| - Skoro nie widać dalej śladów, mamy dwie możliwości, ojej aż dwie, co te małe móżdżki zrobią nie będą się mogły zdecydować. O słyszę, iż już doszedłeś do siebie Arczi jak zwykle złośliwy doprawdy nie wiem jak mogę z tobą wytrzymać. Jeśli kiedyś zaczniesz być miły to będzie chyba znaczyło, iż to nie jesteś ty i podmieniono mi cię na coś innego – powiedział Veren z uśmiechem na twarzy spoglądając na stroszącego pióra szpaka. - Możemy iść jednym z tych dwóch korytarzy albo poczekać, aż Grry odzyska węch, ale może to jakiś czas potrwać, ponieważ zawsze traci na jakiś czas węch po dłuższej kąpieli. Ależ bardzo cieszę, iż jesteś z nami Sandorze widać wreszcie twoja prawdziwa naturę chyba charakteryzującą całą szlachtę. Nie wiem jak mogę tak długo tolerować twoje zachowanie.
Kładę to jednak na karby zgubnego szlacheckiego wychowania, może jak pobędziesz trochę wśród ludzi twoje maniery się poprawią. Uważaj, słyszałem zgrzyt szabli w pochwie właśnie je poluzował. Jeśli coś ci zagrozi to go bierzemy tak jak uzgodniliśmy. Wiem o tym Arczi można się tego było spodziewać mości Sumarze, trochę problemów i to, co najgorsze wychodzi z tego młodzika. – w zamyśleniu Veren oczekiwał na reakcję.
„Przydałoby się trochę brodę skrócić, bo za wiele paprochów się w nią chwyta. Zostaw ją w spokoju, to przydaje się. Arci ma racje zostaw Veren lepiej działać z zaskoczenia niech zawsze biorą cię za śmiesznego staruszka z długą brodą, sklerotyka mówiącego sam do siebie, rozmawiającego ze swymi zwierzętami. Z gładkim licem od razu by zobaczyli, iż nawet trzydziestki jeszcze nie masz. Wiem niezły kamuflaż, nawet nie wiedzą ile czasu zajęło opanowanie sztuczki z wypowiadaniem kwestii do was na głos przecież w ogóle tego nie muszę robić, nasza komunikacja jest szybsza od mrugnięcia okiem”. - Sumarze przecież toporzysko zostawiłeś na brzegu widziałem jak wskakiwałeś bez niego do stawu, też dziwiłem się dlaczego tak postąpiłeś pewnie taki miała wpływ ta polanka na ciebie. |