Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Rekrutacje do sesji RPG > Archiwum rekrutacji
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Archiwum rekrutacji Wszelkie rekrutacje, które zostały zakończone.


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-01-2013, 00:48   #1
 
Sierak's Avatar
 
[D&D ed. 3.5] Miasto Pajęczej Królowej: Snucie Sieci

[Miasto Pajęczej Królowej]


“Lolth zamilkła.
Codziennie o północy kapłanki w mrokach ślą błagania do Pajęczych Otchłani, ale nie otrzymują odpowiedzi. Nie zyskują czarów. Nie otrzymują zapewnień, że Lolth ich nie opuściła, że wciąż nad nimi czuwa, a nawet że nadal żyje.
Wiele kapłanek nie porzuca wiary. Wydaje im się całkowicie logiczne i oczywiste, że Lolth być może w ten sposób je sprawdza; że wycofała się, ukryła i obserwuje, czy wyznawcy pozostali jej wierni. W większości drowich miast życie toczy się tak jak zwykle. Jednakże nie we wszystkich.”


[Rozdział 1: Snucie Sieci]

Dzień 0., godzina 11:00 - Wodospady Sztyletu

Wieść o niespodziewanych atakach mrocznych elfów na Dolinę Sztyletu rozeszła się po okolicach niczym ponure widmo. W ataku ucierpiało wiele postronnych rodzin, gdyż najazd najwidoczniej nie miał na celu niczego więcej, jak bezsensownej rzezi. Niedobitki wspominały o towarzyszących drowom nieumarłych żołnierzach, jednak większość z ocalałych nie była w kondycji psychicznej, by wracać wspomnieniami do tych traumatycznych wydarzeń. Pobliskie wioski ogłosiły alarm, zwracając się do większych miast o pomoc, te zaś posłały po swoich lokalnych bohaterów i renomowanych poszukiwaczy przygód. Każde wezwanie, czy to gońcem, czy poprzez związanie dzięki potężnej magii, kończyło się na poleceniu udania się do Wodospadów Sztyletu i skontaktowaniu się z burmistrzem miasteczka - Randalem Mornem.

Wodospady Sztyletu były niewielką wioską założoną na obrzeżach Doliny Sztyletu, do niedawna jeszcze cierpiącą pod jarzmem żelaznych rządów Zhentarimów. Z racji, że większość mieszkańców jeszcze dobrze pamiętała walkę o wyzwolenie, każdy bez wyjątku niezwykle cenił sobie świeżo wywalczoną wolność i zagrożenie najazdu drowów traktował bardzo poważnie.

Bodwyn rzuca Wiedza (geografia) ST 15: 20 + 8 = 28 (sukces)
Mirra rzuca Wiedza (geografia) ST 15: 3 + 7 = 10 (porażka)
Surreal rzuca Wiedza (lokalna) ST 15: 15 + 9 = 24 (sukces)

Bodwyn, jako że sam pochodził z Dolin i Surreal, która z racji profesji musiała mieć jakieś podłoże informacyjne, wiedzieli o wiosce odrobinę więcej z opowiadań, całkiem dobrze zdając sobie sprawę że po dziś dzień mieści się tam posterunek Wojowników Wolności, kluczowej dla tego regionu formacji, dzięki której udało się wypchnąć stąd Zhentarimów. Wiedzieli również, że w ograniczonym zakresie będą mogli tutaj zaopatrzyć się i potraktować Wodospady Sztyletu jako niewielką bazę wypadową na najbliższe okolice.

Każdy z przyjezdnych otrzymał w ten lub inny sposób wezwanie do siedziby Randala Morna, władcy Doliny Sztyletu. Regionem tym rządził już od około czterech lat, zaś pod jego przywództwem naprawiono większość szkód powstałych w trakcie trwającej dziesięciolecia okupacji Zhentów. Mieszkańcom znów dobrze się wiedzie, zaś opowieść o heroicznym udziale Randala Morna w walce z okupantami jest znana w całych Dolinach.
Polecając stawić się przed ratuszem o godzinie jedenastej, sam wyszedł podróżnikom na spotkanie. Mężczyzna nie bawił się w ceremoniały charakterystyczne dla tych będących wyżej w drabinie socjalnej, po szybkim przywitaniu się zaprowadził szóstkę znanych w Dolinach lub poza nimi osobistości do swojego gabinetu, gdzie też usadził ich na krzesłach. W pomieszczeniu najbardziej rzucały się w oczy regały z książkami, które zajmowały większą powierzchnię ścian, Morn usiadłszy w fotelu zawołał służbę o napoje dla siebie i przyjezdnych.

- Przede wszystkim dziękuję wam, że przybyliście tak szybko - zaczął - część z was znana jest powszechnie w Dolinach, inni zostali tu przysłani z polecenia. Jak już pewnie wiecie, mamy tutaj problemy z drowami, bez urazy dla Pana Felethrena - przerwał na moment, spoglądając na jedynego w towarzystwie mrocznego elfa - otóż siedem dni temu banda drowów złupiła kilka obejść i gospodarstw położonych około piętnastu kilometrów na południe stąd. Zginęli ludzie. Napastnicy spowodowali też duże szkody. Lokalna milicja doszła śladami bandy w pobliże krypt znajdujących się na zachodnim krańcu Wzgórz Sztyletu. Według pogłosek kryją one wejście do Podmroku - tutaj zrobił dłuższą pauzę i pociągnął solidnie z kubka przyniesionego przez służbę. Jego mina była bardzo poważna, zaś twarz zdradzała kilkudniowy brak snu.
- Trzy noce temu drowi łupieżcy powrócili i spowodowali jeszcze większe zniszczenia. Moim zdaniem nadszedł czas, by sprawą zajęli się doświadczeni i utalentowani poszukiwacze przygód. Ktoś musi wszak położyć kres tym napadom! Przez setki lat nie mieliśmy w Dolinie Sztyletu problemów z mrocznymi elfami i nie wiem, co skłoniło je do ataków. Bardzo mnie to niepokoi. Pomożecie mi rozwiązać tę zagadkę?

Bodwyn, Surreal +250 PD
 
__________________
- Alas, that won't be POSSIBLE. My father is DEAD.
- Oh... Sorry about that...
- I killed HIM :3!

Ostatnio edytowane przez Sierak : 03-01-2013 o 08:05.
Sierak jest offline  
Stary 04-01-2013, 21:50   #2
 
daamian87's Avatar
 
Bezlitosne słońce w dzień, przenikliwy chłód nocą. Warunki uniemożliwiające egzystencję większości form życia w Krainach. Piach. Wszechobecny piach. Dostawał się dosłownie wszędzie. Potrafił odnaleźć każdą, nawet najmniejszą szparę i wejść w nią, obcierając skórę do krwi. Morze piachu. Bezkresne. Nie dające nadziei. Wszędzie.


Krasnolud przemierzał kolejne wydmy za każdym razem mając nadzieję, że to za tą na którą właśnie się wspina dostrzeże kres piasków. Niestety. Kolejny raz była to złudna nadzieja. Gdyby nie przygotowany do drogi ekwipunek, zapewne zmarłby już dawno temu. On i jego kuc.

Wymarła pustynia. Żar lejący się z nieba. Brak życia w promieniu setek kilometrów. A raczej iluzoryczny brak życia. Wielkie Morze Piasku zamieszkiwali przecież liczne plemiona Beduinów, można tam było spotkać zdegenerowanych D'tarigów. Gdzieś tam było Thultanthar, od którego lepiej było trzymać się daleko. Brodacz podążał jednak w swoim kierunku, nie przejmując się mieszkańcami pustyni.

W końcu piach ustąpił miejsca twardszemu terenowi. W oddali majaczyły drzewa obiecujące cień i chłód. Brodacz nie przyśpieszył jednak, szedł swoim równym, niemal żołnierskim krokiem w kierunku drzew trzymając za uzdę swojego kuca. Nie przyśpieszył.

Zanurzenie w cień było jak wybawienie od piekielnych tortur. Słońce przestało atakować skórę. Piach przestał wciskać się we wszystkie możliwe miejsca. Bukłaki z wodą nie były gorące. Można było w spokoju usiąść pod drzewem i odpocząć. Kuc mógł spróbować zielonej, świeżej trawy. Cień był wybawieniem dla wędrowca, który przechodził przez piaski pustyni.

Kolejne dni podróży. Kolejne przebyte kilometry. Wszystko w największym spokoju. Zupełnie tak, jakby krasnolud opuścił Krainy i znajdował się w innym świecie, gdzie na podróżnych nie polują dzikie zwierzęta, gdzie gobliny, orki czy inne plugawe stwory nie chcą dobrać się do nieswoich sakiewek i broni. Zupełnie tak, jakby czuły, że ten wędrowiec zmierza tam, gdzie będą dokonywały się czyny ważne dla całych Krain.

Zbocze opadało coraz stromiej w kierunku doliny. W oddali, odbijając refleksy świetlne, leniwie pełzła rzeka Tesh. Kierowała się z gór ku wschodowi. Niedaleko niej znajdował się cel podróży brodatego podróżnika - Wodospady Sztyletu. Dalej na wschód wzrok wojownika dostrzegał ogromne tereny zajęte przez puszczę Cormathoru. Rudobrody cmoknął na kuca i ruszył w dół zbocza, kierując się do miasta.

Krasnolud zbliżał się do szumiącego już z oddali wodospadu. Powietrze dzięki rzecznej bryzie było orzeźwiające i miłe, szczególnie po podróży przez nieprzychylną pustynię. Zatrzymał się na moment, by kuc mógł napić się świeżej wody. Popatrzy do góry, przyglądając się wysokiemu wodospadowi. Widok zapierał dech w piersi. Woda opadała na kamienie, rozpryskując się w powietrze. Czysta jak łza woda kusiła. Łąki, polany i małe, kamieniste plaże tworzyły sielski widok. Człowiek chciałby zbudować tam dom i żyć spokojnie, ciesząc oczy wspaniałym widokiem.


Nie wszyscy byli jednak ludźmi. Krasnolud po prostu odwrócił się na pięcie, gdy jego kuc napił się, i ruszył dalej w stronę miasta. Jemu nie wystarczała woda, pragnął poczuć w gardle smak dawno niespożywanego, złocistego i pienistego piwa.



Ratusz - Wodospady Sztyletu. Godzina 10:58

Brodacz stał w umówionym miejscu, oczekując na spotkanie ze zleceniodawcą. W mieście widział kilka znajomych twarzy, spotkał też kilka osób z którymi dane mu było przeżyć mniejsze bądź większe przygody. Teraz stał jednak samotnie. Niski, acz bardzo masywnie zbudowany krasnolud przyciągał zaciekawione spojrzenia. Na jego plecach widać było dużych rozmiarów urgosh z podwójnym ostrzem. Już na pierwszy rzut oka można było określić go jako bardzo ciężką i nieporęczną broń. Brodaty wojownik był jednak w stanie wyczyniać nią prawdziwe cuda.

Ogolona na łyso głowa, jeśli nie licząc wysokiego, rudego irokeza znajdującego się na jej czubku, była naznaczona licznymi tatuażami. Rozchodziły się one na całe niemal ciało, obejmując dumnie wypiętą pierś i wyrzeźbione w niezliczonych walkach i treningach ręce. Broda, jak u każdego brodacza, była starannie przycięta i zadbana. Aby nie przeszkadzała w walce, spleciona była w większe bądź mniejsze warkocze, zakończone krasnoludzkimi zdobieniami. Krasnolud z reguły nie zdejmował swojej płytowej zbroi, tym razem jednak uznał że nie musi mieć na sobie swojego pancerza, który zostawił w karczmie gdzie nocował. Dzięki temu każdy, kto przyglądał się brodaczowi mógł dostrzec pięknie wykonany pas.

Krasnolud rozglądał się bacznie po okolicy, mrucząc coś od czasu do czasu pod nosem. Stał jednak cierpliwie w umówionym miejscy, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. I doczekał się. Na spotkanie wyszedł im sam władca miasteczka. Bez zbędnych i nielubianych przez brodatego wojaka ceregieli przeszli do wnętrza budynku, gdzie miała nastąpić mniej oficjalna, acz bardziej treściwa część spotkania. Krasnolud sam nalał sobie do największego kufla piwa, nie przepadał bowiem za usługiwaniem. Wypił pierwszy kufel duszkiem, po czym przetarł dłonią usta. Po pierwsze, zawsze sądził że interesy najlepiej robi się przy piwie. Po drugie, nie chciał być nieuprzejmy i odmawiać gospodarzowi.
Gdy gospodarz i zleceniodawca w jednej osobie skończył przedstawiać zaistniałą sytuację, w pokoju zapanowała cisza.
-Sprawa dobrze mi tu nie wygląda. Drowy rzadko na powierzchnię wypełzają, zupełnie jak inne robactwo. Wolą siedzieć schowane pod skałami i dupska stamtąd nie wyściubiać, co mnie osobiście pasuje. Poznałem ci ja kiedyś jednego drowa,to nawet był sympatyczny. Karczmę prowadzi, w Jaskrawych Promieniach. - jako pierwszy przemówił krasnolud.
- Ale nie przyszłem wam tu o tej karczmie gadać. Walka z nimi łatwa nie będzie, a jeśli mamy zbadać co się dzieje to na pewno do niej dojdzie. Nie odpuszczę rozpierdolenia kilku drowich łbów, więc na mnie możesz liczyć. - jak widać krasnolud nie robił sobie wiele z tytułów i kulturalnych zwrotów.
- Pytanie jest proste. Co ofiarujesz nam, o ile ktoś się jeszcze zgłosi, w zamian?- zadał najbardziej nurtujące go pytanie, nalewając sobie kolejny kufel piwa.
 
__________________
"Marzę o cofnięciu czasu. Chciałbym wrócić na pewne rozstaje dróg w swoim życiu, jeszcze raz przeczytać uważnie napisy na drogowskazach i pójść w innym kierunku". - Janusz Leon Wiśniewski
daamian87 jest offline  
Stary 04-01-2013, 22:36   #3
 
Sierak's Avatar
 
Na słowa krasnoluda wzrok Morna mimowolnie powędrował ku jedynemu w towarzystwie mrocznemu elfowi, zastanawiając się czy jego natura nie ujawni się w obliczu oszczerstw dotyczących jego, bądź co bądź, braci.
- Panie Bodvar, jak widzicie Wodospady Sztyletu nie są wielkim miastem, fortuna się u nas nie przelewa, a i ciągle odbudowujemy się po okupacji Zhentów - zaczął, po czym zrobił przerwę pociągając łyk z kubka i licząc coś przez moment w pamięci - mimo wszystko jestem w stanie zapłacić wam od ręki pięć tysięcy sztuk złota, bo staram się nie liczyć życia ludzkiego w pieniądzach.
Morn miał nadzieję, że kwota okaże się wystarczająca za zbadanie sprawy drowiego patrolu, po chwili namysłu dodał jeszcze:
- Oprócz tego postaram się pokryć wszelkie koszty waszego pobytu tutaj, wyżywienia i noclegu, a także w razie potrzeby kapłańskiego leczenia, chociaż w tej kwestii lepiej poinformowana ode mnie będzie Panienka Samira - mówiąc to wskazał na siedzącą w pomieszczeniu kobietę, ta odziana była w dziwny, niepokojący kościany pancerz i nie wyglądała na kogoś, kto mógł upaść pod pierwszym drowim sztyletem.
 
__________________
- Alas, that won't be POSSIBLE. My father is DEAD.
- Oh... Sorry about that...
- I killed HIM :3!
Sierak jest offline  
Stary 06-01-2013, 19:40   #4
 
sheryane's Avatar
 

Piętnaśnie kilometrów na południe od Wodospadów Sztyletu znajdowały się nie tylko obejścia i gospodarstwa przeciętnych mieszkańców. Pośród wszelkich zabudowań wyróżniała się bowiem posiadłość państwa Lariss. Ich rodzinę znano w Dolinach od pokoleń ze wspaniałej sztuki kowalstwa. Tworzyli kunsztowne dzieła - od przedmiotów zwykłych, codziennego użytku po paradne zbroje i bronie, ozdabiane z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Nie było w tym nic z magii, jedynie ciężka praca utalentowanych ludzi. Ich dom był niewielkim, parterowym budynkiem, do którego prowadziła ścieżka, wzdłuż której rosły piękne kwiaty. Widać było, że ktoś włożył w ich hodowlę dużo serca. Na terenie posiadłości znacznie więcej miejsca zajmowała kuźnia. Całkiem na tyłach ogrodu, w cieniu niewielkiego zagajnika zbudowano także rodzinną kryptę.

Dom rodziny Lariss, w którym wychowywała się Samira, zwykle tętnił życiem. Jej wujostwo przyjęło ją z otwartymi ramionami, gdy przybyła z Telflamm i naprawdę czuła się tutaj jak u siebie. Budynek wypełniony był zwykle gwarem i śmiechem, a z pobliskiej kuźni dobiegały odgłosy pracy nad metalem. Tak było jeszcze kilka dni temu. Teraz jednak wszystko zamarło w ciszy, pogrążone w żałobie i przepełnione stratą. Ograbiony dom straszył smutnym widokiem. Dzieła wielu lat skradzione, domostwo splądrowane... Pojedyncza sylwetka przemierzała ogród ku rodzinnej krypcie. Kobieta pchnęła ciężkie, metalowe drzwi, zdobione nazwiskiem wujostwa i weszła do środka, zamykając je za sobą. Przystanęła obok świeżo zamurowanych miejsc, wpatrując się w nie w milczeniu. Powoli wyciągnęła rękę i przesunęła palcami drobne tabliczki oznaczające, kto gdzie leży. Wuj, ciotka, kuzyni, mała kuzynka... Nie oszczędzono nikogo. Gdyby tylko była wtedy w pobliżu, może mogłaby kogoś ocalić.

Opuściła dłoń. Zacisnęła ją w pięść. Drugą ręką chwyciła za święty symbol Tyra spoczywający na jej piersi.
- Waszych mordercom przyniosę sprawiedliwość, dzięki łasce Pana mego. - szepnęła, nie chcąc burzyć martwej ciszy panującej w tym miejscu.
Naturalną koleją rzeczy była śmierć człowieka. Na każdego w końcu miał przyjść czas. Jednak nie rolą pomiotów z Podmroku było decydowanie o tym, kto ma żyć. Istniała magia - potężna magia - która mogła przywrócić życie zamordowanym. Jednak do tego trzeba było mieć środki i odpowiednią moc. A na cóż komuś zwracać życie, jeśli zagrożenie może w każdej chwili powrócić? Samira opuściła niewielkie pomieszczenie i skierowała kroki w stronę domu. Musiała zebrać rzeczy, w końcu miała umówione spotkanie.


Pod ratuszem była punktualnie. Weszła do budynku za burmistrzem i zajęła wskazane jej miejsce. Dopiero wtedy pozwoliła sobie przyjrzeć się dokładniej pozostałym wezwanym. Świadomość towarzystwa Surreal działała na nią kojąco. Skinęła Bodwynowi i Mirrze, mając w pamięci chwile, w których los skrzyżował ich ścieżki. Całej sprawie dobrze wróżyła obecność ludzi, którzy potrafili poradzić sobie w ciężkich sytuacjach, wymagających nie tylko siły, ale i myślenia. Pozostałych nie znała, ale nie miała w zwyczaju oceniać innych z wyglądu. No, może poza drowem. Nie bardzo rozumiała, co przedstawiciel tej rasy ma czelność robić w Ratuszu. Owszem, słyszała o teoretycznie nawróconych i dobrych elfach z Podmroku, ale litości... W takiej sytuacji?

Czcze rozmyślania porzuciła, gdy odezwał się krasnolud. Wyglądał na zaprawionego w bojach i Samira wiedziała już, z kimś przyjdzie jej otwarcie walczyć ramię w ramię. Kiedy burmistrz wskazał na nią, poczuła, że kilka spojrzeń zwróciło się w jej stronę. Kapłanka była odziana w pancerz z kości, który przy każdym jej poruszeniu wydawał niepokojący, chrzęszczący odgłos. Zbroja pasowała na nią idealnie, niczym tworzona na miarę. Przy pasie miała także długi miecz mistrzowskiej roboty. Z tą jedną bronią praktycznie się nie rozstawała. Kobieta nie wyglądała ani na kogoś, kto miałby upaść pod pierwszym drowim sztyletem, ani na kogoś, kto chciałby być w centrum zainteresowania. Można by było nawet nazwać ładną z delikatnym rysem urody i długimi białymi niczym śnieg włosami. Można by było, gdyby nie ciemnobrązowe, niemal czarne oczy, przypominające dwie bezdenne studnie. Na jej piersi spoczywał znak Tyra, który połyskiwał we wpadającym przez okna promieniach słońca.

Poczuła się wezwana do odpowiedzi, więc odezwała się:
- Przypuszczam, że Harndarr, Pan Poranka Lathandera, nie będzie szczędził środków w kwestii posługi kapłańskiej dla osób kładących na szalę tak wiele dla bezpieczeństwa Dolin. - oznajmiła wszystkim.
Głos miała cichy i całkiem miły dla ucha.
- Panie Morn - zwróciła się bezpośrednio do ich zleceniodawcy - Na mnie możecie liczyć. Pozostaje to dla mnie kwestią w zasadzie osobistą, po części też zawodową, więc chętnie zajmę się tą sprawą. Chodzą słuchy, że napastnikom towarzyszyli nieumarli, więc wręcz powinnam wziąć udział w tej wyprawie. - spojrzała ku obecnemu w pomieszczeniu drowowi - Rozumiem, panie Morn, że macie dobry powód, by wysyłać z nami drowa? - przeniosła wzrok na Randala - Oswojony worg to jednak nadal zwierzę i groźny drapieżnik. Niezależnie od tego, jak bardzo Pan Felethren jest zasłużony dla ludzkości - nie ujmuję mu zasług - i jak znaczne są jego zdolności, to jednak nadal drow. A ci, jak chyba powszechnie wiadomo, lubują się w intrygach i spiskach. Nie chciałabym podczas starcia mieć za plecami wroga. Czy ręczycie za niego? A może sam ma coś do powiedzenia w tej kwestii? - spojrzenie ciemnych oczu ponownie spoczęło na mrocznym elfie.
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 07-01-2013, 02:06   #5
 
Avarall's Avatar
 
Bladym świtem wyruszył z Cienistej Doliny, oczywiście przygotowawszy się zawczasu. Udało mu się dogadać z handlarzem, którego celem było dostarczenie towaru na targowisko w Wodospadach Sztyletu. W zamian za ewentualną ochronę wozu z ładunkiem jak i samego kupca miał zapewnioną darmową podróż. Trzeba przyznać, że układ ten okazał się wysoce opłacalny. Droga została przebyta bez zbędnych problemów i postojów. Stąd też wieczorem znalazł się już w docelowym miasteczku. On i jego mała towarzyszka oczywiście, o której nie należy zapominać.

Skoro już znalazł się w tym miejscu i miał jeszcze trochę czasu, czemu nie miałby odwiedzić Czerwonej Skały, o której usłyszał raz czy dwa? Po rozejrzeniu się po miasteczku udał się więc do owego przybytku i spędził tam miły wieczór, głównie rozmawiając z Kesslą czy częstując się winem. Co jak co, ale od doświadczonej Harfiarki, jaką właśnie była, mógł dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na różne tematy. Później, gdy przyjemna atmosfera jeszcze bardziej mu się udzieliła, nie obyło się bez zaprezentowania zebranym choć części jego znakomitych umiejętności muzycznych. A gdy do melodii snutych na harfie dołączył piękny głos Kessli występ stanął na arcywirtuozerskim poziomie.

Czas płynął niezwykle szybko, a bard zaś świadom, że nie przybył tu dla przyjemności, lecz obowiązków postanowił nie zarywać nocki, choć i tak zabawił trochę w Czerwonej Skale. Skierował się do noclegu, gdzie mimo miłej prośby, uśmiechu i dodatkowej monety otrzymał pokój, który z pewnością nie powalał na kolana. Trudno, zdarza się.


***


Na chwilę przed umówionym czasem znalazł się przed ratuszem. Pozwoliło mu to lepiej przyjrzeć się kolejnym zebranym. Co ciekawe, wychodziło na to, że prawie wszyscy, bo oprócz jednej kobiety, byli mu już znani. Oczywiście każdemu przybyłemu skinął głową na powitanie, ale póki co nic więcej. Wszyscy bowiem najwyraźniej czekali na Randala Morna i szczegóły zadania im powierzonego. Tuż obok niego stała jego towarzyszka, mająca około sześćdziesiąt centymetrów wzrostu. Wyglądała na miniaturkę elfa o chaotycznie ułożonych lśniących włosach i delikatnych, kolorowych skrzydełkach wystających z ramion. Swoimi oczami będącymi niczym dwie iskierki z ciekawością przyglądała się wszystkiemu dookoła.

Gdy już zjawił się Morn i zaprosił ich do środka bard oczywiście podążył za nim do gabinetu. Tam zaś zajął miejsce i poczęstował się winem, Mariele natomiast wzniosła się na swoich skrzydełkach i usiadła na jednym z regałów tak, by mieć dobry widok na całe pomieszczenie. Bodwyn ze spokojem wysłuchał słów zarządcy miasteczka rozglądając się w tym czasie po pozostałych zebranych. Obecność Felethrena go lekko niepokoiła. Nie z faktu nieufności, bo miał okazję już go kiedyś poznać i przekonać się, że jest inny od swych braci, lecz z faktu możliwych konfliktów w grupie. Nie ma jednak sensu martwić się na zapas. Jeśli wystąpi jakaś burza z tego powodu, bard na pewno postara się ją rozwiać.

- Naturalnie. Osobiście postaram się pomóc jak tylko potrafię. Zastanawia mnie tylko powód tych ataków. Czy ich działania wynikają z jakiejś konkretnej przyczyny, czy też może po prostu poczuli się tak pewnie? - Skończył z tęgą miną, gładząc się po podbródku. Wysłuchał pytań towarzyszy oraz odpowiedzi na nie. Przewinął się temat pieniądza. Choć może i złoto w tym przypadku nie było dla niego najbardziej istotne, to jednak nie wzgardziłby godziwą zapłatą. Człowiek przecież za coś wyżyć musi, a porządne wyposażenie do najtańszych nie należy. Prócz tego, jak się spodziewał, prędzej czy później musiał paść temat drowa. Bard postanowił odpowiedzieć na pytanie kapłanki.
- Samiro, rozumiem twoje obawy, ale są one jednak zbędne. Poznałem Felethrena, jestem pewien, że nie zawiedzie zaufania. Nie powinniśmy oceniać go tylko ze względu na uprzedzenia. Myślę, że to właśnie jego pochodzenie może się okazać bardzo przydatne w realizacji naszego zadania. Kto inny zna tak dobrze naszego nieprzyjaciela?- Po skończonej wypowiedzi rozejrzał się po pozostałych, po czym sięgnął po kielich wina. Biorąc łyk czerwonego trunku, spojrzał na siedzącą na półce Mariele i puścił dyskretnie w jej stronę oczko, na co ta odpowiedziała uśmiechem.
 

Ostatnio edytowane przez Avarall : 07-01-2013 o 13:29.
Avarall jest offline  
Stary 07-01-2013, 20:46   #6
 
Rahaela's Avatar
 
Wodospady Sztyletu, praktycznie nie zmieniły się nic od poprzedniej wizyty tropicielki. Rzeka przywitała ją radosnym pluskaniem, a powiew wiatru niósł orzeźwiające, drobne kropelki wody chłodzące rozgrzaną skórę po długiej podróży. Przeglądając się odbiciu w wodzie spojrzała w swoje błękitne oczy, a następnie zmarszczyła gniewnie nosek, gdy długie blond włosy roztargał mocniejszy powiew wiatru. Zażenowana zbiła razem wąskie niczym niteczki usteczka razem i zaczęła układać dłońmi włosy. Na koniec spojrzała na swoją podróżną sukienkę, która przylegała do ciała nie zdradzając ukrytego pod nim pancerza. Naśliniła palec delikatnie pozbywając się kilku zabrudzeń, a na koniec poprawiła dłońmi materiał. Takie szybkie ogarnięcie się będzie musiało jej wystarczyć. Nad jej głową przeleciała para ptaszków ćwierkając radośnie zmuszając ją do odwrócenia się w stronę Orlego Gniazda sięgając przy tym myślami ku przeszłości.
- Lathanderze miej w swej pieczy towarzyszy, którzy nie zdołali ujrzeć Twego światła z mroków tuneli. - Wyszeptała wznosząc modlitwę za zmarłych bohaterów. Uśmiechnęła się lekko na pożegnanie szczytom i skierowała swoje kroki ku ratuszowi.

Na miejscu znalazła już czekającego na przybyszów Randala Morna, dla którego wraz z towarzyszami pokonała beholdera. Dziewczyna pośpiesznie wymieniła z nim uprzejmości i weszła do jego gabinetu. Rozpoznała z miejsca uśmiechniętego Bodwyna i jego uroczą towarzyszkę. Następnie jej uwagę zwróciła dziewczyna w dziwnym kościstym pancerzu, w której rozpoznała nagle dawną towarzyszkę. Podniosła powitalnie dłoń ku Samirze, wciąż zastanawiając się co ona takiego ma do diaska na sobie?! Zamyśliła się do tego stopnia, że dopiero ocknęła się, gdy Samira napomniała coś o drowie.

Dziewczyna z przerażeniem uświadomiła sobie, że w pomieszczeniu faktycznie znajdował się mroczny elf, a wszyscy w pomieszczeniu zachowywali się jakby nic, okazując jedynie śladowe ilości zmieszania lub obrzydzenia. Czyżby zauroczył ich jakimś silniejszym zaklęciem? Natychmiast płynnym ruchem sięgnęła po łuk naciągając gotową do wystrzelenia strzałę. Spojrzała kątem oka na Samire, wciąż mówiła przytomnie i z sensem więc nie była pod urokiem drowa. Z drugiej strony nie mogła być pewna co do Bodwyna i reszty.

Wciąż trzymając cięciwę w palcach, walczyła by emocje nie spowodowały drgania palców ze wzburzenia, gdy słyszała argumentacje przyjaciela.
- Nie ma czegoś takiego jak dobry, oswojony drow! To czarcie pomioty, które wymordowały setki moich ziomków w Cormanthor! Od niemowlaka po staruszkę wymordują każdego, bez błysku żalu i współczucia w oczach. Nie chrzań Bodwyn! - Łzy napłynęły do oczu dziewczyny, obrazy zbezczeszczonych ciał przyjaciół i rodziny napływały do umysłu, każda potyczka od dzieciństwa do teraz z tymi upiorami niosła śmierć towarzyszą, którzy często poświęcali się katuszą, by pozostali mogli zbiec. - "To" musi zostać unieszkodliwione! W tej chwili!!
 

Ostatnio edytowane przez Rahaela : 07-01-2013 o 20:52.
Rahaela jest offline  
Stary 08-01-2013, 08:45   #7
 
Sierak's Avatar
 
- Dosyć! - Powiedział w końcu stanowczo Randal Morn, chociaż bliżej temu było do krzyku, jakim nauczyciel prostuje rozkapryszone dzieciaki.
- Mirro, chyba nie masz mnie za kogoś tak głupiego, by ściągać do własnego domu mrocznego elfa, co do którego nie mam całkowitej pewności? Wasza szóstka to osoby dobrze mi znane lub polecone przez moich przyjaciół jako najbardziej odpowiednie do udania się wgłąb krypt Dordrien - powiedział już teraz spokojniej, opierając się o biurko i pociągając z kubka.
- Pan Felethren nie wyznaje Pajęczej Królowej jak większość swoich braci, jest on członkiem społeczności drowiej tancerki Eilistraee, skupiającej wokół siebie uciekinierów z Podmroku i tych, którzy z różnych powodów nie chcieli kontynuować dość... Niepewnego życia pod reżimem matriarchatu. Ów społeczność nie tylko okazjonalnie wspiera lokalne komórki Harfiarzy, ale i również ona poleciła mi naszego czarnoskórego przyjaciela. Jeżeli cię to ostatecznie uspokoi to wiedz, że dla niego powrót do Podmroku jest niczym wyrok śmierci, mroczne elfy bardzo mocno cenią sobie swoje powiązania z Lolth i są dość... Wyczulone na tle religijnym - Morn pociągnął kolejny łyk, jednocześnie wstając i sytuując się między łukiem łowczyni, a drowim arkanistą.
- Ostatecznie zaś, czyż sławny Drizzt Do'Urden nie dzieli z Panem Felethrenem dokładnie tej samej historii renegata? Poza tym kim my jesteśmy, by móc sprawować sądy nad istotami chcącymi żyć wśród nas? Może właśnie odpowiedziałaś nam, dlaczego tak niewiele mrocznych elfów decyduje się na życie w potępieniu za czyny swoich braci tutaj, na powierzchni? - Morn szybko odsłonił się jako ktoś więcej, niż burmistrz małej wioski na skraju puszcz Cormathoru. Oto przed poszukiwaczami przygód stał ktoś, kto pomógł wypchnąć z tego regionu Zhentarimów, Randal Morn który wiedział dużo więcej, niż przeciętny człowiek i którego znajomości nie kończyły się na emerytowanej właścicielce Czerwonej Skały. W końcu zaś, Randal Morn który potrafił przemawiać i docierać do swoich rozmówców rozmową, nie tylko zimnym, stalowym ostrzem.
- Jeżeli moje argumenty cię nie przekonują Mirro, dla twojej pewności mogę zawezwać tutaj Harndarra Oryna, Pana Poranka Lathandera rezydującego w miejscowej świątyni, przypuszczam że jego magia rozwieje wszelkie wątpliwości, rzecz jasna o ile Pan Felethren nie ma nic przeciwko lub ma coś do dodania w celu przełamania różnic rasowych?
 
__________________
- Alas, that won't be POSSIBLE. My father is DEAD.
- Oh... Sorry about that...
- I killed HIM :3!
Sierak jest offline  
Stary 08-01-2013, 20:51   #8
 
Barthirin's Avatar
 
Droga z Meznozberranzan zajęła Felethrenowi sporo czasu, jednak nie narzekał. W rodzinnym mieście musiał się ukrywać, wieść życie anonimowego najemnika. Ale w Podmroku czuł się swobodnie. Mógł iść którędy chciał i gdzie chciał. Żadna kobieta, ani żaden nóż nie ograniczał jego swobody. Podobnie było na powierzchni, ale to słońce!

Zmrużył oczy, gdy jego twarz skąpała się w świetle płynącej po niebie ognistej kuli. Miał nadzieję, że nie wezwano go na przyjacielską pogawędkę (na którą miałby nawet ochotę, po długim czasie spędzonym pod ziemią), ale w jakiejś bardziej pilnej sprawie.

- Mogli umówić spotkanie po zachodzie... - mruknął do siebie, gdy jego oczy przywykły już do jasności.

W dolinie było pięknie. W tej chwili zaklinacz nie żałował wyjścia z Podmroku. Ból spowodowany słońcem był niczym w porównaniu do tych pięknych widoków. Uszy Felethrena rejestrowały obce sobie dźwięki, a nos wdychał rześkie i pachnące powietrze. Dziwne, dlaczego drowy tak bardzo nienawidziły czegoś tak wspaniałego? Każde stworzenie żyjące w świecie Nad miało tu swoje miejsce i nie czuło się niczym skrępowane. Tutaj liczyło się coś więcej, niż prymitywne "przeżyć".


***

Z trudem odnalazł kwaterę burmistrza. Wszystkie budynki wyglądały tak samo! Na szczęście zauważył znajomego barda Bodwyna, który również miał wziąć udział w spotkaniu. Śledząc go Felethren dotarł w końcu do miejsca spotkania. Przed wejściem zmierzwił krótkie, białe włosy i poprawił szatę. Wszedł delikatnie i cicho, jakby przemykał się obok leża bazyliszka.

I wtedy zobaczył kobiety. Brzydkie i nieposiadające gracji, którą tak kochał w Eilistraee. Nie dał po sobie poznać, że jest zniesmaczony. Zamierzał grać jak z wysokimi kapłankami Lolth. Usiadł na krześle obok Bodwyna i wlepił zaciekawione spojrzenie w kobietę w zbroi, wykrzywiając usta w paskudny uśmiech.

Randal Morn wymienił imię Felethrena toteż elf zmuszony był odwrócić spojrzenie i skinąć mu głową. Do tego momentu wszyscy zdawali się ignorować jego obecność. Jednak po chwili wybuchło nie lada zamieszanie. Kapłanka w zbroi wysepleniła kilka niezrozumiałych dla drowa słów, które i tak by zignorował, ale porównanie go do dzikiego zwierza było już przesadą.

- Zrobiłaś tę zbroję - wypalił wskazując na pancerz kobiety - z kości pokonanych drowów, czy może nabyłaś u wędrownego kupca?

Parszywy uśmiech znów zakwitł na twarzy zaklinacza, jednak chwilę później został zastąpiony przez komiczną parodię przerażenia, gdy kolejna blada kobieta wycelowała swój łuk w Felethrena.

- Panie Morn, czy byłby pan łaskaw trzymać, jak wy tam je nazywacie... pieski na smyczy? "To" ma imię - zwrócił się do łuczniczki - miło mi, Felethren.

Już chciał rzucić jakąś obelgą w nerwuskę, ale przerwał mu krzyk Morna.

- Ma pan rację, panie Morn - Felethren natychmiast spoważniał. - Nie chcę konfliktów, nie po to wlokłem tu swój tyłek. Kapłańskich hojdów-bojdów również chciałbym uniknąć.

Oparł się na krześle i splótł ręce na piersi, czując się urażony tak niemiłym powitaniem ze strony ludzi, którzy go nawet nie znali. Był za to wdzięczny Randalowi Mornowi i Bodwynowi za to, że nie kierowali się stereotypami. Ale to w końcu mężczyźni...
 
__________________
Ash nazg durbatuluk,
Ash nazg gimbatul,
Ash nazg thrakatuluk,
Agh burzum-ishi krimpatul!
Barthirin jest offline  
Stary 09-01-2013, 00:14   #9
 
sheryane's Avatar
 
Samira drgnęła lekko na wybuch Mirry. W zasadzie uważała go za całkiem uzasadniony w sytuacji łowczyni. W duchu ucieszyła się, że jasnowłosa idzie z nimi. Była towarzyszką, którą każdy chciałby mieć za plecami.

Wysłuchała w spokoju Morna i podniosła się z krzesła. Ruchowi towarzyszył chrzęst ocierających się o siebie kościanych elementów. Na ile mogła delikatnie i powoli oparła dłoń na ramieniu Mirry.
- Myślę, że pan Morn ma trochę racji. Rozumiem twoje obawy. Podzielam je nawet. Jeśli ma iść z nami... - zawahała się, chcąc wspomnieć o 'piesku rozpłodowym suk z Podmroku', ale zmitygowała się, wiedząc, że nie ma sensu ciągnąć kłótni z kimś o - najwyraźniej - wybujałym ego - ... możemy jedynie zrezygnować. Ale czy chcesz odpuścić mrocznym elfom zamierzchłe dzieje? Musimy zaufać Bodwynowi i panu Mornowi. Tamtemu nie musimy.

Wszelkie słowa drowa zignorowała. Kompletnie. Jakby zupełnie go nie słyszała.
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 09-01-2013, 19:11   #10
 
Puzzelini's Avatar
 
Posiadłość Lariss
Wcześniej.

Tego wieczoru dom wujostwa Surreal i Samiry pogrążony był w smutnej ciszy. Opustoszały, ograbiony, pozostawiony na pastwę czasu i losu. Kapłanka weszła do pokoju, który zajmowała przez ostatnie lata. Pomieszczenie okrywał półmrok rozświetlony przez pojedynczą świecę. Wyszła tylko na chwilę, ale miała wrażenie, że coś się zmieniło. Wtedy dostrzegła na stole kartę, której wcześniej na pewno tam nie było. Podeszła bliżej i wzięła arkusik do ręki. Chwiejny blask świecy padł na króciutką wiadomość, starannie zapisaną równym, niemal kaligraficznym, pismem:

Jestem w mieście. Tęskniłaś?

Samira przez moment nie wiedziała, jak zareagować. To nie mogła być prawda, nie teraz. Byłoby zbyt pięknie... I wtedy uświadomiła sobie, co naprawdę zmieniło się w pokoju. Nie była w nim sama. Trudno powiedzieć, co nakierowało ją na taki wniosek. Może było to wspomnienie podobnych sytuacji z lat dziecięcych? Może ulotny zapach, tak dobrze jej znany? Może po prostu zwykła siostrzana więź?

- Surreal... Wiem, że tu jesteś. Zawsze wiedziałam, że jesteś. Wyjdź do mnie. - powiedziała cicho z tak ciepłą nutą w głosie, jakiej od dawna już nikt u niej nie słyszał. Jednocześnie jej usta ułożyły się delikatny uśmiech, tak rzadko ostatnio widywany, że niemal zapomniany.

- Do dziś nie rozgryzłam jak ty to robisz... Ale twa mina nadrabia straty. - mruknęła jej ciemność czułym tonem, a zaraz z jej objęć wyłoniła się postać, kobieca, tak bardzo znajoma. Nie było słychać jej kroków, a sprawnością dorównywała panterze. Dwa pociągłe tatuaże, niczym igły zaostrzone po obydwóch końcach zdobiły jej buzię, co nadawało siostrze zupełnie innego wyglądu. Jakie robiły wrażenie? To już każdy sam sobie określał, ale osadzone w tej twarzy jasne, błyszczące oczy śmiały się do Samiry.
- Witaj STARSZA siostrzyczko - powiedziała, z lubością powołując się na żart z przed lat i wypominanie. Przytuliła kapłankę... a właściwie to ta drobna postura wkleiła się w zawsze bezpieczne ramiona jasnowłosej dziewczyny. Jakiś cień naraz przebiegł w oczach Surreal.
- Widzę, że w domu wiele się zmieniło ... - ni to stwierdziła, ni to zapytała.

Surreal zmieniła się od ich ostatniego spotkania. Zresztą Samira też nie wyglądała jak dawniej. Kościany pancerz spoczywał na stojaku obok. Przytulona siostra czuła wyraźnie zarysowane mięśnie i prężną sylwetkę kapłanki. Na stary żart jej usta ponownie przełamały wąską linię, układając się w uśmiech.
- Tak. Tego domu w zasadzie już nie ma. Wymordowali wszystkich... Przeklęte psy podziemi. - choć jej oczy pozostały bez wyrazu, w głosie zabrzmiała nuta straty i bólu. Małomówna zwykle Samira opowiedziała siostrze wszystko, co dotyczyło ich rodziny, malując przed nią obraz walki.

- Nie ma już Lariss w Dolinach, Surreal. - dodała ciszej - Zmieniłaś się. - stwierdziła całkiem naturalnie, odgarniając niesforny kosmym czarnych włosów za ucho siostry - Ale jesteś śliczna, jak byłaś... Co cię tu przygnało? Tylko chęć odwiedzenia rodziny? - zapytała spokojnie, ciesząc się bliskością Surreal, której tak dawno nie widziała.

Twarz zabójczyni nie wyrażała żadnych uczuć gdy siostra streszczała jej przebieg wypadków. Przyjmowała to ze stoickim spokojem, miała niewzruszone serce, była nieczuła - tak mógł by określić ją ktoś, kto nie znał jej wcale. Ale Samira wiedziała lepiej. Teraz obie odczuwały to samo, nawet jeśli zabójczyni nie spędziła tyle czasu z tą rodziną co jej siostra.

Nagła zmiana tematu jaką podjęła blondynka sprawiła, że młodsza z nich skupiła się na czymś innym, a nacisk zębów na siebie zelżał w jej szczęce. Uśmiechnęła się znów lekko na komentarz o nowym wyglądzie i wtuliła twarz w dłoń która odsuwała kosmyk, ale ten uśmiech zastąpiło zaraz skrzywienie warg, a i szerzej otworzyła zmrużone od przyjemności oczy.
- Mam tu pewne zadanie do wykonania, wzięłam je z chęcią, bo i się stęskniłam bardzo za Tobą. - odpowiedziała niby lekko, choć owszem, czułość jeszcze brzmiała w jej słowach, ale co do tych pierwszych, to raczej była stal. - A wiesz, poza tym to wszystko się bardzo dobrze składa ... - głos Surreal stał się mroczniejszy i zimny. Poczuła w sobie zew krwi i głód duszy. - Nawet lepiej niż się spodziewałam...


Wodospady Sztyletu

Surreal nie została wezwana. To chyba była kluczowa partia tego wszystkiego. Pojawiła się sama. Znikąd, jak gdyby ktoś wołał do bogów o pomoc i zjawiła się ona. Ale jak to zwykle bywa, nie wiadomo było kogo reprezentuje. Sama niewiele wyjawiała, chyba że musiała i pozostawało w większości wierzyć jej “na śliczne oczy”, bo i tylko to było widoczne z pod czarnej maski.
Ona nazywała to zbiegiem okoliczności, który ułatwił jej zadanie, ponieważ umowa którą zawarła któregoś z poprzednich dni była z korzyściami dla ich obojga ...
Ale karty nieoczekiwanie zmieniły swe wartości. Po rozmowie z Samirą mogła by zrobić to nawet za darmo, ale ów gość ... po raz kolejny ... nie musiał o tym wiedzieć.

Nie miała zbyt dobrego humoru. Zdecydowanie wolała wieczory i noce. Teraz nawet starała się nie spoglądać w kierunku okna. Słuchała co mówił Morn, słuchała słów przybyłych i każdego z osobna zaszczyciła szacującym spojrzeniem. Trzymała się raczej na uboczu grupy, ale rejestrowała wszystko. Każda informacja była cenna. Każde ciekawe spostrzeżenie - zapisane w pamięci.

Poczuła dumę z siostry gdy ich pracodawca wskazał Samirę. Jej oczy zwęziły się gdy pod maseczką wykwitł niewidoczny dla nikogo uśmiech.Po raz kolejny nie mogła uwierzyć cóż się z nią stało. Ekwipunek blondynki był ... zupełnie niepasujący do tego mola książkowego jakim ją pamiętała.

Nie znała nikogo w tej grupie. Prócz siostry, ale to chyba oczywiste. Z rozbawieniem przyglądała się gwałtownej reakcji innej jasnowłosej kobiety. Niemal z kpiną pomyślała sobie jak mogła by być łatwym celem, skoro dopiero teraz orientuje się któż jest w pokoju! Nigdy nie klasyfikowała ludzi, elfów czy innych stworzeń, więc i obecność Felethrena nie nawoływała do mordowania go tak od razu... dopóki nie zrobi zamachu w kierunku jej siostry, mimo że i ta zapewne nie pozwoliła by sobie w kaszę pluć.
Po niezbyt miłych dla jej ucha słowach wymierzonych ku Samirze, jak i obleśnemu paluchowi ... na moment dosłownie chęć wbicia mu w plecy sztyletu zalśniła w jej spojrzeniu, albo ucięcia mu tego palca ... ale opanowała się. Nie czas na to. Może kiedyś.

Czujne więc siedziała na oparciu krzesła, które stało w kącie pod ścianą. Jej długie, czarne włosy spływały po ramionach i czarnym, jak by ... skórzanym, długim za pupę golfie, który zamiast kończyć się na szyi - tam też był o wiele dłuższy i zachodził aż na jej buzię, chowając pół twarzy. Szeroki kaptur od tej “bluzy” miała zaciągnięty, by choć cień padał na oczy i przynosił ulgę - a te ostatnie zaś uważnie śledziły ruchy zebranych.
Palce dłoni były splecione ze sobą, ukryte w lekko rozszerzanych rękawach. Przedramiona opierała na kolanach. Nogi jej były obleczone szarawym materiałem spodni, a na łydkach i stopach zaciskały się wysokie kozaki na delikatnej, płaskiej podeszwie i to właśnie przy butach była widoczna jedyna broń. Dwa sztylety w zwykłych, nieoznaczonych, lecz dobrej jakości pochwach.

Nie poruszała się znacząco. Podobało jej się to, że nikt nie zwracał zbytnio na nią uwagi. Dzięki temu mogła swobodnie obserwować.
 
__________________
Marihuana to jedyna trawa, która może skosić ogrodnika ;]

Ostatnio edytowane przez Puzzelini : 09-01-2013 o 19:14.
Puzzelini jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:26.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168