Brudni i przemoczeni mężczyźni bynajmniej nie stanowili miłego towarzystwa podróży, wobec czego właściciel powozu przy nadarzającej się okazji - to jest, gdy przekroczyli jakąś rzekę - delikatnie, aczkolwiek zdecydowanie, zasugerował Kainitom kąpiel.
Poza małym
Ventrue, wędrowcy nie potrafili pojąć takiego marnotrawstwa czasu, nie wypadało im jednak sprzeciwiać się woli tego, który ocalił ich od niechybnej tułaczki.
Jak się zresztą miało okazać wcale nie stracili przez to zbyt wielu cennych minut, bowiem powóz
di Bicci'ego radził sobie niebo lepiej niż ten, który użyczyła im
Księżna Lukretia. Mimo wybojów i licznych kałuż, powóz cały czas brnął do przodu, a jego miarowe kołysanie usypiało zmęczonych podróżnych.
Nie wypadało jednak dłużej trzymać w niepewności "gospodarza", wobec czego
Renault podjął opowieść o ich losach. Zataiwszy jedynie prawdziwy cel misji (wymówił się listem), jak na spowiedzi prawił
Giovanniemu o wszystkich przykrościach, które ich spotkał w ciągu tej niechybnej wyprawy. Przystojny wampir o intrygujących oczach słuchał urzeczony, najwyraźniej bardzo lubił opowieści z dreszczykiem emocji… szkoda tylko, że te emocje Kainici odczuli na własnej skórze.
Przy opowiadaniu czas płynął szybko, niczym rwący potok. Zbliżał się świt. Zanim zamknęli powóz od środka,
Marcel przywołał piękną orlicę imieniem
Julia, która szczególnie zauroczyła ludzką przyjaciółkę
Giovanniego. Olbrzymi
Brujah musiał obiecać, że wezwie zwierze, zaraz po tym, jak się obudzą. To zresztą było zbieżne z jego planem, gdyż wysłał akurat
Julię na zwiad, a wieczorem kazał do siebie wrócić. Teraz dzięki obecności rozmawiającego ze zwierzętami
Gangrela, mógł się dowiedzieć konkretów, a nie tylko zdawać na intuicję.
***
Dzień minął spokojnie, o ile nie liczyć kilku przebudzeń, wywołanych jakąś gwałtowną nawałnicą, bądź też gradem. Poprzez senne wizje myśli
Thomasa z troską musnęły woźnicy, który to musiał w taką pogodę wykonywać swą pracę. Cóż jednak mógł na to poradzić?
Giovanni zaś, który obudził się najwcześniej, pogładził z czułością śpiącą jeszcze
Carmen, po czym ostrożnie uchylił zasłonę, by zerknąć na swego wierzchowca. Okryty derką Arab szedł posłusznie zaraz za powozem. Niestety, pogoda sprawiła, że to piękne zwierze prezentowało się dość żałośnie.
Di Bicci musiał zwalczyć w sobie chęć wzięcia stworzenia do powozu, a wystawienia na zewnątrz „przyjaciół”. Niestety… Ogier i tak by się nie zmieścił w środku.
Nagle uwagę
Toreadora przykuło co innego…
Pejzaż!
Właśnie musieli minąć jakąś wieś, bowiem z tyłu widział jeszcze sylwetki chałup, tu natomiast przy drodze „rósł” niezwykły zagajnik, gdzie zamiast drzew na ogromnych palach tkwiły... ludzkie trupy!
Przerażony i zafascynowany zarazem esteta chłonął wzrokiem tą okropność, zastanawiając się jakież też powitanie może im samym przyszykować ów sławnym palownik, do którego zmierzali.
Wtem promień zachodzącego słońca błysnął zza chmury,
Giovanni błyskawicznie przysłonił więc okienko, zanim poczuł to straszliwe pieczenie na skórze.
***
Gdy wszyscy już otworzyli oczy, spostrzegli się, że nagle czegoś zaczęło im brakować. Dziwna pustka wypełniła przestrzeń, choć przecież słychać było każdy zgrzyt pod kołami, podmuchy wiatry, czy odgłos końskich kopyt…
No właśnie!
Wcześniej nie słyszeli stąpania zwierząt, ponieważ zagłuszył je deszcz! Teraz stukanie o dach, które towarzyszyło im od początku podróży niemal, ucichło, mimo że w oddali słyszeli burzę.
Zniecierpliwiony
Marcel odsłonił okno i gwizdnął przyzywając swoją orlicę.
Zaraz potem wszyscy podróżni dostrzegli, jak jego mięśnie stężały, a on sam znieruchomiał.
-
Co się stało? – dopytywał się
Renauld, lecz nie otrzymał odpowiedzi. Wkrótce zresztą wszyscy zobaczyli, że oto z pewnością wkroczyli na ziemie
Vlada Tepesa i bynajmniej nie działo się tu dobrze…
***
Jechali już dobre dwie czy trzy godziny, a deszcz wciąż nie spadł.
Marcel uważnie nasłuchiwał , by wyłapać zew
Julii, którym zwykle obwieszczała swą obecność. jednakże ta nie pojawiała się, nawet gdy gwizdnął ponownie. To niepokoiło
Brujaha o wiele bardziej niż okolica.
Nagle karoca zatrzymała się gwałtownie, tak, że
Carmen i Renauld wylecieli ze swoich miejsc. Na szczęście oboje zdążyli się czegoś złapać, by nie upaść.
-
Dalej nie pojedziemy! – usłyszeli głos woźnicy.
Każdy był zaciekawiony powodem tak kategorycznego stwierdzenia i już po chwili każdy miał się przekonać na własne oczy. Oto bowiem znaleźli się u stóp kamiennej góry, w której zbocze wmurowana była potężna twierdza.
Jak jednak się do niej dostać?
Nie było żadnej drogi, budowla wydawała się być niedosięgniona. Podróżni zaczęli rozglądać się, wodząc zagubionymi oczyma wokół. Nikt przecież nie brał pod uwagę opcji, że mogą nie być w stanie dostać się do zamczyska!
- Tutaj!
Usłyszeli słodki głos
Carmen, która nie tak dawno zniknęła za ogromnym głazem. Gdy również obeszli kamiennego olbrzyma, ujrzeli dziewczynę, która stała na stopniach kamiennych schodów, ciągnących się wąskim pasmem ku górze.
Była to droga na tyle wąska, że dwoje ludzi miałoby już problemy z poruszaniem się ramię w ramię. Od tego pomysłu odstręczała zresztą rozpadlina rozciągająca się z prawej strony.
Tak czy inaczej podróż powozem dobiegła końca... tylko co dalej?