Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02-09-2007, 17:19   #36
Chrapek
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1166 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Klex i Kotecek przestąpili próg Wrót. Świat zafurgotał, i zamigotał gdy gęstość zawinęła się jak naleśnik z marmoladą, a potem zwinęła niczym tacos z keczupem. Znajdowali się teraz w jakimś niebiańskim tunelu. Tunel był przezroczysty, i widać było przez nie konstelacje które mijali.
- BigMac taniej o 20% - Kotecek odcyfrował reklamę którą minęli z nadświetlną prędkością - Nawet tutaj dotarła ta zaraza... - pokiwał smutno głową.
- Ty nie klep tyle, tylko módl się żeby to nie był chiński McDonald's - warknął Klex widząc już zbliżające się do nich jasne światełko na końcu tunelu. Wszystko wskazywało na to, że ich podróż dobiega końca.

Filonek tymczasem otworzył oczy. Nad jego jestestwem stał jakiś śmierdzący pod niebiosa, zarośnięty facet w zbroi i toporku w ręce.
- Ha! Świeżak! - ryknął na niego facet - Wstawaj Świeżak i będziesz zapałką zamek mierzył! A jak skończysz to szczoteczką latryny wymyjesz! Ale już! - zamachnął się na Filonka, gdy nagle jakaś ręka złapała w powietrzu jego dłoń.
- Zamknij mordę Thor, ty głupku! - powiedział drugi głos - I won, spieprzaj po browar, bo się kończy!
Wojownik odszedł niepyszny, podczas gdy druga postać wyszła z cienia. Miała na łbie koronę z łosiowymi rogami, i czerwony, bardzo czerwony nos, świadczący o stałym przebywaniu w stanie względnej nieważkości.
- Jestem Odyn - przedstawiła się postać - Witaj w Valhalli Filonku, gdzie będziesz pił, jadł, bił się i wspominał swoje wojownicze czyny. O ile masz jakiekolwiek wojownicze czyny... - Odyn zmierzył krytycznie posturę Filonka.

Spadli na mordę na samym środku ulicy.
- Czekolada - jęknął Kotecek oblizując pyszczek z asfaltu. Spojrzał do góry. Na karmazynowym niebie tłustawy skarabeusz toczył leniwie odnóżami dwa słońca hojnie posypane lukrem po fotosferze. Spojrzał w bok - wokół stały domki z piernika, znaki z marcepanu... Nawet okoliczni dresiarze zrobieni byli z chałwy.
- Buuuuuuuurp - podniebny Skarabeusz podsumował głębie istnienia swojego świata.
- O cholerka... - rzekł był Klex - Toż nawet jak wizytowałem Magistra Pigularza, to nie miałem takich halunów...
Naraz usłyszeli jakiś głos. Ciekawie nadstawili uszu.
Na niewielkiej skrzynce stał fikuśnie ubrany człowieczek o posturze Napoleona i perorował coś do zgromadzonego wokół niego tłumu.

- I dlatego, zawsze najlepszy będzie śledź z oleju - darł się człowieczek, aż poczerwieniał na twarzy.
- Nieprawda! - krzyknął ktoś z tłumu - Najlepszy jest w pomidorach!
- Albo w śmietanie! - zawtórował mu drugi.
- Ignoranci! - wydarł się na nich człowieczek - Swoją niewiarą obrażacie boginię Izydę! Szczezniecie, a wasze szczątki zjedzą pingwiny pustynne!
- Idź do kata! - warknął ktoś z tłumu i rzucił w człowieczka pomidorem - Ty i Twoje śmierdzące śledzie w cebulce!
- Zginiecie! Spłoniecie w czeluściach piekielnych, niewierni! -melodramatycznie krzyczał człowieczek przyjmując kolejne piguły z pomidorów - Ozyrysie, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią... Auu! - tłum ściągnął porywczego osobnika i zaczął kopać na ziemi. Klex przypatrujący się temu pouczającemu wydarzeniu, zrobił krok do przodu.
- Hej, wy, zostawcie tego człowieka! - krzyknął. Tłum wrogo łypnął w jego stronę - Tak, do Was mówię! Zostawcie go, bo Was na taczkach do lasu wywiezę!..

Dziesięć minut później cała trójka leżała sponiewierana na środku ulicy.
- Dzięki - człowieczek, ciągle leżąc wyciągnął rękę do Klexa - Przynajmniej mnie nie zabili, tak jak ostatnim razem... Robert Makłowicz jestem.
- Ambroży Klex, herbu Paj-Chi-Wo - uczony ścisnął dłoń Makłowicza - A to Kotecek, homokot.
- Mrauu - miauknął zalotnie Kotecek.
- Wy pewnie z daleka? - zapytał się Makłowicz - Bo widzę, że mordy jakieś takie występne macie...
Klex uniósł brew zaskoczony otwartością nowo poznanego, ale nic nie odrzekł.
- Przybywamy z Wiśniowego Wymiaru Koło Sadu Pana Jana - miauknął Kotecek. Makłowicz przez chwilkę trawił wyznanie Kotecka.
- A to zapraszam do siebie, śledzika z oleju pojemy to mi wszystko opowiecie...
Klex i Kotecek którym żołądki dawno strawiły z głodu połowę flaków chętnie przystali na tę propozycję i wyruszyli wraz z nowym znajomym do jego piernikowej hacjendy...

- ... I wtedy złapałem jego matkę i jak nią o ścianę nie przyp[iernicze], a z jej zębów to sobie spinki do włosów zrobiłem... - zalany w trupa Wiking kontynuował opowiadanie swojej sagi.
- Ty Sven, to jak Cię znam, to żeś ją prze[drylował], a spinki to u Żyda na targu kupiłeś i tyle twojej walki było - zadrwił drugi Wiking.
- Mówisz że kłamię?!
- Jasne że kłamiesz, budyniowa gębo!
- Bydlee! - Sven rzucił się przez stół na drugiego wikinga, po czym obaj spadli na ziemię okładając się po gębach.
Filonek schował głowę do skorupy.
- Masz, dorównaj do reszty, będzie Ci lepiej - jakiś wiking zlitował się nad Filonkiem i dolał mu wina do jego czaszy.
Żółwik wyjrzał ze skorupy i wychylił zawartość czaszki jednym haustem.
- Hej, Ty - ktoś puknął go w ramię - Jesteś z Ziemi?..
Filonek obrócił się. Przed nim stał... Antonio Banderas.
- Ty?! Co Ty tutaj robisz?!
- Ech - Antonio opadł zażenowany na krzesło - To długa historia... Kręciliśmy "13-tego Wojownika", rozumiesz... No i spadła mi na łeb kamera. Ze skutkiem śmiertelnym. A że zginąłem jako wojownik to miałem wybór: iść tutaj albo do klingońskiego nieba... Sam rozumiesz, że wybór jak między dżumą a cholerą.
- Hej, Antonio - rozległ się jakiś głos z drugiego końca stołu - Jeszcze raz!
- Nie, błagam, proszę!
- Nie ma zmiłuj, tylko zdejmuj kieckę i tańcuj!
Antonio wlazł na stół i zaczął tańczyć taniec brzucha ku uciesze zgromadzonej
wikińskiej gawiedzi.
W murowanej piwnicy
Tańcowali zbójnicy
Kazali se wino lać
Na Antonia pozirać! U, ha!
- zaintonowali Wikingowie, klaszcząc uszami do taktu.
- O cholera - Filonek w szoku wrócił do swojej skorupy.

- ...No i Klex zabił Ripley, no i trafiliśmy tutaj... - Kotecek dokończył Makłowiczowi opowieść. Gospodarz od dobrych dwudziestu minut gapił się w jakiś niezidentyfikowany punkt przed sobą i ślinił się paskudnie, zezując przy tym to zbieżnie, to rozbieżnie.
- Musi szok przeżył... - stwierdził Klex i wlał do Makłowiczowego gardła 70%
śliwowicy ze swojej prywatnej rezerwy.
- Akhuuu! - Makłowicz powrócił do świata żywych - To o czym mówicie nie będzie łatwe - język trochę mu się plątał, ale Klex przesłuchiwał już bardziej zalanych - Najpierw trzeba dorzucić mielonej wieprzowiny, potem się to dusi, razem z winem...
- Makłowicz!
- Bita śmietana, i na gaz... Dusi się przeszło dwanaście miesięcy...
- Nadajnik!
- Nie no, nadajnik zupełnie do tego nie będzie pasował - zbulwersował się Makłowicz - Nadajniki to się jada z czerwonym, a nie z białym winem i też nie wszystkie...
- Nadajnik Ojca Szefa!
- Aaaa... - mina Makłowicza spoważniała - Nadajnika broni Zając Poziomka... Co za cholerna bestia to jest, mówię Wam - gospodarz skrzywił się paskudnie - Wieść niesie że ceni sobie sok który wysysa z mózgu... Podobno robi to na żywca, przez słomkę - Makłowicz zobrazował im jak Poziomka wysysa mózg za pomocą wydawania z siebie głosek dźwiękonaśladowczych - Ciężka sprawa... A z drugiej strony pasztet z niego to byłoby coś! Wreszcie dostałbym tą posadę jako nadworny kucharz Faraona...
- I nie ma żadnych wrażliwych punktów?.. - jęknął Kotecek.
- Właściwie, to jest pewna rzecz. Powiadają o nim, że... - Makłowicz schylił się i zaczął coś szeptać na ucho Klexowi.
- Doskonale - Klex zatarł ręce - Mówiłeś Robert, że pracujesz jeszcze jako kuchcik w tym przedszkolu, nie? No to oddasz nam przysługę - dziób Klexa rozciągnął się w diabelskim uśmiechu.

Klex z Koteckiem czaili się w krzakach. Zając Poziomka patrolował kwadrat wokół nadajnika przechadzając się w te i wewte z karabinem przerzuconym figlarnie przez ramię. Naraz zza rogu wypadło na niego stado przedszkolaków.
- Klólicek - zasepleniło się dziecko i przytuliło do włochatego, różowego odnóża Poziomki. Zając spojrzał na dziecko, a jego twardy wzrok naraz zmiękł. Usiadł koło dzieci i zaczął głaskać je po główkach, podczas gdy one utworzyły kółeczko tańcząc wokół niego.
Na skraju lasu jest mały domek,
ma złote szybki i dach z orzeszka,
obok rośnie mnóstwo poziomek,
zgadnij kto w domku tym zamieszkał.
- śpiewały dzieci. Klex niepostrzeżenie wbił się w ich grono, potykając się o własną brodę, którą ciągnął za sobą po ziemi. Przytulił się do Poziomki wyciągając jednocześnie wielki rewolwer, który swego czasu zawinął Tomkowi Sawyerowi po wspólnie spędzonej ze sobą nocy.
- Hakuna matata skur[czybyk]u! - powiedział do zaskoczonego Zająca i strzelił mu prosto między oczy. Mózg i posoka bryznęły wokół, budząc niepohamowaną radość u dzieci.
- Malinowy kisiel! - krzyknęło jedno z nich.
Klex niemrawo poruszył nogą strząsając z siebie resztki króliczego ścierwa.
- Kotecek, zakładaj ładunki - rzucił do włochatego przyjaciela kostki C4. Nagle zza rogu wypadł z wielką łyżką Makłowicz. Dopadł zwłoki Zająca, klęknął i zaczął pałaszować to co zostało w jego głowie.
- Co ty robisz do ch[olery]?! - huknął na niego Klex.
- No przecież on od dwudziestu lat zżerał mózgi! - oburzył się Makłowicz - Szkoda żeby tyle wiedzy się zmarnowało!.. A poza tym ten malinowy smak... - oczka Makłowicza zamknęły się z rozkoszy.

- Wybiła wasza godzina! - zawył Rydzyk patrząc na pojmanych Robomerlina i Jezusa. - Gdyby nie to Boże stworzenie - wskazał na Bartłomieja - I gdyby nie nadajnik w jego odbycie, Wasz żydomasoński plan pewnie by się powiódł! Ha! Ale nie ze mną te numery!

- Ależ kochanie, co Ty... - zaczął Jezus.
- Nic już nie mów! - zaszlochał Ojciec Szef - Nic... Nie mów... Wiem, ze masz innego, nie kłam!..
- Ale...
- Nie kłam powiedziałem! - wydarł się ojcaszek - Teraz poznacie pełną siłę rażenia mojego nadajnika! - z rąk Ojca Szefa wystrzeliła bladobłękitna błyskawica, która uderzyła prosto w pierś Robomerlina.
- Uuuuch! - zawył Robomerlin upadając na Ziemię - Te paciorki różańcowe... - wyrwało mu się z ust.
- Giń, giń, pomiocie szatana - cedził Ojciec Szef, strzelając z kolejnych błyskawic w stronę bezbronnego Robomerlina.
Naraz wszystko ucichło. Ojciec Szef patrzył z niedowierzaniem na swoje ręce.
- Moja moc! - zakrzyknął - Zniknęła!..
- Gdzie ja jestem?! - Chomik, jak i reszta beretów ocknęła się nagle w prawdziwym świecie.
- Bartuś - Jezus wyczuł okazję - Ten w kiecce powiedział, że kibicuje Arce Gdyni!
- Cooo?! - Bartłomiej wyjął kosę zza paska spodni - No to się zabawimy... Iskaj się z kasy i komórek, frajerze!

Klex kontemplował zniszczony nadajnik. Przyglądał się przede wszystkim małej metalowej tabliczce.
- Wielki Elektronik - odcyfrował - Naprawa AGD i RTV... Muszę to skończyć - rzekł z zawziętą miną.
- Co? - Koteczek był w szoku.
- Wyruszamy do Chin Kotecku - odrzekł Klex wstając z miejsca - Muszę poradzić się mojego Mistrza. Muszę powstrzymać... Wielkiego Elektronika.
- Zaczekajcie, zaczekajcie - Makłowicz biegł do nich z jakimś zawiniątkiem - Macie. To jest kawałek wybornego pasztetu z Zająca Poziomki!
- Doceniam Twój dar, Robercie - Klex położył mu ręce na ramionach - Ale nie mogę tego przyjąć. Jest niekoszerne. Ty zaś jedz, i rośnij duży i tłusty - rzekł uroczyście - My zaś... My zaś musimy znowu wyruszyć w drogę...
 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.

Ostatnio edytowane przez Chrapek : 02-09-2007 o 17:33.
Chrapek jest offline