Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-09-2011, 19:06   #11
 
Drusilla Morwinyon's Avatar
 
Zajęta drobnymi żarcikami z resztą magów, dopiero hałas i zamieszanie wyrwały ją z własnych, sennych rozmyślań, w jakie z reguły popadała, gdy nie miała akurat nic szczególnie zajmującego do roboty.
Zaniepokojona ruszyła wraz z innymi w stronę dwójki Eutanatosów.
Widok jaki chwile później roztoczył się przed jej oczami sprawił, że zastygła w miejscu.
Zakrwawiona kobieta i wypędzany z fundacji eutanatos, nie było trudno poskładać wszystko do kupy. Prawdziwe pytanie brzmiało jednak, nie co, a dlaczego zrobił.
Zacisnąwszy zęby przymknęła oczy.
Z głębi umysłu wynurzył się po raz pierwszy od lat widok, który próbowała zepchnąć jak najdalej. Niemal zapomniane wspomnienie...

...małe, brudne mieszkano, łysiejący mężczyzna o zaczerwienionej z gniewu twarzy pochylał się nad małą, może czteroletnia dziewczynką. Mała nie broniła się, nie płakała, wiedziała, że nie warto, jedynie we wciąż wpatrzonych w niego oczach dostrzec można było nieme pytanie. Dlaczego? Co zrobiłam źle?
Nie cierpiał, gdy patrzyła na niego w ten sposób, mały bezczelny szczeniak.
Ponownie uniósł dłoń...


Kiedy wreszcie otrząsnęła się z pierwszego szoku spostrzegła, że Ravna już pochyla się nad dziewczyną. Kiedy ta jednak nagle zerwała sie do biegu zaklęła pod nosem i sama podeszła do dziewczyny pomagając się jej pozbierać.

- Nie wiem, czym go wkurzyłaś, ale, proszę, nie rób tego więcej. Wydajesz się być w porządku, a ja nie pozwalam krzywdzić ludzi, których lubię bez przyczyny. A naprawdę nie chciałabym się przekonać, które z nas jest lepsze. - Głos magini, choć pozornie spokojny i pełen żartobliwej nieco troski drżał lekko od skrywanej wściekłości.
Nie znęca się nad słabszymi to ZŁE.
Co ciekawe, od chwili, w której Auria dotknęła eutanatoski, ból, jaki ta odczuwała stał się nieco mniej dokuczliwy*, och, wciąż nie czuła się najlepiej...
Ale mimo wszystko nie tak źle, jak jeszcze chwile wcześniej, pomimo, iż magini najwyraźniej nawet nie myślała o użyciu magyi by jej pomóc.

Na słowa magów odpowiedziała krótkim skinieniem głowy.

- Spotkanie z pijawami? Niech będzie, ale ostrzegam, że jak mi który bez pozwolenia się do szyi spróbuje dobierać, to mu łep przy samej dupie okręcę i wypcham kałdun czosnkiem.
- Uśmiechnęła się krzywo, swoim zwyczajem dość kontrowersyjnymi żarcikami próbując pokryć zdenerwowanie. Ileż to razy w poważnej sytuacji wywoływała tym pianę na ustach u starszych i bardziej "doświadczonych" magów.

Nie chcąc jednak przesadzić zacisnąwszy zęby powstrzymała się od powiedzenia czegoś, czego mogła później żałować.
Na przykład co sądzi o biciu kobiet, czy zostawianiu poszkodowanych, by za takimi delikwentami ganiać. Nie jej rzeczą oceniać. Ba, wszak wiele rzeczy, które sama robiła wywoływało oburzenie ludzi, z którymi przestawała.
Do diabła, gdyby wiedzieli ile kosztuje ją pilnowanie, by z niczym nie wyskoczyć...
Potrząsnęła głowa próbując pozbyć się myśli, które w tej sytuacji niczego nie wnosiły.

Dopiero powrót Ravny, sprawił, że nieco się uspokoiła... A przynajmniej przestała zgrzytać zębiskami.

- Będziecie mnie potrzebować? - Spytała jedynie. Spokojnie. Jedynie w zielonych oczach szalała burza.

* Spark of life
 
__________________
Co? Zwiesz dekadentami nas i takoż nasza nację?
Przyjacielu, ciężko myślisz, w innych czasach miałbyś rację.
Czyżbyś sądził, żeśmy tylko tępo w siebie zapatrzeni?
Nie wiesz, lecz to się nazywa ironia i doświadczenie.
Drusilla Morwinyon jest offline  
Stary 07-09-2011, 23:40   #12
Moderator
 
Johan Watherman's Avatar
 
Po dłuższym czasie prokurator Nadieżda postanowiła wyjść coś zjeść, a przynajmniej taką historię mógł dopowiedzieć sobie krukołak gdy kroczył za kobietą ulicą. Cóż, trzeba było działać, ogarnął się trochę i...


-Dzień dobry pani prokurator, pani wybaczy ale potrzebuję pani zająć kilka minut. Nie, nie chcę pieniędzy, jedzenia ani szluga. Chcę porozmawiać o...

-o...? - Ona zlustrowała go wystraszonym wzrokiem.

-Potrzebuję skontaktować się z Mistrzem Robertem. Mam dla niego wiadomość od...

Nie zdążył rzec ani nazwy dworu umbralnego ani cokolwiek innego. Słowa w swej rozbrajającej szczerości działały jak buldożer. Mógł zobaczyć przestrach w oczach, zamachnięcie aktówką którego ledwo uniknął. Pani prokuratorka z taką samą szczerością jak Kirił wypalił, ona po prostu wzięła nogi za pas.

***

Tego dnia Belzebub, bo tak nazywał się mistyczny towarzysz adeptki Porządku Hermesa o świeckim miana Diana Brzeska – tego dnia Belzebub był poirytowany. Pewnie jeszcze bardziej irytowałby się gdyby musiał przedstawić się innym magom, a on wprost nienawidził poznawać nowych ludzi i cierpieć z powodu uwag na temat swego wzrostu czy też rzekomo demonicznego pochodzenia, bo jak mawiał, czortem ludowym być już nie można.
Tego ranka na gniew Belzebuba zasłużył sobie nikt inny jak Kirił. Zmusił odeszłego do wyprawy do miasta co fatalnie się odbijało potem na belzebubowym zdrowiu, do miasta którego nie lubił i oderwano go od polowania na myszy – które dla odmiany lubił uznając je za smaczne. Takie to myśli galopowały w jego głowie wraz z czujnym spojrzeniem na krukołaka.

***

Kirił poczył gwałtone szepnięcie kiedy wchodził w wąską, odciętą od ulicy alejkę, następny był dotyk zimnego metalu lufy pistoletu przyłożonej dokładnie w skarb jego męskości oraz śmierch który z trudem powstrzymywał – istna groteska. Do ściany docisnąl go mocarnie karzeł – tak to prezentowało się na pierwszy rzut oka. Karzeł będący oficerem KGB – drugie wrażenie. Cyrkowiec. Miniatura płaszczu i kapelusz będący swoistym umundurowaniem agentów podczas zimnej wojny, buty... Lecz potem dostrzegł palce z pazurami oraz patrzące w niego z góry nieludzie oblicze o czarnej, jakby wypalonej skórze, podobnych do kocich oczu oraz rzędzie ostrych, trójkątnych zębisk. Nie był to człowiek, a dysponował głosem człowieczym – przepitym, zmęczonym, zachrypłym. Śmierdział gryzoniami i spirytusem. Mówił szybko, że mu się język (długi, za długi) nie plątał pomiędzy zębiskami.

-Te, cwaniak... Za dużo się kręcisz wokół moich i ci kuleczki odstrzelimy. Potem będziesz miał metalowe kuleczki... I będzie tylko kik-klak, kilk-klak... Rozumiesz? To dobrze cwaniaku. Jeśli masz coś ważnego, dziś o północy na Placu Czerwonym....

Kolejne mocni pchnięcie, nieznajomy wziął nogi za pas, a krukołaka wypchnięto na ulicę, zresztą z deszczu pod rynnę. Ledwo zdalny odzyskać równowagę, wziąć wdech ułożyć sytuacje w głowie gdy spotkał dwóch miłych przedstawicieli służby mundurowej zwanej w niektórch krjach policją. Jeden chudszy o twarzy nieadekwatnej do pracy bo stricte bandyckiej, drugi grubszy i zabawny w swej tuszy oraz twarzy jakby odlanej z wosku, obaj funkcjonariusze zmierzyli go surowym wzrokiem . Czyżby pani prokurator się poskarżyła? Tylko dwóm osobą? Jeszcze ten cały.. Kto to by...

-Obywatelu, podobno nękacie jedną z naszych obywatelek. Poproszę dokumenty oraz pojechać z nami w celu złożenia wyjaśnień.

Wysłowił się grubszy. W pobliżu nie było radiowozu ani prokurator. Były tylko tłumy ludzi stolicy który wróciła do życia, był on, policjanci, perspektywa nocy w areszcie oraz świerzbienie w brzuchu. Był głodny. Zapach. Z restauracji na przeciwko dochodził naprawdę smakowity.
Tak jak spojrzenie mundurowych. Równie natarczywy.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.
Johan Watherman jest offline  
Stary 22-09-2011, 12:13   #13
 
Ratkin's Avatar
 
Kirił westchnął. Bieg wydarzeń nie szczególnie jakoś go zaskakiwał. Zawsze był przygotowany na to, że pójdzie do dupy. Jeśli nie szło - był mile zaskoczony, a jeśli szło tak, jak zazwyczaj, nie wiele mogło go zaskoczyć. Taki łagodny pesymizm z nutką optymizmu, w formie przekonania że nie jest się wszechwiedzący i nawet w śmietniku się coś ciekawego może trafić...

Nawet nie starał się patrzeć na bandytów, nie tylko z powodów estetycznych - wystarczała mu świadomość że to ci z gatunku mundurowych. W zasadzie wolał ten rodzaj, w zasadzie powinien nawet czuć z nimi jakąś więź gatunkową, czy coś w tym stylu, z racji swojego wykształcenia i niegdysiejszego fachu jego świętej pamięci ojca, który też zaczynał jako krawężnik. Niestety, czasy się zmieniły, o dziwo nawet milicja nieco też. W zasadzie dla tego że "obywatele" posiadają więcej fantów do zrabowania niż niegdysiejsi "towarzysze". Nie miał czasu użerać się z nimi.

Kiwnął dwa razy głową, a jego oczy, jak zwykle rozbiegane i ciekawskie wszystkich nie oczywistych szczegółów, z perspektywy bandytów zapewne sprawiły wrażenie zdradzających strach. Niezdarnie poklepał się po kieszeniach, swoja drogą, milicyjnego płaszcza jakby w poszukiwaniu oczekiwanych przez drabów dokumentów.

Dokumentów wprawdzie nie znalazł, co go nieszczególnie zaskoczyło, były razem z portfelem w kieszeni spodni. W zamian za to solidnie wypierdolił z łokcia w - z braku lepszego określenia przyjmijmy od biedy takie - twarz niższemu z milicjantów. Zanim ten drugi, przyjmijmy że ten który z tej dwójki umiał pisać, zareagował na atak ze strony wieszaka ledwo dostrzegalnego spod znoszonego czarnego płaszcza, Kirił w zasadzie był już z powrotem w zaułku, w którym przed chwilą spotkał pokraczne dziwadło. Dziwadła nie było, za to było tam wiele elementów które urozmaiciły mu drogę ucieczki. Z drugiej jednak strony, urozmaiciły drogę pościgu milicjantom, a już na pewno ograniczyły im widoczność. Kiedy oszołomiony ciosem Flip, dogonił w zaułku Flapa, mogli już tylko podrapać się po głowie, zaskoczeni że podejrzany ulotnił się - swoją drogą, dosłownie - w powietrze. Wyższy z umundurowanych drabów, ten o ryju całym, choć w tym wypadku niewiele to pomagało, wyraźnie zakłopotany ściągnął milicyjną czapkę i otarł pot z czoła.

Ptasia kupa plasnęła o jego wygoloną prawie do skóry czaszkę, malowniczo rozpaćkując się także nieco na pagony służbowej marynarki...

Najpierw przetrącę jakiegoś szczura, a potem pomyślimy co robić dalej...- pomyślał z satysfakcją Kirił odlatując. Wieczór zapowiadał się atrakcyjnie. Spotkanie z pokrakiem oraz wizyta w klubie. Trzeba by jeszcze znaleźć jakąś fontannę i doprowadzić się nieco do porządku...
 
__________________
-Only a fool thinks he can escape his past.
-I agree, so I atone for mine.


Sate Pestage and Soontir Fel
Ratkin jest offline  
Stary 01-10-2011, 15:23   #14
 
Kritzo's Avatar
 
Powrót do dziedziny był owocny w informacje. Po nauce przejścia przez skomplikowany system zabezpieczeń Sali Luster Maya została przedstawiona zgromadzonym magom. Szybko też wydało się dlaczego nastroje są nie najlepsze. Bójka, i to z członkiem własnej fundacji. Swoje problemy mogli rozwiązać gdziekolwiek. Słyszeli już wcześniej, że Jovan to prostak i brutal. Najwidoczniej nie były to tylko plotki.

Maya została przedstawiona Diakonowi, przy okazji Colin postanowił opowiedzieć o spotkaniu z Agentem. Swoją obojętnością i rozdrażnieniem – pewnie składała się na to wizytacja Euthanatosa, dał jasny przekaz – rób co chcesz. Nie było w tym co prawda „ufam twoim osądom”, prędzej „jakbyś zginął, ciebie najmniej mi szkoda”. Inspektor wplątał się w politykę, z tej strony, której chciał uniknąć. Tak samobójczej funkcji nie miał nawet miesiąc temu, gdy rozwiązywali sprawę Jeziora.

Idąc załatwić resztę formalności Colin ukłonił się dżentelmeńsko Mayi i zostawił kwestię prezentacji reszty fundacji Isamu. Pewnie zależało jej na szybkim zorientowaniu się w sytuacji i konotacjach, przez pryzmat własnej tradycji. Tak przynajmniej sądził Inspektor.

Ceniąc sobie swoje życie, przynajmniej w okresie kiedy panuje pokój z technokracją, nawet jeśli tylko umownie, Anglik udał się do Jona. Był zdecydowanie osobą, na której mógł polegać, w rzetelności wykonywania swoich obowiązków. Zresztą chciał mieć z nim kontakt w razie potrzeby, jako plecy, podczas spotkań z agentem. W celu zaintrygowania Jona oczywiście wspomniał o tym, za kogo podał się agent. Nie był to Jurij, ale najwyraźniej przejął się śmiercią Amy. Ciężko powiedzieć czy Jon się tym przejął na tyle, by spróbować zbadać jegomościa, ale podszywanie się za słynnych Wirtualnych Adeptów mógł potraktować jako pewną potwarz. Oburzenie Colina kierowało się właśnie w tą stronę i liczył na to, że Jon nieco się nim zarazi. Colin był pewien, że może liczyć co najmniej na wsparcie przy kolejnych kontaktach.

Pokój Driscolla zmienił się od momentu objęcia funkcji w radzie. Znajdowały się tam teraz salon, sypialnia, łazienka i „pokój przywoływań”. Dochodził stamtąd ostry zgrzyt. Nic tam na razie nie przywoływał, jednak mógł tam swobodnie badać tam nowe moce nie niszcząc mebli. W chwili obecnej znajdowały się tam trzy metalowe kule, z czego jedna unosiła się zwyczajnie w powietrzu, inna wgryzała się w sufit, niestrudzenie się obracając, a trzecia utkwiła w kawałku świni, leżącym w kącie. Robił zapewne za substytut człowieka, być może samego Colina. Nie miał co prawda brody, okularów, ani pięknego angielskiego akcentu, jednak nie narzekał na ból i uszkodzenia. Współpraca odbywała się więc bezstresowo. Drzwi zostały zamknięte i w salonie zapanowała przyjemna cisza.

Lokum inspektora nie posiadało kuchni, wolał od czasu do czasu się przejść i wymienić kilka słów z resztą mieszkańców. W ten sposób liczył na pewne ocieplenie stosunków i zyskanie zaufania. Ciężko orientować się w nastrojach Fundacji, nie wysuwając nosa za drzwi pokoju.

Gorąca herbata grzała przyjemnie dłonie. Jeśli by mógł ją zrobić na miejscu, najpewniej nikt by go nie widywał całymi dniami. Zawsze żałował, że nie może sobie nic przygotować na miejscu, ale wiedział, że tak jest lepiej.

Myśli maga krążyły wokół dzisiejszego spotkania z agentem. W jaki sposób technokracja zrywa zawieszenia broni? Nie ciężko się domyślić, że jest to koń trojański. Kolejne spotkanie, lub przypadkowa wizyta, śmierć, zniszczenie, nawet nie trzeba zostawiać wizytówki. Innymi słowy Inspektor wdepnął w głębokie bagno, poniekąd z własnej woli. Złość na agenta była uzasadniona, to jego wina, ale jak mógł odmówić?

Potencjalne wznowienie walk, w którym mógł wziąć udział jako pierwszy. Po karku przeszła mu gęsia skórka na myśl o tym co się stało tego dnia, gdy Robert zmienił się kundelka. Starał się o tym nie myśleć, jednak w snach nadal słyszał syk skwierczącego ludzkiego mięsa. Czasem więcej. Najgorsze było to, że zawieszenia broni są tylko tymczasowe. Mógł mieć jedynie naiwne życzenie, by go już nie było w Moskwie, gdy to się zacznie.

Innym problemem był ten cały Jovan. Niedługo pewnie czegoś się dowie. Ściany mają uszy, a skoro Jovan ma jakieś plany względem Fundacji, wróci tu lub będzie się kontaktował z magami. Sprawa jego jest jednak marginalna. Jako barbarzyńca, co prawda dobrze obdarzony przez naturę metafizyczną, był tylko irytujący. Przynajmniej do momentu, gdy jego motywy i działania nie zaczną iść w jednym celu. Oby zainteresowani wiedzieli o tym zawczasu.

Colin nie rozumiał jednak sytuacji między nim a Claire. Nie było go przy tym, ale było to dosyć dziwne zajście. Swoje brudy załatwia się na swoim podwórku. Może to była pokazówka? A może nie dość, że pokazówka, to miała ona wywołać sympatię do dziewczyny? Nie da się wykluczyć, że jest szpiegiem. Pytanie – dla kogo? Skoro on tu jest, jako Inspektor, kolejne kontrole są zbędne, szczególnie że nie miał czasu się zbytnio zbratać z resztą magów. W razie problemów starczyło go odwołać, spotkać się z nim. Zaistniała sytuacja wyglądała więc na jakąś prywatną grę, nie wykluczone, że posiadającą aspekty polityczne między fundacjami. Ciężko jednak powiedzieć, czy to coś nowego. Mógł o tym być poinformowany niezależnie od tego. Czas pokaże.
W notatniku pojawiły się stosowne uwagi. Następnie profesor oddał się swojemu ulubionemu zajęciu – lekturze.
 
Kritzo jest offline  
Stary 01-10-2011, 16:45   #15
 
Asenat's Avatar
 
Post wspólny Crys i Asenat

Spotkanie z Jovanem Blagojevicem na pewno nie było wymarzonym poczatkiem dnia Ravny. Szamanka była poddenerwowana - i choć uśmiechała się do Claire serdecznie i przyjaźnie - nie potrafiła ukryć zmartwienia.
Dotyk miała miły i delikatny, ale ręce - zimne jak bryły lodu.
- Przepraszam - mruknęła. - To coś z krążeniem. Szamani mojego ludu zaćpywają się na potęgę. Wszystkim nam ciała się w końcu buntują. Każdy płaci cenę za cuda.

Odmotała jeden z rzemyków z szyi i zanurzyła palce w zawieszonym na nim woreczku. Zapachniało czymś dziwnym. Jakby skórami i suszonym mięsem.

- Wiesz, tak naprawdę to nic strasznego ci nie jest... Chciał sprawić ból, nie uszkodzić.

W krysztale na jej szyi coś zamigotało delikatnym światłem, coś drgnęło i Claire zdało się, że w świetle poruszył się owadzi odwłok i wiele odnóży, że przez zmętniałe ścianki kamienia przez chwilę przyglądały się jej uważnie pozbawione wyrazu oczka, maleńkie jak łebki szpilek. Cyk, cyk rozległo się w ciszy, nieśmiało i pytająco. Ravna objęła kryształ dłonią.
- Nie teraz, maleńki. Nie ma potrzeby. - I światełko wewnątrz kryształu zgasło.


Palce szamanki były pokryte jakimś pyłem, to on rozsiewał tę dziwną woń - ostrą, wiercącą w nozdrzach, ale jednocześnie przywodzącą na myśl leniwe, słoneczne dni i bezpieczne ramiona matki, w których w każdej chwili można się schronić. Ravna nakreśliła coś na policzku Claire i mruczała coś sennie w dziwnym języku, spod wpółprzymkniętych powiek błyskały przekrwione białka jej oczu. Gdzieś na krawędzi słuchu, poza tą pieśnią trwał odgłos powolnie stawianych kopyt, klekot zderzających się rogów, a dłoń Ravny, gdy nagle urwała pieśń i poklepała Claire po odsłoniętym ramieniu, była szorstka jest zwierzęca sierść.

- Już. Jesteś nówka sztuka nieśmigana - wesoły głos szamanki i słownictwo jak z blokowiska niemal zgrzytnęły w starciu z jej sztuką - starą jak świat, w którym ludziom zawsze przydarzał się ból i rany. - Jakbyś kiedyś potrzebowała, bo teraz nie potrzebujesz - Ravna przymrużyła oko - to najlepsza jestem w zębach. Śliczne mi wychodzą. Spece z Hollywood mogą wleźć pod stół i zawyć z zazdrości. Jeśli dobrze się czujesz, to chodźmy na zewnątrz. Tobie dobrze zrobi świeże powietrze, a ja muszę nakopać robactwa dla fundacyjnych maskotek. Wczoraj mi się nie chciało i nakarmiłam je czekoladkami z adwokatem, to nie jest najlepsza dieta dla kruków.

Niemiłe spotkanie z Jovanem mogłoby odejść w niebyt. Mogłoby. Jednak Claire nie zamierzała darować Euthanatosowi jego działania. Trent się dowie, oczywiście. Nie ukryje tego. Po co miałaby? Przecież nie zrobiła nic złego. Mentor zawsze kazał podążać jej za swoimi przekonaniami. Nielojalność wobec tradycji? Nie, nie czuła wyrzutów sumienia. Ravna wydawała się szczera w swoich działaniach, nie zmusiła młodej Euthanatoski do niczego, a teraz pomagała i leczyła, do tego zaprosiła do swojego pokoju - gdzie wszystko było na wierzchu i świadczyło dobitnie o tym, że Ravna niczego się nie wstydzi i niczego nie ukrywa.

Smak żółci zniknął, mdłości minęły. Claire odetchnęła głęboko i z ulgą, przesuwając szybko językiem po zębach, prawie jak mały kot. Szamanka była dodatkowo nadzwyczaj interesująca. Euthanatoska z zainteresowaniem rejestrowała i chłonęła otoczenie, szczególnie tę jego część, która dotyczyła sympatycznej szamanki.

- Dziękuję. Czuję się o niebo lepiej - uśmiechnęła się nieśmiało do kobiety - Mam nadzieję, że opowiesz mi kiedyś, jak się lepiej poznamy, więcej o swojej tradycji, o chociażby krysztale, czy swoich doświadczeniach. Nie ośmielam się prosić o to teraz, bo mam wrażenie, że dla nas, nasze rytuały, przyzwyczajenia i wszystkie przeżycia związane z tkaniem i pruciem tego świata, są jak życie intymne. A przecież nie będziesz opowiadać o tym pierwszej lepszej osobie, która wpadła do lokalu z ulicy... - przerwała niezdecydowanie - Wiesz, wciąż się uczę, lubię poznawać i się dowiadywać.

Ravna przerwała przewalanie pudeł w swoim niemożliwie zagraconym pokoju i z triumfalną miną wydobyła spomiędzy kolorowych letnich sukienek zapiaszczoną saperkę. Wszędzie walał się papier nutowy i Claire właściwie nie miała jak stanąć, by na coś nie nadepnąć. Przy jej lewym bucie leżało zdjęcie ciemnowłosego mężczyzny o twarzy tak brzydkiej, że aż fascynującej, u jego stóp kładł się cień robiącej zdjęcie Ravny.
- Intymne? Eh, nie - szamanka pokręciła głową, i z sobie tylko znanych przyczyn zaśmiała się cichutko. - Chociaż... może masz rację. Może dla was faktycznie tak jest. My działamy otwarcie. Każdy z nas ma jedno imię dla ludzi, duchów i innych magów... Jeśli przyjedziesz na północ i zapytasz o noaidi, każdy Śpiący wskaże ci drogę. I w dziewięciu przypadkach na dziesięć faktycznie trafisz do prawdziwego szamana. Nasza siła płynie z jawności naszych działań, nie z tajemnicy. Nasz lud wie, że potrafimy więcej niż inni. I wierzą, że to dlatego, że potrafimy rozmawiać z duchami, targować się z nimi, przyjaźnić - lub walczyć. Obawiam się, że to się skończy, być może jeszcze za mojego życia, ale na razie jeszcze tak jest. Dlatego kiepsko się dogadujemy z innymi tradycjami. Jakby nie patrzeć, jesteśmy reliktem słabo przystosowanym do życia we współczesnym świecie. Jako taki, jesteśmy skazani na wymarcie. Jak dinozaury - posmutniała. - Chodźmy. Jak kruki padną z głodu będzie zła wróżba.

Claire nie oponowała przed wyjściem z siedziby Fundacji, choć ponowne przejście przez tajemniczą salę z lustrami wywołało ciarki, które przesunęły się niczym robaki, bo całym jej ciele. Kątem oka starała się obserwować Ravnę. Na twarzy kobiety widać było zmartwienie oraz cień czegoś nieuchwytnego, dojmująco smutnego. Szamanka nosiła również dość charakterystyczne cechy studenta w sesji - była nieco poddenerwowana i wyglądała na niedosypiającą.
- Rozumiem, że Jovan jest kontynuacją czegoś, co wydarzyło się jeszcze przed moim przybyciem tutaj, tak? - spytała ostrożnie, z zainteresowaniem obserwując przykucającą na boku zaśnieżonej ścieżki Mówczynię, która ewidentnie zamierzała zabrać się do zdobywania pożywienia dla swoich podopiecznych.
- Ehe. Myślę, że powinnaś wybrać się nad jezioro, posłuchać ducha, jak śpiewa o bitwie. To wiele ci wyjaśni... ja naprawdę nie mam siły przeżywać tego na nowo, nie sądzę, żeby ktokolwiek miał. W dużym skrócie w jeziorze osiedliła się istota stworzona lub wywołana przez Nephandi. Wspólnie z wilkołakami stoczyliśmy z tym bitwę. Wygraliśmy i zamknęliśmy anomalię, ale wielu z nas i wielu z wilkołaków zginęło. Zaś przedtem... ta istota już wcześniej atakowała. W zamieszaniu wepchałam jakiś jej fragment w to, co miałam pod ręką, i akurat był to bęben. My, szamani z północy, używamy bębnów. Cóż za niezwykły przypadek, powiedziałabym, gdybym wierzyła w przypadki - Ravna skrzywiła się szpetnie i wyciagnęła z rozmiękniętej ziemi tłustego, białego robaka, którego z ukontentowaniem pokazała go Claire, wijącego się ślepo w jej palcach. - Ale sztuka! Chyba ma kumpli pod tamtym korzeniem... Wracając do bębna i paskudztwa w bębnie. Zagrałam na nim na jeziorze, kiedy było już naprawdę gorąco... widziałam koniec, Claire, i nie był on przyjemny. Przedtem postraszyłam, że go spalę i że tylko ze mną może przetrwać. I współpracował. W jakis sposób, przyczynił się też do naszego zwycięstwa - ostatnie słowo zabrzmiało dziwnie pusto i gorzko. - Próbowałam go potem zniszczyć, ale nie udało się. Ani mnie, ani Diakonowi, a on naprawdę nie jest słabym staruszkiem, na jakiego czasami może wyglądać. Więc widzisz... Jovan tropi Upadłych. Wie skądś o tym, co trzymam w bębnie. Tak, zawsze mogę powiedzieć: zmusiłam to do posłuszeństwa, haha, ale ze mnie potężny mag! Tyle że w jego oczach może to wyglądać na dobrowolny pakt. Jestem podejrzana. A Diakon mnie bronił. To właściwie wszystko. Przykro mi, że cię w to wplątałam. W każdym bądź razie, będę rozmawiać z Jovanem Blagojevicem... Jak nie chcesz grzebać w ziemi, możesz powybierać korniki. Są zawsze w takich drzewach, z których kawałki kory odpadają i widać takie rude drewno...


- Wiesz, chyba jednak wolałabym im kupić ciężarówkę czekoladek z adwokatem - oznajmiła jeszcze, przykucając przy szamance i niewprawnie próbując jej pomóc. Nigdy nie lubiła grzebania w ziemi, prac w ogródku i nieszczególnie doceniała przebywanie na łonie natury. Z tego co wiedziała o tradycji Ravny, ona była pod tym względem raczej jej intensywnym przeciwieństwem. Mimo to, Claire nie dość, że dobrze czuła się w towarzystwie szamanki, to zauważyła, że przebywanie u boku tej barwnej postaci wpływa na nią samą uspokajająco. Nawet akita krążył z zainteresowaniem wokół Ravny, obwąchując jej ubranie i strzygąc uszami.
- Sio - powiedziała na wpół świadomie, unosząc lekko rękę - Jovan został tu przysłany jako kto? Sprawdzacz? Wizytator? Detektyw? - dodała kilka pytań do poprzedniego, intensywnie atakując grubym patykiem zmrożoną ziemię.
- Właśnie widzisz, to jest dziwne. Nie wiadomo jako kto. Nie przedstawił pełnomocnictw, więc właściwie... pojawił się jako nikt. Jako prywatny człowiek ze swoją prywatną krucjatą. Chyba że ma w zanadrzu coś oprócz shitlisty z moim imieniem.


- To znaczy, że będziesz z nim współpracować? Chętnie, bądź nie, ale jednak? - Claire skrzywiła się z niesmakiem - No i on tak może przyleźć i się wypytywać i prowadzić dochodzenie? Na jakiej podstawie? Owszem, ze mnie może zrobić miazgę w dowolnej chwili, ale Ty... Ty nie dałabyś się tak potraktować w korytarzu. Nephandi? - dziewczyna westchnęła - Daliście radę takiej sile... Ty dałaś - urwała, wstając i podchodząc zgodnie z sugestią szamanki do drzewa z naderwaną korą i wydobywając spomiędzy połów swetra plastikowy, pusty woreczek strunowy - Tu mogę ładować?

- Jasne. Tylko postaraj się ich nie zgnieść. Kruki wolą, gdy posiłek jest żywy i się rusza. Współpraca z Jovanem - współpraca to na razie zbyt duże słowo. Dowiem się, czego dokładnie chce. Wiem, że to może głupio zabrzmi, ale jeśli byłby w stanie uwolnić mnie od bębna, to jestem skłonna wyczyścić mu buty i nosić śniadanie do łóżka. Na razie zaś jestem żywotnie zainteresowana tym, by nie rozpowszechniał swoich podejrzeń. Mówiłam ci - mam jedno imię, od urodzenia, jedyne, moje i niezbywalne. Jeśli ktoś o pozycji Blagojevica obrzuci je błotem, trudno mi będzie je oczyścić. Obawiam się też, że w starciu nie miałabym żadnych szans. Na jeziorze po prostu bardzo starałam się nie oberwać - przyznała z wdziękiem. - I cholernie się bałam, że już nigdy nie wypłynę spod lodu. Jestem muzykiem, nie bokserem.

Zabierając się do pracy, Claire powiedziała jakby do siebie:
- Jezioro. Tak, będę się musiała tam wybrać. No i wilkołaki... Kruki, to znaczy - my, się kolegujemy, tak? Czy to tylko okazjonalna współpraca była?

- Obecnie... tolerujemy się. Liżą rany po bitwie, jak i my. I bardzo staramy się nie nadeptywać sobie teraz na odciski. Ci, którzy brali udział w bitwie przybyli tu na ich święto. Teraz odeszli, została tylko miejscowa wataha. Są dzikie i nieokiełznane. Z miejskich, bardziej cywilizowanych plemion został chyba tylko Adam - oczy szamanki zamgliły się, a głos zmiękł w jednej chwili. - Jezioro to ich tereny, ale jeśli staniesz tylko przy kopcu i będziesz słuchać ducha, nie zrobią ci krzywdy, nawet jeśli podejdą. Oni wiedzą, że my także straciliśmy naszych na jeziorze. Hołd dla tych, którzy zginęli, by inni mogli żyć jest i naszym, i ich obowiązkiem. I wszyscy mamy prawo do żałoby. Claire, ekhm... odebrałaś pewnie nauki w tej materii. Czy dusza zabitego człowieka może zostać, bo ja wiem, uwięziona? I czy pomimo uwięzienia może próbować szukać pomocy u żywych?

- Ekhm, sprawdzę...


Claire z minuty na minutę czuła się głupsza i mniej obyta. Jovan zachwiał jej pewnością siebie i siłą, którą powoli odkrywała, Ravna zaś nieświadomie rosła w oczach młodej Euthanatoski do roli postaci kultowej.
Akita spojrzał na dziewczynę z niemym wyrzutem, jakby chciał powiedzieć, że przesadza.
- Na pewno przyjdą mi do głowy jeszcze jakieś pytania, więc, o ile mogę, chętnie jeszcze z tobą później porozmawiam. Jak skończymy karmienie, pójdę się rozpakować, przebrać i ogarnąć. Chciałabym przejść się na to spotkanie z wampami - oznajmiła, wracając do pracy.

- Idź - szamanka skinęła głową i podniosła się z klęczek, otrzepała spodnie z ziemi. - Słyszałam, że bywają piękne, tak jak piękne i niebezpieczne może być ostrze. Samo ciało i intelekt, bez ducha... - coś w jej głosie mówiło, że takie złożenie w jej oczach to obrzydlistwo. - Wracamy?

Szamanka maszerowała przez ociekający topniejącym śniegiem las w tempie zbyt ostrym jak na gust Claire. Do tego majtała wesoło torebką z robakami i bez przerwy gadała, bez śladu zadyszki, jakby ktoś rozpruł worek ze słowami. Od czasu do czasu Claire udawało się wbić w słowotok z jakimś pytaniem, ale niebawem stało sie jasne, że Ravna może mówić długo i nieznużenie, i chyba po prostu lubi brzmienie własnego głosu. Zanim kruki otrzymały swój posiłek, szamanka zdążyła objechać jak burą sukę swego Śpiącego szefa numer jeden (dyrektora filharmonii - według Ravny sadystycznego dupka, od którego Jovan Blagojevic mógłby zaczerpnąć do swych metod pracy jak z krynicy mądrości), szefa numer dwa (szefa posterunku policji rzecznej Moskwy - seksistę, pijaka i malwersanta), przybliżyć program filharmonii na najbliższy sezon, a także opowiedzieć ze szczegółami, jak to kiedyś w Petersburgu trafił jej się dialog międzygatunkowy i międzykulturowy z dwójką irlandzkich wilkołaków - Ravna postawiła na stole grzybki, wilkołaki whiskey, a efektem były dwa kwartały miasta odcięte od prądu i tajemnicze pogłoski o pojawieniu się krasnoludków.
Zapytana o Przebudzenie pokręciła głową i spoważniała nagle.
- Topiłam się pod lodem. I prawie się utopiłam. Nie dzisiaj, Claire.

Ale nie wydawała się obrażona pytaniem. Ani teraz, ani po przybyciu do dziedziny, kiedy rozstały się i Claire ruszyła do swojego pokoju, a Ravna pogwizdując na kruki wysypała pod fontanną wszystkie robaki na podłogę.
 
Asenat jest offline  
Stary 12-10-2011, 16:51   #16
Moderator
 
Johan Watherman's Avatar
 
Inspektorowi towarzyszyło cały czas dziwne uczucie zakrawające poniekąd o niepokój, chociaż pozbawiony za grosz strachu czy niepewności. Z każdą przewróconą stroną wzmagało się w Colinie poczucie zbliżania się do wielkiej tajemnicy. W fundacji było cicho. Jon zdziwioną miną zareagował na wieści i poprosiłaby się upewnić czy to aby Alan. Potem powrócił do długiej rozmowy z Mayą. Chyba sobie przypadli do gustu... Chociaż kto tam wie Wirtualnych Adeptów.
”To kolaboranci. Byli niedawno w Unin Technokratycznej... Jeszcze niedawno to oni mordowali, strzelali, prowadzili eksperymenty. Są tak samo winni jak oni. To psy szukające pożywki.” Myśli popłynęły nieprzerwanym ciągiem jakoby w błysku inspiracji i olśnienia lecz tym razem był to również błysk, lecz ciemności która przyniosła ze sobą złość, nienawiść, niechęć. Colin długo się nie naczytał. Ktoś pukał do drzwi. Zmysłu już mu mówiły, że to pewnie Diakon. Zresztą nie tylko zmysły, ale silne uderzenia dwoma palcami w drzwi rytmicznie wystukujące pewien stary, hermetycki kod który obecnie stanowi albo siłę przyzwyczajenia albo usilną potrzebę wyróżniania się. I wtedy kolejny myśli przeszyły anglika na przestrzał. ”Znowu ten relikt dawnej epoki. Jak on kurczowo trzyma się bezcelowego życia! To już koniec, jemu nic nowego się nie wyśni,nic lepszego już nie uczyni, nie będzie lepszym. On nie dozna oświecenia. Może być tylko słabszym i gorszym. I w to prowadzi fundacje – ten, co przegrał własne oświecenie i siłę. Ktoś powinien go zastąpić.” Colin wystraszył się. Myśli były tak, jak swoje – nie, nie tak – najprościej byłoby się wyprzeć. Owe myśli były faktycznie jego, własne, osobiste wątpliwości.
Mistrz Aureliusz Marek Prim wyglądał na trochę zirytowanego zbyt długim czekaniem pod drzwiami – albo to chciał okazać nisko opuszczonymi brwiami, mocno zaciśniętymi, aż sinymi ustami. Wąsy mial nierówno przystrzyżone, chociaż alergia ciała przeszła już, choroba na duszy dalej przelewała się na jego oblicze. Mimo to Colin widział tysiące błękitnych gwiazd które skrzyły się we wzorcu starego maga układając się w w fantastyczne wizyr i symbole wedle stałego porządku. Chociaż nie tak oślepiającym blaskiem jak kiedyś, to kontrast z trochę zmizerniałą posturą (chociaż Aureliusza starem żadną miarą nazwać nie mógł, stary mag dopiero niedawno zaczerwienieć, poruszał się prosty jak struna, a tylko jego obecność niosąca ze sobą moc minionych lat dawała odczuć absolutnie każdemu, iż on jest starszy niźli to widać) , a jego silnym wzorem momentalnie postawił, trochę nieświadomie, Colina do pionu.

-Adepcie Inspektorze... - przewodniczący rady zaczął szorstko. -Pozwolisz wejść?

Pytanie było tylko formalnością, a po krótkim czasie obaj już siedzieli naprzeciw sobie. Diakon sprezentowawszy jak to on – pełen dumy, z wysoko zdartą głową, bacznym spojrzeniem i ciemnymi chmurami przeznaczenia kłębiącymi się nad nim. Przez swój pobyt w fundacji Driscoll Moryet zdążył zauważyć, że przewodniczący rady przestał mu tak jawnie ukazywać niechęć. Co prawda do sympatii jeszcze wiele brakowało (co zresztą było zrozumiałe biorąc pod uwagę hermetycką tendencje do wietrzenia spisków), inspektora dalej traktował jako zło koniecznie oraz potwarz wymierzoną przez własną tradycje lecz skoro już tutaj jest – musieli współpracować. Diakon przestał mu utrudniać dostęp do dokumentacji lecz ułatwiać również nie zamierzał.

-Adepcie, zapewne tajemnicą nie jest, że raport prędzej czy później musiał trafić do moich rąk. Nie będę ukrywał, że z wieloma punktami bym się nie zgodzi również krytyką mojej osoby. Zapewne nie wiesz Driscollu, że te fragmenty czyimś celowym przeciekiem zostały rozpowszechnione.

Aureliusz spoglądał na wykładowcę wzrokiem przenikliwym, w tych kilku chwilach ciszy stała się wybadać jakichkolwiek oznak niepokoju czy przestrachu. Colin poczuł wokół siebie zimną sondę mentalną starego maga kóry krążyła wkoło niczym myśliwiec czekający na zbłąkane zmiany w aurze.

-Nic nie rozumiesz, dzieciaku... – Mistrz Aureliusz westchnął zrezygnowany i widocznie osłabiony w swej pewności siebie. - Fundacja Białych Kruków bezpośrednio podległa jest tylko i wyłącznie Fundacji Horyzont. Jest to bardzo wygodne, wszak tempo reagowania Horyzontu oraz nieczęsta spotkania rady dają nam dużo autonomii. Lecz... Jak wiesz, adepcie, równo Porządek Hermesa jak i Verbana oraz Niebiański Chór ufundowały dziedzinę, węzły... I mają wpływy. O ile Verbena nie jest nami zainteresowana, a wolność od Chórzystów zapewniłem sam, moimi skromnymi środkami... Adepcie, wasza obecność tylko zwiększa naszą zależność od Doissetepu przenosząc ich wewnętrzne spory na to podwórko, rzecz którą chciałem za wszelką cenę uniknąć.

Kilka chwil ciszy. Tajemnica została rozwikłana, a Colinowi nagle się wydawało, że Diakon mówi rzeczy zupełnie oczywiste. Przebłysk. To intryga mająca na celu przejąć fundacje. Najpierw inspektorat, teraz pojawienie się fanatycznego Jovana. Jakaś niewysłowiona groza wstżaśńełą adeptem – groza wynikająca ze sprowadzenia własnej osoby do bezwolnego pionka który już współudział w tym spektaklu. Dalsze słowa Diakona były tylko formalnością.

-Nieoceniony i wspaniały Adept Jon Jeremy Awaycraft, robiący aktualnie piorunującą karierę ostrzy sobie zęby na fundacje, podejrzewam, że tutejszej rady również nie oszczędzi. Ostatnio dużo się dostało mi, zarówno przez raport, jak i suche faktyczny taki sprawy, jak posiadanie Wirtualnego Adepta w strukturach rządzących. Grają przeciw mnie. Więc Adepcie Inspektorze... Muszę wyjść z kontrpropozycją, skoro jesteś jednym z owych graczy.

Diakon nachylił się lekko. Twarz miał kamienną, niewzruszoną. Kolejnym błyskiem, na przestrzał – Colina ogarnęła niechęć do tego buca. Siedzi tutaj niczym król, pan sytuacji który nie lęka się żadnego niebezpieczeństwa. Bezgranicznie ufającym swym możliwością pyszałek, człowiek który umrzeć musi – bo minęla jego era, a mimo to trzyma się rakami władzy i życia. Faraon który nie widzi, że jego państwo upada. I wtedy Colin przeraził się znowu, myśli były zbyt natrętne, jego własne, a tak nienawistne. Chyba na twarzy inspektora wraz z kroplą potu pojawiło się coś niewypowiedzianego, gdyż Diakon natychmiast kontynuować jakby dostał to czego chciał.

-Dobrze wiemy adepcie, że wojna wstąpienia mimo wszystko nie jest dla was ni pasją, ni moralnym obowiązkiem. Nie oszukujmy się, inspektorze. Znalazłeś się tutaj dziełem przypadku. Jeden z moich dawnych uczniów obecnie prowadzi miłą fundacje badawczą. Posiadają własny węzeł, zajmują się głównie ekspedycjami badawczymi w poszukiwaniu dawnej wiedzy czy kontaktami z istotami mitycznymi które jeszcze nie odeszły. Czego pragnę w zamian? O wiele bardziej optymistycznych sprawozdań, złożenia wniosku o cenzurę dla Jovana oraz... – Diakon spauzował. Uśmiechnął się chytrze. -To już nie tyczy oferty. Za to, co stało się z Robertem, jesteś winien adepcie wystawić mi Awaycrafta do pojedynku. Inaczej do pojedynku dojdzie lecz z inną osobą.

Spojrzenie miał dzikie, wymowne. I gdzieś na dnie oczu Diakona krył się smutek i żal.
Tego starego buca i nieudacznika – kolejne natrętne myśli. Duma. Chęć samemu posiadania fundacji we władzy. Chęć posiadania.

***

Były takie dni, gdy Diana Brzeska czuła się niepotrzebna. Będziecie mnie potrzebować? Nie, nikt nie potrzebuje. Wszyscy się rozeszli. Teraz siedziała w pokoju Grigorij czynił u siebie, Jon w kuchni wraz z nową kobietą w fundacji, a młoda eutanasta wypakowywała się. Isamu pewnie coś majstruje, Gustaw się uczy... Penie tak. Diana siedziała sama. Niepotrzebna. Jej pokój zdawał się zionąc pustką. Pukanie. Ktoś pukał do jej drzwi. Dokładnie rzecz biorąc to Gustaw Kowalczyk nerwowo uśmiechając się kątem ust.

[u]-Adeptko... Znaczy się Auria... Mam sprawę.[/i]

Od kiedy Ravna przygarnęła częściowo Gustawa, chłopak zmienił się. Chociaż możliwe, nawet bardziej prawdopodobne – że wpływ tak wielki miały nań wydarzenia w których uczestniczyła fundacja oraz starta mentora i podejmowania nauk u Diakona. Tego Brzeska oczywiście wiedzieć nie mogła gdyż poznała Gustawa po całym bajzlu w fundacji.

-Zdaję sobie sprawę, że to co zaproponuje może mnie wpędzićw kłopty. Nie boje się, teżjestem magiem.

Tak, to było czuć – chłopak dodawał sobie pewności siebie. Był najsłabszym magiem w fundacji, przez hermetyków nawet nie uważany jeszcze za pełnoprawnego maga. Diana widziała jego niepewną posturę która na siłę prężył, stróżkę potu spływającą z czoła.

-Mam do zapłacenia sporo haustów, będzie z pięć miarek... Dobrze, od czego zacząć... Chyba od podstaw. Jestem początkującym hermetykiem i ustoję progu kariery. Moim mentorem jest Mistrz Robert i tutaj pojawia się wielki problem. Gdziekolwiek pójdę, przedstawiając się – często spotyka mnie niechęć. Wielu magów nawet nie wie czemu, a tylko coś o uszy się obiło. Że wampiry mają dość, rozumiem... Do czego zmierzam... Muszę wiedzieć. Strasznie jest obrywać za rzec nienazwaną... W pokoju Mistrza Cross są dokumenty...

Nienazwana groźba ściskającą za żołądek włamania do pustego pokoju hermetyka na moment zamroczyła Dianę. Nie aby po całej formule tego się nie spodziewała. Raczej czemu Gustaw podszedł akurat do niej.
Rzeczywistość drgnęła jak szarpnięta struna. Gdzieś brzdękała magya.

***

Claire Duane udała się do polju i zaczęła się wypakowywać. Widok kruków był zaiste zabawny. Dwa białe ptaki z trzepotem skrzydeł wyfrunęły z sali obraz, przepłynęły korytarzem i wpadły na hol kracząc zajadle. Kiedy jadły, nieustanie wyrywały sobie wzajemnie robaki z dziobów.
Ale to było dawno. Teraz Ravna kroczyła już dobrze poznaną ścieżką poprzez błoto, topniejący śnieg i kałuże ku domku Stanisławy który wzięła pod swą opiekę. Marsz dotychczas przebiegał bez przeszkód. Kobieta znajdowała się już w głębokim lesie – poznać to było łatwo, woń spalin z pobliskiej drogi ustępowała świerkom, a odgłos pojazdów oddawał pole dla świszczącego pomiędzy drzewami wiatru. Pozostawał tylko niepokój, że coś ją obserwuje.
Przebudzona poczuła wpierw jakieś małe stworzenie pałętające się jej u nogi, potem coś przebiegło po ramieniu... Co innego zaszeleściło w gałęziach. Natychmiast magyczny zmysły wyostrzyły się, a jej zachciało się śmiać gdyż towarzysze w wędrówce wyglądali dość pociesznie. Duchy, tak. Była dla nich niczym płomień dla ćmy. Tak oto spostrzegła, że lśniący, krystaliczny pająk wzorca oraz jego odrobinę większy, ale schorowany kolega przechadzali się jej po ramieniu. Mniejszy tkał pajęczynę wzorca na koledze odtwarzając dwie wyrwane mu nogi. Pod nogami biegał duch królika oraz dwie myszy polne przystrojone w wielobarwne pióra (coś jak pióropusze lecz na całe ciało). Odrobinę niepokojąca mogła być natomiast nabrzmiała od zielonej, wyciekającej ze wielu ran sylweta dość sporej (wielkości wilczura) zmory która śledziła szamankę kołatając się na siedmiu parach chudych rąk i przyglądając się jej zaropiałymi ślepiami. Uśmiechała się... Słodko. Tak, słodko, że Ravnę niemal coś w środku skręciło na ten widok, a już najbardziej – chciało się jej rzygać. Ostatnim z zaciekawionych duchów był świetlik dający barwę krwistą, lecz czystą. Na moment rękawica jeszcze bardziej się poluzowała, a ona usłyszała przy uchu dźwięk.

-Strzeż się niedźwiedzicy. To potężny duch przewodnik, a ten który za nim podąża, to... - Głoś stał się coraz bardziej piskliwy, jakoby przerażony -Czarnoksiężnik!

Oczywiście szamanka musiała wiedzieć, że dla większości duchów czarnoksiężnikiem bywają raczej osoby fetyszyzujące jw niźli nephandusi lub inferna liście, acz ich też tak czasem się określało obok technomagów czy co bardziej biegłych w entropii magach. Świetlik był przerażony.
Ravna kroczyła dalej. Otoczona zagrają zaciekawionych jej obecnością duchów, już przyzwyczaiła się do nich. Domek Stanisławy już prześwitywał przez drzewa. Wnet... Zimny pot oblał Ravnę gdy usłyszała czyjeś skradanie się za plecami. Gdyby nie jej czuły słuch – byłoby po niej.
Ledwo zdążyła się obrócić i uskoczyć bok, kiedy to obok przeleciał olbrzymi wilk. Ona upadła w błotnistą kalozę, wilk nie wyhamował i całym impetem grzmotnął w zaspę przecinając ją i uderzając w drzewo, aż zahuczało. Potem z lasu wyskoczył kolejny. Dwa, olbrzymie wilki czy raczej stwory wilkopodobne bo jak na zwykle wilki miał stanowczo za długie łapy i same były zbyt wielkimi stworzeniami o dzikich oczach. Ten co się na nią rzucił posiadał czarne, rzadkie fustro ustrojone brązowymi łatami, był większy oraz bardziej wściekły – sądząc po warknięciach. Drugi spokojnie kązl wokół niej, wyraźnie mniejszy, ruchy miał zwinne, w milczeniu szsary potwór okrążał ją szukając miejsca do ataku.
Wilkołaki. Nie pozostało złudzeń. Zjawa która do tej pory obcerowała Ravnę, teraz piszczała radośnie. Szamanka niemal czulej, jak swymi łapami drapie w rękawicę bezskutecznie... Zjawa chciała jej pomóc.
Warknięcie. Szary wilk skoczył na nią... I przeleciał nad głową, rzucając się na swego większego krewniaka. Jak ten chwycił napastnika prosto za gardło, jak nie szarpnął wyrywając spory kawał ciała u szyi... Szary wilkołak tylko zawył, jeszcze próbował się podnieść lecz zaniemógł, pyskiem ryjąc w kałużę krwi która sam tworzył Lecz jeszcze żył. Szamanka doskonale słyszała powoli, bardzo powoli milknąca pieśń jego żywota.
Czarny wilki zwrócił się do niej, szczerząc zęby. Chyba szykował ataku...
Bębny grały. Dziko. Zmora drapała o rękawicę.

***

Jak mieć pecha – to na całego. W pierwszej chwili krukołak mógł się zastanawiać czy aby za dużo nie wypił lub – sądząc po takim fenomenie – nie naćpał się. Kirił w jednym z moskiewskich parków, myjąc się w lodowatej wodzie fontanny spotkał... Kota. Wielkie, czarne kocisko przechadzało się po krawędzi chwiejne, rozepchane na boki, rozpasiony. Kiedy to kruk radośnie mył się w fontannie, ten zbliżał się doń.


Kocisko, kociskiem, lecz to co innego było przyczyną pecha. Ludzi było mało. Rzadkie drzewa pomiędzy którymi wił się spękany, wybałuszony przez korzenie, a ponad wszystko kiepsko odśnieżony chodnik. Kirił zauważył, że powietrze w parku drga dziwnie. Zupełnie nie nadaje się do lotu, zmienia natychmiast kierunek, drga niczym sprężyna i cofa się. Potem usłyszał krzyk – piskliwy, ochrypły, dziki przeradzał się w historyczny śmiech, potem niski, gardłowy bulgot. Jedną z pobliskich alejek biegł człowiek (być może mężczyzna lecz nie był tego tak pewny) o długich, chudych kończynach i odrobinę beczułkowatym tułowiu. Ubranie miał całe wysmarowane błotem, chociaż... Krukołak chyba się cieszył, że po zapachu nie dane jest mu sprawdzić czy to jest błoto. Oczy zakrwawione,na twarzy tysiące małych krotek barwy czarnej oraz gęsta ropa wyciekająca mu z ust spienionym strumieniem. Świat zdawał się wirować, krukołakowi zrobiło się dziwnie błogo – coś jak odlot po porcji trawki. Drzewa falowały, śnieg stawał się brudniejszy, umbra bliższa (i ciemniejsza), wokół słychać było piskliwy, nienaturalny świergot wróbli.
Za mężczyzną bez słowa biegło dwóch jegomości w szarych płaszczach przypominających odrobinę funkcjonariuszy KGB, gdyby nie z gruntu amerykańskie lustrzanki oraz dziwne znikanie z pamięci szczegółów gdyż krukołak już po chwili nie mógł zapamiętać trórych z tej dwójki miał krzywy nochal – byliby zwyczajni.
Strzały w powietrze, miast świstu kul naboje rozprysły się na drzazgi i... Zmieniły w metalowe wróble które pofrunęły w niebo. Kot zaklną.
Dokładnie ten kot który się przechadzał zaklną siarczyście pod pyskiem i prychnął zajadle zaskakując na śnieg. Jeden z agentów wyjął dziwny przyrząd podobny dość do starych telefonów. Natychmiast ładunek elektrostatyczny ogarnął park, a rzeczywistość na moment jakby się unormowała, nim ponownie nie zaczęła się rozmywać śladem uciekiniera.
Miał dziś pecha.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.
Johan Watherman jest offline  
Stary 13-10-2011, 22:10   #17
 
Drusilla Morwinyon's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=ccZgbpankKo[/MEDIA]

Wizyta młodego hermety zaskoczyła nieco maginię. Właśnie dopijała kubek herbaty zastanawiając się, czy lepiej pojechać do domu po jakieś wygodniejsze ciuszki, posiedzieć w bibliotece, czy może sprawdzić jak trzyma się Diakon, kiedy pojawił się w jej dość pustym pokoju. Jakoś nie miała ani czasu, ani ochoty, by jakoś go urządzić, więc prócz paru notatek miejsce wyglądało, jakby nikt tu nie zaglądał.
Mimo to skinęła Gustawowi głowa i uśmiechnęła się przyjaźnie.

- Hm?


Spokojnie wysłuchała co młody ma do powiedzenia po czym podniosła kubek do ust i wciąż milcząc upiła łyk.
Dopiero po chwili, odstawiwszy naczynie spojrzała mężczyźnie w oczy.

- Chcesz, żebym pomogła ci dostać się do pokoju jednego z Mistrzów Fundacji i wykradła jego prywatne dokumenty, dobrze rozumiem? - spytała tonem, jakim mogłaby pytać o pogodę.

-Tak. - Rzekł hardo, nawet zdobył się na spojrzenie jej w twarz.
Skinęła głową i posunąwszy się nieco na łóżku wskazała mu miejsce obok siebie.

- Nie jestem pewna, czy rozumiesz konsekwencje swej decyzji. Tak, ludzie mogą ci nie ufać ze względu na mentora, udowodnienie jednak, że NIE MOGĄ ci ufać poprzez próbę wykradzenia informacji nie przeznaczonych dla ciebie nie polepszysz swojej sytuacji. Niektórzy mogliby to nawet nazwać zdradą. - W głosie magini nie słychać było wyrzutu, ostatecznie mogła zrozumieć pobudki młodego. - Nie wiem co o mnie słyszałeś, ale u siebie nie mam najlepszej opinii. - Uśmiechnęła się krzywo - Nawet ja jednak nigdy nie próbowałam czegoś tak... hm, niewłaściwego. Nie żebym cie nie rozumiała. Do diabła, jakbym miała obrywać za coś, co nie jest moją winą i na co nie mam wpływu pewnie by mnie szlak trafił...

Wstała i zaczęła przechadzać się po pokoju.

Wstała i zaczęła przechadzać się po pokoju.

- Nie znałam Mistrza Roberta, trudno mi wiec ocenić, czy nieufność jaką niektórzy zdają się go darzyć ma jakieś podstawy... Ale masz prawo wiedzieć co jest grane, z tym się zgadzam.

Zatrzymała się i spojrzała mu w oczy.

- Ale nie w ten sposób. Mogę spróbować dowiedzieć się o co chodzi. Ale NIE zamierzam włamywać się do pokoju twojego mentora i tobie również tego nie radzę. Choć oczywiście, gdyby Mistrz Robert mnie zaprosił... Oh, nie wiem, poczuł w pokoju coś, do czego chciałby się dostać wpuściłabym go i sama musiała wejść, by dopilnować jego bezpieczeństwa. Oczywiście wszystko z powodu stanu w jakim się znajduje. Tak... Cóż, zobaczymy. A jeżeli chodzi o to, co jesteś komuś winien. z Tym mogę pomóc. Oczywiście coś za coś... - Uśmiechnęła się promiennie.
Gustaw był spokojny. Chociaż widać było po ciele, pocie galopujący po czole czy niepewnej postawie – był i tak spokojny. Głos trzymał pewny, spojrzenie świdrujące rzeczywistość na wskroś.-Więc umowa stoi. - Rzekł nie po rosyjsku jak zwyczajowo rozmawiało się w fundacji, a czystą, rodowitą polszczyzną.
Przechyliła głowę w bok również przechodząc na ojczysty język.

- Nawet nie zapytasz czego chcę w zamian?

-Wiele nie mam aby wiele stracić.

- Och, zdziwiłbyś się. Zawsze można stracić więcej, niż się człowiekowi wydaje. Ale wracając do kwestii zapłaty. Chcę, żebyś coś mi obiecał. Tylko jedno. Nie zrób niczego głupiego podejmując na własne ryzyko akcje z rodzaju tych o jakiej rozmawialiśmy, rozumiesz? Jeśli mam dla ciebie zaryzykować nie chcę, by poszło to na marne.
- Mrugnęła po czym podeszła i poklepała go po ramieniu. - Och, jeszcze jedno. Wpadnij czasem do mnie pogadać, ok?

Gustaw w milczeniu kiwnął głową mocno zaciskając usta.
Polka przez kilka jeszcze chwil patrzyła w stronę drzwi, za którymi zniknął młody mag, po czym z westchnieniem rozmasowała skroń.
Do diabła, miał tupet! Żeby tyle zaryzykować, przecież gdyby powiedziałaby o wszystkim Diakonowi Gustaw wyleciałby z Fundacji zanim zdążyłby powiedzieć "magyia"... Albo i gorzej zważywszy na zamiary ucznia.
Namawiać kogoś do włamania do pokoju mentora, jednego z Mistrzów Fundacji? To nie była błahostka, a zważywszy na śmiertelność w Fundacji i odkrycie zdrajcy...

Zaklęła pod nosem. Co prawda odrobiła lekcje na tyle, by dowiedzieć się choć tyle, by nie jechać na ślepo wciąż brakowało jej wielkich kawałków układanki.
Pytanie brzmiało, czy powinna powiedzieć o wszystkim Diakonowi? W końcu sympatyzowała z młodym magiem i jak najbardziej mogła go zrozumieć, z drugiej jednak strony powinna okazać lojalność wobec starszego rangą...
A może to sam Diakon wysłał go, by wybadać gdzie leży jej lojalność?
Stwierdziwszy, że najlepiej będzie jeśli prześpi się z problemem skierowała swe kroki w stronę fundacyjnej biblioteki, skoro miała wolną chwilę może równie dobrze ją wykorzystać.
Hm... Zważywszy na problemy ze "spaczonym" jeziorem i mającą wkrótce wizytą u wampirów stwierdziła, że powinna zająć się na razie tymi dwoma tematami.
Znalazły sobie miejsce przytargała wybrane książki i nałożywszy na uszy słuchawki, "...and if you have to cross thin ice, then cross it in a dance..." zanuciła pod nosem słowa słyszanej piosenki i zagłębiła się w lekturze.
 
__________________
Co? Zwiesz dekadentami nas i takoż nasza nację?
Przyjacielu, ciężko myślisz, w innych czasach miałbyś rację.
Czyżbyś sądził, żeśmy tylko tępo w siebie zapatrzeni?
Nie wiesz, lecz to się nazywa ironia i doświadczenie.
Drusilla Morwinyon jest offline  
Stary 22-10-2011, 09:59   #18
 
Asenat's Avatar
 
W gardle Ravny rosła i pęczniała wielka gula - nie do przełknięcia czy wyplucia. Adrenalina zdążyła wyparować z jej żył i szamanka była bliska płaczu. Nie wyobrażała sobie wieczornego spotkania z Euthanathosem, o które tak zabiegała, że była gotowa wydrzeć Diakonowi z gardła pozwolenie na nie, wydrapać je pazurami. Teraz żałowała każdego słowa. Bała się Jovana, tak jak zawsze bała się wielkich, silnych mężczyzn, skłonnych do agresji z byle przyczyny i bez przyczyny. Jak ojciec. Jak Cirn. Jak Carcarin - choć uderzył ją dla ukrycia zamiarów, bez gniewu i bez prawdziwej agresji. Ale pokazał, że może, i to wystarczyło, by Ravna obawiała się kolejnych razów.


Smarknęła przeraźliwie i wytarła nos w rękaw. Scenariusz wieczornego spotkania rysował się jej pod powiekami boleśnie jasno. Jovan będzie górą i wyciśnie z niej wszystko, co zechce, a ona będzie co najwyżej szlochać bezradnie, jak mała skrzywdzona dziewczynka. Jovan mógł sobie pozwolić na spokój, mógł wystawić gębę na ciosy... bo wiedział, że już wygrał, zanim oboje rozwarli usta i padły pierwsze słowa. Pewnie przetrzepał jej życie aż do chwili, w której wrzeszcząc wyskoczyła okrwawiona z ciepłego wnętrza ciała matki prosto w wielkie ręce teurga Mikaela Gustavsena. Pewnie wiedział o niej wszystko, bo nie jest trudno prześledzić życie kogoś, kto nigdy się nie ukrywał.

"Nie działamy w tajemnicy, nie ukrywamy się. To źródło naszej siły. I przyczyna naszego upadku".

- Kurwa jego maaaaaaaaać - oznajmiła ośnieżonym drzewom, a jej głos zabrzmiał piskliwie i rozpaczliwie słabo. Oto i wyrysowało się jasno, ile warte są tak hołubione przez europejskich magów tytuły. Papiery o przyznanie Ravnie tytułu Mistrza wędrowały już pewnie do Horyzontu, a ona tymczasem popłakiwała sobie samotnie w lesie, słaba, wystraszona i bezradna. Świadomość, że nie można bezkarnie podnieść ręki na jednego z północnych szamanów niezbyt dodawała jej odwagi. Niby wiedziała, bo Nilpa precyzyjnie jej to nakreślił, że towarzyszące im duchy zawsze się mszczą, i że inni noiadi nigdy nie wybaczają ataku na towarzysza, potrafią tropić i śledzić nawet po latach, by dopełnić kary... Ale co jej z tego przyjdzie, kiedy cios już padnie? Nic, tak jak zemsta nie wskrzesiła pomordowanych w zeszłym wieku szamanów. Jedyne, co udało się uzyskać, to strach, strach, który mógł powstrzymać kolejnych. Ale cokolwiek by nie powiedzieć o Euthanatosie, jednego była pewna - Jovan Blagojević się nie bał.

"Może powinien zacząć?". Ravna wciągnęła zwisający jej z nozdrzy smark. Duch popiskiwał jej do ucha, przerażony, opowiadał o potężnych czarownikach i duchach, które ich prowadziły, i Ravna rozsnuła pasma Rękawicy na tyle, by mogła przesunąć dłoń w świat duchów i pogładzić uspokajająco chwilowego towarzysza po futrzastych czułkach.

- Znałam takiego. Prowadził go Rosomak, również potężny duch i bardzo stary. Zaplatał mi warkoczyki i nazywał kwiatuszkiem.

"Bo każdy, nawet najbardziej bezwględny człowiek czasami zawiesza swoje gwałtowne odruchy na kołku".

***


W gardle Ravny rosła i pęczniała wielka gula - nie do przełknięcia czy wyplucia. W uszach dudniły bębny, a ich muzykę przeplatało własne tętno, szaleńczy rytm przerażonego serca, i piszczenie Gronostaja.

"Wstawaj". Szamanka walczyła z ochotą skulenia się na ziemi i zakrycia głowy rękami. "Wstawaj". Szary wilk charczał, płytkim, urywanym oddechem umierającego. "Wstawaj". Ravna wstała. Wypluła brudny śnieg, uniosła wolno dłonie do góry i uniosła głowę, by odsłonić gardło. Sierść na gardle czarnego zjeżyła się jak szczotka, warczał z taką lubością, że Ravna pojęła, że trafiła dziś na shitlistę nie tylko Jovana Blagojevica.

Ale kupowała czas. Przełknęła ślinę i podziękowała losowi za swoje nieróbstwo na studiach, które kazało jej wiać z zajęć w celu chlania bimbru z kółkiem pokerowym. Dzięki tym cennym doświadczeniom teraz na jej twarzy nie pojawił się żaden ślad wysiłku. Zawiesiła spojrzenie nieruchomo nad łbem czarnego wilka, a myślą sięgnęła ku rannemu...

- Nazywam się Ravna Turi i wiem, że rozumiesz, co mówię. Mam prawo tu być. Odstąp i pozwól mi przejść.

Zdążyła przytamować krwawienie, kupić może kilka chwil istnienia więcej, zanim olbrzymi wilk warknął ostatni raz, ślina kapnęła mu z pyska i ruszył na szamankę. W mgnieniu oka znalazł się przy niej skacząc na nią. Powalić ją ciężarem, chyba jakaś kość chrupnęła, Ravny osłoniła gardło skutkiem czego napastnik wbił zęby w prawy bark, zacisnął mocno i nie puszczał. Nie szarpał. Po prostu trzymał ściskając coraz mocniej, aż kości pękały.

Wrzasnęła i w pierwszym odruchu już sięgała do serca, by zadusić tętno, zgnieść tętnice. "Za mało nas zostało. Garou i noaidi. Obiecałaś. Obiecałaś".

- Nie, proszę, puść, puść!
- pisnęła cichutko. Na placach lewej dłoni stopniał śnieg, skóra zaczerwieniła się i wykwitł na niej bąbel oparzeliny. Zacisnęła rękę na nozdrzach wilka.


Wilk warknął, rozluźnił uścisk szczęk odskoczył na metr od szamanki. Wtedy rękawica rozwarła się w połowie, a plątanina setek łap zmory wysunęła się z niej i objęła wilkołaka (ledwo, z wysołem, acz mocno) w połowie tułowia.

- Wiem, że mnie rozumiesz. Zaatakowałeś szamana. Duchy się za to mszczą. Jeśli teraz odejdziesz, każę im zapomnieć i sama zapomnę. Odejdź, albo będziesz przeklęty - ty i każdy, który urodzi się z twojej krwi. - powtórzyła, podnosząc się ze śniegu.

Szary wilkołak zatoczył się osłabiony, lecz jakby rana na szyi się zabliźniała, on prostował się. Minęło kilka sekund jak szary wilk był wielkim, ale zgrabnym, szarym wilkołakiem, sierść wydawała się teraz bardzo jasno szara, lekko biała. Korzystając z uchwytu zmory, wciąż jeszcze chwiejnym krokiem dzielił łapą w pysk czarne. Wyglądało to jakby urwał mu pól pyska gdyż w mig zalał się on gęś tą, krwawą papką. Tymczasem wrogi wilk wyrywał się z uścisku zmory. Ta popiskiwała, próbując poszerzyć wyrwę. A Ravna, znacząca śnieg plamami krwi, zrozumiała, że tej walki wygrać się nie da, można ją tylko przerwać. Odczekała, aż szary skoczy. Sunął w powietrzu zgrabnym łukiem, po wygiętych w pałąk pięcioliniach. Szarpnęła je z jednej strony, obwinęła wokół dłoni końce i cisnęła w przeciwnym kierunku. Szary wilkołak rąbnął drzewo, aż huknęło. Zmora wsunęła się z powrotem do umbry. Czarny, wielki wilk warknął i błyskawicznym susem ruszył na Ravnę i... a ona cofnęła się o krok, rozluźniając jednocześnie Rękawicę.

Udało się lepiej, niż tego się spodziewała. Wystarczyło, że tylko otworzyła portal do umbry, a wilk skoczył w niego, nawet sama przechodzić nie musiała, a już zatrzasnął się. Co ciekawe, pająki i wzorca już zaczęły oplatać pęknięcia w Rękawicy. Szary wilkołak otrząsnął się i warknął niepewnie w stronę Ravny.

Szarpnęła barierą, na próbę, czy nie wystarczy mocniejszy cios, by sieć się rozpadła. Wsunęła dłoń w jedną z wyrw i ujęła kościstą łapę zmory.
- Popilnuj go dla mnie, dobrze? Niedługo wrócę.

Zmora z radością cmoknęła czymś w rodzaju ust i siadła sobie na ziemi oganiając pająki wzorca, jeszcze dość małe które starały się zniszczyć bąbel w rękawicy i wyrównać jej zagięcia.

Dopiero wtedy się odwróciła. Za bardzo nie wiedziała, co powiedzieć. Sytuacja była tak głupia, i jednocześnie tak straszna, że żaden komentarz nie wydawał się odpowiedni.

- Przepraszam, że cię uderzyłam. Ale on by zabił. Ehm, ta rana..
. - wzkazała palcem na szyję szarego. - Fatalnie wygląda. Nie jestem lekarzem, ale to trzeba zakleić.

Dotknęła bezwładnie zwisającej prawej ręki. "Mnie też trzeba będzie poskładać i zakleić. Jeśli mam dzisiaj grać. Jeśli mam jeszcze grać kiedykolwiek". Przed oczami latały jej białe płaty, konary drzew skrzypiały ostro.
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 22-10-2011 o 22:41.
Asenat jest offline  
Stary 23-10-2011, 00:24   #19
 
Asenat's Avatar
 
Wielki wilkołak z wyprostowanej podstawy pochylił się, opierając na wielkich rękach i podsunął się do Ravny, odsłaniając szyję. Dość nieufnie. Teraz dopiero, z bliska Ravna zauważyła, że to co miała za szarą, miejscami białą sierść, wygląda bardziej jak... Siwizna. Dotknęła delikatnie miękkiego futra. Sierść przesypywała się lekko między palcami, inaczej niż u Adama... on zawsze miał futro pełne poskręcanych kołtunów i pamiątek po ostatnich posiłkach i legowiskach. Rozpuściła trochę śniegu w dłoni, rozsupłała woreczek na szyi i zanurzyła w nim mokre palce. Gładząc futro nuciła melodię bez słów i szyła rany. Ponad wszystko - nie mogła się skoncentrować. Umykały jej szczegóły, melodia się rwała... Leczenie zarówno wilka, jak i samej siebie, było tragiczną prowizorką. Wilk, a raczej wilczyca, bo to zdołała dostrzec we wzorcu, mogła się regenerować sama. Ravna zaś będzie musiała odwiedzić ostry dyżur, nakłamać lekarzom, i w najlepszym przypadku grać wieczorem na próbie na silnych prochach. A potem... potem albo magia, albo kontuzja do końca życia, ograniczony ruch, skrzypce rzucone w kąt, śmierć muzyki. Zagryzła wargi i wstała.

- Nie dam rady teraz zrobić nic więcej, przykro mi. Ale powinno się już zagoić. Jesteście silni. Czemu on, tamten, chciał mnie zabić? - obawiała się, że w głosie przebije się przerażenie, ale nie. Tylko smutek i strata. - Będę musiała go wypuścić, zaraz, niedługo... to nieludzkie tak kogoś więzić - Ravna skrzywiła się płaczliwie.

Wilczyca patrzyła nieruchomymi ślepiami, nagle zgięła się w pół i zaczęła zmieniać. Pomału, wręcz koszmarnie wolno, gięły się kości i trzeszczały mięśnie. Wreszcie uniosła twarz. Poturbowana Rosjanka ubrana dość po ludowemu, włączając tradycyjnie szyty kożuch, o twarzy pomarszczonej acz w hardym wyrazie, długie, siwe włosy związane na warkocz. Wilkołaczka oparła się o drzewo, pot płynął wąską strużką od jej posiwiałej skroni. Łapała oddech po przemianie.
- Nie mam pojęcia, maleńka... - westchnęła. Może to coś w rysach, a może w samej postawie, ale zdawała się podobna do zmarłej Stanisławy.
- O chol... jesteś jej siostrą?
-Natasza Żełudkow, tak...
- zdawała się nie do końca kontaktować, może przez ból, a może przez stratę krwi.
- Chodźmy do domu - zreflektowała się Ravna. - Zostawiłam tam trochę jedzenia. Powinnaś się położyć...
-Tak... Nie. Słuchają cię zmory. Czuć od ciebie Żmijem...

Ravna zatrzymała się w pół kroku. To by wyjaśniało atak czarnego. Jednak Natasza się wahała.

- Wiem, co możesz czuć - oznajmiła wolno. - Przedmiot ze mną związany. Cena, jaką zapłaciłam za przechylenie szali w bitwie. Nic we mnie.
-To tylko powód czemu razem cię nie rozszarpaliśmy, malutka - staruszka zaśmiała się rozbawiona. - Temu przyda się trochę czasu na ochłonięcie. Zostały jeszcze jakieś nalewki po Stanisławie?
- Już wiesz? Przykro mi. Była naprawdę miła... - Ravna odkaszlnęła małe kłamstewko. - Tak naprawdę, to była przerażającą starą wiedźmą. Ale dla mnie była miła. Nie ruszałam jej butelek, trochę się, ekhm, bałam, co tam mogła wlać.
-Jak my wszyscy. Jak my wszyscy. W takim razie ty musisz być... Ravna, prawda?
- Ravna Turi. tak. Myślę, że obydwie powinnyśmy się napić.



W chacie Stanisławy zawsze było ciepło, niezależnie od tego, jak dawno temu wygasł ogień. Pachniało ziołami, kawą, trochę potem i trochę skwaśniałym mlekiem. Ravnie podobały się te zapachy, przypominały jej kuchnię jej matki i letnią chatę Sirri nad jeziorem w górach.

Natasza rozsiadła się za stałem, a Ravna balansowała na palcach na krześle, sięgając po butelki ustawione na belce.
- Jarzębiak, z zeszłego roku. Jeżynowe wino, sprzed pięciu lat. I coś nieopisanego, ale wygląda na gęste... chyba jakieś maliny widzę.
- Daj tego bimbru, malutka. .. Prawdę mówiąc jeszcze nie wiem z jakiego tak naprawdę powodu zginęła moja siostrzyczka... Wiesz coś więc?


Ravna obracała w palcach kieliszek.
- Właśnie się zastanawiam, jak to delikatnie powiedzieć. Ale chyba się nie da.
-Pewne szczegóły dostałam pocztą pantoflową od Roberta ale... - Natasza skrzywiła się, jej twarz była jeszcze bardziej pomarszczona - Nie wierzę mu jak psu.
- To może być ciekawe - Ravna zasznurowała usta. - Porównajmy szczegóły. Według mojej wiedzy, zabił ją odprysk, jakaś część istoty, która zamieszkała w jeziorze. Ta część... opętała jedną z moich. Stanisława się zorientowała. Zdążyła tylko ostrzec, kiedy to coś zaatakowało. Tylko tyle wiem, nie było mnie przy tym.
-Stanisława przybyła pewnej nocy pod jezioro przepatrzeć je. Jak to robiła każdego roku, od kiedy tutaj mieszkała. Rok za rokiem. Wtedy też spotkała dwójkę z was, kroczących pośród cudów. Był tam też właśnie ów duch. Tylko niepokoi mnie co innego. Nigdy jezioro nie atakowało. Nigdy, to było tylko coś w rodzaju bramy, a wierz mi, moja siostra umiała sobie radzić.
- Wyobrażam sobie. Bezradne dziewczynki raczej nie mieszkają same w lesie... Jednak to coś, jest naprawdę cholernie silne. Wielkie. Podzielone i jednocześnie nadal całe. Nie umiem wytłumaczyć. Kiedy po raz pierwszy spojrzałam pod lód, widziałam tam skrawki dusz. I mam wrażenie, hm... że po raz pierwszy zaatakował, kiedy Ten, który Prowadzi postanowił dokonać sądu przez walkę z tą istotą. Wtedy zaczął się młyn. Dlaczego nie ufasz Robertowi... jak psu? - Ravna całą nadszarpnięta siłę woli włożyła w zachowanie powagi i kamiennej twarzy.
-Do tej pory nie mogę pojąć co moja siostra w nim widziała i co widzieli inni. Może i likwidował ongiś wampiry i tym sobie założył na uznanie. Lecz to była tylko i wyłącznie jego prywata, nic chwalebnego. Natomiast wszystko inne co robił. Robert mógłby się równie nazywać Machiavelli czy Dzierżyński.
Ravna oparła twarz na dłoniach. Potem dolała do kieliszków. - Myślę, że czas na małe wyznanie. Nie wiem, co mówiła ci o mnie siostra, ale wiem, że zmora nie czyni mnie szczególną godną zaufania...jednak. Te najważniejsze rzeczy zawsze następują po "jednak".
Natasza oparła dłonie płasko na stole i uniosła brwi.
- Robert zrobił coś z przedmiotem, z którym jestem związana. Nie wiem co, nie wiem jak. Powinnam wiedzieć. Robert jest obecnie nieosiagalny. A ja muszę wiedzieć. On i Stanisława przyjaźnili się. twierdził nawet, że ją kocha, sprawiał wrażenie, że jej ufa. Więc przyszłam tu, żeby przeszukać dom twojej zmarłej siostry. I przepytać duchy, które jej tu towarzyszyły. Może dzięki temu się dowiem. Może dzięki temu ty dowiesz się, dlaczego musiała umrzeć.
-Nawet gdyby coś udało ci się znaleźć, w co wątpię to... Nie. Nie pozwalam. Co moja siostra robiła to jej rzecz. A wierz mi, była skryta i Robert jest skryty.
Mimo ostrych słów wahała się jeszcze, zastanawiała w milczeniu.
- Pewnie, że był. Oni mają taką naturę. Chodź, pokażę ci coś - Ravna złapała butelkę i podeszła do drzwi.
Natasza ruszyła za nią pewnym krokiem. Na nią kompletnie alkohol nie działał, tak się przynajmniej wydawało.
- To ja - szamanka wskazała palcami na ślady paznokci i krew na drewnie. - Zeszłej nocy. Coś złego się dzieje. Ze mną. Jak długo to będzie tylko przedmiot, a nie ja? Ja nie wiem, ile mam czasu. Uwierz mi, szanuję pamięć twojej siostry. Cokolwiek tu znajdziemy, a nie będzie dotyczyło Roberta i jeziora, należy do ciebie jako do jej siostry. Ja tu walczę o siebie, Nataszo.
Wilkołaczka kiwnęła niechętnie głową.

Możliwe, że pięć minut później już żałowała. Ravna przeprosiła na głos Stanisławę i duchy, które jej towarzyszyły, za to, co za chwilę zrobi. Po czym metodycznie, z zacięta twarzą i bez słowa wywróciła chatę do góry nogami. Zajrzała wszędzie, nawet w gazety do spalenia, zapuściła rękę i czarne smoliste wnętrze pieca i długo grzebała w węglach. Opadła przy kuchennym stole tylko po to, by rabnąć szczerego kielona i ze zdwojona werwą przystąpić do przeszukiwania kuchni. Kiedy ręczne poszukiwania nie dały efektów, kontynuowała już z krzesła, patrząc, jak rozchodzi się dźwięk w chacie, szukając pustych przestrzeni za ścianami. Przez długi czas natrafiała tylko na dziury wyżarte przez próchno, dom był naprawdę stary... A jednak jedna się znalazła. Ravna zerwała się z krzesła jak oparzona i skoczyła do piecyka, zaczęła odsuwać suszace się nad nim zioła. W skrytce zaś Stanisława schowała była tojad, obydwie cykuty, trochę pokrzyw i tego typu ingrediencje. Ravna zmełła przekleństwo i zignorowała pytające spojrzenie Nataszy.
 
Asenat jest offline  
Stary 23-10-2011, 15:00   #20
 
Asenat's Avatar
 
Usiadła za stołem i schowała twarz w dłoniach, policzki poznaczyły się zaraz śladami sadzy, kurzu i trudnego do zidentyfikowania brudu, który zawsze zbiera się po kątach. Nie miała nic. Z trudem przychodziło jej uwierzenie, że Robert nie zostawił w domu przyjaciółki choćby najdrobniejszego śladu. A jednak... oboje byli skryci, to fakt. Rozglądała się po ścianach, jakby mogły udzielić jej odpowiedzi, i nagle zdała sobie sprawę, że faktycznie mogły. Nie poruszyła się, przymknęła tylko oczy i zaczerpnęła z przeszłości, w której Robert zwykł siadywać za tym stołem.

Obraz się nie pojawił, rozbrzmiał← tylko głosy, słabe i niewyraźne, ale niewątpliwie należące do Roberta i Stanisławy.
-Zdajesz sobie sprawę, że o dużo prosisz?
-Tak, ale muszę ich ocalić.
-To ich nie ocali.
-Ale da szansę, da szansę. Przeznaczenie, los, jakkolwiek to nazwać. Trzeba to przerwać. U wszystkich.
-Niech więc to idzie na nasze sumienia. Tej szamanki również?
-Nie.
-Czemu? Przecież chciałeś ją ocalić?
-Mówiłem tylko, że ona umrze. I tak się stanie, tego nie zmienimy. Ale ocaleje, wierz mi.


Ravna wzięła oddech... nawet nieszczególnie była zaskoczona, biorąc pod uwagę jak długo Grigorij reanimował ją nad jeziorem.

Znowu fonia ale wyraźnie. W tle gotuje się woda, podłoga skrzypi, sielankowo. Stanisława zaczyna.
-Wiesz dobrze, że od kiedy odstąpiłam od Tradycji, mało co wiem.
-To ważne. Podobno pewna kabała Verben zabiła, a nawet gorzej...
- Głos Roberta łamał się, chyba mówił o załatwieniu avka - Mojego mentora. Nie patrz się tak.
-Jak? To był zbrodniarz. Pamiętasz co chciał mi zrobić?
-On tylko przegrał. Przegrał. To nie zły człowiek, ale nie zawsze dobrym ludziom...
-...wychodzą dobrze rzeczy?


Szukała jeszcze, czy Robert nie zwierzył się Stanisławie ze znajomości z Jovanem, ale przeszłość odpowiedziała ciemnością i głuchą ciszą.
- Obawiam się, że niewiele się dowiedziałam - zwróciła się do Nataszy - Dom pamięta skrawki rozmów. Wiem tylko tyle, że Robert i Stanisława chcieli... ocalić tylu, ilu tylko się da. Pomogę ci posprzątać, a potem muszę już iść. Przyjdę jeszcze jutro, zabrać moje rzeczy. W komórce w wiadrze z lodem leży mięso. jest takie czarne, bo to z renifera. Rodzina mi przysłała. Częstuj się, jak chcesz. Tamtego... wypuszczę.
-Uważaj. Wilkołaki miały zakaz poruszania się w okolicy chaty.
Ravna zamarła z miotłą w ręce, jej oczy stały się martwe jak kamyki.
- Zakaz? To znaczy?
-Zakaz. Stanisława chciała mieć spokój i wywalczyła zakaz. Chyba poprzez darowanie komuś ogona, znaczy się, nie obcięcie mu na amen.
- A jeśli ktoś ten zakaz złamał, to co się działo?
-Dostawał po łbie od swoich. I od mojej siostry. W sumie nie wiem co gorsze.

- A... aha. Pójdę już. Jeśli tamtego wypuszczę, nie będzie cię niepokoił? Nie wyglądaliście na zaprzyjaźnionych.
-Byłam zaskoczona. Na drugi raz potraktuje go chyba srebrem.
- Staruszka skrzywiła się z żalem nad taką koniecznością.
- Dobrze... do jutra, Nataszo.

Za linią drzew okalających chatę Ravna wyciągnęła telefon i wybrała numer. Ostro schrypnięty i chyba skacowany głos Adama poinformował, że właściciel telefonu śpi, je, poszedł na spacer i nie ma ochoty rozmawiać, ale jeśli musisz, to się nagraj, może odsłucha jak mu się zachce.
- Adam nie przychodź do chaty. Pod żadnym pozorem, już tam nie mieszkam. Nie przychodź tam!

Zanim dotarła do uwięzionego wilka, zdążyła zadzwonić jeszcze cztery razy. Schowała telefon do kieszeni i westchnęła.
- To było fatalne. Masz szansę na naprawę głupiego błędu. Wypuszczę cię, a ty nie urwiesz mi głowy i odprowadzisz mnie z rewerencją do stacji benzynowej, w ramach rozrywki opowiadając mi o Nataszy. tej szarej. Ja w zamian zachowam dla siebie twój durny atak. To tylko poczatek spłaty długu. Jeszcze nie wiem, co dla mnie zrobisz za to, że nie przyczepię ci teraz do dupy tej zmory, która cię pilnuje, ot tak, w ramach zemsty. Ale na pewno coś wymyślę.
Wilkołak kiwnął łbem w dół.
- Słowem. Dasz mi słowo honoru.
Wilkołak milczał. Spoglądał mądrymi oczami. Płynęły chwile, a on milczał. Ravna zaklnęła. Nie mógł się zmienić w uwięzieniu.
- Odejdź - szepnęła do zmory nadal pilnującej więźnia.
Zmora grzecznie przestała odganiać pająki Wzorca, siadła obok i przytuliła się do Ravny, przez Rękawicę, ale i tak zrobiło się nieprzyjemnie. Ravna potarła dłonie i rozplotła więzienie, pilnując cały czas, by zmora nie skorzystała z okazji. Ta jednak siedziała przy niej, popiskując i mrucząc przyjaźnie.
Wilk natomiast pierwsze co zrobił, to rzucił się na szamankę, ledwo Ravna się uchyliła, aby ten przeskoczył nad nią. Wyhamował przed zaspą i już zbierał się do powtórnego skoku, by zawisnąć zębami na gardle. Ravna się skrzywiła. Uścisk i szarpnięcie powinno cisnąć nim o drzewo, a jednak tylko trochę zmieniły trajektorię lotu. Zdołał zahaczyć ja pazurem.

-... i tyle wart wasz słynny honor. - parsknęła, odwróciła się i weszła w świat duchów. Przez wyrwę popatrzyła na wilka hardo. "No, dalej, skacz. Zrobimy powtórkę z rozrywki".
Nic z tego nie nastąpiło. Czarnyw wilk kręcił się przez chwilę, a potem odbiegł w głąb lasu. Ravna przysiadła na pniaku, obejrzała porwany płaszcz. Jak tak dalej pójdzie, będzie się musiała zwrócić do Jona o pożyczkę, bo znajomości z wilkołakami jak do tej pory - oprócz obietnic - owocowały głównie ubytkami w odzieniu wierzchnim.

***

Ravna leżała na stole na ostrym dyżurze, a śmierdzący ostro papierosami lekarz o wymiętej twarzy świadczącej o kilku dyżurach za dużo szył jej ramię.
- To był pies - łgała z przekonaniem. - Wielki, mieszaniec owczarka kaukaskiego.
- Tak tak - odparł machinalnie konował, bez wiary i w sumie bez zainteresowania. - Ale czemu pani przychodzi dopiero teraz?
- Myślałam, że się samo zagoi
- oznajmiła Ravna i zrobiła zawsze działającą minę króliczka.
- Zaszczepimy na tężec.
- Był naprawdę wielki, ten pies...
- I na wściekliznę.


***

Ravna dowlekła się do fundacji i z miejsca złamała kilka zaleceń lekarskich. Najpierw zapiła wódką dawkę prochów na ból mocno przekraczającą nie tylko zalecaną, ale i zdrowy rozsądek. A ponieważ poczuła się raźniej, poprawiła szycie sztuką Życia, wyrwała jeden szew, który zaczął sam wyłazić, po czym wybebeszyła szafę w poszukiwaniu wieczorowej sukni. Bowiem wbrew nakazowi nieobciążania ręki postanowiła, że jednak dzisiaj zagra. Pół godziny później, z suknią i szpilkami w plecaku i futerałem na skrzypce pod pachą raźno maszerowała w stronę wyjścia. I wtedy napatoczył się Robert. Patrzył tak, jak zwykle patrzą psy - nieruchomo i jakoś tak łzawo.

- Nie gap się tak - fuknęła.
Pies usiadł i gapił się dalej, oczywiście. Ravna skapitulowała i przyklękła obok.
- Nie mam ci za złe. Naprawdę. Choć i tak będziesz się gęsto tłumaczył.

***

- Adam, jeśli odsłuchałeś tę wiadomość, to znaczy, że odsłuchałeś też 30 poprzednich. Zadzwoń.
Ravna miała ochotę zadzwonić do Jona, by ten zlokalizował Adasia. Jednak świeżo w pamięci miała ostatni przypadek, kiedy wilkołak zniknął, ona zaczęła histeryzować z niepokoju, a Jon znalazł go, zalanego do nieprzytomności , w jakimś opuszczonym garażu. Jon bardzo dbał, żeby nie udało jej się o tym zapomnieć.

- Pan zawróci - poprosiła taksówkarza i podała adres.
- Kiepska dzielnica - zaznaczył.
Ravna posłała mu w lusterku wstecznym złe spojrzenie.
- I co? Co z tego, że zła?

Podrostki chlejące zajzajer przed klatką bloku żywotnie zainteresowały się zajeżdżającą taksówką. Ale potem zobaczyli, że to Ravna i zrobili przejście do drzwi. Kiedyś będzie musiała ich zapytać, jak to działa. Czy Adam musiał biegać z jej zdjęciem po całej dzielnicy i ręcznie tłumaczyć, że lepiej, by nie spotkała jej tu krzywda...

Za drzwiami cisza, nie dało się wyczuć dźwięku ani ruchu. Ravna wdusiła dzwonek po raz ostatni, potem rozejrzała się uważnie i znikła w drzwiach, dając krok w świat duchów. Wyszła po drugiej stronie. W mieszkaniu było tak cicho, że słychać było osiadający kurz. Pod oknem leżał przykryty kocem materac, na parapecie paprotka i spryskiwacz, a obok dwa zdjęcia. Jedno stare, z trójką dzieci w szaro-burych ubrankach, na tle białej ściany. Adam z rodzeństwem, które skierowano do innego przytułku, brat i siostra, których nie udało mu się odnaleźć. Na drugim zdjęciu osiemnastoletnia Ravna uczyła bratanka zarzucać wędkę. Zdjęcie dzielił biały krzyż - jakby było długo złożone wpół.

Z nowych rzeczy pojawił się rower, zdezelowana damka, Adam chyba sposobił się na przywitanie wiosny... Brakowało tylko kurtki i Ravna usiadła na materacu z nadzieją, że wyszedł tylko na chwilę i zaraz wróci. Dwie godziny i piętnaście telefonów później straciła nadzieję, ale mimo to czekała do ostatniej chwili, obijając się o ściany jak zwierzę w klatce. Wyszła dopiero wtedy, gdy nad głową wisiała groźba ostrego spóźnienia.

Z taksówki zadzwoniła do Jona.
- Poszukałem info o Jovanie - oznajmił bez przywitania.
- I?
- I dupa, ogólnie dupa. Nie ma fundacji, nigdzie nie przynależy. Za to chodzą plotki żeeeeee... że lubi łamać kości.

- Ach. Jon, mam prośbę.
- Zamieniam się w słuch... nie, czekaj, mam przeczucie...
- Proszę, nie mam czasu na przepychanki.
- A sprawdziłaś ten garaż?
- zasugerował poważnie, ale Ravna nie dała się zwieść. Jon po drugiej stronie skręcał się ze śmiechu.
- Nie.
- To może sprawdź?

Ravna wdusiła czerwoną słuchawkę.

***

- Spasi Chryste! - jęknęła Swieta, wychodząc z przebieralni - Co to jest? - wskazała palcem o krwistoczerwonym paznokciu na opatrunek wyłażący spod sukni Ravny.
- Toooo pies mnie pogryzł - odparła Ravna i wróciła do malowania rzęs.
- To fatalnie! Przecież jak stary to zobaczy... masz, weź to - obwinęła Norweżkę szalem. - Może nie zobaczy. Ale masz, pecha, Ravna, dziewczyno, słyszałam, że kogoś dziś zaprosiłaś. To ten twój Adaś?
- Nieee, znajomy - Ravna krytycznie przyjrzała się własnym oczom i wyciągnęła szminkę. Swieta wreszcie upchnęła biust w sukni i zasunęła zamek błyskawiczny, po czym stanęła obok Ravny przed lustrem i nałożyła grubą warstwę fluidu. Swieta była Ukrainką, a to, obok wielu innych ciekawych rzeczy, oznaczało, że jeśli się umalowała, to ten makijaż było widać z ostatniego rzędu.
- Pracuje w skarbówce - Ravna w przypływie fantazji zrobiła Jovanowi czarny PR.
- O. Ravna, dziewczyno. Jak z nim skończysz, to mnie umów.
- Nie chciałabyś. To nie jest miły facet.

Swieta wydęła ukarminowane usta i spojrzała na Ravnę pobłażliwie z wysokości niebotycznych szpilek, pięciu lat życia i zapewne z pół setki mężczyzn w tym życiu więcej.
- Z perspektywy czasu zawsze się okazuje, że sypianie z tymi miłymi jest nudne.
Ravna uciekła wzrokiem, a Swieta wybuchnęła gardłowym śmiechem. I przez chwilę Norweżka nawet rozważała, czy nie napuścić Swietłany na Jovana... Ukrainka nijak nie pasowała do wizerunku słodkiej i wiotkiej wiolonczelistki. Była wicemistrzynią juniorek Ukrainy w judo, a charakter miała jak skała. Swego czasu kropnęła nawet dyrygenta smyczkiem po mordzie, bo ją złapał nie tam, gdzie trzeba... I ku zdziwieniu wszystkich, nie wyleciała na następny dzień z hukiem. Swieta była twarda. A propozycja kusząca.
- Raczej nie.
- Jak chcesz
- odparła Swieta pogodnie.

***

Reflektor walił Ravnie prosto w oczy, ilekroć podnosiła głowę i wytężała wzrok, by sprawdzić, czy Jovan zasiadł już na pustej i ciemnej widowni.
- Jeszcze raz! Czemy skrzypce się spóźniają? Gdzie wam tak śpieszno? Gdzie się kurwa wyrywacie?
- Kiedyś go zabiję - sąsiad Ravny nachylił się do jej ucha.
- Daj spokój.
- Nie, serio...
- Co tam szepczecie? Na pogaduchy przyszliście, czy do pracy? Anton! Do ciebie mówię, myślisz, że to twoja pedalska knajpa?

Ravna podrapała się smyczkiem po nodze. Uśmiechnęła się do Antona. A potem mściwie zafundowała szefowi ciężką sraczkę.
- Jeszcze raz! - darł się dyrygent, nieświadomy faktu, że czeka go prawdziwie upojna noc.

Ravna ziewnęła, poprawiła opatrunek pod chustą i odwróciła strony. I wtedy ją trzepnęło.
"Widziałam drogę przez pole popiołów". Tak mówiła Sirri. To widziała, gdy Ravna się narodziła. Szamanka poderwała głowę, za oślepiającym kręgiem światła widziała przesuwający się cień, nagle znieruchomiał pośrodku widowni i skurczył się, usiadł. Ravna przełknęła ślinę.

- Ravna, grasz?
- syknął Anton.
Skinęła głową i oparła skrzypce pod brodą.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=pqaARDsiJv4[/MEDIA]

W gniewu dzień
w te pomsty chwile
świat w popielnym legnie pyle
Zważ Dawida i Sybillę
Jakiż będzie płacz i łkanie,
Gdy dzieł naszych Sędzia stanie,
Odpowiedzieć każąc na nie?
Duszom zmarłych racz dać, Panie
Wiekuiste spoczywanie.
Trąba groźnym zagrzmi tonem
Nad grobami śpiących zgonem,
Wszystkich stawi nas przed tronem.
Śmierć z naturą się zadziwi,
Gdy umarli staną żywi,
Win brzemieniem nieszczęśliwi
Księgi się otworzą karty,
Gdzie spis grobów jest zawarty,
Za co świat karania warty.
Kiedy Sędzia więc zasiędzie,
Wszystko tajne jawnym będzie,
Gniewu dłoń dosięże wszędzie.
 
Asenat jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:41.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168