Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 03-01-2021, 17:57   #29
Sorat
 
Sorat's Avatar
 


***

… mały pocieszny psiak będący mieszanką husky i australian shepard opadł na ziemię, wielce niezadowolony i niepocieszony. Raz jeszcze spiął się, wyskakując w powietrze, ale jego małe, psie łapki nie miały dość siły żeby pochwycić złośliwego motyla, krążącego mu nad głową jakby po złości. Kolejny skok i znów to samo rozczarowanie, zakończone upadkiem na pyszczek.


Szczeniak pisnął cicho, zjeżył się i warknął cienko gotowy na nową próbę, ale wtedy para bladych, lodowatych ludzkich rąk złapała go delikatnie i uniosła w powietrze.
De Gillern otworzyła usta aby coś powiedzieć, zaczerpnęła powietrza… i wtedy zamarła, tężejąc niczym lodowa figura. W jednym ułamku sekundy przez jej głowę przewinęły się wspomnienia wieży, ognia, Amandy i…
- Kirill - wyszeptała pobladłymi wargami. Kolana ugięły się pod nią, opadła ciężko na mokrą trawę, oddychając przez nos.
Gwiazdy, Iter, Wielki Wóz i złożone obietnice. Nadzieja poruszyła się w jej piersi, a jej imię było Dubhe.
Szarowłosa potrząsnęła głową, odganiając skołowanie. Powoli uspokajała oddech, machinalnie głaszcząc psi łebek i wreszcie opuściła szczeniaka z powrotem na trawę. Pamiętała… pamiętała wszystko. Przyszłość która się nie wydarzyła, ale nie do końca.
Rozejrzała się dookoła, łapiąc charakterystyczne punkty okolicy. Mijali z Charonem park w drodze do weterynarza. Zostały im jeszcze trzy wizyty… idealnie. Akurat zdążą to odbębnić nim przyjdzie czas, aby…
- Kirill… - szept dziewczyny utonął w szeleście liści. Uderzyło ją, że wcale nie musi na razie stąd uciekać, wręcz przeciwnie.
- Chodź Charon - powiedziała spokojnie, wstając na równe nogi i pewniej chwyciła smycz. Poprawiła też kaptur zasłaniający od wiatru, podrapała się po plecach, sprawdzając czy rewolwer wciąż tkwił wciśnięty za pasek. Był tam, w pogotowiu i na wszelki wypadek.
Razem minęli ostatnie metry parkowej alejki, przeszli przez ulice, lądując na parkingu przed kliniką.
- Gotowy? - spytała psa.


UCD Veterinary Hospital było najbliższą kliniką. Nie znajdowało się de facto w Milltown, a w Belfield. Odległości między miejscowościami były jednak szczególnie znikome, a na dodatek obie zlewały się z sobą. To był zadbany, dobrze prezentujący się ośrodek. Co więcej, znajdowała się w nim wykwalifikowana obsługa, która na dodatek była pomocna. Logan Burke był szczególnie przyjacielski. Czasami przyjmował w swoim domu w Milltown, ale tym razem chciał, aby udać się do jego miejsca pracy w klinice. Znajdowały się tam szczepionki, których nie miał w prywatnej praktyce. Abigail zerknęła na zamontowane kamery przed ośrodkiem. Poczuła się od razu niezręcznie, lecz kaptur na szczęście zasłaniał ją nie tylko od wiatru, ale również od elektronicznych oczu. Przywitała się z recepcjonistką, zarejestrowała i skierowała prosto w prawo. Była tutaj jeden rar z Charonem. Biedak nieco kulał na jedną łapkę i trzeba było zrobić mu prześwietlenie, ale okazało się, że to była jedynie przejściowa neuralgia.

- Abigail! - ucieszył się Logan na jej widok.
Był przystojnym, wysokim mężczyzną. Tak właściwie sprawiał wrażenie tak idealnego człowieka, że był w tym aż obrzydliwy. Choć niekiedy potrafił być irytujący, kiedy zadawał zbyt wiele pytań lub robił się zbyt gadatliwy. Mimo to na pewno można go było określić jako sympatycznego. Był uczciwy, cierpliwy i Abigail wiedziała, że to człowiek, na którym można polegać.
- Mój ulubiony pacjent. Oraz jego pani - uśmiechnął się na jej widok. - Spodziewałem się was. Wszystko zgodnie z planem. Herbaty? Ciastek? - zapytał.
Po czym ruszył i zaczął to wszystko przygotować. Logan zawsze miał przy sobie herbatę i ciastka. Abby podejrzewała, że gdyby go znalazła na ulicy, to również miałby w neseserze termos i opakowanie słodyczy. To był człowiek zawsze przygotowany na gości. Dom też miał wysprzątany. Obrzydliwie perfekcyjny.

Przynajmniej ciastka miał dobre, smakowały jakby mniej popiołem. Albo to pozytywna aura veta tak działała.
- Doktorze Burke - dziewczyna przywitała się, spuszczając psa ze smyczy a ten od razu pobiegł do mężczyzny. Wolała go odwiedzać w domu, mniej oczu ludzkich i syntetycznych. Niemniej w samym gabinecie nie zamontowano kamer, albo nie tak bezczelnie.
- Poproszę herbaty - dodała cicho, stając w kącie aby nie przeszkadzać i nie rzucać się w oczy. Opuściła kark, ręce skrzyżowała na piersi żeby schować dłonie pod pachy, ogrzewając je choć odrobinę.
- Jest lepiej, przestał się drapać. Nie kuleje i już nie wylizuje poduszek na łapce - patrzyła spod kaptura na weterynarza, mówiąc bez okazywania żadnych emocji.

Logan wnet podszedł do niej z gorącym kubkiem.
- Rozgrzeje cię - rzekł. - Wiem, że jest ciepło, ale ty zawsze wydajesz się taka wyziębiona. Wydaje mi się, że masz anemię. Jesteś bardzo blada. Co takiego jesz? Kiedy był twój ostatni posiłek? Czy wykluczasz jakieś produkty z diety? Czy ważysz się regularnie? - jak zawsze zasypywał pytaniami.
Następnie przykucnął do Charona i zaczął obserwować ranę na grzbiecie.
- No, ładnie ziarninuje. Widać, że przemywasz octaniseptem - mruknął. - Biedaku cię jakiś inny piesior uchlał - Logan zmienił ton, czochrając psiaka. - Bolało, pewnie, że bolało…

De Gillern przyjęła kubek, dziękując skinieniem głowy i od razu chwyciła go oburącz, grzejąc z ulgą skostniałe palce… a potem się zaczęło: seria pytań na jakie nie miała zamiaru odpowiadać, więc gryzła język, albo siorbała herbatę,byle mieć zajęte usta. Aż do chwili, gdy doktorek zaczął gadać z Charonem. Ton jego głosu, sposób w jaki podchodził do zwierzaka potrafił topić najtwardszy lód… lub chociaż odłupać milimetrową warstwę. Dziewczyna pomyślała, że tak na serio koleś pewnie widzi w niej anorektyczkę i chce pomóc. Wszystkim chciał pomagać, choćby byli średnio przyjaznymi strzygami odzianymi w ciemną bluzę i kurtkę z demobilu.
- Tak jak pan kazał. Mamy jeszcze pół butelki - mruknęła przy kwestii dbania o psiaka. Nastepnie upiła porządny łyk herbaty czując jak przyjemne ciepło spływa w dół przełyku. Było też inne ciepło wewnątrz niej, te złote i stateczne. Małe wewnętrzne słońce wypełniające pustą wcześniej skorupę.
- Ostatnio jadłam ciastka u pana - przyznała wbrew sobie, a zdziwienie zastopowało myślenie. Język za to działał bez problemów - Nie jem dużo, one… wystarczą. To dobre ciastka - przęłknęła ślinę - Normalnego posiłku… nie wiem, chyba tydzień temu… i nie ważę się. Nie wiem ile… - wzruszyła ramionami - Nie obchodzi mnie to, po co mam się ważyć? Pan się waży regularnie?

Mężczyzna spojrzał na nią. Milczał.
- Raz na tydzień… - zawiesił głos.
Zdawało się, że zastanawiał się, czy Abigail sobie z niego żartuje.
- To nie jest zdrowe… - zagryzł wargę. - Tak właściwie to jest wskazanie do natychmiastowego telefonu do szpitala psychiatrycznego. Wiem, to brzmi ostro, ale taka prawda.
Logan wydawał się kompletnie zbity z tropu. Na pewno nie zmagał się na co dzień z takimi problemami. Milczał przez moment. Chwycił Charona i postawił go na stole.
- Oj, ukłuje cię trochę, mój mały dżentelmenie, ale minie raz dwa i po sprawie - znów zmienił ton, wyjmując dużą strzykawkę z szuflady.
Pies momentalnie położył się na grzbiecie, wywiesił jęzor i zaczął poruszać nóżkami w powietrzu.
- Pieszczoch lubi, żeby go głaskać po brzuchu, co nie? - Logan potarmosił Charona, na co ten zaczął jak szalony merdać ogonem. - No, dość pieszczot.
Spróbował go postawić na czterech łapach, ale pies znów położył się na grzbiecie. Logan pogłaskał go i zerknął na Abby.
- Jak chcesz o niego zadbać, jak nie dbasz o samą siebie? Chcesz się przekręcić i żeby Charon został sam? Myślałem, że chcesz się nim opiekować…
Burke zagrał tą kartą.

- Przecież się opiekuję - dziewczyna burknęła znad kubka. Kucnęła i opadła na pośladki, siadając po turecku na zimnych płytkach.

 
Sorat jest offline