Azyl ”Podwórze karczmy”
Nawet w takim miejscu jakim jest
Azyl bardzo rzadko widywano grupę arystokratów stojących w ciasnym kręgu, w ciemnej uliczce. Gdyby ktoś teraz zobaczył tą dziwaczą scenę z całą pewnością miałby powody do zmartwienia. Arystokracja już dość złego potrafiła zrobić nie ruszając się ze swoich wspaniałych pałaców, wiec co za straszne spiski musiała obmyślać ta grupa, czająca się w ciemnościach niczym pospolici złodzieje?
Zapewne nikt nie domyśliłby się, że konkretnie ta grupa jest zajęta czymś znacznie bardziej przyziemnym niż plany zdobycia władzy nad całym miastem, uzależnienia od siebie Gildii i Kolegiów, czy nawet wzajemnych mariaży i sojuszy. Oni byli zajęci obmyślaniem sposobu przeżycia i nie przyciągania problemów.
Kolejne pomysły, kolejne słowa i wymiany poglądów… oraz kolejne sekundy w czasie, których niezbyt miłe osoby trafiały na ślad podróżników. Plany zostały obmyślone, lepsze lub gorsze, jednak na dopracowywanie szczegółów nie było teraz czasu. Zresztą nawet gdyby ktoś – choćby odziany w srebrne szaty mężczyzna, trzymający w dłoni zakrwawiony sztylet – podsłuchiwał rozmowę arystokraci, zapewne i tak nie nadążyłby za zmianami w pomysłach i planach.
W końcu plany zostały omówione i każdy znał już własną role. Ostatecznie drużyna miała się podzielić na dwie grupy, z czego jedna miała się zająć ekwipunkiem, a druga tymczasową siedzibą. Nawet ponury elf, który dołączył do grupy pod koniec obrad, nie miał nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.
Ostatnie, czerwone promienie muskały dachy budynków, gdy
Sae,
Almirith i
Harpo wyślizgnęli się z wąskiej uliczki i ruszyli w ustalonym wcześniej kierunku. Mówiąc szczerze nie mieli żadnego pojęcia dokąd zmierzają, jednak gdy nie zna się miasta każdy kierunek wydaje się równie dobry.
Ulica, którą już wcześniej szli, wciąż była dość tłoczna nawet pomimo późnej pory. Najrozmaitsze istoty zajmowały się tylko sobie znanymi sprawami. Wciąż słychać było kupców wykłócających się ze swoimi klientami o ceny towarów. Nie jeden raz wędrowcy byli świadkami nagłych zniknięć i pojawień zdezorientowanych Jednodniowców. Pomimo, że trójka podróżników starała się jak najmniej zwracać uwagę, ich stroje wciąż były bardzo wyróżniające i podobnie jak poprzednim razem wszelkiej maści istoty schodziły im z drogi. Dla wielu niezorientowanych osób widok potężnego beholdera unikającego
Sae musiałby się wydać śmieszny, ale w
Azylu taka scena nikogo nie dziwiła.
Stopniowo trójka towarzyszy oddalała się od „Zająca i Smoka”, a pomimo to nigdzie nie widzieli odpowiedniego sklepu. Właściwie wszędzie widać było kupców i ich siedziby, ale wszystko to wydawało się nieodpowiednie dla arystokracji. Trójka bohaterów wciąż dobrze pamiętała jaki efekt miało ich wejście do „Zająca i Smoka” i całkowicie zgodnie postanowili nie wchodzić do zwyczajnych i „przyziemnych” sklepików. Inaczej mogliby sprowadzić na siebie tylko kłopoty.
Wkrótce
Sae,
Harpo i
Almirith dotarli do końca długiej ulicy. Tym razem wyszli na spory plac po brzegi wypełniony kupującymi i sprzedającym... a wiec trafili na targowisko. Trudno było ocenić jak wielkie musi ono być, jednak biorąc pod uwagę specyfikę
Azylu i mieszkających w nim istot, do małych raczej nie należało. Paradoksalnie trafienie do tak tłocznego miejsca mogłoby zapewnić pewną anonimowość pośród tak różnorodnego tłumu... gdyby tylko nie te stroje, to zgubienie ewentualnego, niepożądanego towarzystwa byłoby dziecinnie łatwe.
Trójka towarzyszy rozpoczęła zadziwiająco szybki marsz przez plac. I tutaj wszystkiej maści istoty w pośpiechu starały się ustąpić z drogi arystokracji.
Sae,
Harpo i
Almirith wyraźnie wyczuwali zaskoczone spojrzenia jakim byli obdarzani przez te dziwaczną mieszankę, jednak doskonale udawali osoby pewne siebie i dokładnie zorientowane co do celu swojej wędrówki. Szkoda tylko, że było wręcz odwrotnie.
W pewnym momencie przeciskania się przez ten rozkrzyczany tłum, arystokracja nagle wyszła na wolny fragment placu. Zadziwiające było znalezienie takiej pustej wysepki, nie zapełnionej przez kupców i ich klientów. W jakiś magiczny sposób nawet dźwięki dochodzące z reszty placu przycichły i zdawały się dochodzić z daleka. Po chwili niezrozumienia i zdziwienia, jakie było wywołane przez gwałtowną zmianę, trójka bohaterów z niepokojem rozejrzała się dookoła siebie. Wciąż byli na tym samym placu, choć jednak coś się zmieniło.
Sae,
Almirith i
Harpo stali na niewielkiej pustej przestrzenie, ze wszystkich stron otoczonej przez ten zwyczajny, jak na
Azyl, tłum zajęty kupowaniem, sprzedawaniem i narzekaniem na zbyt wysokie ceny. A jednak coś było nie tak. Wszystko co tylko znajdowało się poza obszarem spokoju było dziwnie zamazane i wyprane z kolorów. Nawet dźwięki były stłumione i niewyraźne.
Trójka towarzyszy z niepokojem rozejrzała się dookoła, spodziewając się jakiej pułapki.
Almirith dobył obu swoich mieczy gotowy do odparcia ewentualnego ataku. Jednak nie stało się nic... Spojrzenie
Sae skierowało się na element, który pokazał się dopiero gdy bohaterowie przekroczyli tą niewidzialną granicę. Ponad trójką podróżników górował wysoki mur, wykonany z białego kamienia, w którym osadzono masywną, żelazną bramę. Bohaterowie spojrzeli po sobie niepewni czy lepiej będzie zawrócić, czy może spróbować otworzyć wrota. Nie znali
Azylu i nie mogli wiedzieć, co czeka za murem. W końcu jednak
Almirith podjął decyzje i z mieczami w dłoniach, ruszył w kierunku przeszkody. Przeszedł zaledwie parę pierwszych metrów, gdy rozległ się głośny dźwięk... zupełnie jakby ktoś uderzył w gong.
Harpo i
Sae błyskawicznie odwrócili się w kierunku tłumu pewni, że zobaczą całą masę twarzy wpatrzonych właśnie w nich... a jednak się mylili. Zamiast jakiś strażników, czy choćby zaskoczonych gapiów, dostrzegli to samo co wcześniej... zwyczajne, jak na
Azyl skupisko istot zajętych swoimi własnymi sprawami.
Od strony drzwi rozległ się kolejny odgłos, tym razem znacznie cichszy, który
Sae i
Almirithowi przywołał na myśl to dziwaczne miejsce, w którym rozpoczęli całą tą zwariowaną podróż. Skomplikowany mechanizm ukryty w grubym murze i wrotach, wprawił bramę w ruch. Oba skrzydła powoli rozchyliły się otwierając podróżnikom możliwość dalszej drogi i widok... widok na szeroką brukowaną ulicę wzdłuż której kwitły wspaniałe drzewa o rozłożystych gałęziach, rzucających cień na uliczkę. Misternie zdobione lampiony, wykonane ze złota i srebra leniwie huśtały się na potężnych konarach, rzucając delikatny, słaby blask. Wspaniałe budynki, wykonane z tego samego kamienia co mur, ozdobione przez niesamowite płaskorzeźby i drewniane ozdobniki. Cała ulica wydawała się idealnie wykonana, zaczynając od równych kamieni ulicy, aż po dachy budynków. Ulica była prawie pusta, poza jakąś parą przechadzającą się pomiędzy drzewami... parą ubraną w prawie identyczny sposób co
Sae,
Almirith i
Harpo.
W pierwszej chwili trójka podróżników była pewna, że trafili do dzielnicy szlachty, jednak mylili się i to bardzo. W
Azylu najbogatsi mieli wiele przywilejów, a jednym z nich było prawo wstępu do fragmentu dzielnicy targowej, w której usytuowane były najlepsze i najdroższe sklepy
Azylu.
***
Krótko po tym jak
Sae,
Almirith i
Harpo wymknęli się z uliczki, równocześnie odwracając uwagę większości gapiów, w drogę ruszyła także liczniejsza grupa. Na początku szedł
Fialar, tuż obok niego
Learion i
Airuinath. Zaraz za nimi
Crois i
Maygar stojący po obu stronach „chudzielca” zamkniętego w żywej zbroi. Pochód zamykał czujny i milczący
Valquar.
- Ten człowieczek jest strasznie niewygodny.- szeptem rzuciła żywa zbroja.
- Milcz, albo zaraz przerobie cię na szmaty. Zrozumiałeś trepie?- odpowiedział
Maygar.
- Spokojnie szefuniu, nie trzeba się od razu tak unosić. Taaa... myśli, że jak ma wielkie pazury, to może wszystkim grozić.
Ostatnie słowa żywa zbroja powiedziała tak cicho, że nawet
Learion ledwo je dosłyszał.
Początek wędrówki nie był zbyt udany. Arystokratyczne stroje przyciągały uwagę i całkowicie uniemożliwiały zachowanie anonimowości. Dopiero gdy
Fialar gwałtownie skręcił w jedną z bocznych uliczek podróżnicy przestali odczuwać te zaniepokojone spojrzenia.
Podróż była długa i zadziwiająco spokojna. Wędrowcy pokonywali kolejne uliczki, mniejsze lub większe. Z każdą kolejną coraz bardziej oddalali się od hałasu i gwaru jaki im wcześniej towarzyszył. Dopiero teraz towarzysze zdali sobie sprawę jak głośno było na jednej z głównych ulic i jak bardzo musiały cierpieć ich uszy. Całe szczęście teraz już otaczała ich cisza, choć byli zbyt zajęci wypatrywaniem i nasłuchiwaniem ewentualnego zagrożenie, żeby się nią nacieszyć.
Zaledwie dwukrotnie drużyna musiała kryć się za załomami, czy w ciemnościach, by uniknąć jakiegoś niezbyt korzystnego spotkania. Wyglądało na to, że póki co arystokratom sprzyja szczęście. Jednak pomimo niego grupa wciąż była w dzielnicy targowej, co bez trudu można było poznać po w miarę czystych i schludnych uliczkach, a także otaczających wszystko domach. Najgorsze jednak było to, że nikt nie wiedział, czy
Fialar obrał właściwy kierunek.
Po paru godzinach błądzenia w labiryncie ulic, uliczek i alejek, w końcu podróżnicy wyszli na niewielki, prawie całkiem opuszczony plac. Po środku w górę wybijała się fontanna z figurą mężczyzny trzymającego w jednej ręce wagę, a w drugiej sakiewkę. Prawdopodobnie fontanna miała obrazować bogatego kupca, ale jakiś złośliwy twórca trochę ją zmienił. Szaty figury sprawiają wrażenie zniszczonych i znoszonych. Bez trudu można dostrzec liczne łaty i dziury, którymi rzeźbiarz „przyozdobił” swoje dzieło. Kamienna sakiewka trzymana przez figurę jest podziurawiona jakby ktoś potraktował ją jako poduszkę na igły. To właśnie z tych dziur wypływała woda.
Po przeciwnej stronie placu, podróżnicy wyraźnie widzieli otwartą bramę, prowadzącą zapewne do innej dzielnicy. Ale czy to dzielnicy biedoty?
Grupa przekroczyła wrota i znalazła się na kolejnej ulicy, tym razem węższej i bardziej zaniedbanej. W niektórych miejscach bruk poznaczony był pajęczyną pęknięć, podobnie jak ściany niektórych domów. Pomimo, że ta dzielnica nie wyglądała już na tak czystą i schludną jak poprzednia, to jednak wciąż nie zasługiwała na miano dzielnicy żebraków. Prawdopodobnie to właśnie ta cześć miasta jest zamieszkiwana przez zwyczajnych mieszkańców
Azylu.
Drużyna niemal natychmiast skręciła w jakąś boczną alejkę. Skoro widok arystokracji w dzielnicy targowej był czymś niezwykłym, to jaki szok przeżyją zwyczajni, prości mieszkańcy kiedy zobaczą „wielmożnych panów” spacerujących sobie po okolicy. I choć przemykanie bocznymi uliczkami nie wydawało się do końca bezpieczne, to jednak pozostawało lepszym pomysłem niż pochód środkiem tej dzielnicy.
I znowu zaczęło się przekradanie przez ciemniejsze i mniej uczęszczane alejki, połączone z ciągłą gotowością na ewentualne problemy. Kolejne błyskawiczne przeskoki z jednej uliczki do drugiej. Krycie się za wszelkimi możliwymi zasłonami i przemykanie w ciemnościach. Trzeba przyznać, że grupa zachowywała wręcz obsesyjną ostrożność, co w
Azylu stanowiło bardzo mądre posunięcie.
Kolejne parę godzin błądzenia, wypełnionego uczuciem zdenerwowania i ciągłymi szeptami –
„Ale my już tu byliśmy...” – wydawało się rozciągać do wieczności. Pomimo to całą grupa wciąż szła naprzód nie zważając na zmęczenie i ogarniających wszystkich zwątpienie. Już dawno ostatnie promienie dnia zgasły i
Azyl pogrążył się w kompletnych ciemnościach.
Noc... domena złodziei, rabusiów, morderców i wielu innych osób o nie do końca miłych intencjach, jeszcze bardziej pognębiła podróżników. W węższych alejkach panowała prawie całkowita ciemność, co utrudniało marsz tym z podróżników, którzy nie potrafili widzieć w ciemnościach lub przy słabym świetle. Noc była też czasem kiedy to
Learion stał się przewodnikiem dla
Airuinath. Trzeba przyznać, że wszyscy wędrowcy radzili sobie całkiem dobrze. Nie padła ani jedna skarga, ani jedna prośba, żeby przystanąć na chwile i złapać oddech. Nie było czasu na odpoczynek, trzeba było znaleźć bezpieczne miejsce i dopiero później odpocząć.
Kolejny mur i kolejne wrota, tym razem zamknięte. Być morze bramy są zamykane na noc? Niezależnie od tego trzeba było jakoś ominąć przeszkodę. Tym razem umiejętności
Croisa okazały się błogosławieństwem i ratunkiem. Z pomocą swojego bicza, mężczyzna zdołał dostać się na mur i później pomógł swoim towarzyszą wspiąć się na górę i dostać się na drugą stronę. Po pokonaniu przeszkody grupa w końcu znalazła się u celu. Znaleźli się w najuboższej ze wszystkich dzielnic
Azylu.
Azyl ”Wieczne Ogrody Zerachiela” ”- Mam rozkaz przekazać tą wiadomość bezpośrednio Zerachielowi...
- Lordowi Zerachielwi- poprawiła nimfa
- Mój pan Istahr będzie bardzo niezadowolony...
Nimfa uniosła smukłą dłoń tym jednym gestem uciszając posłańca. Twarz kobiety pozostała całkowicie obojętna, nawet pomimo faktu, że rozmowa trwała już prawie dziesięć minut... dziesięć minut spędzonych na próbie wyjaśnienia, że Lord Zerachiel jest teraz bardzo zajęty – osobiście podlewa kwiaty – i nawet informacja o końcu świata nie byłaby dość ważna, żeby przerywać mu jego zajęcie. Dlaczego śmiertelnicy nie potrafią zrozumieć, że ich problemy są nieistotne w obliczu wieczności?
- Lord Zerachiel jest teraz bardzo zaję...
- Ale to jest bardzo pilna wiadomość od samego Istahra!
Szczerze mówiąc nimfa nie wiedziała kim jest ten Istahr i dlaczego jego posłańcy mieliby być traktowani w jakiś specjalny sposób. Zresztą kimkolwiek by nie był mógł poczekać, w przeciwieństwie do kwiatów Lorda Zerachiela. Z cierpliwością godną kamienia nimfa podjęła kolejną próbę uprzejmego wyproszenia posłańca.
- Niestety, ale...
- Ale ja musze przekazać...
- przekazać wiadomość...
- wiadomość dla...
- mogę tylko ja.
Posłaniec był już czerwony ze wściekłości. Dlaczego nie pozwalano mu wykonać jego obowiązku? Chyba ten przeklęty ogrodnik Zerachiel mógłby zostawić swoje kwiaty na pięć minut i wysłuchać wiadomości! A teraz jeszcze ta dziwka wchodziła mu w słowo! Co za bezczelność! Z wściekłością wymalowaną na twarzy, mężczyzna wycelował palec w nimfę i niemal wykrzyczał.
- Jeżeli nie dasz mi przekazać tej wiadomości, osobiście dopilnuje, żeby spotkała cię surowa kara!
Słowa nie wywarły na nimfie większego wrażenia. Spojrzała tylko na posłańca z litością, zupełnie jakby patrzyła na jakieś małe, bezradne stworzonko, poczym wskazała mu jedną z wielu ścieżek wijących się przez rozległe ogrody.
- Ta ścieżka zaprowadzi pana do wyjścia.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. Proszę już iść i wrócić jutro w południe. Wtedy Lord Zerachiel będzie przygotowywał się do medytacji w Głównym Ogrodzie i będzie mógł poświęcić panu chwilkę. Proszę też przekazać Panu Ishahrowi pozdrowienia od Lorda Zerachiela oraz serdeczne zaproszenie do Wiecznych Ogrodów.” ***
Azyl ”Sklep Tysiąca Masek” Sae,
Almirith i
Harpo spojrzeli po sobie niepewni czy dobrze trafili. Krótką chwile temu, od pary miłych staruszków arystokratów, dowiedzieli się, że właśnie tu znajdą najdoskonalsze przebrania. Całe szczęście starsi arystokracji byli świecie przekonani, że
Sae,
Almirith i
Harpo potrzebują przebrań na zbliżający się Wielki Bal. Oczywiście towarzysze nie mieli zamiaru wyprowadzać staruszków z błędu.
Właśnie grupa stała przed dość dużym budynkiem, największym w okolicy, zbudowanym na planie kwadratu i zwieńczonym pokaźną kopułą. W idealnie białych ścianach budowniczy wykuł głębokie wnęki, a w każdej z nich umieścił figurę jakieś osoby zakładającej maskę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że każda z tych figura była niewiarygodnie dokładana i szczegółowa. Jak na gust podróżników zbyt szczegółowa... zupełnie jakby ktoś pozamieniał nieszczęśników w kamienne posągi. Ponad wejściem wtopiona była złota tablica do której przytwierdzono srebrną, uśmiechniętą maskę.
Trójka podróżników w końcu podjęła decyzje i przeszłą przez dwuskrzydłowe, dębowe drzwi. Ich kroki odbijały się echem, gdy powoli szli przez długi korytarz wykuty w białym kamieniu. Niewielka grupka wyraźnie wyczuwała czyjeś spojrzenie skierowane właśnie na nich. A może to tylko ich własna wyobraźnia sprawiała, że dziesiątki masek ustawionych wzdłuż korytarza zdawało się w nich wpatrywać? Niezależnie od tego, czy maski rzeczywiście były obdarzone jakąś dziwaczną namiastką życia, czy może to tylko gra świateł, podróżnicy szli dalej. W końcu znaleźli się przed ścianą blokującą im dalszą drogę... koniec korytarza, ale gdzie są jakieś drzwi? Zamiast przejścia podróżnicy zastali tylko kolejną maskę. Demoniczna, czerwona twarzy wpatrywała się w podróżników pustymi otworami. Dwa spiralne rogi wcale nie dodawały jej uroku, podobnie jak szereg kłów wystających z paszczy.
Po chwili konsternacji
Harpo podszedł do ściany i zaczął dokładnie ją oglądać. Tutaj musiało znajdować się jakieś tajne przejście. Gnom próbował wszystkich znanych sobie sztuczek, sprawdził czy żaden fragment ściany nie może zostać w jakiś sposób poruszony, czy za maską demona nie ma jakieś dźwigni lub przycisku, albo czy któryś z elementów maski nie otwierał tajnego przejścia. Jednak wszystko to było na nic. Gdy trójka podróżników już miała zawrócić i poszukać innego, mnie egzotycznego sklepu, maska demona poruszyła się. W pustych otworach naglę ukazała się para błękitnych oczy, a paszcza demona rozwarła się z pewną trudnością wymawiając kolejne słowa.
- Czego tu? Nie widać, że zamknięte?! – cienki, piskliwy głosik wyraźnie dobiegał zza ściany.
- Powiedziano nam, że tu dostaniemy stroje na Wielki Bal...
- Stroje?! Phii... Ja tu nie sprzedaje „stroi”! Co to są te stroje? Jakieś szmaty? Ja tu maski sprzedaje, najlepsze w całym Azylu. Phii... Po co komu stroje jak może mieć jedną z moich masek?
- Ale my chcieliś...
- Nie ważne co chcieliście. Ważne co zrobiliście. Przychodzić do mnie po stroje... Phii. Żebym ja miał marnować czas na stroje! Co to ja jakiś krawiec jestem? Jestem wirtuozem przemian! Odkrywam najwspanialsze z cech wyglądu! Maskuje niedoskonałości! Myślicie, że czemu wszystkie te arystokratyczne damy to takie piękności?! Bo noszą moje maski! Ja jestem cudotwórcą! Z najbrzydszego czynie cudownie piękne! Z piękności uczynię nocny koszmar! Ja Wielki Marik...
Wyglądało na to, że cienki głoski zaczyna się samemu nakręcać. Z każdym kolejnym słowem przyspieszał i robił się głośniejszy, zupełnie jakby jego właściciel chciał żeby cały
Azyl usłyszał o jego geniuszu. Ten gwałtowny napływ płomienistej mowy lekko skonsternował trójkę bohaterów. Ich zaskoczone miny nie uszły uwadze „wielkiego”
Marika.
- Nie wierzycie mi? Tak widzę to po tych waszych minach! Ha!! Poddajecie w wątpliwość mój geniusz! Ja wam pokaże... Jak zwykle mnie nie doceniają. Wszyscy tu przychodzą tylko po to, żeby kupić maskę na jakiś głupi bal... - cienki głoski gwałtownie przemienił się w szloch –
Nikt nie docenia mojego geniusze.. sniff... Moje maski to nie jakiś tam kostium... harkk... żeby raz ją założyć i później wyrzucić do śmietnika.... Do śmietnika rozumiecie?! Moje wspaniałe dzieła sztuki są znajdowane pośród jakiś śmieci! Ale ja wszystkim jeszcze pokaże mój geniusz... Właźcie.
Ściana przez którą stała trójka towarzyszy nagle się rozstąpiła odsłaniając dalszy korytarz, a w nim stał nie kto inny jak „wielki”
Marik. Arystokratycznie ubrany staruszek, ten sam, którego podróżnicy widzieli kiedy szli do „Zająca i Smoka”. Ten sam starszy mężczyzna, który siedział w karecie z wyrazem oburzenia na twarzy. Jednak mężczyzna stał tam tylko przez chwile – naglę jego ciało zaczęło się zmieniać. Ubranie zdawało się wrastać w ciało, równocześnie zmieniając kolor. Włosy całkowicie znikły, a rysy twarzy wyrównały się całkowicie zanikając. Mężczyzna zaczął się kurczyć, zupełnie jakby zapadał się w sobie. Cała przemiana trwała tylko parę sekund i gdy dobiegła końca na miejscu człowieka, na podłodze leżała stosunkowo duża, wielokolorowa galareta w kształcie kropli.
Sae,
Almirith i
Harpo słyszeli kiedyś o tych istotach, ale jeszcze nigdy żadnej nie spotkali. A może jednak spotkali tylko nie zdawali sobie z tego sprawę?
Fasma, nazywająca siebie
Wielkim Marikiem, bez słowa, za to z zadziwiającą szybkością, ruszyła korytarzem w kierunku kolejnych dębowych drzwi. Zdezorientowani
Sae,
Almirith i
Harpo ruszyli zaraz za swoim gospodarzem podejrzewając, że właśnie tego chciałby od nich
Wielki Marik.
Krótki, milczący pochód i jedne drzwi dalej, a grupa znalazła się w niewielkiej pustej salce, z której odchodziły jeszcze cztery korytarze. W kamiennej sali panowało przejmujące zimno, które dodatkowo potęgowały kamienne ściany. Zanim trójka podróżników zdążyła się dokładniej rozejrzeć w ich głowach rozbrzmiała myśl... myśl
Marika.
- Czego więc szukacie moi drodzy przyjaciele? Ahh... tak, jaki ze mnie gapa. Oczywiście potrzebujecie masek. Moich masek. Jakieś konkretne zamówienie?
- Jakieś proste, niewyróżniające ubr...
- Nawet o tym nie myśl! Żadnych ubrań! Tylko maski! A wiec jakie maski potrzebujecie?
- Eee... jakiś prostych i niewyróżniających?
- Tak... tak! Wspaniały wybór. Chcecie zaznać odmienności. Rozumiem was, ja sam też czasem mam ochotę stać się kim innym. Czyż prostota nie jest zaprzeczeniem eleganci? Cóż za wyzwanie... cóż za wyzwanie. Nareście jacyś klienci godni moich usług. Nie trudno jest zamienić króla w innego króla, ale piękną damę w przeciętną prostaczkę. Albo wspaniałego wojownika w chłopa o zajęczym sercu. Tak! Nareszcie jakieś wyzwanie! Zaczekajcie tu przez chwilkę moi drodzy. Wielki Marik dokonał przemiany swojej osoby, tym razem przeobrażając się w urodziwą, młodą kobietę. Skłonił się przed trójką klientów i w mgnieniu oka zniknął w jednym z korytarzy.
Nieobecność gospodarza trwała zadziwiającą krótko – zaledwie parę minut zajęło
Wielkiemu Marikowi przytachanie do niewielkiej salki całego stosu masek. Gdy
Sae,
Almirith i
Harpo patrzyli na te wszystkie dziwaczne przedmioty, utwierdzili się tylko w przekonaniu, że
Marik musi byś szalony. Swoje dzieła Fasma stworzyła z najdziwniejszych materiałów zaczynając od drewna, przez kamień i metal, a na zasuszonych liściach i ziarenkach piasku kończąc. W tym ostatnim przypadku
Wielki Marik zaklinał się, że osobiście, pod postacią mrówki, sklejał wszystkie ziarenka piasku jedno po drugim.
Wkrótce też okazało się, że maski
Wielkiego Marika nie są dziwne tylko ze względu na materiały z których je stworzoną. Gdy
Sae założyła jedną z nich, przedstawiającą starą wiedźmę, nieczuła żadnej zmiany, poza dziwną ochotą do zrzędzenia o starych, obolałych kościach i konieczności odżywiania się tylko musami owocowymi. Natomiast
Almirith i
Harpo nie mogli wyjść z podziwy – na miejscu
Sae stała teraz stara kobieta, zgięta wpół pod upływem lat. Długi ostry nos, poskręcane i pozlepiane włosy, a także zmarszczki głębsze od niejednej studni i stare, poniszczone szmaty, które miała zarzucone na plecy czyniły z niziołki prawdziwą wiedźmę. Widząc zdziwienie na twarzach towarzysz, stara wiedźma zmierzyła ich jadowitym spojrzeniem i głosem prawie tak bardzo zasuszonym, jak jej własna skóra powiedziała:
- Przestańcie się tak na mnie gapić... albo rzucę na was urok i wszystkie wasze członki uschną, zęby wasze powypadają, oczy wywrócą się na drugą stronę, a włosy osiwieją... Sae słysząc jak z jej własnych ust wylatują zupełnie inne słowa niż chciała powiedzieć, szybko zatkała dłońmi usta z przerażeniem patrząc na towarzysz.
Almirith i
Harpo dostrzegli natomiast jak wiedźma jednym długim pazurem drapie swój długi i ostry nos, równocześnie mierząc ich krzywym spojrzeniem, zupełnie jakby naprawdę zastanawiała się jaki urok na nich rzucić.
W całym tym zamieszaniu
Marik czuł się jak w niebie. Pod postacią pseudosmoka latał pomiędzy trójką klientów, odbierając im jedne maski i podając następne, ciągle przy tym krzycząc „Nie, nie ta! Spróbuj tą... Nie, ta też nie!”. Wyglądało na to, że Fasma jest w swoim żywiole. W czasie tej zwariowanej zabawy okazało się, że zarozumiały
Marik wcale nie jest taki zły, jaki się na początku wydawał. Wystarczy tylko odpowiednio doceniać jego wielki geniusz i wspaniałość wykonania jego masek, a okazywał się miły i sympatyczny.
Po dwóch długich godzinach
Sae,
Almirith i
Harpo opuszczali „Sklep Tysiąca Masek” z najlepszymi przebraniami jakie tylko mogli zdobyć.
Wielki Marik osobiście odprowadził swoich klientów do wyjścia i nawet bardzo zaniżył wartość masek, żądając o wiele mniejszej zapłaty. Jednak wymusił na grupce podróżników obietnice, że jeżeli kiedykolwiek maski przestaną być dla nich przydatnie, nie wyrzucą ich, tylko przyniosą z powrotem do sklepu.
***
Azyl
”Rudera”
Stary, rozpadający się budynek okazał się idealny. Piętrowy, choć niezbyt czysty, był zamieszkane tylko przez szczury. Pomimo bardzo dokładnego przeszukania nikt nie odnalazł żadnych śladów istot żywych poza gryzoniami. Jedynym problemem mogły być stare, spróchniałe deski, które niemiłosiernie skrzypiały nawet pod najmniejszym i najlżejszym
Learionem, a co dopiero pod półczartem. Schody prowadzące na pierwsze i jedyne piętro też miały już swoje lata, dlatego grupa postanowiła na razie z nich nie korzystać w obawie, że mogłyby się zawalić.
Po dokładnym przeszukaniu okazało się, że parter składa się z korytarza wejściowego i czterech pokoi. Cały dom był całkowicie pusty, już dawno ograbiono go ze wszystkiego co tylko było coś warte. Wyglądało na to, że bohaterom przyjdzie spać na podłodze, ponieważ nawet jeden mebel się nie ostał.
Po zakończeniu oglądania nowej posiadłości i choćby tymczasowej bazy wypadowej, cała grupa spotkała się w korytarzu, by dokonać dalszej narady.
Learion wypuścił
Fialara równocześnie prosząc go, żeby odnalazł i przyprowadził do kryjówki
Sae,
Almiritha i
Harpo. Gnom nie lubił się rozstawać ze swoim ulubieńcem, ale doskonale wiedział, że to właśnie kot ma największe szanse pozostania niezauważonym szczególnie teraz w nocy.
Learion miał tylko nadzieje, że nic złego nie przydarzy się
Fialarowi.
Ledwo czarny, koci ogon zniknął za drzwiami, reszta grupy wybrała jeden z pokoi jako sypialnie i zabrała się za rozpakowywanie swoich nielicznych rzeczy. Była już późna noc i wszyscy czuli się okropnie zmęczenia, a jednak wszyscy wiedzieli, że i tak nie zdołają zasnąć dopóki
Fialar nie przyprowadzi pozostałej trójki towarzyszy. Nie mając nic lepszego do roboty grupa usiadła wspólnie po środku pokoju i rozpoczęły się ciche rozmowy.
Księżyc powoli przesuwał się ponad
Azylem wyraźnie wskazując, że minęła już północ. Głowa sennej
Airuinath, powoli, zupełnie nieświadomie opadła na ramię
Croisa. Oddech kobiety wyrównał się i po chwili Pocieszycielka była już gdzieś daleko.
Crois patrząc na tą piękną, spokojną twarz, nie mógł się powstrzymać i jego myśli powędrowały w przeszłość do
Elizy.
Learion też nie czuł się najlepiej. Myśl o tym, że
Fialarowi mogło się przydarzyć coś złego bardzo gnębiła gnoma. Nawet przekomarzania żywej zbroi i tarana nie potrafiły rozproszyć czarnych chmur, które zebrały się nad
Learionem.
Czekanie na towarzyszy zdawało się ciągnąć już od paru godzin, kto wie może już za chwile wstanie nowy dzień? Na dworze zrobiło się jakby jaśniej, a ani
Fialara, ani
Sae,
Almiritha, czy
Harpo nie było widać. W końcu milczący
Valquar wstał i stwierdziwszy, że ma dość czekania poszedł jeszcze raz sprawdzić pozostałe pokoje. Nikt nie miał specjalnej ochoty mu tego zabraniać, podobnie jak nikt nie chciał mu towarzyszyć. I może tak było lepiej?
Azyl
”Dzielnica Targowa”
Gdy
Fialar odnalazł
Sae,
Almiritha i
Harpo, tamta trójka była naprawdę wściekła. Wiele czasu spędzili w sklepie
Marika i gdy w końcu go opuścili, większość pozostałych sklepów była już zamknięta. Zresztą nawet nie to było najgorsze, ale ceny! Toż to była prawdziwa przesada. Kupcy i sklepikarze z
Azylu żądali ponad dwukrotnej, rzeczywistej wartości danego przedmiotu! Skończyło się na tym, że zdołali kupić tylko najpotrzebniejsze rzeczy, a i tak stracili prawie wszystkie pieniądze.
Obłożona rozmaitymi przedmiotami grupa ruszyła za
Fialarem zastanawiając się dokąd ich zaprowadzi pupilek
Leariona.
Azyl
”Rudera”
Fialar spokojnie przekroczył próg domu, przemykając pomiędzy niedomkniętymi skrzydłami drzwi. Zaraz za nim weszły jeszcze trzy osoby, na wszelki wypadek wcześniej ściągając maski i na nowo stając się sobą. Trzeba było przyznać, że magiczne dzieła
Marika były równie przydatne, co nieprzyjemne. Ich wpływ rozprzestrzeniał się nie tylko na wygląd osoby noszącej, ale także na jej zachowanie i osobowość.
Ledwo
Sae,
Almiritha i
Harpo zdołali wejść do domu, od razu zrozumieli, że coś jest nie w porządku. Tuż przed nimi przebiegł blady
Crois nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem i chwile później już zniknął w jednej z sal. Zaraz potem do korytarza weszła
Airuinath wraz z
Learionem, do którego już się łasił wierny
Fialar. Ich miny nie świadczyły o niczym dobrym.
- Valquar zniknął.
- Jak to zniknął?
- Zwyczajnie. Powiedział, że idzie jeszcze raz sprawdzić resztę pokoi, ale nie wrócił. Przeszukaliśmy cały dom, a po nim nie ma ani śladu. Azyl
”Dzielnica biedoty”
”Księżyc powoli opadał za horyzont, a noc stopniowo ustępowała miejsca wstającemu dniu. Mężczyzna odziany w srebrne szaty członka Srebrnych Płomieni siedział spokojnie na dachu jednego z rozpadających się budynków. Morderca uważnie obserwował wejście do budynku, który jego cele wybrały sobie za tymczasowe mieszkanie. Ta gra coraz bardziej mu się nie podobała. Za opornie to wszystko szło... zbyt wolno. Spojrzenie zimnych błękitnych oczu skierowało się na jedną z ofiar. Nieprzytomny elf leżał tuż obok mordercy. Jego schwytanie było tak proste... za proste. Morderca przybliżył się do swojej bezradnej ofiary. Promienie księżyca odbiły się od wąskiego, srebrnego ostrza. Nadszedł czas, żeby zakończyć zabawę.”