Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Rekrutacje do sesji RPG > Archiwum rekrutacji
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum rekrutacji Wszelkie rekrutacje, które zostały zakończone.


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-03-2007, 14:40   #1
 
Tahu-tahu's Avatar
 
Reputacja: 17 Tahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znany
[autorska] Odskrzydlenie

W królestwie Hadrancji przez długie lata panował pokój i szczęście. Król Dantor III, pochodzący z długo i sprawiedliwie panującej dynastii Kasparrów ożenił się młodo z pochodzącą z sąsiedniego księstwa Glittaryngii hrabianką -czarodziejką, Quessią. W Glitaryngii zresztą wszystko zdawało się być magiczne... to maleńkie państewko było słynne na cały świat ze swoich magów, astrologów i zaczarowanych przedmiotów. Na każdym szanującym się dworze było przynajmniej kilku glitaryndzkich mędrców a ich zdanie częstokroć kształtowało losy całych narodów.

W kilka lat po ślubie - upłynęły one szczęsliwie i beztrosko - narodziła się mała królewska dziewczynka, nazwana po babce Ciatynne. Rozpieszczana przez wszystkich, obdarowywana zarówno przez swoją królewską rodzinę jak i magów z Glitaryngii dziewczynka rosła... po to, by w wieku sześciu lat stracić matkę.

Król na długie miesiące pogrążył się w czarnej rozpaczy, nie chciał widzieć nikogo, prawie zapomniał o córeczce... jedyną opieką dla niej była stara Harretta, która była jeszcze piastunką jej matki. Trwało to ponad dwa lata. Łagodność królewny i czas zrobiły swoje - król powrócił do zmysłów i zajął się tak rodziną, jak i państwem.
Po kilku kolejnych latach ożenił się ponownie - małżeństwo z córką panującego w Glitaryngii Franmira przypieczętowało przymierze wcześniej nadwyrężone przez ślub z Quessią, która do panującej rodziny nie należała. Piękna Sab została królową Hadrancji, ale nie zajęła miejsca w sercu jej władcy. Okazała się troskliwą żoną, dobrą panią i starała się zastąpić maleńkiej Ciatynne utraconą matkę - po kilku latach urodziła królowi drugą córkę.
Tak jak wcześnie Ciatynne otworzyła serce króla na świat, tak teraz nowo narodzona Marla Selene otworzyła je na nową żonę władcy. Wszystko zdawało się układać szczęśliwie...

Kilka miesięcy temu wśród pospólstwa zaczęły szerzyć się plotki o klątwie ciążącej na księżniczce Ciatynne - podobno przekleństwo na niej ciążące zabija każdego mężczyznę który spojrzy na nią po zachodzie słońca... niektórzy mówili też o zamianie w posąg, a tych w pałacu miało stać już tysiące. Inni wspominali raczej o przemianie w sowę... albo jastrzębia... mysz?
Cokolwiek by to nie było, księżniczka z pewnością była przeklęta. Z jakiego innego powodu do zamku potajemnie ciągnęły procesje magów, mędrców i wróżbitów? I dlaczego król nie ogłosił jeszcze jej zaręczyn? Ciatynne miała już siedemnaście lat - jeszcze kilka i nie będzie mogła wyjść za mąż już nigdy.

***

BAŚŃ

Od razu zaznaczam - to moja pierwsza sesja i proszę o wysączenie ze swoich komentarzy całego jadu przed ich wpisaniem. Rzeczowa krytyka mile widziana.

Teraz do rzeczy:

- sesja będzie opowiadaniem, z założenia na dwie osoby - bez mechaniki, statystyk i rzutów
- potrzebuję jednego śmiałka który rozwiąże problemy królewskiej rodziny po to, aby na koniec otrzymać standardową nagrodę (więc - postać męska )
- postać powinna być rycerska, dobra, w miarę odważna (wskazywałabym też na niskie pochodzenie, ale niekoniecznie)
- magia w tej baśni raczej nie jest przeznaczona dla 'szaraczków' i jest właśnie baśniowa - jakieś zaczarowane pierścienie, transmutacje, wróżby, sny
- o zgłaszanie się proszę osoby, które mają czas pisać codziennie - i to naprawdę codziennie. Oczywiście wyjazdy są dozwolone i usprawiedliwione (też wyjeżdżam czasem)
- termin : tydzień (do 23 marca)

Postacie:
- na PW
- krótki opis wyglądu
- historia, pochodzenie, obecna sytuacja
- umiejętności, zainteresowania
- marzenia, aspiracje

Tyle (chyba)
 
__________________
"All that we see or seem is but a dream within a dream." E.A.Poe
Odskrzydlenie.
Tahu-tahu jest offline  
Stary 16-03-2007, 23:08   #2
Cep
Banned
 
Reputacja: 0 Cep nie jest za bardzo znany
Każda legenda ma swój początek...

Wygląd bohatera:

Wysoki, szczupły, przystojny młodzian o bujnej grzywie kasztanowych włosów związanych na karku w końską kitę. Wiele wioskowych niewiast oczarowało przenikliwe spojrzenie jego zielonych oczu i nieskazitelnie biały uśmiech nieadekwatny do człowieka jego stanu. Jego głos ma miłą, ciepłą, urzekającą głębią barwę.

Historia bohatera:

Bayard urodził się w chłopskiej rodzinie, w osadzie tak małej i nieistotnej, że nie nadano jej nazwy, leżącej gdzieś na prowincjach królestwa Hadrancji. Ojciec jego, zwany Borthem, posiadał największą hodowlę wieprzów pośród okolicznej ludności. Było to powodem jego wielkiej dumy i wysokiej pozycji w osadzie, jak i tradycją rodzinną kultywowaną od wielu pokoleń. Wraz z żoną, (na imię było jej Harla) uroczą aczkolwiek mocno stanowczą niewiastą 'przy kości' mieli trójkę dzieci. Bayard był ich pierworodnym synem i jako takiemu przysługiwały wszelkie prawa do odziedziczenia majątku rodziny. Młodzianowi jednak nie wypas świń był w głowie! Od najmłodszych lat, od kiedy matka przestała go karmić pokaźną piersią, ganiał po polu za wieprzkami, cały umorusany w błocie, wymachując kijem. Nawet klapsy wymierzane masywną prawicą matki nie odwiodły go od łobuzerskich wybryków. Jak wiadomo nadmiar ruchu nie sprzyja przybieraniu na wadze, toteż ruchliwe wieprzki martwiły gospodarza. Cóż począć! Rodzice mieli nadzieję, że ich pociecha wraz z wiekiem wydorośleje i spoważnieje... Ku ich uciesze tak też się stało! W wieku 16 lat uspokoił się nieco i zdawałoby się ,że dziecięce psoty wyfrunęły mu z głowy...

W tym miejscu historia by się skończyła i przyszłość jaka czeka naszego bohatera nie byłaby zbyt piękna, no chyba ,że ktoś lubi gadać przez całe życie z wieprzkami. Na szczęście nasz przyszły heros nie długo cieszył się spokojem ducha i beztroskim żywotem pasterza.

Pewnego dnia do osady przyjechał wędrowny kupiec a wraz z nim legendy i opowiastki, wieści i bajdy jak świat długi i szeroki. Wysłuchując podań o dzielnych rycerzach i pięknych księżniczkach które tylko czekają aż ktoś je uratuje młody Bayard rozwinął skrzydła wyobraźni, znów wędrując w niebezpieczny świat chłopięcych marzeń. O tak, na powrót stał się dzielnym kawalerem a wieprzki wyzbytymi honoru złoczyńcami. Mając jednak na uwadze przykazania ojca i gniewne wrzaski matki, młodzian ćwiczył swe umiejętności we władaniu orężem na mniej mobilnym, a bardziej wytrzymałym na razy strachu na wróble.

W wieku 18 lat młodzianowi tak zbrzydł wypas żywca ,że postanowił nawiać. Wcześniej do jego uszu doszły słuchy ,że księżniczka Hadrancji została przeklęta i jedynie mężny kawaler może ją uratować. Nagrodą jest ręka piękności i połowa królestwa. Trzeba przyznać, że taki impuls dodał mu skrzydeł i zdecydowanie przyśpieszył misternie knute plany ucieczki.

Pewnej nocy, gdy rodziców i wieprzki zmorzył głęboki sen, nasz bohater wyskoczył przez okno i udał się w nieznane, ku stolicy królestwa i pięknej księżniczce. Jego dobytek był szczątkowy, jedynie to co udało mu się wynieść i zmieścić w niewielkim pakunku owiniętym kocem, zawieszonym na końcu solidnego drąga.

Aspiracje bohatera: Ożenek z księżniczką i władanie połową królestwa!
 
Cep jest offline  
Stary 22-03-2007, 21:03   #3
 
Tahu-tahu's Avatar
 
Reputacja: 17 Tahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znany
Lightbulb

Krótki update - w związku z zamknięciem na kilka dni naszego cudownego LI przesuwam możliwość zgłaszania się do opowieści o jeden dzień.

Nowy termin - sobota ( pojutrze ), 18.00.

Obiecuję dobrą rozgrywkę, serdecznie zapraszam - i błagam, nie wszyscy naraz!
 
__________________
"All that we see or seem is but a dream within a dream." E.A.Poe
Odskrzydlenie.
Tahu-tahu jest offline  
Stary 23-03-2007, 03:05   #4
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 112 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
Drzwi z impetem otworzyły się. Potężnie zbudowany mężczyzna z paskudną, nabiegłą fioletem blizną biegnącą od podbródka, koło lewego oka aż na sam czubek łysej głowy wparował do środka rozglądając się.

Twarz miał bladą, oczy rozszerzone gniewem, pięści zaciśnięte w kułaki wielkie jak bochny chleba.

Goście w gospodzie zamilkli. Intruz zaś wycharczał:

- Szukam minstrela. Niejakiego Hadriana.

Tłum zafalował. Ktoś rzucił przytomnie:

- Wyszedł, dosłownie chwilę temu. To ten szczupły, w szarej pelerynie, graniasty kapelusz z białym piórem, gładysz, nieźle ubrany, lira na ramieniu, plecak na plecach. Kasztanowe włosy, w puklach spływające na ramię - opis robił się coraz dokładniejszy, w miarę, jak wokół śmiałka co się odezwał robiła się coraz większa pusta przestrzeń a wzrok osiłka krzycząc mord! koncentrował się na nim - długie ręce, blada cera, szmaragdowe oczy, bez zarostu, to wszystko co pamiętam, klnę się na matkę moją! Broni nijakiej nie miał, jeno kostur, flet, lirę, wszystko to!

- Mrh! - mruknął oprych, zawracając na pięcie i wychodząc. Bywalcy odetchnęli. Borat był człowiekiem strasznym, kiedy gniew go chwytał. Krzepki niczym tur, potrafił zdrowiutkie jabłko zielone przypadkiem zgnieść na miazgę kiedy uważał, a w gniewie nijakich hamulców nie miał.

- Cokolwiek ów minstrel zrobił, szkoda go. - rzucił ktoś, kreskę kładąc na człowieku. - Ktoś go w ogóle zna tutaj?

- Ot, minstrel jakich wielu. Przychodził, śpiewał, co zarobił, zabierał, spać szedł. Nie kradł, nie pił wiele, aleć dziewki śpiewem bałamucił, smutne historyje im opowiadał od pracy odciągając - odezwał się rumiany gospodarz, odkładając i zabezpieczając kuszę jaką był porwał na widok ostatniego gościa.

- A, że ty niby znasz się na muzyce!! - żachnęła sie jejmość, co słysząc groźbę w głosie Borata z patelnią stanęła w drzwiach kuchni - Wszyscy wiemy żeś głuchy jak pień! Nie odróżnisz piania koguta od kwiczenia świni! I ani jednej dziewki nie zbałamucił ten minstrel, nie to, że nie mógł!

- Skaranie boskie z tobą, kobieto! Wcinasz się w męskie rozmowy zamiast gary dobrze domyć!

- Ale, jeślić minstrel, to wtedy wiadomo coś o nim, prawda? Przecie chyba Gildii prawa znał, przedstawił się, rzekł coś? - spiesznie wtrącił się bednarz, znając temperament żony gospodarza i widząc, jak ta już szykuje się do gniewnej retorty.

- Ha! Wszak to zwykły był prostak! Nie miał pojęcia o muzyce, fałszował, nuty zmieniał nawet w najprostszych piosenkach! Niepoprawnie zagrał "Czterech pieśniarzy"! "Szczęście króla" zakończył zupełnie inaczej niż powinien! A "Piosenkę dzieweczki" zaśpiewał w tonacji mol, a nie dur! Zupełnie niećwiczony, nie jest możliwym, by był to kto inny niż zbiegły uczeń! Powiadomiłem już Gildię, niewątpliwie, skoro przysłano tu Borata, to jeszcze był to złodziej, zapewne nuty skradł z naszej biblioteki! - nastroszył się złotowłosy, wysoki chłopak, dumnie obnoszący się ze świeżym płaszczem minstrela oraz medalionem Gildii Pieśniarzy. Świeżo upieczony minstrel uśmiechnął się z wyższością do swojej towarzyszki, równie złotowłosej córki jednego z bogatszych bławatników w mieście.

- Nieprawda! Łeż to podła! - padły od strony kominka pełne pasji i oburzenia słowa - Hadrian nie jest złodziejem, wszystko co ma, sam zdobył, uczciwie płacił i nigdy nie skłamał! I nie jest uczniem! Sam wasz mistrz kiedy tu przyszedł z NICZYM wyszedł!

Zapadła cisza. Oczy wszystkich, jak jeden mąż skierowały się na drżącą z gniewu, ściskającą szufelkę podkuchenną, która właśnie wybierała popiół, kiedy minstrel się wypowiedział. Ten i ów ze zdumienia szeroko otworzył gębę. Podkuchenną bowiem powszechnie uważano za niemowę. Dziewczyna zaś, zorientowawszy się, że stała się ośrodkiem uwagi, spłoniła się po korzonki włosów i z wigorem wróciła do wybierania popiołu, by chwycić szybko wiadro i tupiąc wymaszerować.

- Prawda to, że Mistrz Marko przybył do nas wczoraj. - odezwała się ponownie gospodyni, wycierając ręce w fartuch - Wysłuchał jak minstrel śpiewał i zapytał go, gdzie się uczył. Zaskoczyło go strasznie, kiedy ten ze śmiechem wyznał, że w podróży. Wtedy zapytał, od kogo. Wzburzył się, gdy usłyszał, że samouk. Zapytał wtedy ostro, czy opłatę uiścił, przed graniem. Na co Hadrian spokojnie wyjął z kieszeni glejt, że do grania uprawnion, podpisany i podbity jak się zowie. Ponoć żeby taki glejt zdobyć 50 złotych monet trzeba zapłacić. A ten się śmieje i mówi: "Nie frasujcie się Mistrzu, doskonale wierzę, że w waszym zacnym mieście jedynym chyba Minstrelem spoza Gildii jestem, boć przy takich cenach i formalnościach nie lada wyzwaniem jest glejt takowy zdobyć. Nieprawdaż? A bez glejtu, kara straszna, instrumenty trza oddać, do ciemnicy iść, a i nuty się traci. Ale nie bójcie się Mistrzu. Ja długo u Was nie ostanę. Po drodze mi jeno. Tak własnie Mistrzowi rzekł. A Mistrz poszedł wkrótce potem.

- Być to nie może - cokolwiek protekcjonalnie zaprotestował minstrel - boć nasz Mistrz w samej stolicy był kształcony, tam uzyskał pozwolenie na tworzenie Gildii tutaj, możny jest i uczony i w pieśniach biegły! Ów przybłęda, samouk w dodatku nie odrzucałby takiej oferty, a gdyby miał choć ździebko talentu, to Mistrz zapewne chciałby go uczyć, choć wg mnie to szkoda, boć perły przed wieprze...

Nie dane było słuchaczom dowiedzieć się co perły przed wieprze, bo zacietrzewiona gospodyni wsparła pięści na biodrach i zaczęła tyradę:

- Takiś mądry, pawiu strojny? Dowiedz się zatem, że kiedy Twój Mistrz posłuchał tego minstrela, to za wszelką cenę chciał go przyjąć do gildii, pod takim wrażeniem był jego gry! A jak powiedział, że był uczonym w stolicy, to tamten się jeno uśmiechnął i rzekł, że wie! A potem powiedział, że odmówił każdemu dotąd wliczając Mistrza Czteropalcego z Glittaryngii!

- Brednie!! Nie wierzę! Kłamał jak z nut! - minstrel uniósł się oburzeniem, nie wiadomo czy na strojnego pawia, czy na nowiny o Mistrzu Czteropalcym.

- Nijakie to brednie, zapewniam, zacny minstrelu. - tłum ponownie zaszemrał, zwracając się ku nowemu przybyszowi. Od paru dni bowiem do karczmy zachodził człek tu rzadko zaglądający, kowal. Mężczyzna ten był niski, krępy i barczysty, o sumiastych wąsach i krzaczastych czarnych brwiach i muskularnych rękach założonych na szerokiej klatce piersiowej. Pociągnął za wąsa, kontynuując:

- Miałem okazję gościć owegoż Hadriana. Zacny człek. W kuźni pomagał. Młota i narzędzi nie tykał, ale posprzątał, przy miechu się poruszyć umiał. Spytałem, czemu to robi. Odrzekł mi, że nie lza mu zostawić kiedy gospodarzowi pomocnika trzeba. Zapytałem, skąd wie, że trzeba. On na to, że ojciec kowalem był. No to pytam, czemu młota nie tyka. A on wielkie oczy i mówi, że to przecie nieuprzejmie. W grodzie rzemieślników takie są obyczaje. Złodzieja tam nie uświadczysz, a tknąć cudze narzędzia bez wielkiej potrzeby to nieobyczajność wielka. Czemu nie został kowalem, jeno jął się pieśniarstwa, nie wiem. Powiedział mi jedynie, że sprawy w domu zostawił jak było trzeba. Więcej nie pytałem.

Po słowach kowala zapadła cisza. Po chwili zaś, czujnie i z pewnym niepokojem obejrzawszy kuszę gospodarza, człowiek o szczurzej facjacie rzucił zgryźliwie:

- Dziwne to doprawdy, żeby ktokolwiek chciał opuszczać miasto rzemieślników by parać się śpiewem i grą. Przecie nawet w stolicy pilnie potrzeba rzemieślników, dobry to grosz, zarobek pewien. Mając nawet lat trzynaście jak się pochodzi z Rękogrodu, to się już jest terminatorem, a takiego co termin w Rękogrodzie odbył wielu mistrzów przyjmie z otwartymi ramionami. To wszak perły, nie mylę się, kowalu?

- Właśnie! Prawda, każdy przecie słyszał, że trzynastolatek co termin skończył w Rękogrodzie, ma zapewniony dobrobyt! Nawet jak własny rodzic do terminu go przyjąć nie może, bo to już trzeci syn, w świat go wyprawia i jeszczem nie słyszał, by kto taki pokrzywdzony został u innego mistrza! - skorzystał z okazji minstrel - Czyli łgał Wam, kowalu, ów Hadrian!

- Nie jestem pewien, mości minstrelu, czy łgał. Rzekł mi, że nigdy młota nie tykał. Dopieroć na jedenaste urodziny można młot tknąć w naszym fachu, a jak dziecko choruje, to się to i przesuwa. Wierzę, że nie tknął młota, widziałem jak po kuźni chodził. Obeznany, sprawny. Nic mi nie napsuł. - ci, co znali wysokie wymagania kowala, jeden z powodów dla którego nikt jeszcze u niego terminu nie skończył, w zadziwieniu pokręcili głowami, nijak nie szło spasować gładysza minstrela z kowalską robotą. Kowal zaś mówił dalej:

- Jeśli zaś mi nie łgał, to zostaje przyjąć, że prawdę mówił. Nieszczęścia się tedy jakiegoś domyślam, bo mi się nie widzi żeby kto miał dzieciaka z domu wyganiać. Ponura historia, nie pytałem więc, Wam też nie radzę. Nie ma nic w ciekawości ludzkiej, co by czyniło takie wypytywanki zdrożnymi. Nieszczęście ludzkie prywatą jest, nic innym do niego i nosa wtykać nie lza.

Dłuższy jeszcze czas jednak wtykanie nosa odchodziło w gospodzie "Pod Srebrnym Kółkiem Dymu", dłuższym na tyle, że zdegustowany kowal poszedł do domu.

* * *

Muzyka fletu naprowadziła Borata na trop, który już mniemał straconym. Rzuciwszy się do biegu, potężny mężczyzna wpadł w zaułki miastowej dzielnicy biedaków, podążając za dźwiękiem, aż ujrzał ciekawy doprawdy obrazek.

Obiekt jego pogoni beztrosko przygrywał gromadce dzieciaków, podobieranych w pary. Dziewczynki od chłopców odróżnić szło po strojach najprędzej, może nieliczne były już tak duże, że fryzury czy buzie (o kształtach nie wspominając) miały jakieś znaczenie.

Melodia była skocznym oberkiem, a dzieciaki, wśród śmiechów i okrzyków "szlachetna pani", "szlachetny panie" wesoło podskakiwały co i rusz zderzając się ze sobą.

- Stój! - wrzasnął Borat - Nie uciekaj! - dorzucił, na co dzieci nie czekały, oczywiście uciekając. Młodzian jednak spokojnie schował flet do pokrowca, który zarzucił, wraz z torbą na ramię. Chwycił następnie kostur, oparty dotąd o ścianę niedaleko i stanął, wsparty na kończącej kostur pięknie zdobionej gałce. Spojrzał na Borata, który poczuł zdziwienie. Przez może jedno uderzenie serca. Jego cele zazwyczaj uciekały w popłochu na sam jego widok. Młodzian jednak nie wyglądał, jakby gdziekolwiek się wybierał. Z uprzejmym zainteresowaniem spoglądał na Borata, z niewypowiedzianym pytaniem na ustach czekając na jakiś jego ruch lub słowo.

- Ty... Tyżeś jest Hadrian Minstrel? - słowa były niemal wyplute.

- Może. Mogę też być jeno jego bratem bliźniakiem lub po prostu kimś jak on wyglądający. Kto pyta?

- Tyżeś to łotrze! Odpowiesz mi za moją córkę! - pięści Borata rozluźniły się, by natychmiast zacisnąć się ponownie, on zaś sam postąpił krok ku minstrelowi i wyprowadził cios.

Minstrel jednak odskoczył zwinnie, poprawiając sakwy na ramieniu by pospiesznie rzec:

- Wstrzymaj się! Wstrzymaj się do licha ciężkiego! Czemuż chcesz mnie pobić? Na wszystkie cztery żywioły przysięgam, nie wiem o kim mówisz!

Teraz jednak nie było już odwrotu, Borat po prostu opuścił głowę i zaszarżował, bykiem chcąc zaprawić łotra. Ten nie czekał, uskoczył niedaleko schodków, gdzie pospiesznie zrzucił sakwy, by odskoczyć raz jeszcze, Borat bowiem atakował zawzięcie. Machał wielkimi łapskami pragnąc zwinniejszego minstrela pochwycić i zdusić. Ten zaś przykucnął, potem odskoczył, skoczył w lewo, potem jeszcze raz do tyłu, Borat jednak nieustępliwie podążał za nim. Zręcznym skokiem i piruetem szczuplejszy znacznie minstrel wywinął się z rogu podwórka, by cofać się znowu w stronę niewielkich schodków, ale znać było, że poczyna go to męczyć, podczas gdy głośne dyszenie Borata ewidentnie brało się z jego wielkiego gniewu, podobnie jak jego pocharkiwania i chrząknięcia. Do zwierza był podobny, wielkiej, silnej i zwierzęco zawziętej a mściwej wielce bestii. Respekt budził.

Dla każdego, nieco obeznanego z wojennym rzemiosłem jasnym było, że Borat nie ustanie, prędzej to minstrel tu mógłby upaść ze zmęczenia. Toteż przy drugim odwrocie minstrel silniej ścisnął kostur, a kiedy Borat zaatakował, trzy silne uderzenia powstrzymały go. Mężczyzna cofnął się, spojrzał zwężonymi oczyma na kostur. Twardszy był, niźli wyglądał, ćwiekami zdobiony przy końcu u dołu, gałką na górze, przypominającą kulę, trzymaną przez łapę gryfona.

Borat wstrzymał się, ale jeno na moment. Znał swą siłę, wiedział, że celne uderzenie kosturem może go najwyżej zmroczyć. Sięgnął po nóż przy pasie.

- Czekaj do wszystkich diabłów mówię! Nie licz, że ja ostrza nie dobędę, jak mi dalej będziesz machał łapami! Mówże, człowieku, czymem ci zawinił?! - huknął naraz minstrel.

- Za córkę moją łeb ci rozwalę, łachudro!

- Za córkę twoją? Kimżeż ty jesteś człeku, pierwszy raz cię na oczy widzę! Co twoja córka niby naopowiadała?

- Anna nic nie opowiadała, bez ducha leży morderco i czarowniku!!

Błysnęło ostrze, wściekłość dodała Boratowi sił i impetu. Zbił kij niczym dziecięcą zabawkę, skokiem dopadł minstrela, opasał go w pasie i uniósł, drugą ręką tnąc w gardło. Gdyby nie niezwykły refleks lub łut szczęścia po prostu, Hadrian się byłby z życiem pożegnał, ale tak zdołał wsunąć końcówkę kija, tę z gałką, przed ramię Borata zaparłszy drugi koniec o ziemię, co kupiło mu trzy tchnienia. W pierwszym wytrząsnął nóż z rękawa, w drugim podstawił go pod gardło olbrzyma, stęknąwszy:

- Dziewczyna ojca straci i pomsty nie dozna, nie ja bowiem sprawcą!

Oblicze Borata było purpurowe, bielą się na nim odcinała blizna, nacisk, jaki wywierał na kręgosłup młodziana powodował, że temu mroczki już latały przed oczyma, ale najwyraźniej coś przekonało ojca, może nóż, może słowa minstrela, odstąpił bowiem nagle, tak nagle, że Hadrian opadł bez sił na bruk, puszczając kostur, który z brzękiem odbił się parę razy by znieruchomieć nieopodal. Borat spojrzał nań raz jeszcze, by rzucić chłodno:

- Jest jeszcze sprawa złota, któreś ukradł Saszakowi. Oddaj po dobroci, bo nawet noże ci nie pomogą zabójco.

- Nadal to? - wyrzucił z siebie minstrel, powstając. Ciężko oddychał, próba sił z Boratem kosztowała go wiele. - Mówię prawdę, nie zabiłem twej córki...

- Poruszasz się jak zabójca, noże masz jak zabójca, cichyś jak zabójca. Złodziej i zabójca też często w jednej ćwiczą gildii. Złoto Saszaka, złodzieju, a skóry nie przetrzepię. Nie licz, że twe sztuczki cię uratują. Rzucam nożem nie gorzej, jeśli nie lepiej od ciebie.

Nawet jeśli blefował, twarz jego przyoblekła tak ponura maska, że ciężko było rzec. Minstrel nie dociekał, miast tego odrzekłszy:

- Saszak... Saszak... A to kanalia doprawdy. Zarobiłem to zło... ANNA? Tyżeś jest Borat, Saszakowy człek i miastowy kat? Jakże to, bez ducha? Nie żyje, Anna nie żyje?!

- Niczym martwa leży od czterech już godzin, cóż to tobie, minstrelu? - Borat był poruszony zmianą w spokojnym dotąd obliczu młodziana, zda się, inny stał przed nim człowiek, z rękoma w pięści zaciśniętymi, troską i zmartwieniem w oczach i z pośpiechem na obliczu wymalowanym.

- Medyka jej, medykaś wzywał?!

- Saszak swojego dał, magia.

- Swojego... oć, do kroćset! Kiedyżeś stamtąd wyszedł?! Prędko, człowieku na żywioły prędko!

- Trzy chwile może temu?

- Biegiem!! - to rzekłszy minstrel rzucił głośno - Miriam! Sakwami moimi się zajmij, niech nikt nie tyka! - porwał kostur i lirę i puścił się sprintem do Saszakowego domostwa, z Boratem depczącym mu po piętach.

* * *

Mistrz karawan, Saszak, miał okazałe domiszcze, z wiodącą doń platanową aleją i parkiem go okalającym, teraz, jak to na jesieni, pięknie przybranym i kolorowym; malowanym czerwienią, żółcią i wszelkimi kolorami ognia i płomieni.

Piękny był to widok, zaścielona liśćmi aleja, czarne pnie drzew, gdzieniegdzie brąz ziemi przenikający spod liści, płomienie na drzewach, nie bez powodu porę tę nazywano Płonącymi Liśćmi. Spomiędzy drzew, widniał bielony dom, piętrowy, rozległy, o czerwonym, gontowanym dachu i szerokich, dwuskrzydłych oknach na piętrze i na parterze. Drzwi prowadziły na taras, na który wejść można było po szerokich, marmurowych schodach, na balustradach spoczywały dwa lwy, z głowami uniesionymi jakby nasłuchując.

Widok piękny... i zupełnie stracony dla minstrela i kata, którzy biegli ku wejściu w niemałym pośpiechu.

Strażnicy przy wejściu skrzyżowali halabardy, co mocno zdziwiło Borata, nigdy bowiem wcześniej nie spotkało go takie przyjęcie.

Hadrian nie mógł mówić, sprint bowiem wyczerpał go, zwłaszcza po wcześniejszej przeprawie z Boratem. Ten zaś rzucił, tonem nie znoszącym sprzeciwu:

- Z drogi, ludzie, przyszedłem po moją córkę.

- Mistrzu kacie, mamy rozkazy nikogo nie wpuszczać. - oświadczył ze zbolałą miną jeden strażnik. Boratowi żyły wystąpiły na skroni.

- Powiedziałem z drogi!

Strażnicy porozumieli się wzrokiem, znienacka naparli na Borata odpychając go na skraj tarasu. Minstrel bez słowa uderzył kosturem, nisko, celując w kolana. Prawy strażnik opadł do klęczek, a Hadrian uderzył krótko, z półobrotu uginając biodra i skręcając ciałem z prawa na lewo, tak, by kostur nabrał większego impetu. Starczyło. Ogłuszony strażnik padł.

Tymczasem Borat uniósł drugiego ze strażników i cisnął nim o ziemię, by następnie odkopać odeń halabardę. Wyglądał strasznie. Purpurowa twarz, nabrzmiałe żyły, które wyglądały jak tuż przed wybuchem, odcinająca się od tego nieludzką bladością blizna, oczy wychodziły niemal z orbit, cała jego twarz świadczyła o tym, jaką walkę toczy z własnym gniewem, z własnym pragnieniem krwi i mordu. Strażnik zaś doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli Borat tę walkę przegra, to go rozniesie na strzępy. Obaj drgnęli, gdy Hadrian położył dłoń na muskularnym ramieniu kata.

- Nie ma czasu. Chodźmy.

Mięśnie zelżały, Hadrian poczuł, jak się rozluźniają, przestają drżeć w napięciu. Mężczyźni wbiegli do środka. Hadrian bez namysłu ominął schody w górę i skierował się w stronę jednych z drzwi po prawej. Borat zatrzymał się, niezdecydowany:

- Pokój Anny jest na piętrze...

- Saszak ją przeniósł. Nie czujesz oleandru? Potrzebny mu do rytuału!

Kopniakiem minstrel otworzył drzwi do piwnicy i stanął, spoglądając w ciemność. Brakło pochodni, która zwykle oświetlała to zejście. Wydobywając kostur, Hadrian zainkantował:

- Udollepos!

Kostur rozjarzył się błękitnym światłem, rysującym sie liniami na całej jego długości, a biorącym się z gałki, którą teraz minstrel trzymał u dołu, blisko ziemi. Z drugiej końcówki wyrosło długie, proste ostrze, wąskiej, myśliwskiej włóczni. Ostrze lśniło błękitnym, lodowym płomieniem, zimnym tak, że aż parzącym. Borat wciągnął powietrze, zaś minstrel rzucił:

- Pamiętaj, przeciw czemu idziemy.

Kat skinął głową. Powoli schodząc, obaj mężczyźni dotarli do piwnic. Tych jednak nigdy nie było, miast tego, za drugimi drzwiami skończyło się podmurowanie, a oświetlonym, wykutym w skale korytarzem mężczyźni dotarli do sporej nawet groty, gdzie do ściany, za przeguby przykuta była młoda, nastoletnia może dziewczyna o potarganych nieco szatach służącej. Była nieprzytomna, przed nią zaś stał dzban, z którego wydobywał się dym. Dym ten, sporym, słomianym wachlarzem w jej stronę kierował starszawy, chuderlawy mężczyzna, o szerokim, nieprzyjemnym uśmiechu na lisiej cokolwiek twarzy.

Na widok wchodzących, mężczyzna sięgnął za pas, wydobywając nóż i zgiął się do skoku w stronę dziewczyny... by paść bezwładnie, z rękojeścią ciężkiego noża Borata sterczącą mu znad ucha.

- Więc nie blefował... - wymamrotał pobladły cokolwiek minstrel, po czym skoczył do przodu, machając na odlew włócznią. Dym bowiem uformował się w kształt, o dwu źródłach. Dzbanie, oraz zwłokach, cienka, rosnąca w siłę strużka identycznego jak z dzbana dymu dobywała się z ciała Saszaka.

- Prędko! Zabierz dziewczynę na słońce, im szybciej, tym lepiej!

Ponaglony Borat począł siłować się z łańcuchami. Hadrian tymczasem ciął włócznią, utrzymując zwiewnego stwora na dystans. Ujrzawszy co robi kat, warknął:

- Klucze człowieku! Na pewno ma gdzieś w kieszeni!

Kat nie tracił więcej czasu, przetrzepawszy kieszenie zabitego począł odpinać łańcuchy. W tym czasie Hadrian serią gwałtownych ataków rozwiał niemal kompletnie postać.

Kiedy jednak Borat z dziewczyną w ramionach skierował się ku wyjściu, minstrel przesunął dłonią nad włócznią, jednocześnie mówiąc:

- Podzięka. Sopel zaniknął, a w chwilę później linie świecące na kosturze również poczęły zanikać aż w końcu jedynie w gałce dało się zauważyć światło, które ściemniało i zgasło, kiedy mężczyźni wybiegali z domostwa. Żaden nie zauważył kłębu dymu, który uniósł się z okienka w podmurówce, nawet kiedy ów kłąb przybrał postać podobną do postaci Saszaka. Dopiero kiedy dochodząca do siebie Anna krzyknęła, Hadrian i Borat unieśli głowy i ujrzeli zagrożenie. Borat sięgnął do pasa i zamarł, Hadrian jednak nie czekał. Zdarłszy pokrowiec z liry zaczął grać, śpiewając:

Zaklęcie przełamane, koniec głupca starań,
Zaczęły się już łowy, gotowa jest ofiara,
Przybądźcie, łowcy nocy, przybądźcie stróże dnia,
Złamano Stare Prawa, poświadczam śpiewem ja


I padł bez zmysłów.

Kiedy się ocknął, słońce już zachodziło. Leżał w łóżku, w nieznanym, niewielkim pokoju. Uniósłszy się na łóżku, syknął. Sfatygowany był niemiłosiernie, jak zawsze. Drzwi otworzyły się. Wszedł, pochylając głowę, Borat. Nic nie mówiąc siadł na skraju łóżka. Długo milczeli obaj, światło zachodzącego słońca nadawało pokojowi senny, usypiający wygląd wpadając przez otwarte na oścież okno.

- Co tu dużo gadać, wyprawiłem się na ciebie jak na mordercę, a córkę mi zratowałeś. Wdzięcznym, cokolwiek wdzięczność kata może znaczyć.

- Żaden z was kat mości Boracie. Naście już lat minęło odkąd żeście ostatniego człeka na tamten świat wyprawili, jeśli dobrze słowa Anny pomnę.

- Katem się jest całe życie.

Minstrel nie odrzekł nic. Cienie w pokoju pogłębiły się.

- Ech - westchnął wreszcie Hadrian - jednak nie. Jest taka piosnka, o Jacku bandycie, co to pył gwiezdny skradł dla swej ukochanej. Na koniec tej piosnki, Jack żeni się, a potem żyją razem, długo i szczęśliwie. Sądzisz, mości Boracie, że możliwe by to było, gdyby Jack nadal był bandytą? Ja niezbyt. Tak czy inaczej, dziękuję, żeście mnie tu przytaszczyli. Niejeden by zostawił.

Borat jedynie chrząknął, jakby to była rzecz niewarta uwagi.

- Skąd tyle umiecie, panie? Ruszacie się jak zabójca, walczycie jak nomad, jesteście minstrel a znacie i magię.

- Żaden ze mnie mag. To lira, nie ja. Stary to przedmiot, który można przekazać jedynie w podarunku i jedynie wtedy, gdy spełni się jakieś jego wymaganie. Byłem głupcem, gdy przyjmowałem przedmiot od jego poprzedniego właściciela. Przez niego mogę czynić magię, aleć jedynie w określonych przypadkach, do tej pory trzech. Dziś był czwarty. Wypada - minstrel szybko porachował na palcach - raz na rok. Zawsze potem bez zmysłów padam, a następnych parę dni sfatygowanym jestem.

- A włócznia? - nie ustawał olbrzym - Przecie niezwyczajna to broń.

- I tę dostałem. W prezencie. Ciekawa zresztą historia, lecz długa. Magiczny to przedmiot, mnie samemu jednak niewiele o nim wiadomo. Dwa ostrza dobyć dopiero zdołałem, a ponoć można cztery razy tyle. Najczęściej traktuję jako kostur. - minstrel uśmiechnął się przepraszająco. - Niewielki ze mnie mag, naprawdę.

- Włócznia i lira, to od tego samego właściciela?

- Nie, nie do końca. Ale wymówić się muszę, słońce zachodzi, a przed zachodem winno mi być w lokum, nie zaś się narzucać i Was kłopotać.

- Żaden to problem byście tu nocowali, ile wam trzeba.

- Doceniam - uśmiechnął się minstrel - ale sakwy mi trza wziąć i do mego lokum pospieszać. Gospodarz może się martwić, czemu mnie długo tak nie ma, poszukiwania jeszcze gotów wszcząć.

* * *

Był już późny wieczór, gdy Hadrian obolały i zmęczony docierał do gościnnego domu kowala. Tym bardziej spore było jego zdziwienie, gdy usłyszał odgłosy pracy dobiegające z kuźni. Skierował się tam. Przez moment w ciszy obserwował pracującego z wigorem kowala.

Jęknąwszy w duchu ruszył w jego stronę. Zrzucił sakwy w kąt kuźni, zdjął odzienie, narzucił fartuch. Zakręcił się koło miechów, dorzucił drewna do pieca, przygotował balie z wodą. Dłuższą chwilę mężczyźni pracowali w milczeniu. Po skończonej pracy, obaj w milczeniu zakrzątnęli się przy sprzątaniu. Zabezpieczanie pieca na noc, wygaszanie paleniska, składanie narzędzi, wiązanie miechów, wszystko to odbyło się wcałkowitym milczeniu. Uwagę Hadriana zwróciła niesamowita barwa metalu, jakiego mistrz jeszcze niedawno nie miał. Sposępniał. Zamyślił się.

- Coś cię trapi, chłopcze?
- W rzeczy samej, mistrzu. Powiedzcie, czy był tu dzisiaj człowiek, który dał Wam tę bryłę, mówiąc, ze cała jest Wasza, ale on chce, byście wykuli z niej jedynie dwa miecze?

Kowal cofnął się zdumiony.

- Skąd wiesz?
- Odmówcie mu, mistrzu. Odmówcie mu, bo nic, co zaoferuje nie jest warte przyjęcia tej pracy. Dziesięć lat temu mój ojciec wyśmiał tego człowieka, mówiąc, że nie kuje mieczy. Ale ten nalegał. Kunszt mego ojca był znany nawet w Rękogrodzie. Tak jak wasz, znany jest tutaj.

Minstrel spoglądnął smutnymi oczyma na bryłę i na kowala:

- Wiecie, panie, że są dwie bronie, które mogą zabić smoka? Jedna, to broń wykuta jak smocze włócznie. Za ich pozwoleniem. Druga, to broń wykuta z metalu, który spadł z nieba. Czyli o - wskazał - takiej bryły.

- Piękna to broń - zapatrzony wzrok, lekko zamglony, niewidzące spojrzenie powiedziały kowalowi, że jego gość widzi teraz obrazy z własnej przeszłości - bo metal z tej bryły jest miękki i przyjemny w kształtowaniu, twardy jak czarne żelazo, lecz nie tak jak one łamliwy, silny jak stal, a nie tak trudny w obróbce. Przeciętny kowal może w nim zrobić rzecz dobrą. Mistrz... cudo. Mój ojciec wykonał dwa runiczne miecze, które potem inny rzemieślnik, a nasz krewny, pokrył runami. Piękne to były miecze, moc od nich lśniła. Niespełna rok później, w nocy, w Rękogrodzie był pożar. Dom malarza runów spłonął całkowicie, z nim samym w środku. Ojciec mój przeczuł coś, wysłał więc całą naszą trójkę do babci, wraz z matką. Nie pojechałem, byłem więc świadkiem, jak odwiedził nas smok. Smok, którego dziecię padło od mieczy wykutych przez mego ojca. Przysłuchiwałem się ich rozmowie, a kiedy smok przeklął mojego ojca, wyszedłem, przekląłem smoka i zagrałem na flecie "Przeklętego Króla".

Byłem dzieciakiem, uwielbiającym opowieści mojej matki o bohaterach, dawnych czasach i wszechobecnej magii. Byłem też wściekły, bo ojciec nie zasłużył na klątwę, jaką rzucił nań smok. Wyroby mego ojca były najlepsze, on sam czerpał dumę z nich i tego, jak je tworzył. Zaklęcie smoka miało pozbawić go pamięci. Piosenka o królu smoków, który marnie skończył wskutek własnej, niesprawiedliwej klątwy wydała mi się na miejscu. Głupi byłem. Smok spojrzał na mnie i w jednej chwili patrzenia w te żółte oczy byłem w domu, a w następnej byłem na wielkiej równinie, gdzie zobaczyłem koniec przeklętego króla na własne oczy. Widzicie mistrzu, ten smok, którego przekląłem, był jego synem. Rozgniewał się, a jak. Moja klątwa nie miała nijakiej mocy, więc jemu nic się nie stało, ale jego... Cóż, broniłem mego ojca najlepiej jak umiałem. Niewiele pamiętam z rozmowy, poza konkluzją. Jak długo nie zostanę kowalem, jak długo będę grał, jak długo nie postawię nogi w domu moim i wreszcie jak długo zgodzę się, by rodzice moi nie pamiętali, że jestem ich dzieckiem, tak długo klątwa jaką smok rzucił na mojego ojca, nie spełni się. Wędruję więc, szukając tego smoka, a przede wszystkim jeszcze szukając tego jegomościa, co zleca wykuwanie smokobójców. Sami oceńcie mistrzu, czy piękna barwa metalu warta jest tego, co to was może kosztować.


Długa mowa, a przede wszytkim wspomnienia, zmęczyły Hadriana jeszcze bardziej. Powstał, chcąc odejść. Wtedy odezwał się kowal:

- Wieszli co, młodzieńcze, powiadają, że kto smoka zobaczy w prawdziwej postaci, nigdy nie zapomni. Tedy i rodzic Twój...

- Aa! - mruknął potakująco, acz szorstko młodzian - Prawdę powiadają. W każdej chwili mogę przed oczy widok ten przywołać. Podczas mej rozmowy bowiem smoka widziałem, ale kiedy do nas do domu przyszedł, człowieka postać przybrał. Tedy nie liczę na to.

- Co tedy zamierzasz uczynić, jak ich znajdziesz?

- Smoka - błagać. Niewiele mi więcej pozostaje, kowalu.

- Myślałem, że walczyć. - kowal wskazał na włócznię-kostur, opartą o ścianę kuźni.

Minstrel rozwarł szeroko oczy w zdumieniu:

- Walczyć? - zapytał - Tym?! - dorzucił z niedowierzaniem, z ładną, melodyjną kadencją opadającą, która ostatniemu słowu nadała pozór gorzkiego śmiechu.

- Tak. Przecie to smocza włócznia. - niewzruszenie stwierdził kowal.

- Aa! - mruknął potwierdzająco Hadrian - Smocza to włócznia. Jeno do bycia smoczym rycerzem to mnie jeszcze lata całe treningu brakuje, o wiedzy i medalionie i zbroi nie wspominam nawet. Bez czwartego ostrza i zbroi nie stanę przeciw oddechowi. Bez szóstego i medalionu nie mam szans przy smoczej magii. No i nie bez znaczenia jest, żem nieszkolony... a intencji by smoka zabić, nie mam.

- Nie macie? - teraz na kowala przyszła kolej by sie w zdumieniu gapić na rozmówcę. Ten zaś, zmieszany, uciekł spojrzeniem w bok.

- No nie mam. Głupie to, nie? Ale sami powiedzcie, kowalu, kiedy ostatni raz widziano tutaj smoka? Toć i po co na nie polować? Poza tym, rozumiem to trochu. Gdyby ojciec nie wykuli tego miecza, to mało innych by się znalazło, co by zadaniu podołali. A chętnych na sławę smokobójców, wielu. Na sławę zawsze wielu chętnych. Pewną wiedzę trzeba chować, a chowanej - strzec.

Księżyc wyszedł zza chmur, oświetlił podwórze.

- Niegłupie to. I śmiać się nie zamierzam. - kowal z sympatią spojrzał na zaskoczonego młodziana - To co ze smokiem, to wiem. A co z mym zleceniodawcą? Ma przyjść z rana.

- Chcę wiedzieć. Co on takiego zamierzał? Po co mu drugi smokobójca? Co z nim zrobi? Kim jest?

- Sporo to pytań.

- Do świtu jeszcze drugie tyle pewnie dojdzie - wyszczerzył się minstrel.

- Tedy czekamy. Okowitę jaką przyniosę i jadło.

- Aa. Wdzięczny będę. Za towarzystwe wasze mistrzu, również.

Kowal uśmiechnął się, swoim powolnym, szerokim uśmiechem.

* * *

Mam nadzieję, że się spodoba. Jak coś, służę uwagami, odpowiedzią na pytania i wszelakim innym dobrem. Nie zmieściłem na PW, nie mogłem mailem, stąd tutaj.
 

Ostatnio edytowane przez Tammo : 23-03-2007 o 03:23. Powód: Dodanie kursywyw paru miejscach
Tammo jest offline  
Stary 24-03-2007, 19:36   #5
 
Tahu-tahu's Avatar
 
Reputacja: 17 Tahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znany
Bardzo proszę o zamknięcie rekrutacji.

Wynik - dostali się obaj panowie Tammo i Cep, z czego chęć udziału potwierdził do tej pory jeden.

Ruszamy jutro (kto nie na pokładzie, sprząta kilwater - Hej,ho).
 
__________________
"All that we see or seem is but a dream within a dream." E.A.Poe
Odskrzydlenie.
Tahu-tahu jest offline  
Stary 20-04-2007, 20:18   #6
 
Tahu-tahu's Avatar
 
Reputacja: 17 Tahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znany
Ponowna rekrutacja.

Uwaga, uwaga!

Serdecznie zapraszam wszystkich fanów baśniowych opowieści z przymrużeniem oka do pierwszej prowadzonej przeze mnie sesji:

'Odskrzydlenie'

Rekrutację wznawiam z powodu rezygnacji jednego z graczy, odejście jego postaci z sesji w poważnym stopniu zburzyłoby spójność opowieści.
Do przejęcia jest postać Bayarda - świniopasa marzącego o zostaniu królewskim zięciem a z uporem maniaka udającego szlachcica. Postać stworzona jako bardzo barwna, z czasem zblakła - aż do tragicznego końca, który jest powodem tej ponownej rekrutacji.
Poniżej zamieszczam nadesłany mi przez Cepa, ojca świniopasa Bayarda, opis licytowanej postaci:

Cytat:

Imię: Bayard

Wygląd:

Wysoki, szczupły, przystojny młodzian o bujnej grzywie kasztanowych włosów związanych na karku w końską kitę. Wiele wioskowych niewiast oczarowało przenikliwe spojrzenie jego zielonych oczu i nieskazitelnie biały uśmiech nieadekwatny do człowieka jego stanu. Jego głos ma miłą, ciepłą, urzekającą głębią barwę.

Historia:

Bayard urodził się w chłopskiej rodzinie, w osadzie tak małej i nieistotnej, że nie nadano jej nazwy, leżącej gdzieś na prowincjach królestwa Hadrancji. Ojciec jego, zwany Borthem, posiadał największą hodowlę wieprzów pośród okolicznej ludności. Było to powodem jego wielkiej dumy i poważanej pozycji w osadzie, jak i tradycją rodzinną kultywowaną od wielu pokoleń. Wraz z żoną (Harla było jej na imię) uroczą aczkolwiek mocno stanowczą niewiastą 'przy kości' mieli trójkę dzieci. Bayard był ich pierworodnym synem i jako takiemu przysługiwały wszelkie prawa do odziedziczenia majątku rodziny. Młodzianowi jednak nie wypas świń był w głowie! Od najmłodszych lat, od kiedy matka przestała go karmić pokaźną piersią, ganiał po polu za wieprzkami, cały umorusany w błocie, wymachując kijem. Nawet klapsy wymierzane masywną prawicą matki nie odwiodły go od łobuzerskich wybryków. Jak wiadomo nadmiar ruchu nie sprzyja przybieraniu na wadze, toteż nadwyraz ruchliwe wieprzki martwiły gospodarza. Rodzice mieli nadzieję, że wraz z wiekiem wydorośleje i spoważnieje, tak też się stało! W wieku 16 lat uspokoił się nieco i zdawałoby się ,że dziecięce głupoty wyfrunęły z jego głowy...

W tym miejscu historia by się skończyła i przyszłość jaka czeka naszego bohatera nie byłaby zbyt piękna, no chyba ,że ktoś lubi gadać przez całe życie z wieprzkami. Na szczęście nasz przyszły heros nie długo cieszył się spokojem ducha i beztroskim żywotem pasterza.

Pewnego dnia do osady przyjechał wędrowny kupiec a wraz z nim legendy i opowiastki, wieści i bajdy jak świat długi i szeroki. Wysłuchując podań o dzielnych rycerzach i pięknych księżniczkach które tylko czekają aż ktoś je uratuje młody Bayard rozwiną skrzydła wyobraźni, znów wędrując w niebezpieczny świat dziecięcych marzeń. O tak, na powrót stał się dzielnym kawalerem a wieprzki wyzbytymi honoru złoczyńcami. Mając jednak na uwadze przykazania ojca i gniewne wrzaski matki, młodzian ćwiczył swe umiejętności we władaniu orężem na mniej mobilnym, aczkolwiek bardziej wytrzymałym na razy strachu na wróble.

W wieku 18 lat młodzianowi tak zbrzydł wypas żywca ,że postanowił nawiać. Wcześniej do jego uszu doszły słuchy ,że księżniczka Hadrancji została przeklęta i jedynie mężny kawaler może ją uratować a nagrodą jest ręka piękności i połowa królestwa. Trzeba przyznać, że taki impuls dodał mu skrzydeł i zdecydowanie przyśpieszył plany ucieczki.

Pewnej nocy, gdy rodziców i wieprzki zmorzył głęboki sen, nasz bohater wyskoczył przez okno i udał się w nieznane, ku stolicy i pięknej księżniczce. Jego dobytek był szczątkowy, jedynie to co udało mu się wynieść i zmieścić w pakunku zawieszonym na końcu solidnego drąga.

Status społeczny: Wieśniak, były pastuch - świniopas
Obecna sytuacja: Włóczęga

Umiejętności: Wypas świnek, szczątkowe umiejętności w posługiwaniu się drewnianym kijem

Marzenia i aspiracje: Ożenek z księżniczką i panowanie nad połową królestwa!
Oprócz Bayarda w opowieści występuje jeszcze jedna postać prowadzona przez gracza - jest to minstrel Hadrian. Obydwaj chłopcy w umiarkowanej zgodzie - którą może raczej należałoby nazwać 'zawieszeniem broni' - ruszają na ratunek przemienionej w ptaka księżniczce.

Wiem, brzmi banalnie... zanim jednak, drogi czytelniku, zrezygnujesz z udziału w tej sesji - przeczytaj choć kilka postów

***

Wymagania:

Ilość osób: 1
Termin: 22/23.04 (szybki nabór) - w razie braku osób spełniających (jakże subiektywne) kryteria termin zostanie przedłużony
Podstawy decyzji:

Właśnie.
Chciałabym, aby 'nowy Bayard' wpisywał się dobrze w konwencję naszej sesji i postać 'starego'. W związku z tym proszę o napisanie pseudo-postu, reakcji minstrela Bayarda na wydarzenia w moim poście #38 (z ewentualnymi odniesieniami do #36) - i przesłanie mi na PW.

- proszę o pisanie zgodnie z zasadami poprawnej polszczyzny
- nie będzie decydować długość posta
- będzie decydować jego 'ciekawość', a zatem Wasza lekkość pióra
- będzie decydować dobre dopasowanie posta do historii i do postaci Bayarda

Obiecuję ciekawą historię!
 
__________________
"All that we see or seem is but a dream within a dream." E.A.Poe
Odskrzydlenie.
Tahu-tahu jest offline  
Stary 20-04-2007, 21:18   #7
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 112 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
Od siebie dodam, że Tahu-tahu naprawdę ciekawie prowadzi, pisze długie i barwne posty. Zresztą, sami sprawdźcie, link do sesji jest w jej podpisie.
 
Tammo jest offline  
Stary 21-04-2007, 21:53   #8
 
Tahu-tahu's Avatar
 
Reputacja: 17 Tahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znanyTahu-tahu nie jest za bardzo znany
Otrzymałam już na PW dość dobre zgłoszenie od Dodo Eq - rekrutacja będzie zakończona jutro (niedziela) o godzinie 21.00.

Od przyszłego tygodnia zatem ruszymy na nowo z Baśnią o Odskrzydleniu.

Serdecznie zapraszam wszystkich.
 
__________________
"All that we see or seem is but a dream within a dream." E.A.Poe
Odskrzydlenie.
Tahu-tahu jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:54.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166