.
“Dubhe”.
Naelektryzowane litery pojawiły się bezpośrednio w głowie de Gillern. Powstały tam jakby jej własna myśl. Świetlisty anioł jeszcze przez chwilę istniał, po czym ostatecznie wsiąkł w Abigail.
Zniknął. Jak gdyby go tu wcale nigdy nie było. Jednak znajdował się. I de Gillern czuła go w sobie. Gdzieś z tyłu głowy, na skraju podświadomości jarzył się złoty punkt. Zamieszkał w jej duszy. Znalazł się tam niczym jasna latarnia. Świecił. A Abigail po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu poczuła, że już nie jest pusta.

Ale cały świat wciąż walił się na nią. Jej wysepka pękała, a lawa wzbierała coraz bardziej. Zaraz ją zaleje. Abby zastanawiała się, czy pakt będzie trwał po kres wieczności… czy też jej życia. Otóż chyba to drugie miało właśnie dobiec końca. Przynajmniej miała umrzeć, czując się choć trochę lepiej niż zazwyczaj. Może to była jej nagroda za pokonanie diabła. Za pokonanie Scarlett.

To byłby dobry koniec i jeszcze tego ranka dziewczyna nie marzyła o niczym innym niż zniknąć raz na zawsze, lecz teraz. Teraz pierwszy raz od dawna chciała żyć. Zamknęła oczy, woląc nie patrzeć na koniec umierającego świata: wrogiego, obcego. Jej świat był gdzie indziej, do tej pory niedoceniany, w tej chwili zatęskniła za nim aż do bólu. Za zamkniętymi powiekami stanęła jej wieża ciśnień, w której poczuła się może nie bezpiecznie, ale spokojnie.
- Chcę wrócić… pomóż mi wrócić - poprosiła głucho, obejmując się ramionami. W ryk chaosu wplótł się cichy, cienki pisk, a ją zabolało gdzieś w klatce piersiowej. Charon wciąż tam był, czekał. Jeśli jeszcze żył. Dziewczyna wyprostowała szyję i z wciąż zaciśniętymi powiekami postapiła krok do przodu, w kierunku, z którego dochodził psi skowyt… albo tak się jej zdawało.

To jednak było niemożliwe. Nie mogła tak po prostu wrócić. Niestety. Czy była wykończona po walce ze Scarlett? A może oszołomiona wniknięciem anioła? Najpewniej wszystko na raz. Istniała też szansa, że to zwyczajnie nie leżało w zasięgu jej możliwości.

Wtem wszystko… zatrzymało się.
Jak gdyby ktoś wcisnął przycisk stop na pilocie telewizora. Skały przestały poruszać się i zastygły w locie. Tak samo jak kolejne porcje lawy wypluwanej przez niknące wulkany. Ostatnia błyskawica została uwieczniona. Lśniła na niebie w swojej chwale, nadając wszystkiemu ogromnej dramaturgii. Jakby tej było jeszcze mało.

Abigail usłyszała gdzieś za sobą powolne klaskanie. Odwróciła się. W pierwszej chwili uznała, że ujrzała anioła… Postać lewitowała spowita w srebro. Pulsowało niczym najszlachetniejszy metal. Tyle że to nie była taka czysta moc w postaci istoty, którą przed chwilą doświadczyła. Ten anioł był nie tylko astralnym bytem, ale również… człowiekiem.
Wnet srebro zgasło, a mężczyzna opadł na ziemię.
Był kompletnie nagi. Całkiem wysoki i bardzo przystojny. Blondyn. Młody. Jednak ciężko było spoglądać na jego ciało. Zostało poorane bliznami. Stare, młode… długie, krótkie… Paskudne. Nie wyglądał wcale jak bohater wojenny. Sprawiał wrażenie bardziej ofiary długotrwałych, najgorszych tortur. Ciężko było znaleźć pojedyncze miejsce na jego ciele, które byłoby wolne od krzywdy. Jedynie szyja oraz twarz.
Co więcej, wzrok de Gillern naturalnie powędrował w stronę lędźwi mężczyzny. Nie posiadał jąder. W pierwszej chwili nawet tego nie dostrzegła, ale wnet zrozumiała, w czym tkwił problem. Mężczyzna był eunuchem, choć jego penis był co najmniej naturalnej, właściwej wielkości.


- Gratulacje, Abigail - powiedział, choć jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
Pusta maska bez emocji. Najmniejszego wyrazu. Jak gdyby nie był zdolny do poruszenia jakimkolwiek mięśniem mimicznym. Taką minę normalni ludzie rezerwowali głównie dla osób, które darzyli ostateczną obojętnością, a może i nienawiścią. De Gillern odniosła wrażenie jednak, że ten człowiek… tak po prostu miał.
- Nie spodziewałem się tego - powiedział. - Zdaje się, że życie potrafi zaskakiwać nawet takie osoby, jak ja.

Gdzieś w głębi de Gillern złocisty anioł poruszył się.
“Megrez”, usłyszała cichutki szept.

Gapienie się było w złym tonie, szarowłosa odchrząknęła i stanęła twarzą naprzeciw obcego. Powinna zapewne zacząć wrzeszczeć, albo uciekać, jednak światło wewnątrz niej uspokajało tym dziwnym, obcym rodzajem spokoju bez tajonej rozpaczy.
- Dziękuję… Megrez - odpowiedziała, pilnując aby jej wzrok przemieszczał się w rejonach twarzy blondyna, zamiast zjeżdżać niżej. Do tej pory nie miała okazji stanąć naprzeciwko nagiego mężczyzny, a co dopiero… anioła. Jednak nie był to twór podobny istotom widzianym na kościelnych witrażach. Ten konkretny wywoływał… smutek.
- Jeśli w jakikolwiek sposób to pomoże… nie tylko ty jesteś zaskoczony - dodała cicho - Chciałabym cię prosić… już nawet nie… - zacięła się, pocierając nerwowo dłonie. Odetchnęła - Jest szansa, abym wróciła do domu i czy powiesz mi co się stało? - popatrzyła w dół, na swoją pierś do której przyłożyła dłoń - Jeśli, oczywiście, poświęcisz mi trochę uwagi. Byłabym… - przełknęła głośno ślinę - Bardzo byś mi pomógł. Tego nie… tego nie mogę zniszczyć.

Mężczyzna pokiwał głową.
- Nie możesz. Nie powinnaś - powiedział. - Megrez to imię mojej Gwiazdy - rzekł. - Moją domeną jest Czas. Jak widzisz, już go dla ciebie zatrzymałem - zerknął na walące się skały, które jednak wcale nie upadały. - To już gest dobrej woli w stosunku do ciebie.
Zamilkł na moment. Zerknął na jej sylwetkę.
- Czemu jesteś taka chuda? - zapytał.

Dziewczyna sapnęła, mrugając intensywnie. W pierwszej chwili myślała, że się przesłyszała, w drugiej zrobiło się jej nieswojo.
- Eekhm… - odkaszlnęła w pięść, szukając na szybko dobrej odpowiedzi, ale żadna nie była dobra. W końcu sapnęła po raz drugi.
- Nie lubiłam jeść, wszystko smakowało jak popiół… więc nie jadłam, zresztą nie mam łaknienia - wzruszyła ramionami i podeszła bliżej. Skoro przeszli na pytania osobiste gorzej już być nie mogło. Na usta cisnęło jej się skąd blondyn miał te wszystkie blizny… zmilczała taktownie, biorąc babską ciekawość za kark.
- Dziękuję w takim razie podwójnie - skinęła mu głową i otworzyła usta aby spytać czy jej pomoże, lecz zamiast tego walnęła - Nie jest ci zimno?

Mężczyzna pokręcił głową.
- Dlatego lubię nagość. W prawdziwym świecie jedynie w domu albo wśród przyjaciół się rozbieram - rzekł. - W Iterze mogę być cały czas nagi. Lubię chłód. Poza tym lubię, żeby ludzie widzieli mnie. Nie mam przed nimi nic do ukrycia. Wiele osób uważa nagość za coś wstydliwego lub nieczystego. Ja uważam wręcz przeciwnie. W niej kryje się prawda co do tego, kim jesteśmy.
Zamilkł na moment.
- Nazywam się Kirill Kaverin - przedstawił się. - Mieszkam w Sankt Petersburgu. Jestem Rosjaninem. Pewnie słyszysz mój akcent? Jak mówię po angielsku, staram się go chować.
Przez ten cały czas na jego twarzy nie zagościła ani jedna pojedyncza emocja. Chyba rzeczywiście mięśnie mimiczne mężczyzny były sparaliżowane.
 
Ombrose jest offline