Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Rekrutacje do sesji RPG > Archiwum rekrutacji
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum rekrutacji Wszelkie rekrutacje, które zostały zakończone.


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-04-2012, 01:59   #1
 
Gettor's Avatar
 
Reputacja: 1675 Gettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłość
[D&D 3.5 FR] Zmierzch diamentowego smoka (18+)

21 Eleint (wrzesień), 1380 DR, Rok Gorejącej Dłoni

O pewnym brzasku w górskim lasku...
A dokładniej w leśniczówce wybudowanej dawno temu na polanie w środku tego lasu.


Budynek był skromny, niepozorny i nieduży. Wnętrze wywoływało podobny efekt - stół z dwoma krzesłami, palenisko w kącie, dwie prycze i inne proste meble, w tym kilka skrzyń. Nic nie wskazywało na niezwykłość tego budynku. Zupełnie nic.
Jednak tamtego dnia zebrał w sobie bardzo nietypową grupę ludzi. Dwoje z nich siedziało przy stole, zajmując jedyne wolne krzesła zmuszając pozostałą piątkę do zadowolenia się skrzyniami, lub stania w izbie.
Jednym z nich był młody mężczyzna o dużym nosie i niezbyt inteligentnym wyrazie twarzy, choć mogły to być jedynie pozory. Miał na sobie płaszcz z kapturem i zbrojenia na rękawach z których dodatkowo wystawały ostrza. Ubrany był niemal w całości na czarno.


Drugą osobą przy stole była półelfka kryjąca część swojej twarzy za żelazną maską. Metal zakrywał kawałek policzka, prawe oko i większą część czoła, wyglądał jak zniekształcony trójkąt i wydawał się idealnie przylegać do jej twarzy. Obrzucała nieprzyjemnym spojrzeniem, lub nawet cichym warknięciem każdego kto patrzył się na jej twarz bez wyraźnej przyczyny. Oprócz tego ubrana była w typowy, kobiecy strój podróżniczy wzbogacony o skórzaną zbroję. Oparte o jej krzesło stały dwa miecze w pochwach i długi łuk.

Dochodziło już prawie południe, jednak piątka nieznanych sobie ludzi nie zaczęła jeszcze ustalać szczegółów tego, po co się tutaj zgromadzili. Wiedzieli całkiem niewiele. Zostali wezwani, by wziąć udział w jakiejś specjalnej misji związanej z polowaniem na smoka, zaś ich pracodawcą miał był tajemniczy mężczyzna w czerni, siedzący aktualnie przy stole. Nie często też dostają transport do zleceniodawcy w postaci magicznego portalu, więc zadanie musiało być nieliche.
Na sporadyczne pytania o to, kiedy dowiedzą się czegokolwiek, mężczyzna odpowiadał że czekają na jeszcze jedną osobę, szeptając przy okazji do kobiety pytanie "gdzie jest twój brat?", na co odpowiadała niezrozumiałym burknięciem.

W końcu jednak nie wytrzymał.
- Nie możemy marnować więcej czasu. - zwrócił się do półelfki. - Idź go poszukać, ja przybliżę naszym gościom nasz plan.
W końcu.

Kobieta wzięła swoją broń i wyszła na zewnątrz nie odzywając się słowem do nikogo. Wychodząc, krzyknęła cicho zobaczywszy coś na zewnątrz. Odpowiedział jej głęboki ryk bestii - wszyscy w izbie zerwali się, żeby wybiec z budynku i stawić czoła potworowi. Jednak jeden z piątki, niejaki Siegfried Jaggerwock, powstrzymał wszystkich tłumacząc, że wielki smok o spiczastych łuskach jest jego towarzyszem. Na zewnątrz stał również biały tygrys, jednak ten leżał potulnie pod jednym z drzew i tylko zastrzygł uszami na całe zamieszanie. Półelfka rzuciła kilka przekleństw w kierunku Jaggerwocka i wyszła. Mężczyzna w czerni chrząknął.
- Długo się naczekaliście, mam nadzieję że chwilę jeszcze wytrzymacie. Mirith poszła poszukać swojego brata, jest on kluczową częścią naszego planu.
Zaczął chodzić dookoła stołu.
- Nazywam się Hiant i to ja was tu sprowadziłem celem wykonania bardzo ważnego i opłacalnego zadania. Jak zapewne się domyślacie, zamierzamy zapolować na smoka. Każdy z was został wybrany do tego celu ze względu na jego doświadczenia ze smokami. Czy to w kwestii ubijania ich, oswajania, czy nawet przemian. - Spojrzał na krótką chwilę na jedynego w izbie niziołka, po czym kontynuował. - Tak, wszystkie wasze zdolności będą potrzebne. To co teraz powiem może zabrzmieć jak niewybredny żart, lub inny nieistniejący wymysł czyjejś wyobraźni, lecz zapewniam was że to najprawdziwsza prawda.
- Uciekł nam efekt wieloletnich badań i wynik wielu magicznych eksperymentów. Smok doskonały, przewyższający swoich pobratymców pod niemalże wszystkimi względami. Po co i przez kogo ten gad został stworzony, to nie istotne. A przynajmniej nie teraz. Teraz istotnym jest fakt, że lata sobie po świecie i nie wiadomo co zamierza, jednak z pewnością nic przyjemnego. Jest chytry, inteligentny i silny. Zabójcza mieszanka, którą trzeba szybko zneutralizować. Zapewne macie wiele pytań, jednak pozwólcie że najpierw skończę.

- Działam na własną rękę w tej sprawie. Mój pan, hrabia Marauch, który teoretycznie jest "wynalazcą" tego smoka zgromadził własną grupę poszukiwaczy przygód w podobnym celu, co wasz. Z jedną różnicą, wy macie tego smoka zabić, Marauch zaś chce go żywego. Zwariował, po takiej ucieczce nadal wierzy, że można go nagiąć do swojej woli i kazać robić, co mu każe! - Uderzył pięścią w stół. - Po moim trupie! Ten eksperyment nawet nie należy do tego świata, nie powinno go tu być. Trzeba się go pozbyć! Za wykonanie zadania oferuję wam po dziesięć tysięcy sztuk złota, a także sławę jako zabójcy jedynego w swoim rodzaju gada jakiego widział ten świat. Dimaetoreggowi nie można pozwolić żyć! Tak, to jego imię. W ich języku oznacza "Diamentowy ząb". Co, nie wspomniałem? Smok jest w całości diamentowy. I nie jest to przenośnia, jeśli w jakiś sposób odłupiecie kawałek jego łuski, szponu, czy czegokolwiek, to będziecie mieli najprawdziwszy brylant w ręce. Możecie to potraktować jako dodatkową zapłatę - co wyskubiecie z martwego gada, to wasze.
- Mirith nadal nie ma, więc przedstawię wam pierw mapę.

Wyciągnął długi patyk i wymówił wyzwalacz, po czym narysował nim w powietrzu duży prostokąt. Po ruchach Hianta zostawały grube, niebieskie linie, kiedy zaś całość uformowała się w czworobok, wewnątrz niego po chwili pojawiła się mapa okolicy jak na papierze. Większą jej część zajmował sam las z kilkoma punktami orientacyjnymi, w tym dwoma dużymi "X" - jednym czerwonym i jednym niebieskim.

- Czerwony znak oznacza miejsce, gdzie jesteśmy. Niebieski zaś to jedyna nasza wskazówka odnośnie Dimaetoregga. Mam na swoich usługach kapłana Waukeen będącego wyjątkowo dobrym jasnowidzem. Wywróżył mi, że po ucieczce smok był jeszcze na tyle osłabiony, że się rozbił. Niebieski znak na mapie to właśnie miejsce, gdzie najprawdopodobniej do tego doszło - na wschód stąd, jakieś trzy dni drogi przez las. Wątpię, czy wciąż tam jest, jednak jeśli gdzieś mamy znaleźć wskazówki na temat jego pobytu, to właśnie tam.

W tamtym momencie na zewnątrz rozległo się rżenie wierzchowca połączone z kobiecym piskiem i ponownym rykiem pupila Jaggerwocka. Zanim jednak ktokolwiek zdążył sprawdzić co się dzieje, drzwi do leśniczówki same się otworzyły i wpadła przez nie młoda dziewczyna. A raczej została tam wrzucona przez półelfkę Mirith.

- Znalazłam go. - powiedziała i sama weszła do środka zamykając drzwi. Dopiero wtedy zgromadzeni zorientowali się, że młoda dziewczyna jest istotnie młodym chłopakiem, półelfem o wyjątkowo delikatnych rysach twarzy, długich włosach i prostym ubraniu. Okazało się również, że to on piszczał chwilę wcześniej.


- Jak śmiesz, tak mną rzucać?! - oburzył się wstając. Próbował strzepnąć kurz najpierw ze swoich spodni, potem ze swoich dłoni, w efekcie wykonując dziwne gesty w powietrzu. - Skandal, nie mam zamiaru godzić się na takie warunki!
Rozejrzawszy się po zgromadzonych, wzrok utkwił na niziołku.
- Ty! Paziu! Natychmiast daj mi chustę, żebym mógł się wytrzeć! - zażądał. Hiant jednak mu przeszkodził głośnym chrząknięciem.
- Panowie... oto mistrz Mazarith, nasza tajna broń w walce ze smokiem. - powiedział bez przekonania. - Jedyną znaną nam słabością Dimaetoregga jest magiczna pieśń grana na flecie, zaś mistrz Mazarith jak nikt inny ją zna.
- Ha, zna?! - młodzik wyglądał na oburzonego. Znów. - To ja ją ułożyłem! Ten nikczemnik Flotgar mi ją zwyczajnie ukradł i zaniósł do hrabiego!

- Tak, ustalimy ten fakt z hrabią Marauchem, jak tylko wykonamy zadanie. Utwór ten...
- Nie wiecie nawet przez co musiałem przejść żeby się tu dostać! - Mazarith fuknął raz jeszcze. - Najpierw ten las, potem te drzewa, a na koniec wpadłem do błota! Cały mój piękny ubiór jest brudny i musiałem się przebrać w te łachy. A tak chciałem się dobrze prezentować przed wyborowym towarzystwem. Szkoda, że nikogo takiego tu nie ma, ale...
Przerwał w pół zdania, zataczając się ciężko do przodu. To Miriath stanęła nagle za nim i trzasnęła go otwartą dłonią w tył głowy.
- Zamknij się wreszcie. - fuknęła i skinęła głową Hiantowi, który kontynuował.
- Tak, utwór ten posiada moc pozbawienia diamentowego smoka jego mocy. Zmusza go do przybrania ludzkiej postaci i uniemożliwia korzystania z większości jego smoczych zalet. Pozwala go też zidentyfikować w tłumie, powodując na krótką chwilę zmianę jego normalnej skóry w diament. Mistrzu Mazarithu, zechcesz zaprezentować nam tą pieśń?

Półelf rozejrzał się po izbie, napotkawszy po drodze wzrok półelfki, która już gotowa była trzasnąć go po raz drugi. W końcu westchnął i wyciągnął zza pasa biały flet z dziwnego materiału. A potem zaczął grać.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=RfFzCehLYco[/MEDIA]

Melodia wydawała się prosta, jednak w wykonaniu półelfa brzmiała po prostu pięknie ukazując kunszt artysty. Mazarith bez wątpienia miał talent, jednak żeby taka trywialna piosenka była wielką, tajemną bronią przeciw wielkiemu, diamentowemu smokowi?
Coś wyraźnie było nie tak, gdyż Hiant schował na chwilę twarz w dłoni.
- To nie ta melodia... - powiedział.
- Pewnie, że nie ta! - oburzył się znów półelf. - Macie pojęcie jakie to trudne do grania jest? Zawsze potem palce i oczy mnie bolą, w głowie mi się kręci! Raz tak mnie zawirowało, że aż upadłem i...
Plask, półelf znów się zatoczył.
- Graj, nie marudź. - Mirith ułożyła dłoń w pięść i zagroziła grajkowi.
- No dobra, już dobra! Co za skandal, żebym to ja musiał...

Elf podszedł do stołu i odłożył flet na blat, po czym zakrył oczy dwoma palcami. Stał tak przez dłuższą chwilę mamrocząc coś pod nosem, a kiedy skończył i zabrał dłoń sprzed twarzy, jego oczy były całkowicie białe. Bez źrenic, bez siatkówek. Wyglądały trochę jak oczy topielca, lecz jeszcze upiorniej.
Rozejrzał się tym martwym wzrokiem po izbie.
- Daj mi obiekt. - powiedział cicho do Hianta, który skinął głową i wymówił krótkie zaklęcie. Na blacie pojawił się duży, czarny kruk z połamanymi, postrzępionymi piórami.

- Jeżeli zagrałby to bez obiektu, trafiłoby w nas wszystkich i prawdopodobnie zabiło. - wyjaśniła krótko Mirith, stojąca teraz bliżej piątki zebranych towarzyszy.

Dopiero wtedy Mazarith wziął flet i zaczął grać. Melodia, która teraz wydobywała się z instrumentu w niczym nie przypominała tego, jak powinien grać flet. Brzmiało to raczej jak przeraźliwe wycie, na początku ciche i jakby tęskne, z czasem jednak coraz głośniejsze i bardziej rozpaczliwe. W pewnym momencie zmieniło się w urwany krzyk - z palców grajka wydobyły się smugi czarnego dymu i wystrzeliły w kierunku kruka. Nastąpił huk, jakby piorun uderzył nieopodal, ziemia się na chwilę zatrzęsła i ptak padł martwy, by po chwili zostać odesłanym na swój plan egzystencji.

Półelf natomiast zatoczył się, tym razem bez pomocy półelfki. Jego oczy wróciły do normy, upuścił flet na podłogę i runął na krzesło, zajęte wcześniej przez Mirith.
- Muszę... odpocząć. - Zsunął się z krzesła i padł na ziemię nieprzytomny. Półelfka podeszła doń, by pomóc mu dojść do siebie - mało subtelnie, bo serią policzków.
- Dziękujemy, mistrzu Mazarithu. - powiedział po chwili Hiant. - Widzicie teraz jak potężną moc skrywa ta melodia i jak niszczycielsko działa nawet na osobę, która ją gra. Oczywiście Dimaetoregga nie zabije to na miejscu, a jedynie go osłabi. Od wykończenia go jesteście wy.
- I tak właśnie prezentuje się wasze zadanie, drodzy podróżnicy. Mirith będzie wam towarzyszyć w charakterze przewodnika, zaś Mazarith w celu wiadomym. Jedziecie do niebieskiego punktu, znajdźcie wszelkie wskazówki jakie tylko możecie na temat smoka. Gdzie się udał, co zamierza. Powstrzymajcie go, a niewątpliwie okryjecie się sławą jako najwybitniejsi zabójcy smoków!

Zapadła cisza, którą Hiant przerwał po dłuższej chwili westchnięciem.
- No tak, już skończyłem. Teraz możecie zadawać pytania.
 

Ostatnio edytowane przez Gettor : 05-05-2012 o 00:12.
Gettor jest offline  
Stary 22-04-2012, 12:36   #2
 
Qumi's Avatar
 
Reputacja: 283 Qumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skał
Był właśnie wieczór w gaju pośrodku Wielkiego Lasu. Mezzo siedział obok zwiniętego w kłębek Gorana, jego wielkiego białego tygrysa. Oparty o miękkie futro Gorana, niziołek wpatrywał się w promienie światła skaczące pomiędzy gęstymi koronami drzew. W miastach ludzie przygotowują specjalne mieszanki chemikaliów, które podpalają i wysyłają w niebo – tworząc w ten sposób fantastyczne i barwne widowisko. Druid uśmiechnął się protekcjonalnie na myśl o tym zjawisku…

- Zupełnie zapomnieli o tym nad czym nie mogą zapanować… – wyszeptał i spojrzał jeszcze raz w stronę koron drzew – kolorowe światło zmierzchu zapewniało mu jego własny pokaz sztucznych ogni. Pomiędzy liśćmi promienie słońca przybierały różne barwy, od żółci aż po fiolet, co chwilę się zmieniając. Było to piękne widowisko, a w połączeniu z szumem drzew i wieczorną bryzą wywoływało to niesamowite poczucie wewnętrznego spokoju. Było mu tak dobrze, że zasnął, wtulony w Gorana.

Błogość snu nie trwała jednak zbyt długo. W nocy obudziło go warczenie Gorana. W sumie warczenie może nie było odpowiednim słowem na określenie niskiego, głęboko gardłowego dźwięku wydostającego się od większego niż normalnie kota, ale z braku lepszego słowa Mezzo zawsze się nim posługiwał w myślach.


Tygrys stał wyprostowany i zaczął krążyć wokół niziołka, obserwując okolicę. Lekko zaniepokojony, Mezzo wstał i również się rozejrzał. Zauważył go po chwili – elf, ale nie był to jeden z druidów. Nie znał tego elfa. Był on ubrany w czarny kubrak, bogato zdobiony srebrną nicią w smocze motywy. To właśnie te smocze motywy najbardziej zaintrygowały druida. Nie interesował go fakt, że elf poruszał się niezwykle cicho, że jego czarne włosy były otulone księżycową łuną rozchodzącą się na cały las, piękna to była noc, ani też fakt, że miał głęboko zielone oczy – wszystko to zauważył, ale smocze motywy zdominowały jego myśli.

- Piękna noc na spacer – oznajmił głaszcząc po podbrzuszu tygrysa aby go uspokoić. – choć muszę przyznać, że niewiele gości tutaj przybywa, a jeszcze mniej samotnie zapuszcza się w te tereny – specjalnie użył słowa gości, chciał zaznaczyć, chociażby delikatnie, że to jego teren. Obyczaje zwierząt były proste – nasikasz na jakiś teren, rozedrzesz parę gardeł i ziemia jest twoja, z ludźmi trzeba było ostrożniej.

- Noc zawsze przyodziewa Wielki Las w piękne szaty, jednakże nigdy nie wiadomo co się pod nimi ukrywa. – odpowiedział elf i niziołek musiał przyznać, że był pod wrażeniem zarówno elokwencji jak i sprytu jego słów.

- Najprościej, więc byłoby chyba zerwać te szaty i odpowiednio zatroszczyć się o te tajemnice, czyż nie? – zaśmiał się nieco rubasznie. Shiallia była co prawda boginką lasów i wzrostu, ale była też rubaszną boginią płodności, takim druidzkim odpowiednikiem Sharess czy Sune, można by rzec.

Elf zaśmiał się, ale nie marnował zbyt wiele czasu na to.

-Zatem przejdźmy do rzeczy, zanim nie postanowisz przemienić słowa w czyn! Mam dla ciebie misję, dobrze płatną ale i niezwykle ważną z punktu widzenia równowagi, której niezłomnymi strażnikami są druidzi, czyż nie? W każdym razie, mój zleceniodawca zaprasza cię na spotkanie w celu omówienia szczegółów. Jutro o poranku w tym miejscu zostanie utworzony portal do miejsca spotkania. Mój zleceniodawca jest szczególnie zainteresowany twoimi zdolnościami… przemiany. Jakieś pytania lub obiekcje? – wypowiedział jednym tchem, jakby przygotowywał to sobie w myślach już przez jakiś czas.

Druid chwilę się zastanowił. Oferta była intrygująca, jak również owy zleceniodawca, który zdawał się twierdzić, że wie coś o jego zdolności przemiany, a nie była to umiejętności, którą wyjątkowo się chwalił na Faerunie… no chyba że zna kogoś z…

-Zgadzam się, poczekam do rana na portal, ale nie obiecuję, że przyjmę ofertę. – odpowiedział po namyśle.

-Oczywiście, życzę miłej nocy.- po chwili elf odszedł i znikł w ciemności.

Rano pojawił się obiecany portal, a za nim leśniczówka pośrodku lasu.

-Przynajmniej miła okolica – rozejrzał się i zauważył smoka. Bestia w naturalnym środowisku była bardzo niebezpieczna, ale ta zdawała się być udomowiona – nie zaatakowała od razu. Niziołek przyjrzał się jej dokładnie i ocenił jej możliwości. Był to dość ciekawy gatunek smoka, choć osobiście uważał że mniej groźny niż większość kuzynów. Poza tym był brzydki jak noc, i to nie ta noc, o której wspominał elf. Wolałby towarzystwo na przykład smoka pieśni, ale to nie on wybrał sobie smoka na kompana. Druid domyślił się, że sprawa będzie mocno powiązana ze smokami, skoro takich ludzi zgromadzili.

- Zostań i pilnuj, bądź grzeczny i czujny. – rozkazał Goranowi, po czym ruszył do leśniczówki.

W środku zobaczył resztę grupy, która najwidoczniej miała udać się na ową misję, jak i również swoich prawdopodobnych zleceniodawców – jako jedyni siedzieli.

-Cześć, jestem Mezzo. Jesteście już po śniadaniu czy może ktoś skusi się na parę krążków suszonych jabłek? – spytał i sam parę zjadł, czekając na rozwój wydarzeń.


Po chwili zebrała się cała grupa, choć nadal brakowało brata zleceniodawcy. Zaczęli jednak już bez niego. Historia, którą opowiedział Hiant była nadzwyczaj ciekawa i rzeczywiście – nie tylko złoto było w niej kuszące. Ten „diamentowy smok” był wynaturzeniem i obrazą dla natury – co nie świadczyło zbyt dobrze również o jego stwórcach. Choć zleceniodawca zabronił pytać po co go stworzyli to Mezzo już teraz wiedział, że na pewno to zbada.

W końcu zjawił się brat półelfki wspomniany przez Hianta, który okazał się być nie tylko zniewieściałym dupkiem, ale też niemałym idiotą.

- Skoro twierdzisz, że nikogo to być może rzeczywiście tak jest. Nikogo. – powtórzył niziołek w odpowiedzi na niezbyt udaną obelgę barda co do „wyborowego towarzystwa”. Głupiec chyba nie zdawał sobie sprawy, że również siebie obraża. Głupota to błogosławieństwo, mawiają.

Dalej jednak słuchał uważnie, bo uznał, że Hiant, który zdawał się być niezwykle rozsądną i pragmatyczna osobą, nie kazałby zabrać grupie ze sobą Mazaritha gdyby nie było to konieczne. Pieśń była bardzo niepokojąca…

- Masz chyba bardzo niepokojące zainteresowania skoro coś takiego wymyśliłeś, przyjacielu. – skomentował pieśń. Po pieśni przyjrzał się też nieco uważniej półelfce. Domyślał się już skąd ta maska na twarzy – zapewne smoczy ogień czy co tam używa ten diamentowy smok. Trochę go zdziwiło w sumie czemu nałożyła na siebie tę maskę skoro kapłan za opłatą mógłby naprawić jej twarz. Może coś więcej się za tym kryło? Te pytanie jednak niziołek postanowił zostawić na później. Teraz skupił się na pytaniach co do smoka…
 

Ostatnio edytowane przez Qumi : 24-04-2012 o 00:21.
Qumi jest offline  
Stary 24-04-2012, 20:33   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 43242 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Ryby nie brały. Kolejna złośliwie zżarła przynętę, lekce sobie ważąc haczyk.
Rhoudan nie przejął się. Co prawda rybka smażona, lub też pieczona w glinie, stanowiłaby pewną odmianę w diecie opartej na dziczyźnie i sucharach, ale przy jej braku głodowa śmierć mu nie groziła. Ze stoickim spokojem założył kolejną przynętę i zarzucił wędkę. Czasu miał pod dostatkiem.
Tak mu się przynajmniej wydawało, do chwili, gdy brzegiem rzeki nadszedł niewysoki intruz. Intruzka, dokładniej mówiąc. Szczupła, jasnowłosa półelfka spojrzała na wędkarza wzrokiem, w którym malował się wyraźny brak sympatii. Jako że wcześniej Rhoudan nie widział jej na oczy, owa niechęć wydała mu się nieco dziwna. Nie lubiła kapłanów, czy może uważała, że ryby podlegają ścisłej ochronie? Wegetarianka, chrońcie bogowie? A może przyrodni braciszek przypomniał sobie o nim nie w porę?
Wstał, kierując się zarówno zasadami dobrego wychowania, jak i ostrożnością. Na stojąco łatwiej było stawić czoło przeciwnikowi.
- Ty jesteś kapłan Lathandera, Rhoudan? - spytała. - Zabójca smoka?
Rhoudan przeklął w duchu Arbiena. Cholerny bard i jego wybujała fantazja. Lokalne plotki zrobiły ze smoka bestię wielkości dwóch chałup, a giętki język Arbiena dołożył swoje, tak że wyszła ze starcia walka godna bogów. Co dziwniejsze - większość słuchaczy wierzyła w każde słowo pieśni. Co niekiedy miały różny wpływ na stosunek słuchaczy do uczestników tej walki.
Skinął głową.
- Jestem Rhoudan - potwierdził. - W czym mogę ci pomóc? - spytał. Grzeczniejsza nieco forma niż “Czego chcesz?”.
- Poproszono mnie o przedstawienie ci oferty pracy. - Z tonu i spojrzenia półelfki wynikało, że miała ciekawsze zajęcia, od których ją oderwano dla takiej niegodnej jej uwagi sprawy. - Gwarantowana wysoka zapłata i udział w zyskach. Do tego zapewniony transport na miejsce spotkania i ewentualny powrót w przypadku odrzucenia oferty. Zainteresowany?
Oferta była dość tajemnicza, ale w końcu... I tak nie miał na razie nic ciekawego do roboty.
- Gdzie i kiedy? - spytał.
- Jutro o świcie pojawi się transport - odpowiedziała. - Nie zaśpij. I uważaj, ryba ci bierze - dorzuciła.
Nie żegnając się odeszła.

***

Obiecany transport okazał się portalem, po przejściu którego Rhoudan znalazł się w pobliżu niewielkiej, dość zaniedbanej leśniczówki. Jeśli stan budynku odzwierciedlał zasobność kasy zleceniodawcy, to najlepiej było zrobić natychmiast w tył zwrot... Wszedł jednak do wnętrza, które swym bogactwem nie odbiegało od zewnętrznego wyglądu.
- Roudan - przedstawił się wchodząc do środka.
Jako że niezbyt gościnny gospodarz nie raczył nawet załatwić odpowiedniej ilości stołków, kapłan usiadł na najbliższej pryczy. Teraz pozostawało poczekać, aż zjawią się wszyscy i będzie można porozmawiać o interesach.

***

Oferta była nader ciekawa, zaś premia po wykonaniu zadania - jeszcze ciekawsza. Ale niziołek, dziwnie przypominający Rhoudanowi jednego z kompanów z ostatniej wyprawy, w swych słowach na temat Mazaritha miał dużo racji. Półelf miał dziwne zainteresowania i był szalenie niebezpieczny. A nuż wymknie się spod kontroli, tak jak poprzednio smok, i zwróci się przeciw swoim towarzyszom?
Trzeba będzie na niego szczególnie uważać.
Rhoudan przeniósł wzrok z półelfa na Mezzo i skinął głową na znak, że podziela jego opinię.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 24-04-2012 o 21:41.
Kerm jest offline  
Stary 27-04-2012, 13:13   #4
 
Sierak's Avatar
 
Reputacja: 421 Sierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetny
Zmierzch w Scareglare zawsze przyprawiał Siega o dobry nastrój, charakterystyczne dla miasteczka zachody słońca niektórych przyprawiały o ciarki, jednak twardym mieszkańcom przypominały jedynie zagrożenia, z którymi musieli żyć na co dzień. Kryjąca się za wierzchołkami gór szkarłatna kula w pewnym sensie przywodziła na myśl spojrzenie ogromnej bestii czyhającej na chwilę rozkojarzenia. Właściwie rzecz biorąc w istocie tak było, bo wraz ze zmrokiem ze skalnych legowisk wychodził zwierz wszelkiej maści, łącznie z tymi rzadziej spotykanymi drapieżnikami. Gdzieś nad murami zamku przeleciał Kriegsverrheir’th, wieloletni kompan czarnego rycerza, przyjaciel od dziecka i jedno z ostatnich memento jego dziadka. Smok był stosunkowo młody, na gadzie standardy nie wszedł jeszcze nawet w okres dorastania, gdyż ten statystycznie przypadał mu dopiero za około rok. Mimo młodego wieku i nie rozwiniętych do końca zdolności tak charakterystycznych dla jego gatunku przerażał rozmiarami, gdyż dorównywał nimi niemal dorosłym bestiom co od dawna stanowiło dla Siega zagwozdkę. W sensie: czy to jego obecność tak stymuluje rozwój pupila, czy jest on po prostu niezwykle obdarzony przez matkę naturę? Krieg należał do podgatunku szarych smoków, bestii przerażających swym wyglądem i mimo, że najpiękniejsze może i nie były tak niejeden zmoczył zbroję widząc wielkiego, składającego się niemal w stu procentach z mięśni i kościanych szpikulców gada. Początkowo mieszkańcy Scareglare nie przepadali za towarzyszem swojego lorda najzwyczajniej w świecie się go obawiając, obawa jednak szybko minęła wraz z przekonaniem, że smok nikomu oddanemu Siegowi krzywdy nie zrobi... Krzywdę za to regularnie robił podchodzącym pod mury miejskie bestiom, co pozwalało rolnikom i górnikom spać nieco spokojniej.


Smok reagował bardzo entuzjastycznie na wieczorne wycieczki skrajami miasta, praktycznie zawsze znalazło się coś głupiego, chcącego stanąć mu na drodze. Zazwyczaj były to pojedyncze gobliny mieszkające w górach albo zabłądzony niedźwiedź, czasami jednak trafiała się i większa zdobycz pokroju schodzących z wyższych partii gór bestii albo całych grup zielonoskórych próbujących przenieść swój obóz bliżej Scareglare. Sieg obserwował krążącego nad zamkiem i wypatrującego zdobyczy Kriega, samemu siedząc na blankach najwyższej wieży zamku, swoim ulubionym punkcie obserwacyjnym.
- Niezbyt trudno tutaj wejść biorąc pod uwagę fakt, że zamek należy do sławnego w okolicach łowcy smoków, Siegfrieda Jaggerwocka, ostatniego żyjącego potomka tych Jaggerwocków - rycerz usłyszał za plecami delikatny, melodyjny głos bez wątpienia należący do elfa lub innego potomka starych ras. Początkowo włos na karku mu się zjeżył, bo niespodziewany gość faktycznie miał trochę racji stojąc tak za nim, skąd bez większych przeszkód mógł przebić się pod płytami pancerza nawet zwykłym sztyletem... Szczególnie że przechadzając się po zamku Sieg nie miał w zwyczaju zakładać pełnego rynsztunku i najzwyczajniej w świecie miał na sobie jeden z wielu kompletów jedwabnych szat, których w swoich komnatach miał na pęczki. Pewność siebie odzyskał dopiero w chwili, w której skojarzył dlaczego Krieg nie oddalał się zbytnio od wieży i zamiast lecieć na obrzeża, krążył nad nią.
- Mości złodzieju, czy kim tam jesteś, każda pułapka ma do siebie to, że prościej do niej wejść... - Tutaj jego słowa podkreślił lądujący na ścianie wieży smok, owijając się wokół niej i wystawiając pysk nad blanki w niemym pytaniu, czy jego kolacja właśnie sama pofatygowała się do zamku - ...Niż wyjść, prawda?
Teraz już odwrócił się bez obaw stawiając nieproszonego elfa między sobą, a uzbrojonym w ostre zęby pyskiem starożytnego gada. Ku swojemu zdziwieniu mężczyzna odziany w czerń nie speszył się, a jedynie uśmiechnął jakby potwierdzając swoje przypuszczenia.
- Całe szczęście nie przyszedłem tutaj testować swoich umiejętności przetrwania, chciałem się tylko przekonać jak ciężko oflankować sławnego łowcę smoków - odpowiedział skrytobójca.
- Sławnego łowcę smoków nietrudno, ale przypuszczam że w promieniu wielu kilometrów nie znajdziemy nikogo, kto umknie uwadze smoczych zmysłów panie... - Przerwał, czekając na odpowiedź nieznajomego.
- Sitri, przyszedłem... - Nie dokończył zdania, gdyż w to wrył mu się Siegfried.
- Tak więc panie Sitri, kluczowym pytaniem jest w tej chwili nie to, po co pan tu przyszedł, co ilu musiał pan zabić żeby tu wejść, rzekłbym wręcz że jest to kluczowy element pańskiego przetrwania - na dźwięk tych słów elf uniósł obie ręce w powietrze pokazując, że nie chowa w nich żadnych dodatkowych niespodzianek.
- Przeceniasz pan moje możliwości, panie Jaggerwock, albo możliwości swoich ludzi. Mieszkańcy Scareglare może i znają się na walczeniu z wszelkiej maści wynaturzeniami, ale żaden z nich nie zauważy dobrze wyszkolonego szpiega nawet jak ten stanie przed nimi i im pomacha, skoro już wyjaśniliśmy sobie kwestie podstawowe, spróbujmy przejść do celu mojej wizyty...

***

Drewniana chatka w środku lasu generalnie ani nie wzbudzała zaufania, ani szacunku do potencjalnego pracodawcy. Kto normalny przyjmuję ludzi mających zmierzyć się ze smokiem gdzieś na zadupiu w środku lasu? Gdzie te księżniczki, skarby i mury zamkowe? Podczas gdy jego towarzysz został na zewnątrz, Sieg siedział w środku słuchając wprowadzenia wytłuszczanego przez mężczyznę w czerni. Sprawa wyglądała stosunkowo prosto, znaleźć i ukatrupić smoka, tyle że złożonego z czystego diamentu... Zajebiste trofeum nad tronem, czarny rycerz aż się palił do tego zadania, co prawda palił się jeszcze bardziej do półelfki i do skopania tyłka temu zaprzeczeniu idei mężczyzny grającemu na flecie, ale to mogło zaczekać na potem, najpierw pytania. Na początek postanowił posłuchać, co inni mają do powiedzenia w kwestii gada.

Niziołek podrapał się po bródce, złożył ręce na krzyż i chwilę podumał.
-Czyli smok jest z diamentów i nie należy do tego świata? Czyżbyście się bawili z kryształowymi smokami planarnymi? - ze względu na swoją przeszłość Mezzo znał tę tematykę dość dobrze... Westchnął.
-Czym się żywi? Mięsem czy klejnotami? Większość smoków ma ulubione rodzaje pożywienia, jeżeli będziemy znali jego dietę to możemy znaleźć jakieś wskazówki po drodze. - dodał.
- Ma jakąś ulubionę humanoidalną postać? - spytał po krótkiej chwili.
Hiant rozłożył bezradnie ręce.
- Nie wiadomo mi nic o kryształowych smokach planarnych. Póki co nie wiem nic o procesie jego powstawania. - powiedział. - Jednak wiem czym się żywi. Poluje na żywiołaki wszystkich czterech rodzajów, jak wilki na sarnę. Jeśli zaś chodzi o humanoidalną postać to tutaj przydałby się ktoś, kto miał z nim kontakt wcześniej, musielibyście kogoś takiego znaleźć.
-Żywiołaki? - powtórzył niziołek. - Dość nietypowa dieta, musi oznaczać coś ważnego... w każdym razie powinienem zdołać parę przyzwać na wabik, jeśli zajdzie potrzeba. - dodał.
-Rozumiem w takim razie, że nie jesteście w stanie polecić nam osoby, która znała by smoka? - spytał ostrożnie, kątem oka zerkając na pół-elfkę. -Czy Mistrz Mazirith nie widział jego ludzkiej postaci? W końcu jego pieśń podobno zmienia smoka w humanoida, czyli ktoś musiał widzieć wpływ pieśni?
- Problem jest... - Hiant również spojrzał na Mirith, potem znów na niziołka, najwyraźniej jednak nie rozumiejąc jego zainteresowania półelfką. - Problem jest innej natury. Smok był przetrzymywany na innym planie materialnym. Dokładniej, we Wiecznym Chaosie Limbo. Sam dostęp do niego... stały, nieprzerwany dostęp w to samo miejsce Chaosu, pochłaniał wielkie środki i hrabia Marauch zadecydował, że tylko kilka osób będzie tam chodziło. Tylko tyle, ile trzeba.
-Ktoś jednak musiał złożyć raport z efektywności pieśni Mistrza, jak i również ją zagrać... ? - odpowiedział szybko druid.
- Oczywiście, było ich dwóch. - Mężczyzna w czerni skinął głową. - Jak pamiętasz, nasz drogi mistrz kilka chwil temu wspomniał, że ktoś mu ukradł ten utwór i zaprezentował przed Marauchem jako swój.
- To... - wymamrotał siedzący już na krześle półelf, jednak wciąż nie był w stanie wypowiedzieć choćby jednego zdania.
- To właśnie on zweryfikował działanie pieśni. I od tamtego czasu regularnie chodził z naukowcami do Chaosu, żeby przy pomocy swojego fletu trzymać smoka w ryzach. Wcześniej próby zmuszenia go do współpracy wyglądały dość... krwawo.
- W tamtej, konkurencyjnej ekipie, jest oczywiscie ten... złodziej? - spytał Rhoudan. - I ile osób ona liczy? Może jeszcze kilka słów na temat ich wyglądu?
- Ponadto, jeżeli się na nich natkniemy... - dołączył się Arizair - czy istnieje jakiś dokładny sposób obchodzenia się z nimi, czy możemy zastosować alternatywne metody wymiany poglądów?
- Skoro pójdziemy śladem tego samego stwora, nasze ścieżki z pewnością się przetną - dorzucił Rhoudan.
- Tak, grajek jest u konkurencji. Jeśli chodzi o ich wygląd to oprócz kogoś podobnego do mistrza Mazaritha, powinniście wypatrywać dwóch kobiet i dwóch mężczyzn. Jedna z kobiet jest okrutną kapłanką Bane'a i wcale się z tym nie kryje, druga zaś ubiera się w kolorowe, bogate szaty i ma wrodzone zdolności magiczne. Mężczyźni zaś to półorkowie - bracia bliźniacy, tropiciel i barbarzyńca od dziecka parający się smokobójstwem. Jednak nie przeszkadza im to polować też i na inne... rzeczy.
- Nie wiem czy jest sens próbować się z nimi dogadywać. Braci mogłoby się wam udać przekonać, bo jestem pewien, że woleliby ubić smoka, niż go jedynie obezwładniać. Z kobietami jednak nie ma co próbować - są lojalne wobec Maraucha. Podobnie jak grajek.
- Możemy spróbować oczarować je naszą przepiękną “osobowością”. - zachichotał niziołek.
- Ciekawe rzeczy mówisz, panie Hiant. Ciekaw jestem czemu kapłanka Bane’a jest tak oddana Marauchowi? Czyżby ich kler miał coś z tym wspólnego? - druid przyjrzał się uważnie twarzy mężczyzny.
- W jej przypadku chodzi o sprawy osobiste. - mężczyzna chrząknął. - W niektóre sprawy lepiej nie wnikać, dla własnego dobra i zdrowia psychicznego.
- Przekupienie kogoś, gdy zdobyczą jest wielki kawał diamentu, nie powinien być rzeczą zbyt trudną - stwierdził kapłan. - Chociaż diamenty stracą nieco na wartości. Zdestabilizujemy rynek, jeśli nie zachowamy ostrożności - dodał z uśmiechem. - Próbował ktoś kiedyś walczyć z tym smokiem? Z jakim skutkiem? Zdołał go chociaż zranić?
- Najlepsze efekty dawała adamantytowa broń i kwas. - odparł Hiant. - Wszystko inne zdawało się od niego odbijać jak od ściany. Również zaklęcia, które normalnie... nie powinny się odbijać. Jednak nigdy nie próbowano go ranić w stanie osłabienia, podejrzewam że wtedy efekty będą lepsze i na szerszą skalę.
- Adamantowa... - Rhoudan pokręcił głową. - Nie sądziłem, że coś takiego mogłoby się przydać. No i nie sądzę, by w okolicy można było dokonać takich zakupów. Ma ktoś z was - zwrócił się do pozostałych - coś przeciwko przerobieniu smoka na kolie i pierścionki?
- Nigdy nie polegałem na niestalowej broni, więc odpowiedź na to pytanie z mojej strony to nie. Jest jednak możliwe, że mógłbym tego smoka nieco nadwerężyć. - Odezwał się Arizair. - Mam jednak jeszcze jedno pytanie. Jak ten smok znalazł się tutaj, skoro przetrzymywany był w Limbo?
Rhoudan nie skomentował całkowitej niezgodności odpowiedzi z postawionym przez niego pytaniem. Skoro jednak Arizair wspomniał o nadwyrężeniu smoka, to zapewne nie miał nic przeciwko zabiciu go.
- Jak już mówiłem, było stałe połączenie między naszym planem a Limbo. Właśnie przez nie się wydostał, najprawdopodobniej wykorzystując moment kiedy naukowcy wchodzili lub wychodzili.
-Hmmm... ciekawe, czyli magia przeciwko przybyszom powinna na niego działać? Może udałoby się go złapać w magiczny krąg? - rzucił niziołek.
- Może, kto wie. Z magią przeciw niemu trzeba ostrożnie. Jeden mag próbował zdominować jego umysł. Zaklęcie się odbiło w czarodzieja i sam znalazł się pod kontrolą smoka. Tylko po to, żeby po chwili poderżnąć sobie gardło. - Hiant zrobił jednoznaczny gest palcem po gardle.
-Zaklęcie magicznego kręgu nie byłoby wyznaczone przeciwko niemu, ale dookoła niego. Odbijałby wtedy z powrotem na siebie magię. - zauważył.
- Nie mam nic przeciwko kolii i pierścionkom tak długo, jak starczy jeszcze na żyrandol i aha... Jeżeli nie macie nic przeciwko, głowę chętnie bym sobie pożyczył, ładnie będzie się komponować z ozdobami w sali audiencyjnej - odezwał się wreszcie Siegfried, rozwalając się na krześle - zastanawiam się... Chyba co do braku adamantu jesteśmy zgodni, a jak ma się sprawa z truciznami i tym podobnymi sprawami? Próbowaliście go osłabić alchemicznie? Skoro ciężko będzie nam go zranić fizycznie, może lepiej będzie zaatakować od wewnątrz?
Mężczyzna w czarnym płaszczu tylko pokręcił głową, lecz zanim zdążył odpowiedzieć, Mezzo zabrał głos.
- A jak mu ją podasz? Poprosisz, aby ją połknął?- parsknął niziołek. - Jego skóra to diament, sam jest w sumie cały z diamentu - to nie jest zwyczajna żywa istota, z tego co nam powiedziano bardziej przypomina konstrukt. Nawet jeżeli trucizna zadziałałaby to nie przebijemy się zbyt łatwo przez jego pancerz, ewentualnie przez pożywienie można mu by ją podać, choć ciężko by było... - wzruszył rękoma.
Rycerz zaśmiał się, uważając by drewniane oparcie krzesełka nie rozleciało się pod jego ciężarem. Echo jego głosu rozeszło się pod stalowym hełmem spoczywającym na jego głowie. Sieg podniósł rękę i wskazał kciukiem na drzwi prowadzące na zewnątrz, gdzie też czekał jego towarzysz.
- Skąd pomysł, że ja mam zamiar mu cokolwiek podawać? Ugryzienie Kriega, podobnie jak praktycznie każdego przedstawiciela jego gatunku, działa podobnie jak silna trucizna i zastanawiam się, czy ma to w ogóle szanse powodzenia - powiedział rozpinając powoli paski swojego hełmu, po chwili gimnastyki ukazując przyszłym smokobójcom twarz.


- Biorąc pod uwagę naturę tego smoka, obawiam się, że będzie on odporny na wszystkie, bądź większość trucizn. Zapewne nie ma co nawet próbować używania trucizn naturalnych. Być może trucizny wzmocnione magicznie mogłyby pomóc, w co jednak wątpię. - Powiedział elf.
- Meh, smok zębaty nie należy do moich ulubionych gatunków. Brak broni oddechowej sprawia, że musi atakować z bliska, choć wrodzone zdolności telekinetyczne na pewno przydają się do przyciągnięcia przeciwników. Poza tym to nie trucizna... to coś nieco innego, trochę jak wampiryzm może, ale bez benefitów dla wysysającego. - wzruszył ramionami niziołek.
-Zmieniając temat, na bazie jakiego smoka ten diamentowy został stworzony? - zwrócił się znowu do Hianta.
- Zdaje się, że na bazie złotego smoka, lecz najprawdopodobniej odziedziczył po nim tylko fizyczne cechy, które i tak zostały zmutowane do tego stopnia, że nie można się na to powoływać. - Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce.
- Zaraz, złote smoki nie były przypadkiem dobrymi smokami? Cholera, właściwie po co ja w ogóle pytam... Ja też mógłbym się wkurwić, gdybyście zrobili ze mnie diamentowego golema... - Mruknął pod nosem Sieg.
- Były... - wymamrotał dotąd milczący zaklinacz. Po wysłuchaniu swych poprzedników jego głowę zapełniała jedna szczególna myśl: “Co ja tu robię?!”. - Wypada mi zapytać, okazując minimalne wymagane zainteresowanie sprawą, czy ktokolwiek zna się na tropieniu czegokolwiek?
- Ja się znam. - odpowiedziała krótko półelfka wstając i zostawiając wciąż nieco zamroczonego barda samemu sobie. Hiant zmarszczył czoło.
- Tak, Mirith będzie waszą przewodniczką. Jest zdolną tropicielką, jak również ma doświadczenie z... radzeniem sobie z mistrzem Mazarithem.
- Jeżeli to w czymś pomoże, to zakładam że czyjś pupil siedzący tam na zewnątrz ma niezgorszy węch... I jako urodzony drapieżnik zna się na tropieniu lepiej niż my wszyscy razem wzięci. Druga rzecz, mój przyjaciel może nam trochę pomóc... Przypuszczam, że zmysły ma ostrzejsze niż ktokolwiek z nas, chociaż znając życie ktoś mnie zaraz niemile zaskoczy...
-Hmmm... w sumie, to jeśli nasi rywale byli lepiej poinformowani przed przybyciem tutaj - Mezzo spojrzał wymownie na Hianta - To myślę, że adamantytową broń można by od nich... pożyczyć. - dodał uśmiechając się rozbrajająco.
-Cóż, czy macie jeszcze jakieś przydatne informacje dla nas? Chociażby jaka jest motywacja smoka? Bo osobiście myślę, że dalszych szczegółowych może nam udzielić nasza seksowna przewodniczka w drodze do miejsca lądowania smoka. - niziołek puścił oko do pół-elfki.
Tropicielka warknęła głośno i ruszyła w stronę Mezzo. Niziołek próbował znaleźć jakąś drogę ucieczki, jednak nie było czasu. Półelfka musiała się schylić, żeby zamachnąć się na niego pięścią, co druid z łatwością uniknął. Jednak solidnego kopniaka z prawej nogi już nie.
Mezzo kwiknął i poleciał przez całą długość pokoju. Los chciał, żeby na drodze jego lotu stał, a raczej siedział, kapłan Rhoundan. Człowiek jednak wykazał się refleksem mimo ciężkiej zbroi i złapał niziołka, niczym lecącą piłkę, a potem posadził niziołka obok siebie, na pryczy.
- Spokój! - krzyknął Hiant i mogło to być tylko złudzenie, ale to słowo niosło w sobie nutkę magicznego rozkazu.
- Będzie chciał zemsty. - powiedział. - Na tych, którzy mu to wszystko zrobili, począwszy od jego twórców, na hrabii Marauchu skończywszy. Nie wiemy jednak gdzie są ci pierwsi, ani czy w ogóle jeszcze żyją. Projekt tego diamentowego smoka trwa już od dość dawna, ludzie przychodzili i odchodzili. Nasz obiekt nie jest jednak głupi, wie że do zdjęcia kogoś takiego jak Marauch potrzebuje środków i odpowiedniego planu. Moim zdaniem będzie próbował przeniknąć do siedziby hrabiego i wykończyć go po cichu, albo też zinfiltrować całą organizację i zniszczyć ją od środka.
Niziołek uśmiechnął się szeroko i zaśmiał, komentując:
-Ciekawe czy to mają ludzie na myśli gdy mówią o tych sławnym wzlotach i upadkach w miłości - poprawił nieco ubranie i dodał:
-Czyli możemy śmiało założyć, że hrabią zajmie się na końcu? - spytał jakby nic się nie wydarzyło.
- Tylko słowo, a zafunduję ci jeszcze tuzin takich wzlotów. - syknęła półelfka, zaś Hiant odpowiedział na pytanie niziołka:
- Ciężko powiedzieć. Nie wiem w jaki sposób to funkcjonuje i jakie ma priorytety... w życiu. Mogę poradzić się swojego kapłana jasnowidza, jeśli uważasz że to ważna informacja, jednak to może potrwać.
 
__________________
- Alas, that won't be POSSIBLE. My father is DEAD.
- Oh... Sorry about that...
- I killed HIM :3!

Ostatnio edytowane przez Sierak : 27-04-2012 o 13:19.
Sierak jest offline  
Stary 28-04-2012, 20:52   #5
 
Aegon's Avatar
 
Reputacja: 197 Aegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie coś
Las był bardzo interesującym miejscem dla elfa. Być może dlatego, że odczuwał z nim pewną więź odziedziczoną od przodków. A może dlatego, że zwykle panowała w nim równowaga pomiędzy zjadanymi i zjadającymi. W każdym bądź razie, odnajdywał w nim pewnego rodzaju spokój, który pozwalał na codzienny trening w dyscyplinie umysłu i stali. Arizair podejmował się ćwiczeń od rana do wieczora, a także późno w nocy.

Tego dnia jednak, gdy wracał z dalszej wyprawy treningowej, oczekiwał na niego pół-elf odziany w dość dobrej jakości szaty, do których jednak elf nie przykładał zbyt dużej uwagi. Zwrócił natomiast uwagę na to, że były one miejscami postrzępione. Cóż, nie łatwo było znaleźć jedną osobę w tak dużym lesie.
- Ty jesteś Arizair. – Stwierdził zamiast zapytać pół-elf. - Mój pracodawca ma dla ciebie zadanie.
Elf uśmiechnął się tylko lekko.
- Wysłucham cię. Jednak zanim powiesz mi o tym zadaniu, zawalczmy. – Dwa bliźniacze kukri niemal natychmiast wskoczyły w ręce rozpoczynającego natarcie elfa. Pół-elf ledwie dawał radę parować szybkie ciosy i gdyby Arizair się nie powstrzymywał, jego przeciwnik zapewne wkrótce byłby martwy. Nie było sensu przedłużać tego żenującego pojedynku. Zwłaszcza, że elf nic by z niego nie zyskał. Lepiej było odprawić tego posłańca jak najszybciej i rozpocząć samodzielny trening.
- Dość! Opowiedz mi teraz, o co chodzi z tym zadaniem? – Pół-elf był porządnie zdyszany i musiał odpocząć, zanim był w stanie mówić. W tym czasie elf przeszedł do ćwiczeń umysłu i czekał w milczeniu medytując.
- Widzę, że opowieści o tobie są prawdą. Skory do walki, jak i do roboty, a w walce dwoma owrężami niewielu ci dorówna.
Elf nie odpowiadał. Czekał. Milczenie musiało zaciążyć na gościu, bo już wkrótce powiedział nieco więcej. Nie tyle, ile Arizair by sobie życzył, ale wystarczająco dużo, jak na wstępne informacje.
- Chodzi o smoka. Robota jest dobrze płatna. Więcej szczegółów dowiesz się na bezpośrednim spotkaniu z pracodawcą. Transport pojawi się jutro.
Elf skinął głową. Pół-elf zrozumiał, że nie ma już czego szukać w pobliżu, więc wyruszył w drogę powrotną, która mogła mu zająć trochę czasu, zwłaszcza, że nie wyglądał na kogoś, kto zna najkrótszą drogę na gościniec. Arizair się tym zbytnio nie przejął. Powrócił do ćwiczeń mentalnych.

***

Jakież było zdziwienie elfa, kiedy przyrzeczonym transportem okazał się magiczny portal wiodący na leśną polanę z leśniczówką. Poza magicznym sposobem transportu, Arizair nie miał większych problemów z miejscem spotkania. Przynajmniej nie było tłoczno. Może będzie tu ktoś, z kim będzie mógł poćwiczyć. Smok stojący obok chatki był pewnym zaskoczeniem, ale intuicja podpowiedziała elfowi, że nie o tą jaszczurkę chodzi i zadanie musi być nieco groźniejsze, niż przypuszczał, skoro sprowadzono więcej osób mających doświadczenie ze smokami. Tygrysem zaś trudno się było dziwić.
- Arizair. – Przedstawił się wchodząc do chatki.

***

Zadanie wydawało się ciekawe, a i kompania była nie najgorsza. Zwłaszcza, że nawet Arizair słyszał co nieco o ich wyczynach. Był jednak pewien problem, którego elf nie poruszył. Mianowicie, ktoś musiał być bardzo głupi, żeby eksperymentować na smoku i wytworzyć istotę opisaną przez zleceniodawcę. Cóż, teraz nie można na to było wiele poradzić. Z drugiej jednak strony, będzie miał okazję zmierzyć się z jedyną swego rodzaju bestią. Kuszące. W tym momencie decyzja właściwie została podjęta.

Wyglądało na to, że pojawią się też inne sposobności, aby nabyć większego doświadczenia w walce. A i skład obecnej drużyny nie wykluczał drobnego treningu. Cóż, wypadało tylko czekać.
 
Aegon jest offline  
Stary 30-04-2012, 13:51   #6
 
Gettor's Avatar
 
Reputacja: 1675 Gettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłość
Wszystkie wątpliwości zostały już rozwiane. A przynajmniej większość z nich i nowo powstała drużyna w składzie Rhoudana, Siegfrieda, Mezzo, Arizaira, Mirith, Mazaritha i milczącego dotąd Leo była gotowa do wyruszenia w drogę, by zapolować na smoka.

- Jeszcze jedno. - powiedział Hiant na odchodnym, wciskając Siegfriedowi trzy niewielkie piórka do ręki. - Jeśli będziecie potrzebowali się ze mną skontaktować, użyjcie tych pierzastych talizmanów.
Teraz już wszystko było ustalone i siódemka podróżników wyruszyła w drogę. Wszyscy, którzy mieli wierzchowce, wsiedli na nie z wyjątkiem Siegfrieda - jego smoczy wierzchowiec był zdecydowanie za duży do poruszania się po lesie. Rycerz polecił swojemu towarzyszowi latać nad nimi i wypatrywać niebezpieczeństwa.

Krieg jakby skinął mu swoim wielkim łbem na znak, że rozumie i wzbił się w powietrze rozdmuchując przy okazji wszystkie liście i inne, małe obiekty na ziemi, przez co na chwilę zrobiło się zamieszanie, bo i wierzchowce się wystraszyły.


Na początku było nawet przyjemnie - co prawda słońce schowało się za chmurami i tylko gdzieniegdzie jego promyki się przebijały by oświetlić las. Ptaki, które jeszcze nie zorientowały się, że nadchodzi zima, ćwierkały przyjemne melodie a gdzieniegdzie można było zobaczyć inne leśne zwierzątka - wiewiórki i przebiegające sarny. Do tego wszystkiego dokładało się okazjonalne rżenie koni.

Jednak taka "sielanka" nie trwała długo, bo wkrótce odezwał się bard Mazarith.
- Daleko jeszcze? ... Żądam, byśmy zatrzymali się na odpoczynek! ... Ten las jest okropny, domagam się, abyśmy natychmiast z niego wyszli!
Litania jego narzekań, żądań i innych, uporczywych uwag wydawała się nie mieć końca. Jakby tego było mało, okazało się że półelf ma przy sobie bat skokowy, którym co i rusz smagał towarzyszy jeśli uznał, że ten go lekceważy, lub nie słucha.


Rzemyk na końcu tej "broni" był skórzany, a jego właściciel wprawiony w stosowaniu bata, więc każdy cios był bolesny i przypominał lanie grubym pasem od ojca w dzieciństwie. Jedyną osobą, która zdawała się być wolna od razów była Mirith, oraz Mezzo po tym jak półelf przez przypadek smagnął jego tygrysiego towarzysza i mało nie pożegnał się z życiem.
Po jakimś czasie Siegfried zorientował się, że Krieg oddalił się tak daleko, że ich więź telepatyczna uległa zerwaniu. Rozglądając się po niebie również nie widział nigdzie swojego towarzysza.

W końcu nastał wieczór, jednak w towarzystwie Mazaritha wydawało się, jakby minął tydzień. Nieważne ile razy upominać barda (słownie czy fizycznie) żeby przestał jęczeć, ten nadal nawijał o swoim.
Zanim jeszcze słońce zaszło, towarzysze znaleźli pokaźną polanę na której mogli rozbić obóz na noc.


Odnalazł się nawet smok Siegfrieda. Wielki gad miał teraz na sobie kilka drobnych ran - tłumaczył rycerzowi, że jego obiad stawiał opór. Tylko czemu te rany przypominały bardziej cięcia mieczy, niż pazury?
Nie mieli jednak czasu ustalić co takiego zjadł Krieg, ponieważ zorientowali się, że polana na której chcieli rozbić obóz jest zajęta.


Nieczęsto się widzi kobietę śpiącą na polanie. Zwłaszcza, że ta konkretna kobieta swoim ciałem zajmowała sporą jej część. Gdyby wstała, najwyższe drzewa w lesie sięgałyby jej co najwyżej do pasa. Nie wyglądała jednak na żadną odmianę giganta - była to raczej ludzka kobieta powiększona do niebotycznych rozmiarów. I to wcale ładna kobieta. Nie zauważyli jej wcześniej, bo wychodząc na polanę skierowani byli ku jej skrawkowi, a nie na środek.
Mimo iż teraz spała, nie wiadomo co zrobi kiedy się obudzi - a dokładniej, jakie będzie miała nastawienie do drużyny. Nawet wielki Kriegsverrheir'th był dla niej nie większy niż zwykła wiewiórka.

Dlatego lepiej było się wycofać...
- Co tak stoicie, idźcie się przywitać! - zakrzyknął Mazarith z kpiącym uśmieszkiem na twarzy popychając Rhoudana do przodu. Kapłan zachwiał się i poleciał do przodu na biednego Leo, który był mikrej postury w porównaniu do Rhoudana i jego ciężkiej zbroi.
Dwóch mężczyzn runęło na trawę przed sobą.
Jednak nagle zamiast trawy pojawiła się spora dziura w której zamiast czarnej ciemności, widać było wydobywający się szary dym, który jednak nie wznosił się ku niebu, a nieśmiale wychodził na zewnątrz, by natychmiast opaść.

Po Rhoudanie i Leo nie było śladu - wpadli do dziury. Wzrok wszystkich zebranych skierował się na Mazaritha.
- Eee... ups? - półelf wzruszył ramionami.

W tym czasie kapłan i zaklinacz nie spadali jednak w żaden wilczy dół. Zamiast tego unosili się w dziwnej, szarej pustce i nie do końca wiedzieli co się dzieje. Jednak taki stan nieważkości szybko minął i wylądowali twardo na ziemi.


Kapłan wylądował w środku jakiegoś lasu o przygnębiającym zabarwieniu w odcieniach szarości. Do tego słyszał nieustanne, potępieńcze zawodzenie. Może półelf Mazarith był gdzieś w pobliżu i znowu jęczał jak mu źle i niedobrze?
Źródłem hałasu jednak okazało się coś innego. Coś większego i zdecydowanie bardziej niebezpiecznego.


Potwór wyglądał jak stworzony z jakiegoś dymu, albo ciemnej mgły. Co chwila jego powłoka rozpadała się i skupiała na nowo. Po chwili dostrzegł kapłana. Zapytał Rhoudana o coś, jednak ten nie mógł go zrozumieć.

Leo z kolei wylądował na polanie, na której rosło pojedyncze drzewo. Chociaż powiedzenie, że rosło było nieco na wyrost, bo było całkowicie obumarłe.


Nim zaklinacz zdołał się zorientować gdzie jest i co się dookoła niego dzieje, usłyszał ciche warknięcie. A potem kolejne. Odwrócił się, by zobaczyć najpierw ich ślepia, a potem całe sylwetki.


Wilki. Albo coś gorszego, bo do wilków podobne były tylko z faktu posiadania czterech łap z ostrymi pazurami.
 
Gettor jest offline  
Stary 03-05-2012, 20:57   #7
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 43242 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Droga była całkiem przyjemna. Słońce zbytnio nie przypiekało, droga była równa, a i tempo umiarkowane. Tu zresztą cała kompania nie miała wyboru - i tak musieli się dostosować do tempa marszu Rhoudana, Siegfrieda i Leo, chyba że mieli ochotę powalczyć ze smokiem bez nich. Ale jak na razie nikt nie był aż takim zapaleńcem. Jedynym mankamentem całej wędrówki był bard, który swoim głośnym marudzeniem zagłuszał wszystkie inne odgłosy, skutecznie (acz w nieprzyjemny sposób) konkurując ze śpiewem ptaków.
Raczej trudno by było zatkać sobie uszy (człowiek nawet by nie usłyszał ostrzeżenia kompana, że za twymi plecami pojawił się zły nosorożec), ale zawsze można się było trzymać od barda z daleka. Problem polegał jednak na tym, że półgłówek uznawał takie zachowanie za brak szacunku i usiłował wpoić ów szacunek za pomocą fikuśnego bacika.
Rhoudan słyszał, że niektórzy klienci burdeli lubili takie zabawy z panienkami (będąc stroną czynną lub bierną), ale on sam nie miał do takich igraszek przekonania i nie bardzo pasował mu taki właśnie sposób okazywania zainteresowania. Prawdę mówiąc to przez zbroję i tak tego nie można było poczuć, ale zasada jest zasadą. Raz pozwolisz głupkowi na głupie zachowania i od razu pomyśli, że mu wszystko wolno.
- Jak się nie uspokoisz - powiedział Rhoudan, gdy Mazarith znalazł się obok niego - to ci zabiorę tę zabawkę i połamię.
Bynajmniej nie żartował, ale półelf najwyraźniej nie potraktował groźby poważnie. Co więcej - poczuł się wielce obrażony.
- Jak śmiesz mi rozkazywać! - wrzasnął. Powiedzmy - zapewne uważał, że to wrzask. - Co ty sobie myślisz, że kim jesteś! Ja tu jestem ważną osobą i masz się mnie słuchać! Trzask! Trzask! Trzask!
Już przy drugim uderzeniu bacika Rhoudan chwycił barda za rękę i nie zważając na stawiany opór przyciągnął nieco do siebie, a gdy szczęka półelfa znalazła się w odpowiedniej odległości dał mu w zęby.
Cios, niewiele silniejszy od klepnięcia, był wyjątkowo celny i zadziwiająco efektownie się skończył. Kiedy metalowa pięść spotkała się z delikatnym policzkiem barda coś głośno chrupnęło, a sam półelf aż spadł z konia. I zaczął płakać.
Mirith przystanęła na swoim wierzchowcu obok Rhoudana, lecz nic nie zrobiła. Potrząsnęła tylko głową i westchnęła.
- Przepraszam - mruknął Rhoudan. - Zapomniałem, że niektórzy mają delikatne kości.
Półelf wstał z jękiem i bez słowa wsiadł z powrotem na swojego wierzchowca. Unikał kontaktu wzrokowego z Rhoudanem i odjechał kawałek do tyłu łkając cicho.
Tropicielka widząc to jedynie prychnęła pogardliwie.
- Czy to naprawdę twój brat? - spytał Rhoudan. - Zamienił go ktoś w kołysce, czy też klątwę na niego rzucono?
- A skąd ja mam wiedzieć. Zawsze był słaby. - rzuciła krótko.
- Musiałaś się nim opiekować? - spytał zaciekawiony kapłan. Mazarith wyglądał na młodszego od swej siostry, ale kto mógł wiedzieć, jak było w rzeczywistości.
Półelfka spojrzała na kapłana swoim jedynym, lewym okiem.
- A co ci do tego? - spytała zamiast odpowiedzieć.
- Bo się zastanawiam, jak wygląda życie z młodszym rodzeństwem - odparł Rhoudan. - To nie ma związku akurat z waszą dwójką.
- To może powinieneś pytać kogoś, kto miał normalne życie - powiedziała cicho.
Oczywiście Rhoudan z przyjemnością by się dowiedział, co nietypowego było w życiu tamtej dwójki, ale wypytywanie postanowił odłożyć na inną okazję.
- Przepraszam - odparł Rhoudan. - Nie powinienem pchać się z butami w twoje rodzinne życie. Nie nabyłem za młodu odpowiedniej ogłady - dodał.
Półelfka otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, jednak szybko się rozmyśliła i jedynie westchnęła. Ciężko było zgadnąć jak zareagowała na ostatnie stwierdzenie Rhoudana. Zapewne chciała przytaknąć jego słowom. A może rzucić kolejną uszczypliwą uwagę.
- Nie krępuj się - mruknął Rhoudan. Zbytnie duszenie w sobie emocji nie prowadziło nigdy do niczego dobrego.
Zmierzyła kapłana wzrokiem unosząc przy tym znacząco brew.
- Tak, nie powinieneś się pchać z butami w cudze życie. - powiedziała. - Zwłaszcza rodzinne.
- Już nie będę. - Rhuodan rozłożył ręce składając obietnicę. Przynajmniej jeśli chodzi o ciebie, dorzucił w myślach. - Zwłaszcza rodzinne - dodał. - Masz rację. - Był wyjątkowo ugodowy.
- Cieszę się, że sobie to wyjaśniliśmy. - powiedziała patrząc już przed siebie.
Ten gest sugerował raczej chęć zakończenia rozmowy.
Rhoudan zwolnił nieco, czekając aż dogoni go 'ofiara brutalnej przemocy'.Półelf akurat masował swoją szczękę, jęcząc przy tym żałośnie. Rzucił też na siebie jakieś zaklęcie leczące dzięki czemu szczęka zaczęła wyglądać normalnie. Kiedy zorientował się, że Rhoudan próbuje się z nim zrównać, skręcił w lewo i przyspieszył, wymijając kapłana.
Widząc manewr Mazaritha Rhoudan wzruszył ramionami. Najwyraźniej bard czuł się na tyle dobrze, że nie potrzebował pomocy (której wypadałoby mu udzielić), a Rhoudan nie miał nic przeciwko oszczędzaniu własnych zaklęć. Do rozmowy z bardem również nie tęsknił, miał raczej nadzieję, że tamten będzie się od niego trzymać z daleka i daruje sobie zabawy z batem. A bez narzekań, płynących z ust barda mógł śmiało żyć.
Co prawda półelf nie przestał się wywnętrzać, ale trzymał się z dala od Rhoudana, dzięki czemu ‘działalność’ barda nie była już uciążliwa.
***
To było nieco... przytłaczające. Co prawda powiadają, że od przybytku głowa nie boli, ale Rhoudan nie sądził, by ktokolwiek z tych, co szermują tym powiedzeniem mieli ochotę na taki nadmiar dobrobytu. Śpiąca na polanie niewiasta była duża. Wielka. Ogromna. Prawdopodobnie gdyby wstała, miałaby głowę znacznie powyżej najwyższych sosen. I ciekawe, czy by ich w ogóle zauważyła, czy też rozdepnęłaby ich przez przypadek. Dobrze że nie chrapała, bo by zapewne pogłuchli. A i tak od samego jej oddechu liście i gałęzie drżały niczym podczas solidnej wichury.
Wniosek był oczywisty - polanka nie nadawała się na nocleg i lepiej było stąd odejść, zanim kobieta się obudzi i zareaguje na ich obecność wrzaskiem w stylu “Mysz! Mysz!” Ciekawe na co by wskoczyła...
Wizja była całkiem interesująca, ale Rhoudan nie miał zamiaru przekonywać się w praktyce, jak by to wyglądało. Z drugiej strony, jako pomoc w polowaniu na smoka byłaby co najmniej przydatna. Zapewne zdołałaby gołymi rękami skręcić gadzinie łeb. Dostałaby skrzydła jako kolczyki...
Rhoudan nie zdołał dokończyć swej myśli, gdy mocne pchnięcie w plecy sprawiło, że znalazł się na polanie. Może nie do końca na polanie... Dziury, która się przed nim nagle otworzyła ominąć nie zdołał. Co gorsza, pociągnął za sobą Leo.
We dwóch będzie raźniej, skonstatował.
***
Rozczarował się jednak. Gdy po trwającym nie wiadomo jak długo locie znalazł się na twardym gruncie zaklinacza obok niego nie było.
Trzeba było go trzymać, pomyślał po niewczasie.
Za to, zapewne w ramach rekompensaty, bogowie sprezentowali mu kolejnego towarzysza. Nieco rozmyty był co prawda, ale lepszy taki, niż żaden. Prawda?
- Dzień dobry. Labas rytas. Selamat pagi - powiedział, we wszystkich znanych sobie językach. Zbyt wiele ich nie było, więc dużo czasu mu to nie zajęło. Równocześnie usiłował się zorientować, co za stwór usiłuje nawiązać z nim kontakt.
Stwór przekręcił swoją niematerialną głowę zaciekawiony słowami Rhoudana. Znów powiedział coś w tym samym języku co poprzednio. Zdawał się raczej lewitować nad ziemią niż po niej stąpać, ale to akurat nie było zaskoczeniem dla mężczyzny. Wtedy też kapłan zorientował się z czym ma do czynienia - cień. Paskudny rodzaj nieumarłych, którzy swoim dotykiem wysączają siłę z żywych. Wielu wojowników poległo w walce z nimi, ponieważ nawet najlepsza stal nic przeciw nim nie zdziała.
Jedynym zaskoczeniem dla Rhoudana było to, że stwór w ogóle mówi - nie sądził, że cienie znają jakiekolwiek języki.
Na wszelki wypadek spojrzał na siebie by sprawdzić, czy sam czasem nie stał się cieniem w tym dziwnym świecie, a potem szybko zrobił przegląd czarów, z których mógłby skorzystać, gdyby cień miał nieprzyjazny charakter, co było wielce prawdopodobne.
Nieumarły jednak wciąż stał w miejscu i powtórzył to samo zdanie co przed chwilą. Najwyraźniej było to dla niego ważne pytanie na które chciał uzyskać odpowiedź.
- Kalbos supratimas - powiedział Rhoudan, wyciągając z sakwy szczyptę sadzy i parę grudek soli. Miał nadzieję, że czar jest na tyle uniwersalny, że pozwoli mu zrozumieć to ‘coś’.
Kiedy kapłan rzucał zaklęcie, stwór przed nim warknął głośno zdecydowanie nie aprobując takich zachowań w swojej obecności. Rhoudanowi zadzwoniło w uszach, jednak czar się powiódł. Po chwili nieumarły znów się odezwał. I... nic. Kapłan wciąż nic nie rozumiał.
- Skoro się nie dogadamy, to nie mamy co przebywać koło siebie - stwierdził na głos Rhoudan. Skinąwszy tamtemu głową ruszył - nie tyle przed siebie, co w kierunku, który pozwoliłby mu się oddalić od cienia, przy równoczesnym nietraceniu go z oczu. Zatrzymał się jednak po zrobieniu dwóch kroków. Teraz dopiero przypomniał sobie, że powinien stwora dotknąć. Kto jednak chciałby pchać się w objęcia cienia? Czy warto było ryzykować?
Cień - niczym cień - ruszył w tym samym kierunku, co kapłan, stale utrzymując ten sam dystans. Rhoudan przez moment patrzył na cienia, potem zrobił trzy kroki w jego stronę.
Cień - już nie niczym cień - rozejrzał się nerwowo dookoła i warknął na kapłana ostrzegawczo wystawiając przy okazji swoją wielką łapę w łatwo zrozumiałym geście oznaczającym “Stój!”.
Rhoudan nie warczał, ale również rozejrzał się dokoła. Nie widząc jednak nic ciekawego machnął ręką w stronę cienia, by ten zechciał się nieco przybliżyć. Następnie wskazał na siebie i powiedział:
- Rhoudan.
Potem oczyścił kawałek ziemi i patykiem napisał swoje imię. Może obędzie się bez bliskich kontaktów z cieniem...
Cień pochylił się do przodu, żeby widzieć napis, po czym go przeczytał:
- Na..ru..ny..wa..ry. - Zdecydowanie nie takie było znaczenie liter napisanych przez kapłana.
- Narunywary - powtórzył cień z większym przekonaniem.
Nie do końca o to Rhoudanowi chodziło... oczyścił następny kawałek ziemi, pokazał na siebie, powtórzył swoje imię, a potem położył patyk na kawałku przeznaczonym do pisania i gestem zachęcił cienia do spróbowania swoich sił w trudnej sztuce stawiania liter.
Nieumarły patrzył się przez chwilę na kapłana, po czym powtórzył jego imię. Dość zniekształcone, ale zawsze. Rzucony mu na ziemię patyk spróbował podnieść, jednak cień - jak to cień - nie mógł podnosić materialnych rzeczy i nic z tego nie wyszło.
Rhoudan skrzywił się. Skoro cień nie potrafił chwycić zwykłego kijka, to nawet napisanie przez niego, cienia, paru słów na czymś niematerialnym skończyłoby się tak samo - Rhoudan zapewne nie zdołałby dotknąć napisu. Poza tym i tak nie był w stanie wymyślić żadnego sposobu pisania, który sprawdziłby się w przypadku cienia.
- Daj rękę - powiedział, wyciągając równocześnie swoją. Co nas nie zabije... Jeśli nie zabije, oczywiście.
Nieumarły spojrzał na Rhoudana, potem na wyciągniętą rękę, by w końcu mamrocząc coś pod nosem wyciągnąć i swoją. Cienista kończyna przeszła przez metalową pięść mężczyzny i Rhoudan momentalnie poczuł przeszywającą go negatywną energię, która wysączała z niego siły. Jego zbroja stała się nagle wyjątkowo ciężka, w oczach mu pociemniało.
- ... czemu miałby to robić. - kapłan zrozumiał końcówkę zdania wymówioną przez cienia.
- Co to za miejsce? - spytał, popierając pytanie odpowiednim gestem - ruchem ręki obejmując całą okolicę.
- Co, widzisz coś? - spytał nieumarły również się rozglądając. Trwało to dłuższą chwilę, jednak wreszcie Rhoudanowi udało się wygestykulować pytanie.
- Co to za miejsce? - cień powtórzył pytanie, na co kapłan zareagował entuzjastycznym skinieniem głową. - Wy, cielesne, ciepłokrwiste, kolorowe istoty nazywacie to miejsce planem cienia.
Wiadomość była mniej więcej taka, jakiej można się było spodziewać, wnioskując na podstawie roztaczającego się dokoła krajobrazu. Problem za to polegał na tym, że Rhoudan nie bardzo wiedział, w jaki sposób się z tego planu przenieść na swój. Przynajmniej w tym momencie. W końcu wyruszyli, by walczyć ze smokiem, a nie wędrować po różnych planach.
- Gdzie tu jest jakieś wyjście? Jak się stąd wydostać - spytał, do pytania dorzucając rysunek drzwi i pokazując, że on chciałby się za takimi drzwiami znaleźć.
Cień zmrużył oczy, stając się na chwilę w całości masą ciemności.
- Pokażę ci wyjście. - powiedział po chwili. - Nie jesteś pierwszym i pewnie nie ostatnim, który tu trafił i chce się wydostać. Ale musisz coś dla mnie zrobić. Niedawno trafiła tu istota podobna do ciebie, tylko mniejsza i o piskliwym głosie. I ciągle hałasuje. Pokażę ci wyjście pod warunkiem, że zabierzesz ją stąd.
Można było próbować wydostać się stąd o własnych siłach, można było spróbować zawierzyć cieniowi. Istotą podobną do Rhoudana mógł być zaklinacz. Może Leo zdążył przybyć tu wcześniej, chociaż obaj wyruszyli w tę niechcianą podróż równocześnie. Nie byłoby złą rzeczą wydostać go z tego miejsca.
- Tak - powiedział Rhoudan i skinął głową.
Cień wydał z siebie niski pomruk.
- Chodź za mną - powiedział i zaczął sunąć w głąb lasu bez obracania się. Wciąż patrzył na Rhoudana, co z punktu widzenia kapłana było co najmniej niekomfortowe.
 
Kerm jest offline  
Stary 06-05-2012, 12:48   #8
 
Qumi's Avatar
 
Reputacja: 283 Qumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skał
Narzekania i pejcz Mazaritha były wyjątkowo irytujące, choć nie dla Mezzo. Druid "wyłączył" w głowie opcję słyszenia barda, a jego bat go nie smagał po tym jak Goran dał znać, że nie pozwoli denerwować swojego pana. Suma sumarum, podróż była całkiem przyjemna... dopóki nie znaleźli olbrzymki i czarnej dziury. Druid od razu rozpoznał czym jest ta dziura - portalem na inny plan i aż przeszły go ciarki zastanawiając się gdzie trafili jego towarzysze. Ci, którzy zostali musieli obmyślić plan, ale niestety choć Mezzo nieco się znał na planach to jego wiedza nie dorównywała wyedukowanemu czarodziejowi - a takich im brakowało. Wzdychając, nie miał nawet czasu zareagować na porywczą naturę swoich towarzyszy...

Arizair bez większego zastanawiania się zrobił to, co zwykle robił w sytuacjach z brakiem jakichkolwiek informacji na temat niebezpieczeństwa: chwycił barda za frak i wskoczył do dziury ciągnąc pół-elfa za sobą.

Mazarith ledwo zdążył zareagować w jakikolwiek sposób na nagły chwyt elfa. W gruncie rzeczy prawie nie stawiał oporu i poleciał za Arizairem jak szmaciana lalka.

- Czekaj, co ty sobie wyobrażasz... - tylko tyle zdążył powiedzieć. Potem pisnął i wraz z wojownikiem zniknęli w pustce. Gigantka śpiąca nieopodal chrząknęła głośno przez sen.

Mirith natychmiast podbiegła do tego miejsca i przyklękła, próbując coś wypatrzyć w środku.

- Zabiję następnego, komu wpadnie do głowy bezmyślnie tam skakać! - warknęła.

Mezzo puknął się w głowę.

-Nie ma to jak poszukiwacze przygód, prawda? - rzucił do pozostałych.

-Ta... otchłań to jakiś portal na inny plan, niestety nie wiem jaki. - westchnął. - Myślę, że nasza wielka dama może nam pomóc... co wy na to? - spytał niziołek.

Półelfka wzruszyła ramionami.

- Pomysł dobry jak każdy inny w tej sytuacji. Ale co zrobisz, jak ona uzna nas za karaluchy na przykład?

Niziołek się uśmiechnął zastanawiając się przez chwilę.

- Znasz się trochę na przyrodzie, prawda? Czy wiesz czemu młode zwierząt wyglądają “uroczo”? Niewielu się nad tym zastanawia, ale tak prawdę nie jest to przypadek. To mechanizm obronny. Wyglądając uroczo ich oprawcy są bardziej skłonni do zostawienia ich w spokoju. Nasza olbrzymka to powiększona ludzka kobieta z tego co widzę, zapewne doceni urok młodego zwierzątka... tylko w co by się tu zmienić? Jakaś sugestia?
Tropicielka wywróciła oczami.
- Nie wiem... niedźwiadek? - rzuciła po chwili. - Albo pluszowy miś. Jak cię wytuli, to jelita ci wyjdą nosem. - dodała z szyderczym uśmiechem.
-Hmmm... - po chwili ciało Mezzo zaczęło obrastać sierścią, ekwipunek zaczął zlewać się z ciałem, a jego oczy zamieniły się w kocie. Na plecach wyrosła mu para dużych skrzydeł. Mezzo zamienił się w młodego tressyma. Tressym wyglądał jak bardzo młode kocię, ale rozmiary miał dużego psa - niziołek chciał żeby go zauważyła.



Tressym rozpostarł skrzydła i poleciał w stronę głowy kobiety. Zatrzymał się nad jej głową unosząc się i dość głośnio zamiałczał.

- Dzień dobry! Czy wszystko u pani w porządku?- głos miał równie uroczy jak wygląd.

Kobieta jednak albo go nie usłyszała, albo nie chciała go słyszeć. Najwyraźniej jednak poczuła trzepot jego skrzydełek, bo po chwili zamachnęła swoją wielką ręką, jakby odganiając muchę sprzed twarzy. Trafiła go zewnętrzną stroną dłoni i druid poleciał w dół. Stracił na chwilę równowagę w powietrzu i był niebezpiecznie blisko zderzenia się z ziemią, na szczęście udało mu się odzyskać kontrolę.

Nieznana kobieta za to podniosła głowę i... obróciła się na drugi bok, leżąc teraz plecami do zgromadzonych.
- Nieźle! - przyklasnęła mu Mirith. - Jeszcze jakiś pomysł?

Druid wrócił do pół-elfki, otrzepał się i zmienił postać w niziołka.

- Parę, ale każdy niezbyt bezpieczny. - westchnął. - Muszę jednak przyznać, że jesteś dziwnie spokojna w sytuacji gdy twój brat może być w śmiertelnym niebezpieczeństwie? -podrapał się po bródce. Miał pewien pomysł... a konkretnie pewnego smoka, który mógłby okazać się przypadtny, ale nie miał za bardzo ochoty ryzykować życie wpadając tak do tego portalu bez przygotowania.

- Poradzi sobie. - powiedziała, jakby to było oczywiste. - Naprawdę chcesz ją obudzić? To da się załatwić.
Mówiąc to półelfka wyciągnęła łuk i przygotowywała się już do strzału.

- Nie w taki sposób... - niziołek zastanawiał się - Może to jej koszmary? Ta czerń wokół? Proponuję jednak najpierw rozejrzeć się dookoła - może w pobliżu coś znajdziemy. - Mezzo wskazał ręką okolicę i udał się na poszukiwania.

- To idź. Ja tu zostanę na wypadek gdyby nagle wrócili. - powiedziała chowając łuk, by po chwili wdrapać się na najbliższe drzewo. Mezzo zaś ruszył w kierunku stóp gigantki, by obejść ją dookoła. Dopiero teraz zorientował się, że jest bosa - mimo typowego, kobiecego ubioru podróżniczego, kobieta nie miała na sobie żadnych butów.

Wydawało mu się również, że gigantka jest jakby większa niż w momencie, kiedy dopiero co weszli na polanę, jednak przy takich proporcjach to było prawdopodobnie jedynie złudzenie spowodowane tym, że zaczął do niej podchodzić.

Mijając jej nogi spostrzegł, że na podeszwie stóp oprócz typowego brudu od chodzenia po lesie są na nich również zgniecione na miazgę dwie wiewiórki i psa... albo kota, ciężko było to zidentyfikować.

Po drugiej stronie polany druid nie znalazł jednak nic, co mogłoby mu pomóc oprócz śladów stóp, których nie dało się nie zauważyć. Nie dało się również nie zauważyć, że te ślady były znacznie mniejsze od stóp wielkiej kobiety - również gigantyczne, lecz nie aż tak. W miejscu lasu z którego dochodziły, kilka drzew miało powyłamane spore ilości gałęzi, inne były wprost obalone tworząc ścieżkę w tamtym miejscu.

- Próbował ktoś może rozproszenia magii... Tak profilaktycznie? - Wtrącił się Siegfried, doganiając resztę towarzystwa - Krieg, masz może pomysł co to do diabła jest? To i tamta dziura, do której powpadała reszta? Oczywiście oprócz tego, co powiedział nam Mezzo.

- Kobieta. Zmęczona kobieta. - powiedział smok rycerzowi. - Pewnie ktoś na niej eksperymentował jakąś magię powiększającą. Kiedy przyszliście na polanę była nieco mniejsza. Cokolwiek to jest, powoduje że ciągle rośnie.
- A i nie ma butów. - dodał jeszcze po chwili Krieg wydając z siebie niski, szyderczy pomruk.

- Reasumując... - Pociągnął dalej czarny rycerz - próbował ktoś na niej rozproszenia magii? Ewentualnie ma w planach spróbować, Mezzo? Tylko mi nie mów, że musimy wydostać z dziury czarokletę albo co gorsza, tego zniewieściałego barda id... - Przerwał nagle przypominając sobie, że siostra wrzoda jest nieopodal, na drzewie.- przepraszam za gburostwo panienko Mirith, o ile mogę używać tej formy, ale nie zdarzyło się by ktoś eksperymentował na twoim bracie, nie wiem sam... Zaklęcia zamiany płci albo przynajmniej, ah jak to szło... Nigdy nie byłem zbyt dobry w magii wtajemniczeń... - Zamyślił się.
- Dotyk zidiocenia - dokończył Krieg z charakterystycznym dla siebie sarkazmem, gdy przychodziło mu określać przedstawicieli ras (według niego) niższych.
- O, na ten przykład... I aha, uprzedzając pytanie Krieg nie rozprasza magii, jest na to jeszcze trochę za młody, po prostu wyrósł jak na swój wiek - zakończył Siegfried zastanawiając się, czy Mazarith jest NAPRAWDĘ niezbędny na tej misji.

Tropicielka bynajmniej nie przejęła się uwagą na temat swojego brata.
- Druid przed chwilą mówił o wykorzystaniu jej do naszych celów, żeby wydobyć tych kilku z dziury. - powiedziała. - Ale jeśli wolisz od razu ją zmniejszać do stosownych rozmiarów...

- No, to na pewno zadziała... Zapomniałaś tylko, że magicznie powiększona kobieta generalnie nie zalicza się do stworzeń myślących racjonalnie... O ile w ogóle kobietę można do nich zaliczyć... Myślę, że pierwszym co ona zrobi po obudzeniu się będzie zarycie szczęką w ziemię, oczywiście zakładając że idąc spać była dużo mniejsza, skoro jak Krieg zauważył - cały czas rośnie. Z drugiej strony jak chcecie ryzykować rozdeptanie dajcie znać, udam się na z góry upatrzone pozycje - odpowiedział od niechcenia Siegfried, generalnie wątpiąc że kobieta po przebudzeniu nie wpadnie w panikę. Co prawda on sam by się cieszył z przyjęcia takich rozmiarów, ale on był ponoć dziwny.

Druid nie był zbyt zadowolony wyników jego przeczesywania okolicy. Kobieta rosła i miał wrażenie, że jej stan, sen oraz planarne wrota są ze sobą połączone. Być może nawet na owym planie znajduje się odpowiedź... jasnym było, że w tej chwili rozmowa z nią jest mało prawdopodobna, a dalszy zwiad mógł być niebezpieczny. Mezzo wrócił, więc do rycerzyka i tropicielki.

- Rośnie. - wskazał na kobietę na polanie - Dalej znalazłem ślady jej stóp - z każdym krokiem większe. Niestety wątpię aby zwykłe rozproszenie magii podziałało, przy czym nie posiadam takiego i tak w swoim dziennym przydziale. Myślę jednak, że odpowiedzi i możliwe rozwiązanie mogą znajdować się na planie do którego prowadzi dziura. Jeśli nikt nie ma innych pomysłów to mam zamiar tam wskoczyć. - dodał druid.

- I jakich odpowiedzi spodziewasz się tam znaleźć? - zainteresowała się półelfka zeskakując z drzewa. - Jak to w ogóle możliwe, żeby ona była połączona z tym... portalem?
Krieg wydobył z siebie pomruk na znak, że i on podziela zdanie tropicielki.

Niziołek zachichotał.

-No, no, najwidoczniej nasza tropicielka jest też znawcą magii i planów. - puścił do niej oko.

- Możliwości jest wiele, ale przede wszystkim jest to nieznana nam magia i nie można mieć pewności co do tego jak działa. Być może jest to projekcja jej snów, albo część jej duszy jest zmieniana na innym planie? Nie wiem czy ich znajdę, ale jeśli nie jest to portal do zewnętrznego planu to powrót nie powinien sprawić mi problemu. - dodał.

- Skoro jednak nasza maskotka uważa, że nie niewiele to da to może jednak się wstrzymam... - zastanawiał się obserwując Kriega. Westchnął.

- Dobrze więc, zamiast tego udam się z Goranem po śladach kobiety i spróbuję się dowiedzieć czegoś. - razem z tygrysem ruszył w kierunku śladów kobiety.
 
Qumi jest offline  
Stary 06-05-2012, 15:06   #9
 
Aegon's Avatar
 
Reputacja: 197 Aegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie cośAegon ma w sobie coś
Arizair płynął. Unosił się w nieznanej mu szarej pustce - wydawało mu się, że jakaś obca siła popycha go w konkretnym kierunku, jednak mogło to być tylko złudzenie. Nie miał absolutnie żadnego punktu odniesienia w przestrzeni, więc nie wiedział.

Wiedział natomiast, że coś go rozdziela od Mazaritha. Elfowi coraz ciężej było utrzymać barda za fraki, aż w końcu ubiór barda rozerwał się i jego kawałek został w dłoni wojownika. Sam półelf niemal natychmiast zniknął mu z oczu. No pięknie...

Po chwili Arizair wylądował twarzą na kamiennej posadzce. Wszystko dookoła niego było czarne lub szare, nawet niebo w którym kłębiły się niekończące warstwy ponurych chmur. Elf chyba złamał sobie nos lądując na bruku, a dodatkowo w ustach czuł krew.

Był na kamiennej ścieżce, która po obu swoich stronach miała posadzone okazjonalne drzewa. Jednak były to rośliny dziwne, gdyż z góry na dół były całe czarne - kora, gałęzie, liście...

Na samej drodze stał równie czarny, drewniany wóz. Tutaj Arizair mógł podziwiać inny kolor, dzięki któremu wiedział, że nie zachorował nagle na daltonizm, bowiem wóz płonął w jak najbardziej kolorowy sposób.

Nie miał jednak nawet okazji wstać, gdyż natychmiast w jego stronę poleciało kilka strzał. Tylko jedna trafiła go w lewe ramię.

Rozejrzał się - zobaczył trzy wyjątkowo paskudne kobiety o ptasich skrzydłach, które stały na gałęziach drzew i ładowały właśnie kolejne strzały na swoje łuki. Wszystko w szarych barwach.

Arizair nie tracił czasu na zastanawianie się nad tym, co stało się z bardem, ani co powinien począć. Czym prędzej pobiegł do najbliższego drzewa dającego osłonę, aby ukryć się przed strzałami potworów. Zanim Arizair zdołał się schować za drzewem, stwory wypuściły jeszcze po jednej strzale. Szczęśliwie jednak, strzelanie do ruchomego celu nie było już takie łatwe i wszystkie pociski chybiły.

Elf czym prędzej wyciągnął krótki łuk i kołczan dwudziestu strzał z sakiewki przytroczonej do pasa. Sakiewka na pierwszy rzut oka nie mogła tego pomieścić, ale cóż, wygląd bywa mylący. Przeciwniczki zaś wzbiły się w powietrze.

- Teraz jest nasz, zabijcie go siostry! - powiedziała jedna z nich we wspólnym. Głos miała skrzeczący i nieprzyjemny dla elfich uszu Arizaira.

Kiedy tylko pierwsza z nich pojawiła się w zasięgu wzroku wojownika, salwa trzech strzał pofrunęła w jej stronę bezbłędnie trafiając w witalne punkty. Stwór zakaszlał i zakołysał się ciężko w powietrzu, po czym runął na ziemię.

Dwie pozostałe kobiety, widząc jak ich towarzyszka zginęła prawie natychmiast, rzuciły się do ucieczki drogą powietrzną, jak najdalej od elfa. Ten zaś odbył krótką medytację, aby przygotować się do możliwych kolejnych starć.

Po przygotowaniu się, elf zabrał się do bardziej standardowych poczynań. Po pierwsze umieścił łuk i kołczan gdzieś między połami płaszcza, a także zabrał się do przeszukania ciała powalonego straszydła. Niestety, znalazł jedynie krótki łuk, kołczan z nieco koślawie wykonanymi strzałami, oraz dwie niewielkie sakiewki, których zawartość elf uznał za śmieci. W jednej z nich znajdowało się kilka wysuszonych kostek nieznanego pochodzenia, a w drugiej kawałek szkła, rozbite lusterko i błyszczący kawałek metalu.

Arizair pozostawił te rzeczy na swoim miejscu, po czym zaczął się rozglądać w obie strony ścieżki, aby zdecydować, w którą stronę iść. Z jednej strony widać było, jak ścieżka tonie w lesie równie ponurych i szarych drzew jak te przy drodze. Z drugiej strony nie wiadomo było dokąd droga zmierza, bo bardzo długo szła przez otwarty teren. Po pewnej odległości jednak kończyły się drzewa przy niej rosnące.

Elf zdecydował się na wyruszenie w kierunku lasu, aby uniknąć kolejnych latających stworów. Las okazał się być bliżej niż elf przypuszczał. Po kilkunastu minutach szybkiego marszu stał już na jego skraju, jednak drzewa nie wyglądały ani trochę zachęcająco. Prezentowały się jak żywcem wyciągnięte z sennego koszmaru. Ponadto nie widział zbyt daleko wewnątrz lasu - nawet jego wyostrzony, elfi wzrok zawodził w tak głębokich ciemnościach.

Las był cichy i zmuszał elfa do ciągłego stanu najwyższej gotowości, a także pobudzał wyobraźnię. Na początku na różne leśne odgłosy reagował nerwowym wzrokiem i odwracaniem się w kierunku hałasu, jednak nie dostrzegał nigdzie żadnego ruchu. Tylko odgłosy. Było bardzo ciemno.

Mimo jego szkolenia, jego wyobraźnia szybko zaczęła brać górę i reagował coraz bardziej impulsywnie. Nagle przypomniał sobie wszystkie opowieści jakie słyszał o nieuważnych wędrowcach w środku lasu, zwłaszcza z udziałem zdradliwych i śmiercionośnych gnilników. Oblał go zimny pot i co chwila wyciągał swoje bronie będąc pewien, że coś zamierza się zaraz na niego rzucić. Ciemność nie pomagała.

Doszedłszy do wniosku, że przeprawa przez las nie jest najlepszym pomysłem, Arizair postanowił zawrócić. Był zmęczony od samego chodzenia po ścieżce w lesie - był oblany zimnym potem, jego oczy nerwowo szukały jakiegokolwiek zagrożenia między drzewami, w gardle czuł ścisk i nadzwyczajną suchość. Nie był przyzwyczajony do ciemności, w której nawet oczy elfa niczego nie widzą.

Nim jednak zdołał wyjść z lasu, znów coś usłyszał. Tym razem jednak był pewien, że nie wydawało mu się. Walka. Odgłosy bójki rozpoznałby zawsze i wszędzie. W miarę jak szedł ścieżką, hałasy były coraz głośniejsze, aż nagle z lasu na drogę wypadł ork upadając na twarz. Typowy przedstawiciel zielonoskórej rasy, tyle że cały szary, jak wszystko w tym miejscu. I cały zakrwawiony.

Stwór nie zdążył jednak wstać, bo z lasu wypadł egzotycznie wyglądający mężczyzna.


Człowiek wyciągnął zza pasa podłużny przedmiot z drewna i metalu. Trzymał go jak małą kuszę samopowtarzalną, jednak to było zdecydowanie coś innego. Mierzył nim w próbującego wstać orka, zaś kiedy nacisnął spust, rozległ się straszny huk i stwór padł z powrotem na ziemię, prawdopodobnie martwy.
Dopiero wtedy mężczyzna dostrzegł Arizaira. Stanął do niego przodem i zamachnął swoim mieczem strzepując z niego krew na ścieżkę.

- Ktoś ty?! - Zakrzyknął.
- Podróżnik. - Stwierdził elf rozkładając ręce, aby wskazać, że nie ma złych zamiarów.
- Gadać umi, tyle dobrze. - Odpowiedział wojownik. Splunął na bok i spojrzał na elfa jeszcze raz. Wskazał mieczem na jego twarz. - Co ci z uszami?
Elf pomacał się po uszach, nie wydawało mu się, żeby zaszła w nich jakaś zmiana.
- Wydają się takie, jak zwykle. - Rzekł po chwili.
- Jakie zwykłe! Zwykłe nie są spiczaste! - Oburzył się wymachując mieczem. Po chwili zaśmiał się. - Ha, widzę żeś czart, jak ten którego właśnie zabiłem! I skończysz tak samo, plugawy pomiocie!

Po tych słowach wystartował biegiem w kierunku elfa trzymając swoje ostrze oburącz. Arizair w międzyczasie wyciągnął swoje bliźniacze kukri i odbył chwilę medytacji, zaś gdy wojownik do niego dobiegł, elf nie dał mu czasu do ataku. Niczym tańcząca mangusta, elf wyprowadził serię szybkich ciosów, które trudno było zliczyć. W szale wywołanym zapachem krwi nie zdążył się opamiętać. Człowiek wkrótce leżał martwy. Nie zdążył zadać nawet jednego ciosu.

Elf uspokoił się ponownie poprzez medytację i zabrał się do sprzątania po całym tym zamieszaniu. Przy wojowniku znalazł miecz, który ten wcześniej trzymał, a także drugi, krótszy przy pasie, oraz dziwną broń którą wcześniej zabił orka. Na szyi miał amulet symbolizujący coś, czego elf nie znał - okrąg z dwoma wężami układającymi się w krzyż.

Elf schował duże ostrze w pochwie w poły płaszcza, gdyż wyglądało na mistrzowską robotę. Po przyglądnięciu się dziwnej broni, Arizairowi udało się zrozumieć zasadę działania. Miał mieszane uczucia co do tego typu wynalazków, ale mogło się to okazać przydatne. Tą broń również schował i zabrał się do przeszukiwania orka, co nie trwało zbyt długo i nie było zbyt owocne, gdyż ork miał przy sobie jedynie to, co można się spodziewać po jego rasie - poszarpaną zbroję, poszczerbiony topór, kilka krótkich oszczepów i małą torbę śmierdzącą od zepsutego mięsa.

Mając to już za sobą, elf pozostawił ciało orka obok ścieżki, a sam zajął się zbieraniem kamieni i kopaniem mogiły dla wojownika. Przynajmniej jemu należał się godny pogrzeb. Zajęło to jednak ponad godzinę. Potem elf otrzepał się z kurzu i ruszył w tym samym kierunku, w którym szedł, zanim napotkał orka i człowieka.
 

Ostatnio edytowane przez Aegon : 06-05-2012 o 15:14.
Aegon jest offline  
Stary 07-05-2012, 08:59   #10
 
Sierak's Avatar
 
Reputacja: 421 Sierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetnySierak jest po prostu świetny
Ruszyli, mimo że wszystko wydawało się być organizowane nieco na szybko, to Siegfried koniec końców zdecydował się wziąć udział w wyprawie, w końcu ubicie smoka z czystego diamentu... Dzięki temu stałby się chodzącą legendą Jaggerwocków. Krieg był nieco za duży na piesze wędrówki po lesie, a rycerz wolał podróżować z pozostałymi niż w przestworzach, tak więc też puścił swojego towarzysza wolno, niech przy okazji wypatruje wszystkiego, co mogło kojarzyć się z celem wędrówki. Monotonię spaceru w mithrilowej płycie przerwał bard, smagając kolejnych uczestników wycieczki bacikiem używanym do poganiania koni.
~ No żesz kurwa mać... Zaraz połamię mu ręce ~ pomyślał patrząc się na delikatne przedramiona półelfa. Co prawda nie czuł uderzeń przez zbroję, ale sam fakt że takie gówno aż tak sobie pozwalało go irytował, pożałował nawet że nie miał Kriega u boku widząc, jak tygrys niziołka odstrasza namolnego natręta warknięciem. W końcu nie wytrzymał...
- Ty... Jeszcze raz, a połamię ci obie nogi... Bo rękami masz grać - warknął do Mazaritha z pod przyłbicy odtrącając go łokciem na bok i dając do zrozumienia, że jeszcze raz a Krieg nie będzie musiał szukać obiadu w lesie. Będąc już w jego temacie ten odleciał na tyle daleko, by zerwaniu uległa ich więź telepatyczna co oznaczać mogło tylko to, że w pobliżu nie ma ani wystarczająco wielkiej zwierzyny, ani cóż... Żadnych wiosek, a przynajmniej takich w których znaleźć można dziewice. Ale nie oszukujmy się, łatwiej trafić już na tego smoka niż na dziewicę w wiosce...

Krieg w istocie powrócił dopiero późnym wieczorem, rycerz postanowił nie wnikać w szczegóły niewielkich cięć na jego cielsku i miał tylko nadzieję, że gdzieś tam nie organizuje się właśnie krucjata antysmokowa. Drużyna przenocować miała na polanie, która niestety okazała się być zajęta przez wielkie coś o kształtach kobiety, tyle że mającej z piętnaście metrów wzrostu, jak nie lepiej. Nawet masywny smok wydawał się być przy niej maleństwem.
- Co jest kur... - Zapytał sam siebie rycerz widząc jak Mazarith zachęca kapłana i zaklinacza do ‘przywitania się’, ci zaś tracąc równowagę upadli na... Portal w ziemi znikając w nim po chwili. Siegfried i Krieg spojrzeli po sobie z lekkim zakłopotaniem i niemym pytaniem, czy nie powinni wrzucić do środka i barda. Kwestia rozwiązała się sama, gdyż jeden z członków drużyny smokobójców złapał Mazaritha za wszarz i wskoczył do środka. Tylko po co on wskakiwał, jak mógł go tam po prostu wepchnąć? Poza tym odkąd to na środku polan pojawia się portal, jak wywnioskowali wszyscy zebrani, nie wspominając już o magicznie powiększonej kobiecie?

Koniec końców Mezzo zdecydował się iść śladami kobiety i dociec, skąd też przyszła. Na polanie został jeno Siegfried, Krieg i elfia łowczyni. Smok rozłożył się mniej więcej na wprost śpiącej królewny, jednak w dystansie pozwalającym mu na manewr w razie nagłego jej przebudzenia i niezbyt przyjaznego nastawienia. Rycerz zdejmując przyłbicę usiadł koło towarzysza opierając się plecami o jego bok, który nie był aż tak bogaty w kościane kolce jak reszta ciała i zapraszającym gestem ręki wskazał na Mirith, proponując miejsce obok siebie.
- Póki co nie ma co kombinować, a ktoś musi zostać pilnować tyłów dopóki Mezzo nie wróci, a reszta - wskazał kciukiem dziurę w ziemi - nie wylezie z tego cholerstwa. Zapraszam obok mnie, drewnem też bym się nie przejmował, jak sprawy nam się... Unormują, wyrwiemy kilka drzew i obrobimy pod palenisko. Krieg, naprawdę nie dasz rady określić co to za magia... Cokolwiek? Zawsze miałeś sporo do powiedzenia w takich kwestiach...?
 
__________________
- Alas, that won't be POSSIBLE. My father is DEAD.
- Oh... Sorry about that...
- I killed HIM :3!
Sierak jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:31.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166