lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku (http://lastinn.info/archiwum-sesji-rpg-z-dzialu-horror-i-swiat-mroku/)
-   -   [Mag: Wstąpienie] Lot Kruka II: Kruki i Sokoły (http://lastinn.info/archiwum-sesji-rpg-z-dzialu-horror-i-swiat-mroku/10366-mag-wstapienie-lot-kruka-ii-kruki-i-sokoly.html)

Johan Watherman 14-08-2011 00:13

[Mag: Wstąpienie] Lot Kruka II: Kruki i Sokoły
 
Lot Kruka II
Kruki i Sokoły


Miesiąc. Cztery tygodnie. Dwadzieścia osiem dni. Tysiące godzin. Jedno uderzenie mistycznego serca ziemi. Czas na zabliźnienie się ran rzeczywistości. Czas na uporanie się z własnym sobą. Nadchodziła odwilż. Nie tylko ta naturalna, również innego rodzaju. Technokracja umilkł, niczym wielka bestia zapadła w spóźniony sen zimowy aby lizać rany. Brak był o jakichkolwiek doniesień. Magowie mogli zająć się swoimi sprawami. Poszukiwaniem kolejnego wsparcia, kwestią schedy po zmarłych, szukaniem informacji czy leczeniem własnego ja. Za dużo śmierci w tak krótkim czasie, za dużo strachu i cierpienia. Rzeź na jeziorze.
Lecz byli zwycięzcami. Wygraliśmy – mogli powtarzać na pociechę podczas nocy jako proste zaklęcie przed koszmarami. Wspominając tych, którzy odeszli mogli mówić, że umarli jako zwycięscy. Bo naprawdę lepiej było uważać, że zmarli na jeziorze umarli, a nie zaginęli na wieki w jego wnętrzu tak jak zniknęły ich ciała. Zwycięstwo, gorzki jego posmak podczas awantur w fundacji, jeszcze gorszy mijając psa który ongiś był magiem, a zapłacił cenę. Sam zwycięstwa dane im było poczuć każdego dnia oglądając tych, co zapłacili cenę. Sam pełen goryczy i żalu. Tam smakowała wygrana zwykłych śmiertelników. Jak docierało do wielu, nie są superbohaterami.
Płacą cenę. Mrok i Śmierć... Poszli w zapomnienie.
Dwa białe kruki, jeszcze jeden, pies i trzy sokoły.

***

Clarie przyglądała się swojemu obliczu w bocznym lusterku taksówki aby zaraz po tym przenieść wzrok na cuchnącego rozpuszczalnikiem kierowcę raczej drugiej śwież oczki pod względem higieny, cery, stanu uzębienia czy oddechu – chociaż tutaj świeżość nie była ani druga, ani trzecia gdyż nie istniała. Błoto pośniegowe obficie tryskało spod kół. Że też takiego znaleźli przy lotnisku...
Znaleźli. Jovan Blagojević, bo tak się zwał jej towarzysz dał się poznać jako małomówny Eutanatos z zamiarem wizytacji Fundacji Białych Kruków. Od wyglądu miał chyba tylko gorszą reputacje. Co prawda miał na sobie czarny, dobrze skrojony garnitur (w jakiś niezwykły sposób przypominający ubranie na pogrzeb), nosił nawet na kloniach dwie, po jednej na recie, bransolet z białej kości (wedle plotek z kości rodziców których sam zabił, co już było dyskusyjne co do prawdziwości). Oczy posiadał tak mocno bladoniebieskie, że niemal trupie, krótko ostrzyżone, jasne włosy starczały na owalne głowie. Twarz przecinało wiele bruzd, zmarszczek i sporadycznych blizn dodających powagi wieku temu przecież nie staremu, bo jeszcze nie mogącemu mieć czterdziestki magowi. Cerę miał bladą, nawet mocno nierozwinięte zmysły magyczne czuły od niego silnym Jhor. Mówił niewiele, nic ponad konieczność – od powitania na lotnisku do teraz zamienili trzy zdania. Nie znaczy to, że był niegrzeczny. Po prostu szorstki w obyciu, mówiąc konkretnie z dziwnym akcentem. Kiedy mijali kolejny znak drogowy, odrapany, pordzewiały, a potem wyprzedziła ich staromodna, czarna wołga przy czym Clarie poczuła się odrobinę zaniepokojona, przypomniały się jej inne wieści o Jovanie. Podobno uważał laminie rąk za świetną lekcje dla swych uczniów. Podobno praktykował dobrą śmierć poprzez pobicie – bo ból oczyszcza. Podobno bratał się z wampirami.
Podobno. Wielki znak zapytania.
Jeszcze tylko rozmowa z mentorem młodej Eutanatoski. Byłoto dwa dni temu, a jej wydawało się jakby minął już rok. Była sama, płotka rzucona na morze polityki. Moentor mał pilne sprawy w Nowosybirsku, obiecał pojawić się jak najszybciej będzie mógł 0 góra trzy dni po jej przybyciu. Do tego czasu miała sama przybyć z Jovanem do Moskwy aby pomoc tamtej fundacji.
Niepokój. Jak za mgłą pobrzmiewał głos Trenta, jakby lekko drżąco i zaniepokojony o uczennicę. Kilka razy podkreślał, że jest pod opieką Jovana, a zarazem nie jest zobowiązana go słuchać. Do znudzenia mówił jej, że jak zrobi coś nieodpowiedniego, niech go unika i pozostawała z krukami. Wszystko brzmiało jak ostrzeżenie.
Minęli właśnie przydrożny bar. Przy samochodzie, w o czach dziewczyny, biegł pies. Jej avatar ciągle, bez wysiłku, ten miraż, zjawa i dusza pędziły obok prawych drzwi z wywieszonym jęzorem. Wyglądał co najmniej głupkowato i śmiesznie. Zupełnie śmiesznie w nieśmiesznej sytuacji.

***


Czas niemiłosiernie dłużył się Colin w oczekiwaniu na kontakt. Pewnym pocieszeniem był fakt, że na dworze już nie było tak zimno, a miejsce śniegu powoli, leniwie zajmowały wielkie kałuże oraz bar mleczny majaczący na przeciwległej stronie ulicy. Tam było cieplej, mozńa było coś zjeść... Nie czekać jak dwa durnie, jeden starszy, drugi młodszy, gdyż inspektor miał do towarzystwa Isamu. Isamu jak to Isamu, niewysoki, łysy człowieczek o krępej budowie i azjatycko-europejskich rysach twarzy ciągle mrużył po kociemu oczy i mówił swoim flegmatycznym, leniwym głosem lekko zniekształcając cześć wyrazów („Cooooo jest, jus ide... Potrzebuuuujesz ceos?”). Mimo wszystko Isamu wydawał się żywszy od samego Colina który mając problemy ze snem, po prostu usypał na stojąco, a jego towarzysz ciągle nie mógł wyjść z wrażenia (wyrażanego nader powoli okazywanego) gdyż do Fundacji miała trafić adeptka Maya Jawaharlal. Sam fakt przybycia adeptaz tradycji Bractwa Akashic był wystarczającym powodem dla Isamu aby się radować. Colin mógł się cieszyć, że zarówno Isamu, jak i Jon przestali go tak mocno traktować jako intruza. Niestety, dobrych stosunkowa z Grigorijem sobie nie zaskarbił.
Lecz inspektor nie miał prawa do szczęścia. Nawet nie chodziło o to, że został w tak niemiły sposób wepchnięty do rady fundacji, nawet nie niepokój o raport, bo prędzej czy później Diakon się o nim dowie – tak przynajmniej podpowiadały mu dwie intuicje, w tym ta nadprzyrodzona. Chociaż pomyślnie zakończył poszukiwania i dostąpił epitafium którego jednym słownym określeniem była czysta ekstaza. Nowe drzwi, kolejna wiedza. Zawiłe struktury rzeczywistości niczym wielowymiarowe konstrukcje opisane tajnymi znakami jawiły się tedy mu przed oczami... Lecz czym była moc? Każdej nocy budził się z krzykiem, serce uderzało mu mocniej i mocniej. Nie pamiętał jakiż to koszmar miał lecz był śmiertelnie przerażony. Wszystkie próby dowiedzenia się o czym śnił wydawały się nieskuteczne. Nie czuł też bliskości swego avatara. Od uzyskania kolejnego arete kiedy to avatar jawił się jako początek i koniec, a skomplikowana mowa przypominająca po troszkę łacinę oraz sumeryjski wygłaszała kazanie o zakończaniu wszystkich spraw i wiecznym powrocie. Nie czuł go. Raz, kiedy szukał informacji w Anglii wydawało się, że okładką książki faluje i zwija się do środka, że patrzy na niego... Potem zrobiło się mu słabo i upadł na ziemię. Bał się zasnąć. Gdyby był bardziej porywczy, zapewne po nagłych przebudzeniach urządziłby magyczne fajerwerki nad łóżkiem. Na szczęście miał tyle samokontroli aby opanować się. I aby nie zasypiać. Od razu, bo wtedy było najgorzej...
Ciekawe czy Diakon wiedział o tym?

-To ona!

Z zamyślenia wyrwał go spokojny, acz pełen entuzjazmu głos Isamu. W tym samym momencie zauważyła ich Maya którą prawie by nie ochlapał samochód, a to przez chwilowy brak skupienia... Normalnie by nie zauważyła dwójki mężczyzn. Była zbyt zajęta, trochę strachu, jeszcze więcej ciekawości. Lecz praktycznie natomiast wyczula galopujące myśli jednego z nich ze swym imieniem.. I podziw. I strach... Potem mogła przyjrzeć się Colinowi. Kiedy podchodziła, pośród ogólnego smrodu spalin, kobieta wyczulą od hermetyka woń entropiczną. Tek zapachu nie można było zapomnieć, lekko gorzkawy, po paru chwilach starał się mdląc słodki, a mimo to na czuć języka czuć kurtynowy kwasek. Mogła nawet stwierdzić, że inspektor jest dość smaczny jeśli chodzi o aurę.
Po serii uprzejmości i powitań wypadałoby udać się do samochodu fundacyjnego. W międzyczasie Isamu wyskoczył przedwcześnie podając już w drodze kobiecie telefon fundacyjny. Zostawili za sobą miejski zgiełk tego poniedziałkowego poranka na rzecz przytulnego wnętrza samochodu.

***

Tego dnia Ravna Turi spędziła stanowczo za dużo czasu w łóżku. Po przebudzeniu poczuła się trochę jak podczas Angielskich wojaży – wtedy stanowczy za dużo piła w przerwach podczas szukania informacji zarówno w książkach jak i u przedstawicieli tamtej fundacji i ranki miała również nieprzyjemne jak teraz. Pamiętała również Gustować Kowalczyka któremu wyjazd był potrzebny jak woda. Młody, gładkolicy chłopak o trochę dłuższych włosach i szmaragdowo-zielonych oczach, spokojny, wiecznie zaczytany – a na wyjdzie bestia! Pił za trzech i za dużo skotów nie czuł- czasem zastanawiała się czy Robert nie sprawił mu jakiegoś treningu wytrzymałościowego – hermetyk wyrwał chyba z trzy panienki oraz przeczytał tuzin książę.
Szamanka powoli dochodziła do siebie. Czemu się teraz źle czuła? Ahhh, tak... Wczorajsze grzybki halucynogenne. Szukała odpowiedzi w mistycznym pulsie siata – odpowiedzi jak zerwać swoje powiązanie z bębnem. Chwinie wstała z łózka i prawie natychmiast potknęła się o całego winowajcę.
Pierwsze trzy dni po pokonaniu jeziora (pokonali je, ona też mogła sobie to powtarzać patrząc na bęben – pokonaliśmy cie bydlaku!) spędziła w ciszy. Chociaż z jej punktu widzenia mogłaby powiedzieć, ze były to trzy dni ślepoty, lecz nie ciszy – wręcz hałasu. Stając w mroku słyszała cały czas bicie bębna pełne dysharmonii. Nie było w nim nic pięknego, wręcz obrzydliwego. Krzyki, dzikie krzyki przynoszące na myśl stare czasy dziwnych obrzędów. Słyszała również nieprzerwany szum wody. Potem skojarzyła, że każdy dzień ciszy rozpoczynał bulgotanie jakieś cieczy. Czy się bała? Trochę? Przemierzała ciemności niesamowitych Dźwierzut, niekiedy zbliżała się do jednych, oddalała od drugich lecz nie mogła znaleźć ich źródła. Trzeciego dnia zmartwychwstała. Usłyszała ciepły głos swego avatara, chociaż go nie widziała, poczuła ciepłe futra w które był ubrany. Zaprowadził ją do miejsca gdzie tych wiał wiatr. Nie czulą wiatru, słyszała jego opowieści. Mówił imiona zapomnianych duchów, nazwy podeszłych, pieśni tego co było, będzie i tego co nie ma prawda się wydarzyć. Podobno wtedy, jak leżała włoku, wstała podczas ciszy i zaśpiewała coś w dziwnym, niezrozumiałym języku. Wyniosła mądrość z szaleństwa.
Podczas porannej toalety spoglądała w lustro. Poem druga cisza. Razem z Mistrzem Aureliuszem chcieli zniszczyć bęben i istotę w nim, który to duch pewnie wił się w swym przytulnym gniazdku, wtedy musieli przerwać. Ledwo Diakon fundacji zaczął swą magye... Druga cisza. Była związana z bęben ta cisza była jużo wiele gorsza i Mówczyni Marzeń przeżywała swe najgorsze koszmary. Do tej pory nie udało się jej dowiedzieć w jaki sposób. Znalazła poszlaki o magy mysłu i ducha lecz wszystkie takie wieści były zbyt mętne. Wydawało się, ze będzie potrzebna tytaniczna wiedza o naturze takiego połączenia – być może wymagająca nawet kogoś, kto miał zaróqwno lepsze środki jak i sam przeżył podobne połączenie z nephandyczną rzeczą.
Pukanie. Spokojne, leniwie do jej pokoju w fundacji. Pewnie chcą aby dołączyła do reszty. Jeszcze tylko się przebierze i zrobi coś z tym bólem głowy...

***

Kirił miał dzisiaj wielkie szczęście. Od swojego przybycia do Moskwy, przez cały tydzień nie mógł zaciągnąć kontaktu z magami. Kontaktu którego potrzebował... Bo jak inaczej odrzucać maga przedstawiającego się jako Mistrz Robert Cross – tego, któremu winien był przysługę?
Od początku. Krukołak podczas swej długiej służby na usługach pobrzeżnych bóstw które mniej lub bardziej dokładniej przedstawiali się jako słowińscy bogowie, niekiedy potrzebował pomocy. Wykonywał różne prace lecz zawsze, w głębi serca był, jak większość jemu podobnych krukołaków, istotą ciekawską i spragnioną wiedzy, więc sprawy rozwiązywał w tym kierunku.
Nie pamiętał w jakich dokładnie okolicznościach spotkał maga. Za to doskonale wiedział o szerokich kontaktach hermetyka wśród duchów, dużej liczbie paktów... I tyle, aż tyle. Roberta być może Kirił wcale nie znał, widząc od czasu do czasu jak prawi magye, jak strzela (oko to miał sokole), a poza tym? Cisza. Nic. Tylko dwór... Dla szczęścia lub nieszczęścia Kiriła hermetyk posiadał jeden, stary pakt z dworem. Jedna pomoc. Mała. Kiedy do dworu doszły wieści, że z Robertem może być źle, wysłano jego, krukołaka aby w miarę możliwości sprawdził co się dzieje i podał dłoń.
Duchy miały swój interes. Już teraz czuł to. Wartość paktu była niewspółmierna.
Prywatne śledztwo dało pośredni efekt. Trzy ścieżki którymi mógł podążać. Pierwszą był klub Red Power i obecny właściciel – Grigorij Rubielewski, widział jego zdjęcia w azetach podczas strzelaniny w która była zamieszania Technokracja (czy raczej nolotu antyterrorystycznego jak to ujęto). Tylko go dorwać na spytki. Drugą Nosferatu, istoty raczej zorientowane w mieście, podobno każdej nocy w starym magazynie nad rzeką Moskwa można było kupić informacje lub sprzedać własne... Problem był taki, że pod danym adresem uzyskanym od pewnego żulika nie było magazynku, a tylko willa. Może jakby zadżal pod stare plany? I trzecia poszlaka.
Trzecia poszlaka właśnie kroczyła ulicą przed nim zalotnie kołysząc biodrami. Pani prokurator Nadieżda Mozżuchin zmierzała właśnie ulicą niosąc aktówkę, jak krukołak mógł się domyśleć, zmierzała do prokuratury. Wieści wpadły mu przypadkiem w ręce. Bractwo Róży – organizacja okultystyczna, mająca cechy masońskie. O nim usłyszał wcześniej. Zbierzcież nazw. Pierwsza kabała Roberta się tak nazywała. Też prowadził organi...
Nadieżda zniknęła w budynku. Cóż pozostało mu czynić?

***

-Wiesz co, jeśli dziś ma przybyć ta dwójka eutanatosów to znajdzie się ktoś, kogo Aureliusz nie lubi bardziej od mojej osoby.

Stwierdził nie kto inny jak Jon nad stołem przy którym posilali się magowie. Jon, zwany też Abraham#13 jak to Wirtualny Adept prezentował dziwne poczucie humoru, rozczochrane włosy oraz wieczny brak snu. Zielonymi oczyma bacznie dogadał świata, młody, bogaty przedstawiciel tradycji której się nie ufa – a mimo to przedstawiciel rady fundacji. Praktycznie nic nie zmienił się od wydarzeń na jeziorze. No może poza tym, że wyrzucił podkoszulek który miał wtedy na sobie. Teraz akurat zajadał się bułką z konserwą.

-Znaczy co?

Drugi głos przy stoliku, o wiele bardziej ochrypły ale zarazem dźwięczny należał do muzyka zespołu Lew Tołstoj. Grigorij Rubielewski prezentował się jako podstarzały rockman o długich, zadbanych włosach których sięgała siwizna, trochę przerzedzone... Do tego obowiązkowe glany i szczery uśmiech Kultysty Ekstazy, prawdę mówiąc przystojny.

-Wytłumaczę Ci po twojemu... Wszystkie problemy hermetyków, bez obrazy Gustaw – zwrócił się do trzeciego mężczyzny przy stole, ucznia hermetyków - są spowodowane brakiem seksu. Aureliusz widząc Wirtualnego Adepta i Eutnatosa zastanawia się czy ściągnąć porno z neta czy też iść do kostnicy i załatwić potrzeby...

Grigorij wybuchł śmiechem chociaż widać było jak bardzo nie chciał tego zrobić., Kowalczykowi o wiele lepiej szło ukrywanie emocji, ale i jego twarz przybrała dziwny wyraz. Nic zresztą dziwnego gdyż właśnie z drugiej strony kuchni przybyła Diana która doskonale słyszała dowcip. Cóż, młoda adepta Porządku Hermesa już dawno przywykła po specyficznego poczucia humoru Jona, a miała na to cały tydzień gdyż przybyła pierwsza do fundacji ze wsparcia. Miała również czas aby zakręcić się koło Diakona, jej troska (bo obiady i załatanie wokół przewodniczącego rady wyglądały na troskę), sprawiły, że doczekała się ze strony Wirtualnego Adepta przezwiska „Pinokio” gdyż jak powiedział: „Poprzednia laska Diakona była drewniana i trochę sztywna, to teraz sobie nową wyrzeźbił”. Na szczęście fundacja jeszcze nie widziała jej poufałego – bo by było zabawniej.
Dosiadła się również ze stertą kanapek.

Johan Watherman 14-08-2011 00:14

***

Ravnie jeszcze migotały w głowie (razem z jej bólem) sprawy Adama. Carcarin postąpił wedle swej obietnicy i zabrał Adama na pewnba wyprawę. Sam Adam nie chciał za dużo mówić co tam zaszło, a kiedy próbował – wychodziło mu to nieskładnie. Fakt było, że wyprawa oczyściła go. Stał się znowu jak inni.
Tylko, że pozostałe wilkołaki dalej nie darzyły go akceptacją. Cóż, że byli dzikusami? Byli jego ludźmi, a on nie był ich.
Zamyślona, wychodząc z pokoju niemal nie wpadła na Mistrza Aureliusza równie zajętego swymi sprawami. Czy można było się mu dziwić? Diakon ostatnio dużo przeszedł, a mimo to trzymał się dobrze. Miała teraz przed sobą wysokiego, bladego mężczyznę o solidnej budowie ciała i stanowczym spojrzeniu bursztynowych oczu. Włosy miał czarne, tak samo jak wąsik spod którego widać pewien kwaśny uśmiech. Nosił się poważnie, miał na sobie praktycznie cały czas buty i spodnie z garnituru oraz białą, niepogniecioną koszulę spod której widać było drwiny pentagram na rzemyku. Aureliusz nosił skórzane, cienkie rękawiczki na dłoniach. Pachniak nawet ładnie, jak mówił to głosem władczym, jak kroczył to to prosto niczym dobrze napięta struna gotowa do boju, podbierając się swoją małą, wygładzając na kruchą laska (której bliżej było do drewnianego wskaźnika). Lecz jak mówiono, przeżył wiele. O ile kiedyś jego wiek dało się tylko wyczuć, podchodząc czuło się powagę wieków, spokój, doświadczenie, ulotna mgiełka wielu lat i ten spokój w oczach który osiąga się po zobaczeniu śmierci wszystkich bliskich – dziś na jego obliczu pojawiało się dużo więcej zmarszczek. Przez fundacje przemykał ja cień, mało mówił. Zamykał się swym małym świecie. Nawet wzorzec, jasny, skrzący się iskrami Vis – dziś ciemny, od czasu do czasu rodziły się w nim gwiazdy Pierwszej, lecz już nie tak wiele.

-Witaj adeptko.

Przywitał ją sucho. Oboje ruszyli do kuchni. Ravnie burczało w brzuchu. Na przywitanie Jon tylko rzucił chyba „Gruppetto!” chociaż usta miał zapchane jedzeniem i trudno było go zrozumieć.

-Witam was tego ranka. Jak wiecie, adept Inspektor wraz z drugą osoba pojechali odebrać nowego maga. Tymczasem prędzej ugościmy dwóch przedstawicieli tradycji Eutanatos. Proszę za kwadrans aby wszyscy zebrali się na głównym holu w celu przywitania delegata.

Dopiero teraz zauważyli, kiedy Diakon odchodził, co to za niewyraźny kształt pałętaj się mu pod nogami. To Mistrz Robert, czy raczej pies trym ten się stał kroczył za wiernym przyjacielem. Dianę zawsze to dziwiło. Raz, kiedy pies leżał na tronie w sali narad... Patrzyło ślepiami tak inteligentnie, z dorobią i chytrości zarazem, że mogłaby być pewna, ze jaźń hermetyka już się przebija. Niestety, zaraz po tym pies polizał się między nogami psując wrażenie.

***

Jovan kazał zatrzymać się taksówkarzowi na obrzeżach moskwy, na samym środku drogi... Z przodu droga, z tylu droga, innych aut brak, tylko iglasty las. Joxan zapłacił taksówkarzowi i poprowadził Clarie w las. Gdzieś w oddali stacja benzynowa. Gdzieniegdzie wycinki w lesie pod nowe budynki. Lecz mimo wszystko, las, las i jeszcze raz las.
Już w tej chwili miała czuć się zaniepokojona. Ranek. Mały ruch uliczny. Ona idzie do lasu z obcym facet który w dodatku ma podlą opinię. Co z tego, że wszyscy jego uczniowie byli jednymi z najlepszych magów? Że sam miał opinie tropiciela nephandich, skoro spotkanie z nim przypominało przesłuchanie na inkwizycji – mimo że nic nie mówił, to jego oczy zdawały się pytać dociekliwie. Młodej eutanatosce zrobiło się zimno. Czy to wiatr tego poranka, czy lekko przemoknięte buty przez wszechobecne kałuże? Chyba coś trzeciego.

-Tutaj jest portal do dziedziny. Teraz przejdziesz ze mną. Jak będziesz szła sama,, potrzeba przed przejściem wypowiedzieć imię.


Chyba krócej tego powiedzieć nie mógł. Portal do dziedziny? Po półgodziny pieszej drogi miała przed oczami tylko rozpadającą się ruinę. Chyba kamienicy, chociaż trudno było powiedzieć. Pokruszone cegły i belki stanowiły kopiec miejscami pokryty śniegiem, chociaż więcej był już wody. Kiedy Jovan otworzył drewnianą klapę i wskazał jej mokre, oblodzone schody krzywo odlane z betonu. Dziewczyna zesztywniała, z piwnicy śmierdziało stęchlizną. Dopiero upadającą cegła przywróciła ej jasność myślenia.
W środku stała woda która przeciekła przy roztopach. Nikłe światło płynące z małych otworów po oknach rzucało odrobinę przejrzystości na wielkie składowisko śmieci, starych mebli i ubrań. Gdzieś w kącie leżał bezdomny któremu Jovan rzucił pieniążek. Szmery. Chyba szczury. Masa narzut z materiału na rzeczach.
Dziewczynie spierzchły rence, serce uderzyło mocniej Nie zwracała przez chwilę uwagi na swego towarzysza. Moc, energia – czy jakkolwiek chciała to nazwać – objawiała się w morowaniu na skórze, zapachu podobnym do powietrza po burzy czy świadomością. Zrobiła kilka kroków stronę starego, wielkiego lustra. Przykręcone do podłogi, sięgało prawie do niskiego sufitu. Tafla czysta, lśniła ale jakby gubiła pewne szczuły z odbijanej rzeczywistości. Zbliżyła się, było fascynujące. Była magiem lecz po raz pierwszy widziała tego typu wyrwę w rzeczywistości. Stała i patrzyła w swe odbicie. Coś nie grało. Brakowało. Czego?
Męska dłoń na plecach popchnęła ją wprost do do lustra. Wyciągnęła dłonie przed siebie. Lecz było to marne, jeśli to wyrwa, to portal...

...wpadła siłą rozpędu do olbrzymiej, okrągłej sali. Spojrzała pod nogi, sapała po wypolerowanym lustrze w którym obijała się ona... blada... z kawiarami śmierci na twarzy... bez oka... trup. Odwróciła głowe, spojrzała w gorę – to samo, sufit prezentował sięt ak samojak podłoga. Nie było wejścia, ni wyjścia, ściany pokrywały lustra podzielane między sobą srebrnymi psami lśniąco metalu.
Zmysły huczały rozszczepiając się we wszystkie strony. Praktycznie natychmiast kobieta zapomniała z której strony tutaj wbiegła. Świat wirował, ona wirowała. Zapadała się w ziemię. Wszystko spadało, topiło się, stawało plastyczne. Bolała ją głową, czuła się jak na karuzeli. Swój własny oddech słyszała zza pleców, potem swe serce – w głowie. Sufi, przed chwilą wysoko, teraz dociskał jej czubek głowy, a mimo to jak spojrzała – on się od niej oddalał. Z tego sanu wyrwała jąd dłoń ciśnięta na nadrabsku. Mocno, zabolało, chyba słyszała chrzęst własnych kości – krzyknęła. Jovan nie zważał na nic, po prostu wytargał ją za dłoń (z wielkim bólem dla niej) z sali w stronę jednego z luster.

***

Limuzynę fundacji prowadził Isamu. Już miał ruszać gdy przed maskę wyskoczył im bezdomny przytykając do przedniej szyby karteczkę:

Kawiarnia przy ulicy Gwardia Czerwonej.
Proszę o kontakt. Teraz.
A.C.”

Nadieżda akurat myślami była gdzie indziej. Moskiewski szpital psychiatryczny. Węzeł. Natknęła się na informacje o nim przypadkiem. Przed przyjazdem pewien hultaj zaproponował informacje o nim w zamian za miarkę kwintesencji. Nie była to duża cena. Trzeba było tylko sprawdzić...
..teraz ta karta. Isamu był zadowolony. Colin nie miał wwcale złych przeczuć. Bezdomny zniknął. Isamu uśmiechnął się.

-Jest nas troje... Chyba damy radę, co inspektorze?

Uśmiechnął się ożywiony.

***

Clarie wpadła do holu Dziedziny Białych Kruków ciągnięta przez Jovana. Teraz przejście było o wiele gwałtowniejsze, gdyż ostatecznie przechodziła przez plątaninę rzeźbionych roślin, które jednak poruszały się robiąc miejsce na jej ciało. W pierwszej chwili oślepił ją równomierny blask bijący ze szklanej kopuły holu, jakby gdzieś ponad nią zawieszono maturkę słońca. Zanim odzyskała wzrok, mogła usłyszeć szum wody oraz szepty.

-Jak Aureliusz nie poprzestanie na skróconym przedstawieniu się to przejebane...

Siedząca na ławce wraz z Jonem Ravna wiedziała, że ów komentarz należał do Wirtualnego Adepta. Prócz tego na holu znajdowała się Diana z Grigorijem i Gustawem oraz Aureliusz stojący przy wejściu. Wszyscy magowie w momenciku wejścia eutanatośow poczuli przytłaczający, grobowy rezonans. Ravnie aż avatar zapiszczał do ucha.
Tymczasem Clarie mogła przejrzeć się zarówno obecnym jak i pierwszemu pomieszczaniu w fundacji. Za sobą miała wyjście, ale prawdę mówiąc zarówno naprzeciwko, jak i po prawej i lewej znajdowały się przejścia w korytarze, na środku woda tryskała z fontanny usadowionej w płaskirj, drewnianej bali pełnej wody. Wokół zostały rozłożone drewniane ławki. Wszystko wyglądało dośc spartańsku, ściany obite wrednym, podłoga kamienna i popękana... Wnet Mistrz Aureliusz poszedł do nich pierwszy.

-Witam was w Fundacji Białych Kruków. Jestem Jestem Pedagog Diakon Mistrz Ars Vis oraz Ars Materiae Aureliusz Marek Prim bani Bonisagus, Przewodniczący Rady Fundacji Białych Kruków, Pan i Twórca Perłowych Kamieni, jeden z twórców Dziedziny Białych Kruków, Zausznik Dworu Egipskiego, Pięciokrotny Emisariusz Horyzontu, Prorok Jutrzni, uczeń Księcia Diakona Mistrza Ars Fati, Ars Essentiae, Ars Vis i Ars Mantis Ahmeda Al-Aliastra bani Bonisagus.

Jon tylko ukrył twarz w dłoniach chociaż na moment widać było jego minę mówiąca „Znowu to odwalił!”. Możliwe też, że bylą to pewna manifestacja siły. Patrzyli sobie w oczy.

-Jovan Blagojević. - Eutanatos uciął krótko podając dłoń. -Musimy pilnie porozmawiać. Prywatnie.

Clarie została sama z obcymi ludźmi, tymczasem Diakon i Jovan zniknęli idąc razem w korytarzu po lewej od wejścia, niknąc za drzwiami do pokoju Diakona.w tym czasie wszystko się jej przedstawili, chociaż najbardziej w pamięc zapadł Jon... CZ€la od niego coś podobnego jak od Jovana, nuta śmierci, chaosu, rozpadu sprzeczała w mistycznym śnie rzeczywistości lecz – w tym wypadku było to o wiele sympatyczniejsze. Nie tak groźne. Zresztą Wirtualny Adpt zarazu przeprosił za Diakona i natychmiast zapytał co u lorda Voldemorta. Grigorij wykazał się już większym taktem. Zapytał czy ma zamiar z nimi zostać. W tym samym czasie Jon nonszalancko, komicznie wszedł w głąb korytarza i przyłożą ucho do drzwi...
...nie na długo. Kilka chwil po tym potężnym zamachem Jovan ruszył drzwiami otwierając je z całym impetem uderzając klamką o głowę Jona. Natychmiast potem je zamknął. Wirtualny Adpt upadł na ziemię krwawiąc z ucha. Natychmiast podbiegł do niego Gustaw pomagając się zamroczonemu podnieć z ziemi.
Awantura. Jovan nie krzyczał, tylko Aureliusz. Na hol niosło urywki zdań.

-Aleksander... Nie... Wypraszam sobie! Widderslainte... Nie ma tu barabbi! Bezczelnie... – Cisza, długa cisza. -Aswad. Nie... Nigdy. Nie wracaj do... to prywatne... ...tylko spróbuj... Jesteś w moim domu! Robert....

Słowa. Studia nad nephandimi. Ravna oraz Inspektor dotarli do trzech wersji Malleus Neffandorum. Hermetycznej, bliskiej oryginałowi zawierającej tysiące anarchizmów, tej Niebiańskiego Chóru traktującej większy nacisk na demoniczne hordy oraz skrót Verbeny. Urywki przypomniany Ravnie. Widderslainte – mroczna sierota, ci którzy urodzili się z zdeprymowanymi avatarami. Aswad, anty-wyrocznie. Znaleźli wtedy nikłe wzmianki o istotach z Głebokiej Umbry, ta daleko, że rozum nie sięga. Zawsze szturmują horyzont. Jeśli w Moskwie nie było Labiryntu, tu sługa tej niezrozumiałej istoty był określany jako Outsaiderzy. Wyklęci, dziedziny obrzeża. Daleko, za daleko... Wtedy napełniała ich oboje groza. Co by się stało gdyby portal został otwarty? Jakie siły trzeba byłoby postawić przed tym czymś? Armię maruderów? Pozorować wybuch elektrowni jądrowej aby chronić śpiących? Mroczne odbicie. TE słowo drzwiczki Ravnie. W samochodzie, Inspektor, teraz też.
Kłótnia ucichła. Dwóch magów jeszcze nie wychodziło z pokoju.

-Obawiam się, że Jovan wyleci stąd z hukiem. Pierwszy raz Widże Mistrza Aureliusza w takim stanie. – Stwierdził Gustaw do młodej Eutanatoski. -To Twój mentor? Jak nie, to chyba możesz zostać, prawda?

Drusilla Morwinyon 14-08-2011 02:06

Polka przyjechała do Rosji już jakiś czas temu. Cóż, pogoda nie sprzyjała zwiedzaniu, ale akcja "Dokarm Diakona" zajmowała jej tyle czasu (wraz z zapoznawaniem się nowymi ludźmi, urządzaniem domu etc), że nie miała kiedy się tym zmartwić.
Zresztą wolne chwile i tak często spędzała Belzebubem, albo jak ona go nazywała "Mefisiem".
Aż zachichotała przypominając sobie minę odbierających ją magów, gdy dostrzegli jej chowańca.
W sumie nie dziwiła im się.
Mający ledwie metr trzydzieści diabeł jakby prosto z ludowych bajek ubrany na dodatek w mundur funkcjonariusza KGB.
Cóż, na pewno nie jest to coś, co widuje się na codzień.
Wchodząc do kuchni dosłyszała jeszcze żart Jona.

- Ha, porno przynajmniej nie zaśmierdnie, więc jak dla mnie wygrywa opcja numer jeden, ale co ja się tam znam. - magini puściła Jonowi oko i usiadła szczerząc w uśmiechu drobne ząbki.

Czego jak czego, ale urody nie można jej było odmówić - jasna cera, upstrzona na policzkach piegami, butelkowozielone oczy okolone długimi rzęsami, podkreślone delikatnym makijażem i związane w luźny kucyk nieustannie się z niego wymykające fale rudych włosów sięgające aż pośladków magini.
Ubrana w prostą czarną suknię przypominająca nieco habit zakonnicy (pomijając żółty uśmieszek przypięty na piersi) wyglądała nieco niecodziennie.


Hermetka z lekkim zaciekawieniem przyglądała się przybyłym.
Na twarzy błądził jej jak zwykle lekki, psotny uśmieszek sprawiający, że mimo swych dziewiętnastu lat wyglądała niemal na dzieciaka gotowego zaraz polecieć by wykraść z kuchni kawałek ciasta, albo rozbić sobie kolana spadając z jakiegoś drzewa.
Słysząc jak Diakon zaczyna swój monolog z trudem powstrzymała się przed skrzywieniem - zawsze miała problem z tymi całymi regułami dotyczącymi przedstawiania się. Po co tyle zachodu, raaany, przecież im to zupełnie niepotrzebne.
Nic dziwnego, że gdy Diakon wraz z Eutanatosem zniknęli w pokoju i nadszedł jej czas na przywitanie się tradycyjna formułka jaką powinna wygłosić jakoś nie chciała jej przejść przez dłuższą chwile nie chciała jej przejść przez gardło.

- Alicja Diana Brzeska Auria Płomska, Adeptka... - Przerwała i zerknęła w stronę drzwi za którymi zniknął Diakon - A, walić to, większość i tak nie pamięta. Mów mi Auria.

Mrugnąwszy porozumiewawczo odsunęła się dając innym przedstawić się.
Dopiero hałas z tyłu sprawił, że odwróciła się gwałtownie.
Widząc krew zaklęła cicho i podeszłą pomagając Gustawowi podnieść maga.
Dobiegające z wnętrza słowa nie nastrajały zbyt dobrze, ale hej! Przynajmniej tym razem awantura jej nie dotyczyła... Przynajmniej nie bezpośrednio. W sumie to całkiem miła odmiana.

Dosłyszawszy uwagę Gustawa uśmiechnęła się półgębkiem.

- Taa... Za to przez pana Ponurego Żniwiarza znowu będę musiała w ziołowe herbatki zainwestować... Hm... Melisa z miodem...? A co Ty sądzisz?

Spojrzała na Clarie zupełnie jakby oczekiwała poważnej odpowiedzi, choć w oczach igrały jej wesołe iskierki, których nawet awantura nie mogła stłumić.

Crys 15-08-2011 02:19

Kiedy odebrała swój bagaż, odetchnęła z ulgą. Jej „specyfiki” rzeczywiście nie zostały wykryte. Ani na lotnisku w Czechach, ani tu – w Moskwie. Claire uśmiechnęła się do siebie, mając nadzieję, że kiedyś też dojdzie do takiej perfekcji w magyi jak jej mentor. Na samą myśl o nim, przypomniała sobie kawałek ich rozmowy przez telefon, sprzed dwóch dni.
- I pamiętaj, żeby do niego nie...
- ... gadać przy Śpiących i ograniczać się przy Przebudzonych, wiem.
- I żeby używać środków tylko kiedy...
- ... naprawdę nie będę się mogła bez nich obejść, wiem.
- I godnie reprezentować...
- ... swoją Tradycję i mojego mentora, wiem.
- I być w...
- ... kontakcie, kiedy tylko mogę, wiem.
- To też znasz?
- Wszystko znam.

Roześmiał się w słuchawkę. Ciekawe czy egzaminował właśnie jakieś ciało. Wyobraziła sobie tę, nieco makabryczną sytuację. Na zimnym, metalowym stole, nagie ciało denata lub denatki, skromnie przykryte białym płótnem, póki nie zacznie przeprowadzać sekcji. A nad tym obrazkiem on, Trent, roześmiany od ucha do ucha i szczerzący się do słuchawki swojego telefonu. Nie wiedziała, czym się zajmował, kiedy nie było jej w pobliżu, ale żadne inne pasujące do niego zajęcie, nie przyszło jej do głowy.
Claire wzdrygnęła się lekko, kiedy poczuła ocierające się o nogi psie ciało. Na szczęście nim zdążyła coś powiedzieć, ugryzła się w język. Podążyła wzrokiem za akitą, który bezceremonialnie próbował wepchnąć nos pod spódnicę mijającej ich stewardessy. Ta obejrzała się za siebie, roztargnionym wzrokiem, prostując szybkim gestem rąbek swojego wdzianka. Była wyjątkowo wrażliwa, to trzeba było jej przyznać, skoro zareagowała na działania avatara.

Claire nie spotkała zastraszająco dużej liczby magów, a już szczególnie swojej Tradycji. Zastanawiała się przez cały czas, czy wszyscy Eutanatosi byli tak postrzeleni jak jej mentor, z lekkim kręćkiem na punkcie nieodgadnionego, ale wraz z poznawaniem kolejnych magów, zmieniała zdanie. Mężczyzna, który czekał na nią w hali przylotów miał być kolejnym przeciwieństwem człowieka, który kształcił ją i uczył. Z tego, co jej powiedział Trent, Jovan Blagojević, ten, który zgarnie ją z lotniska i zawiezie do Fundacji, był wyjątkowo specyficzny. Niestety, jak zwykle jej mentor nie mylił się. Eutanatos był denerwująco milczący, choć Claire rozpaczliwie próbowała zacząć z nim jakąkolwiek konwersację. W końcu, poirytowana zaniechała swoich prób. Próbowała zabrać się za kupione szybko na lotnisku opakowanie malinowych żelek, ale wystarczyło, że przypomniała sobie plotki zasłyszane o tym mężczyźnie i zupełnie straciła apetyt. Wolała skupić się jednak na obserwacji akity, który biegł po prawej stronie samochodu, z wywalonym prawie do kolan jęzorem i radością w oczach. Cieszył się i był trochę podniecony. Tak, jak ona.

Bała się przyznać, że ostatnia rozmowa z Kucharskym, poza niewątpliwie przyjemnymi akcentami, zawierała w sobie jakąś nie do końca wypowiedzianą troskę i przestrach. Tak jakby starszy Eutanatos szczególnie niechętnie oddawał swoją podopieczną pod krótkotrwałą (oby – dodała mimowolnie) opiekę Blagojevića. Niewesołe myśli nie poprawiło zatrzymanie się obskórnej taksówki gdzieś na nieznanych jej obrzeżach Moskwy. Jakby Moskwa była jej w ogóle w jakikolwiek sposób szczególnie znana...

Zadrżała, kiedy Eutanatos skierował się w las. Po dłuższej chwili brnięcia przez śnieg i pośniegową breję jednocześnie, poczuła na palcach u stóp lekki chłód wilgoci. Nie znosiła, kiedy przemakały jej buty. Miała nadzieję, że walizka, którą szarpała energicznie za sobą, nie ucierpi zanadto, ani żadna z jej rzeczy w tejże. Westchnęła, kiedy zauważyła, że jej avatar, radośnie merdając ogonem podskakuje na śniegu, próbując podrzucić materialny śnieg swoim niematerialnym (prawie zawsze) nosem. Niemalże jak zwykle ignorował zaniepokojenie Claire, nic nie robiąc sobie z jej dudniącego serca i szumiącej w uszach krwi.

Po półgodzinie pieszej drogi miała przed oczami tylko rozpadającą się ruinę. I to miało być wejście do dziedziny? Westchnęła rozdzierająco, kiedy Jovan otworzył drewnianą klapę do piwnicy. Oblodzone schody odeszły w zapomnienie, kiedy Claire poczuła dziwne mrowienie na skórze, kiedy jej nos wciągnął zapach podobny do tego, który pojawiał się tuż po burzy. Ozon i coś zupełnie nieokreślonego. Włoski na rękach stanęły jej dęba, pchnięte mocną, energią... nawet sama nie wiedziała jak to nazwać. Jej nieco oderwana od rzeczywistości przemyślenia, przerwała aż nazbyt realna ręka, która pchnęła ją wprost na stojące przed nią lustro.
Dziewczyna puściła swoją walizkę, instynktownie wyciągając do przodu ręce, żeby zamortyzować zderzenie, które w ogóle nie nastąpiło.
Wpadła z impetem do okrągłej sali. Nie była w stanie powiedzieć, czy była ona szczególnie rozległa, czy może wyjątkowo wąska i nisko sklepiona, jednak gdziekolwiek nie spojrzała widziała lustra. Lustra, w których odbijała się ona. Krzyk uwiązł w jej ściśniętym gardle. Gdzie nie spojrzała, widziała siebie, jednak zniekształconą przez siłę śmierci. Zgnite ciało odpadało z jej policzka, trupie oko wpartrywało się uporczywie, jakby wbijając swój wizerunek wprost w jej jaźń.
Słuch, węch, dotyk, wzrok i smak zaczęły wariować, przenikać się, rozciągać, każdy ze zmysłów jakby w innym kierunku. Tylko w jednym, jedynym lustrze, na mgnienie oka, zobaczyła prawdziwą siebie - wysoką, szczupłą, bardzo ładną, ciemnooką i ciemnowłosą w swoim uwielbianym mocniejszym makijażu i przylegającym ubraniu... Claire przerażona, resztką świadomości zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia, z której strony tu wbiegła. Świar wirował, a ona wirowała razem z nim. Nigdy nie czuła czegoś takiego, nawet w swoich najgorszych narkotycznych i alkoholowych delirkach nie czuła takiego wirowania i zagubienia samej siebie. Nagle cały ten miks doznań, przerwało jedno, aż nazbyt rzeczywiste i bolesne – ktoś złapał ją za nadgarstek, tak, że aż coś chrupnęło niepokojąco. To dłoń Jovana, owinęła się wokół jej własnej i nie zważając na nic, pociągnęła w stronę jednego z luster.
Kolejne przejście było już pestką, w porównaniu z salą pełną luster. Kiedy wypadła do zalanego słońcem pomieszczenia, automatycznie zmrużyła oczy, próbując dostosować swój wzrok do panujących warunków.

Nie musiała długo czekać, żeby móc przyjrzeć się znajdującym się w środku osobom, jak i pierwszemu pomieszczeniu fundacji. Wszystko było nowe, interesujące i szalenie fascynujące. Przesunęła szybko spojrzeniem po twarzach zebranych, próbując nieśmiało uformować na swoich ustach uśmiech. Nie była pewna, czy osiągnęła cel, wciąż mocno pod wpływem przeżyć z lustrzanej sali.
- Witam was w Fundacji Białych Kruków. Jestem Jestem Pedagog Diakon Mistrz Ars Vis oraz Ars Materiae Aureliusz Marek Prim bani Bonisagus, Przewodniczący Rady Fundacji Białych Kruków, Pan i Twórca Perłowych Kamieni, jeden z twórców Dziedziny Białych Kruków, Zausznik Dworu Egipskiego, Pięciokrotny Emisariusz Horyzontu, Prorok Jutrzni, uczeń Księcia Diakona Mistrza Ars Fati, Ars Essentiae, Ars Vis i Ars Mantis Ahmeda Al-Aliastra bani Bonisagus – usłyszała koszmarnie długą formułkę, zastanawiając się, gdzie znajdowało się imię, a gdzie nazwisko, przemawiającego do niej i Jovana mężczyzny.
Jednak, nim miała szansę zareagować w jakikolwiek sposób na słowa dostojnie wyglądającego maga, ten zniknął, po krótkiej wymianie zdań z jej chwilowym opiekunem w innym pomieszczeniu.

Wydarzenia następowały po sobie tak szybko, że Claire zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek uda jej się jeszcze zatrzymać. Nim zdążyłą się dokładnie przyjrzeć ponownie wszystkim obcym, którzy przyglądali się jej jeszcze przed kilkoma sekundami, już znała ich imiona.
Jon, ten szczególnie zapadł jej w pamięć, nie tylko ze względu na to, że po chwili oberwał ciężko w głowę, ale także dlatego, że poczuła od niego nie do końca tak nieprzyjemne, jak można by się spodziewać uczucie śmierci i rozpadu, ze zdecydowaną szczyptą chaosu.
Natłok doznań, prawie zupełnie pozbawił ją tego, co nigdy jej nie opuszczało – gadulstwa. Grupka ludzi zmbombardowała ją intensywnie paroma zdaniami, aby zamilknąć, w próbie dalszego przysłuchiwania się rozmowie. Nie rozumiała prawie niczego ze słów, które mogli usłyszeć i zdziwiona oglądała rekacje reszty, które wyraźnie odbijały się na ich twarzach.

- Obawiam się, że Jovan wyleci stąd z hukiem. Pierwszy raz widzę Mistrza Aureliusza w takim stanie – stwierdził mężczyzna, który przedstawił się Claire jako Gustaw - To Twój mentor? Jak nie, to chyba możesz zostać, prawda?
Nim jednak zdążyła odpowiedzieć na pytanie mężczyzny, usłyszała kolejne zdanie, zakończone jeszcze jednym pytaniem:
- Taa... Za to przez pana Ponurego Żniwiarza znowu będę musiała w ziołowe herbatki zainwestować... Hm... Melisa z miodem...? A co Ty sądzisz?

Claire zamrugała intensywnie, powoli, wyglądając zapewne jak nieco przygłupi obraz uroczej studentki. Akita siedział przy obitym i krwawiącym z ucha Jonie, drapiąc się intensywnie tylną łapą w swoje własne, psie ucho. Dziewczyna chrząknęła, rozejrzała się szybko, już znacznie przytomniej i w końcu zdobyła się na uśmiech.
- Nie, Gustawie – zaczęła swoją odpowiedź, specjalnie sięgając po imię mężczyzny – niech dzięki będą wszystkim Sferom – tym razem mimowolnie użyła ulubionego powiedzienia swojego mentora – ale ta... istota – zaakcentowała słowo, przeciągając je lekko – nie jest moim mentorem. Mam nadzieję, że osobę, która mnie naprawdę uczy, będziecie mieli okazję poznać. Jest tego wart. I jestem przekonana o tym, że mogę zostać tu, gdziekolwiek to TU jest. Jovan nie może mi niczego nakazać, ani zakazać – dodała. Na te słowa, pozbierany już z podłogi młody Wirtualny Adept, wstał jeszcze wciąż dość niepewnie i chwiejnie, dłonią, próbując zetrzeć krew i podał jej toporny, jak na dzisiejsze czasy i stan jej portfela, aparat telefoniczny, który wzięła autmatycznie w ręce i wklepał parę rzeczy w laptopta, wyciągniętego niemalże znikąd.
- Sądzę również, że mam znacznie ciekawsze specyfiki dla Mistrza Aureliusza, gdyby potrzebował czegoś na uspokojenie... a także na pobudzenie – uśmiechnęła się nieco drapieżnie i zawadiacko, odwracając w stronę rudowłosej dziewczyny.
- Jako, że prezentacji nie stało się w zasadzie zadość, pozwólcie... Nazywam się Claire Duane, tak, jestem, ekhm, Eutanatosem, nieszczególnie długo, jednak wciąż i mam nadzieję zawsze intensywnie. I nie, nie mieszkam na co dzień w kostnicy z trupim kochankiem, nie jadam również posiłków, pochylając się nad wiwisekcją jakiejkolwiek żywej istoty – finiszowała, grzebiąc rozpaczliwie w kieszeni swojego długiego, podbitego prawdziwym futrem płaszcza – może malinowej żelki? - dodała, wyciągając dłoń z kolorowym opakowaniem, czując przy tym lekkie szarpnięcie bólu. To właśnie za ten nadgarstek złapał Jovan. Tym postanowiła się jednak zająć nieco później.

Asenat 16-08-2011 12:59

Drzewka nad jeziorem zaczynały wypuszczać pąki. Wokół trwała jeszcze zima, choć jezioro wyzwalało się pomału z okowów mrozu. Wzmocnione Sztuką Życia sadzonki rosły po jednej i pod drugiej stronie bariery i na przekór ciągle mroźnym nocom obudziły się do życia.

Duch siedział na kopcu i śpiewał. Czasami nie tylko pieśń o wielkiej bitwie. Samotny, zaczął sam składać pieśni z rozmów z tymi, którzy przybyli, by pożegnać się ze zmarłymi. Smutne pieśni o stracie i poczuciu winy.

- Nazywam się Władimir Kilienko, Śmiejący się w Walce z Patrzących w Gwiazdy. W bitwie straciłem syna i dwóch braci...

- Jestem Ondriej Tysiąc Pieśni z Pomiotu Fenrisa. Przeżyłem jako jedyny z mojej watahy...


Duch był dobrym powiernikiem. Stary, bardzo stary, z twarzą pociętą zmarszczkami jak kora drzewa, więcej słuchał niż mówił, pozwalał płynąć słowom i łzom.

- Nazywam się Ravna Turi, moim dziadkiem był Pelle Niedźwiedź, moim przodkiem był Marcus Wilk i wielu innych, których imion nie znam. Wszyscy podążali za stadami, słuchali ludzi, duchów i zwierząt, by wybierać mądrze i chronić tych, których nazwali własnymi. Straciłam w bitwie wielu przyjaciół i patrzyłam na śmierć tego, którego przysięgałam bronić. Jestem jedną z tych, których wilki nazywają cudotwórcami. Na jeziorze zrozumiałam, że cud... to czasami za mało.


Dopóki lód na jeziorze był mocny, Ravna kłaniała się duchowi i szła do miejsca, gdzie ciągle ziała przerębel, kładła się płasko na tafli, wsadzała głowę w lodowatą wodę i otwierała oczy. W naiwnej nadziei, że może coś się odmieni, i ta chwila wydarzy się raz jeszcze. W snach Ravny Cirn, Ten, który Prowadzi, tonął każdej nocy.

***

Tafla lodu jęknęła pod uderzeniami szponów.
- Wpuść mnie!
- Nie mogę, naprawdę!
- Otwieraj! Wpuść mnie, suko! Otwieraj!


Cirn stał za ścianą z lodu w drzwiach domu Stanisławy, który Ravna zajęła po kłótni z Diakonem. Włosy wilkołaka unosiły się w wodzie, na nagiej skórze wykwitały ślady odmrożeń. Cirn wył i rzucał się na barierę. Ravna klęczała przed progiem i płakała.

- Nie mogę, nie wiem jak...
- Nigdy nic nie wiesz! Otwieraj! Wpuść mnie!


Ocknęła się, zwinięta w kłębek na wycieraczce. Wszystko ją bolało, a w ustach rozpełzła się suchość i paskudny posmak żółci.

- Ravna?


Podniosła się na ramieniu. Ciągle tam stał, choć już nie walczył. Obejmował się ramionami i zdawał się nasłuchiwać.

- Ravna? Jesteś?
- Jestem... tak... co...?
- Zimno... mi...


Zerwała się na równe nogi, naparła dłońmi na lód, zostawiając na niej skrawki przymrożonej skóry. Tafla ani drgnęła. Cirn po drugiej stronie pokręcił głową, spojrzał gdzieś w mrok za sobą, w jego oczach kiełkował strach.

- Nadchodzi.

Ravna wrzeszczała aż do zdarcia gardła. Cirn tłukł barierę, ale choć ruszał ustami, do szamanki nie dochodził już żaden dźwięk.

A potem zaległa ciemność, bariera się rozwiała i Ravna poleciała do przodu, wypadając na ganek. Na wschodzie pojawiała się zaledwie blada sugestia świtu, drzewa spały przykryte śniegiem i trwał bezruch zimy.

- Cirn?

Wstała i przeszła niepewnie dookoła chaty, brodząc na bosaka w śniegu. Odpowiedziała jej tylko cisza. Łzy zamarzły Ravnie na policzkach.

- Cirn? Możesz... wejść - pisnęła zrozpaczonym, cienkim głosem. I nie stało się nic.

"Co ja robię? Chodzę po nocy po lesie w samej piżamie i wołam zmarłego wilkołaka...".

- Cirn? Jesteś?


"Chyba oszalałam".

Ravna trzęsła się z zimna. Odwróciła się do odległej chaty, w której oknie palił się wątły ogienek lampy. Potem opuściła oczy na ziemię i zaparło jej dech. Śnieg był upstrzony licznymi śladami.

***

Niski, ciemnowłosy mężczyzna chodził pochylony wokół chaty, studiując uważnie ślady. Ravna siedziała na pieńku skurczona jak nieszczęście. Nie zmieniła pozycji od kiedy w nocy wycofała się ostrożnie z powrotem do chaty, i odkryła wewnątrz mokre ślady stóp. Nie zebrała nawet niczego do ubrania, i wezwany na pomoc Adam zastał ją przerażoną do granic histerii, przemarzniętą i bosą. Zdołał wycisnąć z szamanki tylko tyle, że ktoś chodził w nocy wokół chaty i był w środku, i obecnie badał ślady. Wreszcie wyszedł z chaty, przysiadł obok Ravny na pieńku, zapalił cuchnącego, taniego papierosa i zapatrzył się w drzewa.

- Ravna, nie jestem żadnym Winnetou... - zaczął ostrożnie.
- Ale?
- Ale, maleńka, to są twoje ślady
- powiedział delikatnie.
Opatuliła się mocniej swetrem, który jej dał i milczała zawzięcie.
- Znalazłem za to ten proszek, którym się szprycujesz, i butelkę koniaku. Pustą - kontynuował cicho i z troską. - Zalałaś się, miałaś koszmary i chodziłaś we śnie. Po bitwie... to nic niezwykłego, naprawdę...
- Wiem, co widziałam - warknęła. - To też mi się przyśniło? - podetknęła mu pod nos rękę o paznokciach pozdzieranych do krwi.
Adam odchrząknął i starannie zagasił peta na pniaku.
- Na framudze drzwi są ślady paznokci. Drapałaś w drewno... Ravna, posłuchaj... nie, posłuchaj mnie. Mieszkanie samemu na tym pustkowiu nie jest za mądre. Nawet jeśli akurat tu będę, nie będę wiedział, co mam zrobić, jak coś się stanie. Wróć do fundacji.
- Aureliusz...
- zaczęła.
- Słuchaj mnie, nie skończyłem, do cholery. Niezależnie od tego, o co się poprztykaliście - a to było naprawdę takie dojrzałe, że aż mi dech zaparło - należysz do nich. Więc powinni ci pomagać, nawet jeśli im to nie w smak. Nawet jeśli ta pomoc to zaprowadzenie cię do łóżka, jak znowu zaczniesz po nocy ścigać upiory, hm?
- Nie powiedziałam, że to był on i...
- Nie powiedziałaś. A ja się domyśliłem, jakiż ja sprytny i przenikliwy, i w ogóle
- w głosie Adama zabrzmiała gorycz. - Wróć. Oni cię potrzebują. Ty potrzebujesz ich. I obiecaj mi jedno.

"Od kiedy przyjechałam do Moskwy, nie robię nic innego, jak tylko coś obiecuję wilkołakom. Co mi tam, jedna przysięga w te czy we wte. To z dotrzymywaniem danego słowa mam problem."

- W porządku.
- Nie kombinuj nic z tym bębnem sama. Dopóki nie będziesz wiedziała dokładnie, co to jest.
- Dobrze.
- Obiecujesz?
- Tak, obiecuję.


Adam rozjaśnił się w uśmiechu i jego twarz oszusta i drobnego cwaniaczka stała się naprawdę piękna. Ravna pozwoliła się wyściskać i wycałować i przestała żałować, że mu skłamała. Przynajmniej kamień spadł mu z serca, kamień, który sama wrzuciła na jego barki.

"Kłamstwa, które mówimy z miłości".

***

Diakon siedział zamknięty w swoich pokojach i Ravnie szczęśliwie zostało oszczędzone tłumaczenie się na wejściu, dlaczego przeprowadza się po raz kolejny w ciągu dwóch tygodni. Z kuchni, do której szamanka zajrzała w poszukiwaniu czegoś do żarcia unosiły się smakowite wonie, a korytarzem mknęła Auria. Cała w skowronkach, z rozwianymi rudymi lokami i talerzem w ręku. Ravna zajrzała ciekawie na pozostawione na patelni resztki. Śledztwo wykazało, iż Diakonowi zostanie dziś zaserwowany smażony jesiotr...

Młoda hermetyczka zadziwiała Ravnę na każdym kroku. Co prawda nie mogła wyzbyć się smutnego wspomnienia po Amy, również tak młodej, jak i wrażenia, że "Dzieci. Przysyłają nam dzieci. Żeby walczyły i umierały.". Jednak przybycie Aurii pomogło fundacji, i to nie tylko dlatego, że przyjmujący z godnością jej kulinarną troskę Diakon zaczął się częściej uśmiechać. Auria wniosła powiew radości w mocno duszną atmosferę.

A także zmieniła drastycznie strefy wpływów w lodówce. Ravna grzebała w lodowym wnętrzu dobry kwadrans, zanim znalazła swoje odłożone na ciężkie czasy mięsko. Za to śledzie zniknęły jak sen jaki złoty...

- A Ravna... - Jon stanął w drzwiach. - Porzuciłaś życie na łonie na rzecz cywilizacji? Wywaliłem twoje ryby, Auria się skarżyła, że się zepsuły i wszystko od nich zaśmiardło.
- Nie zepsuły się - jęknęła. - Kiszony śledź nie ma prawa się zepsuć, choćby leżał sto lat!
- Czyli jednak śmierdziały - Jon pokiwał głową.

Po obiedzie zamknęła się w pokoju, z bębnem na kolanach. Do zapasów drogich alkoholi, które Ravna jako skrzypaczka dostawała od wielbicieli na szczęście nikt się - jeszcze - nie dobierał. Mogła więc zapić muchomory arcydrogim whisky.

Kiwała się nad bębnem, szepcząc i śpiewając. Z istotą już nie rozmawiała. Po Ciszy, jaka ją spotkała, wiedziała, że nie mają sobie nic do powiedzenia. Jakie dyskusje można prowadzić z kimś, z kim nie zgadzasz się w niczym. Do tego zaczynała mieć podejrzenia, że pijawka się mści.

Drzwi się zamgliły i stały się półprzejrzystą ścianą lodu. Dobiegło zza niej łupnięcie i zgrzyt. I kolejne. I kolejne.

- Otwieraj! Wpuść mnie!


Ravna próbowała to zignorować. Była niemal pewna, że to istota z bębna zabawia się nocami dręcząc ją obrazem tego, którego nie potrafiła ocalić. Zaczęła podejrzewać po poprzedniej nocy. Cirn nigdy nie zwrócił się do niej po imieniu. Zapamiętanie miana śmiertelnika byłoby dla niego zapewne ogromnym poniżeniem...

- Wpuść mnie!

A jednak nie mogła mieć pewności. Ciała Tego, który Prowadzi nie odnaleźli po bitwie. Zawsze zostawał ten nikły cień obawy, że wilkołak trwa gdzieś tam w krainie wiecznego lodu, zamarza i woła o pomoc, której ona mu ze strachu odmawia. W Ravnie powoli kiełkowała potrzeba znalezienia wprawnego Euthanatosa.

***

I następnego dnia Euthanatos się znalazł! Magicznie i niesamowicie, jakby prowadzony za rączkę przez duchy. Nawet nie jeden do tego, od razu dwójka... przebierać a wybierać. Ravna siedziała na krawędzi fontanny ostro zmulona alkoholem i grzybami. Przysłuchiwała się wzajemnej prezentacji, wodząc podkrążonymi oczami od Claire do Jovana. Listę imion Diakona znała już na pamięć. Ziewnęła jak kot, pokazując światu i zgromadzonym szparę między jedynkami i ostry, różowy języczek.

Zdawała się drobna i krucha jak porcelanowa lalka. Z delikatnej twarzy o egzotycznych rysach patrzyły czarne, skośne oczy, przekrwione i podkrążone, jakby dawno dobrze się nie wyspała. Wrażenie potęgowały ciemne, sztywne jak szczecina włosy, mocno potargane i przyozdobione gdzieniegdzie igliwiem i zagubionym liściem. Bawiła się cały czas haftowanym woreczkiem zawieszonym na rzemykach na szyi i uśmiechała się niepewnie. Pod miodową skórą zdawało się pełgać dziwne, migocące lśnienie.

Wreszcie uśmiechnęła się jak chochlik, przymrużyła oczy. Wzorzec Jovana był ciemny. Nie zaciemniony, jak Ravna pamiętała wzorzec Jona – mistrza entropii. Wzorzec Euthantosa był jakby zadymiony czarnym dymem, w którym pobłyskiwał pył, być może węgiel. Wytężając magyczną percepcję czuć było ców dymny całun skrywający całą jego posturę, zarówno wzorzec jak i przestrzeń wokół, nawet myśli, które mogłyby się przedrzeć.
Dusza... Ciekawość... Ravna chciała zajrzeć. Zaniosła się kaszlem, jakby przebywała w płonącym budynku. Na moment w nozdrzach miała szczypiący odór dymu.

- Ekhe... Khyyyyyyyym - w oczach pojawiły się jej łzy.
- Co ci? - zatroszczył się Gustaw.
- Ciekawość zabiła kota - uśmiechnęła się blado i w tym właśnie momencie podsłuchujący Jon oberwał klamką po łbie, zostając drugim kotem, któremu dostało się za ciekawość.

W powstałym zamieszaniu Ravna sięgnęła do woreczka na szyi. Jej usta poruszył szept i Jon otworzył oczy, ciągle jednak lekko ogłupiony siłą uderzenia.

- Następnym razem stawaj trochę dalej - poradziła mu Ravna od serca. - Gustaw? Możesz poćwiczyć to, co ci pokazywałam ostatnio?
- Teraz?
- Teraz.
- Tutaj?
- Tutaj.
- Ale po co?
- zmarszczył się i Ravna przeklnęła pod nosem hermetycką dociekliwość.
- Wiesz dobrze, po co. - wymownie przytknęła złożoną dłoń do ucha.
- Nie. Nie zrobię tego. Dlaczego chcesz...
- Oj, już cicho. Od kiedy jesteś taki praworządny? Następnym razem, jak się urżniesz i będziesz chciał zawlec Śpiącą do fundacji, nie będę cię kryła, Panie Zawsze Porządny.
- Następnym razem, jak będziesz jarać trawę w fundacyjnej bibliotece, też cię nie będę kryć!

- Nie nadymaj się tak, bo się rozpękniesz. Czytałeś książkę, którą ci dałam?
- Pamiętniki Mistrza Norberta z podróży na północ? Tak.
- Wiesz już, jakie trzy błędy popełnił?
- Pierwszy to, eeeeee... to nie byli twoi. Nie noaidi.
- Brawo. To były Werbeny. Zrobiły go w jajo. Drugi błąd?
- Po tym, jak się napił z tego kotła, narracja mu się urywa.
- Właśnie. Nie powinien był tego pić. Prawdopodobnie napuściły potem na niego duchy. Dla zabawy. I musiało być naprawdę wesoło, skoro wstydził się to opisać. A trzeci?
- Myślałem, eee.... nie wiem.
- Trzeci błąd leży u podwalin dwóch pierwszych.
- Nie wiem, naprawdę.
- To proste - wybrał nieodpowiednią tradycję
- odparła Ravna i uśmiechnęła się szeroko.
- Chyba się obrażę - zasugerował poważnie chłopak.
- Za co? Za prawdę? Chciałeś się uczyć. To, jak jest postrzegana twoja tradycja, to element nauki.
- Jasne. Ravna? A zastanawiałaś się kiedyś, jak jest postrzegana twoja?
- Nie muszę się zastanawiać. Ja to wiem. I, jak widzisz, nie mam z tym żadnego problemu
- wstała i ujęła jeden z bagaży Claire.

- Chodź, Claire, pomogę ci się rozpakować. Porozmawiamy sobie od serca. Jak szamanka ze śmierdzącej jurty z przedsiębiorcą pogrzebowym. - przymrużyła oko.

Chwilę później Ravna ustawiła bagaż na łóżku w pokoju, który Euthanatoska sobie wybrała.
- Jak widzisz, mamy tu nadreprezentację hermetyków... nie możesz przejść z pokoju do lodówki, żeby nie nadziać się na jakiegoś, jak spaceruje z głową zadartą ponad nimb nieomylności. Albo żeby nie potknąć się o tajemnicę, o której nie rozmawiamy, bo... nie rozmawiamy i już - wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - Jak czegoś nie podsłuchasz, to nie będziesz mieć wiadomości z pierwszej ręki. Właśnie toczy się ważna rozmowa, i pomyślam sobie, że gdybyś narobiła szumu pod pokojem Aureliusza, mogłabym tam przystawić magiczne ucho. Oczywiście, jak się sprawa wyda, nasze nazwiska będą otwierać shitlistę, jaką Jovan Ponury Żniwiarz nosi za pazuchą. Aureliusz też ma taką... To jak? - uśmiechnęła się niewinnie. - Chcesz zacząć pobyt w fundacji od akcji szpiegowskiej?

Felidae 22-08-2011 13:19

Pierwsza kropla spadła niespodziewanie. Każda następna była łatwa do przewidzenia, jak miliony śmierci od czasu narodzin pierwszego człowieka. Jednak to wszystko i tak miało się kiedyś skończyć, by... zacząć się na nowo, w innym miejscu i czasie, zmieniając się nie jeden raz z potężnej ulewy i rzeki śmierci w delikatne parowanie duszy z ciała zmarłego starca.
Jakież to było proste - trajektoria lotu kropli, jej spłaszczenie, wreszcie siła uderzenia o ziemię. To wszystko było równie proste jak miliony śmierci, jak upadek duszy, która przez całe życie była nienaturalnie rozciągana i pędziła w otchłań, by na końcu się rozbić...

Samochodów, jak na stolicę, było naprawdę niewiele. W pogodzie zapowiadali deszcz - Technomanci posiadali wystarczające umiejętności, by w razie czego, go wywołać, paradoks był słaby w tym przypadku. A jednak jeden z nich o mało nie ochlapał jej brudem z topniejącego śniegu, kiedy na chwileczkę straciła koncentrację.

Spoglądała na samochody i wymalowane na jezdni pasy z wyraźną niechęcią. Nie lubiła wielkomiejskiego hałasu i brudu. Nieliczne jeszcze krople, padające na jej odkryte czoło, spływały małymi strużkami, w dół, po twarzy. Czuła jak chłód oczyszcza jej twarz. Szła lekko, sprężyście, jakby ledwie dotykając stopami chodnika. Wysoka, egzotyczna i gibka niczym dzika kocica.

- Ciemność... Nie pozwól, by obsiadły cię skrzydła, nie uniesiesz się wtedy. Samotność... Nie czekaj aż ktoś zdejmie ci worek z głowy.

- Narasinho… teraz nie jest czas na twoje nauki
– szepnęła do złotego oblicza awatara. - Pozwól mi choć na odrobinę samotności.

- Wrhhr…
- zamruczał, potrząsając z niezadowoleniem puszystą grzywą. Podążał tuż obok niej, tak majestatyczny, a jednocześnie tak bliski. Pół lew, pół człowiek. - Za bardzo się przejmujesz tym co było wiesz? I tym co będzie też. Jest takie przysłowie: Wczoraj to już historia, jutro to tajemnica. Ale dzisiaj to dar losu, a dary są po to aby się nimi cieszyć.

Nie odpowiedziała. Znała go zbyt dobrze, wiedziała, że nie odpuści. Czasami jego mądrości działały na nią jak czerwona płachta na byka. Ale Narasinho taki już był. Niezależnie od tego jak mocno się wściekała, jego spokój był niewzruszony. Nauczyła się już przez tyle lat, że walka z własnym awatarem prowadzi jedynie do autodestrukcji. Nie można sprzeciwiać się samemu sobie i oczekiwać, że ciało i duch zespolą się w idealniej harmonii.
Jednak czasami… w końcu po części była tylko słabym człowiekiem…


Przyjazd do Moskwy, był dla Mayi podróżą do świata jej matki. Jako pół Rosjanka po trosze cieszyła się z tej możliwości, a po trosze obawiała. Oczywiście jej pobyt w Rosji nie miał być wycieczką krajoznawczą czy kulturową. Misja, z jaką wysłał ją diakon Fundacji 12 Mieczy była jasno sformułowana. A jednak ciekawość była znaczącym czynnikiem, dlaczego tak ochoczo podjęła się tego zadania.
Z zamyślenia wyrwała ją fala myśli, która niespodziewanie uderzyła w jej umysł wulkanem emocji. Pobiegła wzrokiem w kierunku, z którego wyczuwała ów przekaz, dostrzegając dwóch mężczyzn przyglądających jej się zza szyby przydrożnego baru. Pierwszym z nich był niewysoki, łysy człowieczek o krępej budowie ciała i azjatycko-europejskich rysach twarzy. To od niego płynął strumień podziwu pomieszanego ze strachem. "Maya, Maya…" wypowiadane przez mężczyznę imię rozbrzmiewało echem w zakątkach jej świadomości. Jeden z jej braci, była tego pewna.
Drugi z mężczyzn był trochę starszy od pierwszego. Broda przeplatana pasmami siwizny i okulary czyniły jego twarz dość sympatyczną, choć sam mag wydawał się być niesamowicie zmęczony. Maya wyczuwała wyraźnie jego woń. Zapach, którego nie sposób pomylić z innym. Słodko-gorzki…z dodatkiem kwaśnej nuty. Mimowolnie przełknęła ślinę. Apetyczny… Tak… całkiem apetyczny.

Przywitanie było, krótkie ale uprzejme. Maya nie należała do osób gadatliwych, poza tym zarzucanie gospodarzy setką pytań nie było konieczne. Isamu, bo tak przedstawił się pierwszy z mężczyzn, nadrabiał gorliwością. Już w drodze do auta wcisnął jej do ręki telefon, wyjaśniając w długiej przemowie sposób jego działania.

- Telefon słuziii dooo umawianja kontaktów… – perorował przeciągając niektóre wyrazy.

Maya starała się zachować poważną minę, potakując, że rozumie, ale od czasu do czasu omskiwał jej się przekorny uśmiech.
Colin Redrock podążał za nimi w niewielkim odstępie zachowując milczenie. Jego wzrok zdawał się błądzić gdzieś we własnych myślach.
Maya była ciekawa pozostałych członków fundacji. Jak na razie ta dwójka stanowiła interesujący przedsmak.

Wnętrze fundacyjnej limuzyny było wygodne i przyjemne. Isamu zasiadł za kierownicą, co na chwilę spowolniło potok jego słów. Odpalił motor i włączył radio. Kobieta usiadła wygodnie i wzięła głęboki wdech.
Wtedy właśnie przed szybę wyskoczył jakiś człowiek w łachmanach przytykając karteczkę do przedniej szyby:



"Kawiarnia przy ulicy Gwardia Czerwonej.
Proszę o kontakt. Teraz.
A.C.”


Zaskoczenie, krótki moment utraty koncentracji. Po raz kolejny dzisiejszego dnia. A zaraz potem głos Isamu:
- Jest nas troje... Chyba damy radę, co inspektorze? – skierował słowa do Colina
Maya spoglądała z zaciekawieniem na obu towarzyszy i w końcu spytała
- Czy ktoś mógłby mnie wtajemniczyć, o co chodzi z tą karteczką?

Kritzo 26-08-2011 21:46

- To ona!
Krzyk towarzysza wyrwał inspektora Driscolla Moryeta z zamyślenia, jak twierdził, a tak naprawdę pół-snu na stojąco. Czekali już dosyć długo, jak na jego potrzebę ruchu, czy jakiego kolwiek zajęcia, by nie zasnąć. Od dawna nie miał spokojnej nocy, nawet przymknięcie oczu było pewnym wytchnieniem, chociaż pozornym, bo to właśnie w snach, od których nie mógł się opędzić tkwił problem.

Przedstawił się z wszystkimi tytułami, także tym nowo nabytym. Inspektor, to po pierwsze, pewnie nadal większość tak na niego mówiła, z Diakonem na czele. Po drugie adept sztuk sił, entropii i pierwszej, co było również nowym osiągnięciem. Nie małe te zdolności, zbliżały go powoli do mistrzostwa, chociaż nadal nie dokonał niczego spektakularnego. Mistrz to umiejętności, czy stan umysłu i styl życia? Po Diakonie widać było jego tytuły, niemal nimi ociekał, były jednak niczym lepka maź, lub duszna aura, szczególnie ostatnio. Nie wiele więcej mu pozostało, stracił wiele ze swojej ludzkiej części Przebudzenia. Niestety raczej nie zbliżał się do następnego etapu.

Driscoll, a raczej Colin, jak mówił sam o sobie w chwilach słabości, a takie właśnie przeżywał, sam nie był blisko Oświecenia. Parł do przodu, ale były to raczej głębokie wody, ciemne i niebezpieczne. Wiele się na nich uczył potem i krwią, a teraz głównie zmęczeniem psychicznym, które jeszcze nie wiedział czego ma go nauczyć.
Maya Jawaharlal odebrała go jednak jako dosyć przyjemną osobę. Z twarzy i usposobienia był uprzejmym mężczyzną po czterdziestce i do tego Anglikiem, co czasem widać było po pewnych manierach i grzecznym języku, co u Słowian nie jest aż tak powszechne.

Przez chwilę przyglądał się przybyłej. Była kobietą o delikatnych, egzotycznych i bardzo regularnych rysach twarzy. Wyraźnie zachowała wiele cech swoich przodków zamieszkujących dolinę Gangesu. Długie włosy o barwie ciemnobrązowej niemalże wpadającej w czerń, upięła w luźny, wygodny kok. Lekko migdałowe oczy w kolorze ciemno brązowym patrzyły bystro i świadomie na jej rozmówców. Maya mówiła bardzo melodyjnym, spokojnym głosem, a sposób jej poruszania się przypominał gracją poruszającego się kota.
Była wysoka i szczupła, o wąskiej kibici i małym biuście.
Na oko trudno było ocenić jej wiek. Wyglądała młodo, ale jej oczy zawierały pewną mądrość, której nabiera się w miarę upływu czasu.
Ubrana była, wbrew wszelkim teoriom na temat bractwa Akashic, współcześnie i modnie. Kolor czerni jej spodnium i płaszcza doskonale komponował się z kolorem jej skóry.

Ocenił ją, chwila skupienia i uwagi pozwoliła mu się obudzić w pełni na kilka chwil. Czuł się niemal jakby w jego żyłach krążyła adrenalina. Kto wie? Wszak w stanie wycieńczenia, nawet proste czynności potrafią urosnąć do heroicznych czynów.
Po chwili siedzieli już w fundacyjnej limuzynie. Zaskoczył ich jakiś bezdomny. Dziwna kartka znalazła się na szybie, gdy ten prawdopodobnie pobrudził samochód brudnymi łapami i nie tylko.

"Kawiarnia przy ulicy Gwardia Czerwonej.
Proszę o kontakt. Teraz.
A.C.”

- Jest nas troje... Chyba damy radę, co inspektorze?

Inspektor się chwilę zastanawiał, co przerwała Maya.
- Czy ktoś mógłby mnie wtajemniczyć, o co chodzi z tą karteczką?
Driscoll zmarszczył czoło. Choć bardzo chciał, nie mógł wyjaśnić tego nowo przybyłej.
- Isamu, chcesz jechać?
- Tak.

Inspektor nie był przekonany. Nie wyczuł żadnego zagrożenia, ani ingerencji magicznej. Intuicja milczała, tak więc po co się narażać?
- Co cię w tym interesuje? Znasz kogoś z tymi inicjałami?
- Takie inicjały miał chyba ten facet, którego miał znaleźć Jon i dać mu list od Amy. Alan Can, Cane… Cune czy jakoś tak.

- Jeszcze nie wprowadziliśmy Cię droga adeptko do Fundacji, ale jeśli Ci to nie przeszkadza załatwimy tą sprawę, dobrze?

Maya przyglądała się przez chwilę obu mężczyznom, jakby oceniając czy nie stroją sobie z niej żartów, poddając ją ”próbie wtajemniczenia”. Potem jednak odpowiedziała:
- Dobrze, kilka chwil spóźnienia zostanie nam chyba wybaczone?


Wracała stara sprawa. List od Amy do Alana Cane, który Jon próbował bezskutecznie dostarczyć. Mag zastanawiał się chwilę czy nie zadzwonić do Wirtualnego Adepta, jednak przeczucie mówiło mu, że w Fundacji i tak dzieje się za dużo. Zresztą nie jest to sytuacja nagła, najwyżej skontaktują się ponownie.

Cane – dosyć tajemnicza postać. Nikt go nie widział, pewnie tylko Amy. Wirtualny Adept, ponoć cholernie dobry. O ile opowieści o Kryształowym Pałacu nie są po prostu wyrazem uznania w tej tradycji, to on tam był. Jako, że nikt w to nie wierzy, wystarczy założyć, że był dobry i sławny. Anglika ciekawiło, czego może od nich chcieć. Może się wreszcie ujawni i na coś przyda po śmierci Amy, kimkolwiek by dla niego nie była.

* * *

Ulica Gwardii Czerwonej nie była szczególnie urodziwa. Jednak jak na Moskwę raczej prezentowała się marnie, choć nikt to tu mieszkał raczej się tego nie wstydził. Na parterach wykupiono przestrzeń na kasy oszczędnościowe, banki i prywatne usługi. Jeden z budynków był chyba przerobiony na biurowiec, być może jakiś bank. W tym miejscu na pewno łatwiejszy w utrzymaniu niż w samym centrum miasta.
Jadąc ulicą rozglądali się. Minęli zakład z garmażerką kiedy Isamu wypatrzył kawiarnię, naprzeciwko sklepu LEGO. Szukając miejsca na prostuj zauważyli już, że jest tam dosyć tłoczno, a sam lokal ma raczej wschodni styl. Chłodny minimalizm, z pstrokatymi dodatkami, wrażenie tego minimalizmu niwelując. Kawiarnia była jednak ciepła w kolorach i sądząc po gościach, chętnie odwiedzana.



Wchodząc do środka zauważyli, że front składa się z jednej płaszczyzny szyb, dając w środku dobre oświetlenie i ogląd na sytuację wewnątrz i na zewnątrz. Jedynie dwa filary ograniczały widoczność, co ich gospodarz wykorzystał na swoją korzyść.
Przy wejściu znajdowało się miejsce idealne – filar przysłaniał widok, co ktoś wykorzystał, zajmując miejsce. Droga ewakuacji była dosyć dobra, nie licząc faktu, że trójka magów stała właśnie w wejściu. Mężczyzna był ubrany w czarny, prążkowany garnitur, a jego kruczoczarne włosy sięgające potylicy przykrywał kapelusz. Okulary, okrągłe lustrzanki takie jak ze Strażnika Teksasu, ukrywał jego spojrzenie. Pachniał dobrymi perfumami. Z twarzy trochę szelmowski, cyniczny uśmiech potęgował podstępną posturę, niewysoką i chudą. Miał kilkudniowy zarost. Nie miał więcej jak trzydzieści lat.

Metafizyczny zmysł magów natychmiast stanął na baczność, wyczuwając nutkę chaosu, zamkniętego w pudełku. Tak to można było najtrafniej określić. Widząc zrozumienie przemykające po ich twarzach niczym nieuchwytny cień, kiwnął w ich stronę ręką. Żuł gumę i w cholerę nie wyglądał na stereotypowego nerdowskiego Wirtualnego Adepta.

Colin odruchowo chciał się przedstawić, ale i okazja i osoba wirtualnego adepta zniechęcały do formalności. Poza tym chyba wiedział kogo wzywa.
Inspektor poczekał aż jego towarzysze usiądą i po dżentelmeńsku, jak na Anglika przystało przysunął krzesło Mayi.

- Miłe miejsce - powiedział bez większego przekonania.
Mężczyzna bez słowa wyjął dyktafon i położył na stole, uruchomiony. Dopiero wtedy się odezwał, głosem lekko monotonnym lecz silnym.
- Przepraszam, że posłużyłem się inicjałami osoby przez was poszukiwanej czyniąc fałszywy trop. Mój strój chyba nie pozostawia większych złudzeń... Na potrzeby naszej rozmowy nazywajcie mnie po prostu agent.

- Powiedz nam więc, dlaczego nie mielibyśmy w tej chwili wstać i wyjść? - spytał uprzejmym, acz stanowczym głosem inspektor.
- Kilka tygodni temu jedna z was rozmawiała tutaj z innym z naszych przedstawicieli. To, że mam do przedstawienia dalszy ciąg tej szarady jest chyba wystarczający. Prawda?


- Słucham więc panie agencie... - spojrzał na dyktafon, podnosząc wymownie prawą brew. Faktycznie szarada. Nie ufają sobie? To dosyć staromodne. Choć przynajmniej mają to… nagrane, nie żeby nie dało się tego spreparować przy ich technologii.
-Tradycje dokonały zamachu podczas spotkania dwóch naszych konwencji. Wiemy również o wydarzeniach które nastąpiły na jeziorze. Chciałbym oświadczyć…


W czasie mówienia agent wyjął kartę z długopisem i wysunął ja razem z długopisem na stół:

Szukaliście mnie, coś z Amy. Co z nią?

Agent nie zwracał uwagi na kartkę, którą podał Inspektorowi i jak gdyby nigdy nic kontynuował.
- … że nie planujemy w związku z tym akcji odwetowych, a unia proponuje zawieszenie broni.
- Rozumiem, że sytuacja nie jest prosta...
"Nad" - napisał i zaraz skreślił. "Pod Jeziorem, chyba..." i podał kartkę.
- … oczywiście akceptujemy rozejm. Jesteśmy pełni dobrej woli. To ciężki czas dla nas wszystkich. - Ostatnie zdanie chyba było przeznaczone szczególnie dla Jurija.
Gdzie znajdę ciało?
Twarz mu drgnęła w nerwowym skurczu. Mimo to zachował na tyle woli, aby głos nawet nie drgnął.
- Jednocześnie prosimy nie akceptować posłannictwa Iteracji X. W tej kawiarni, na zapleczu możecie zostawić do nas wiadomości.
- Dobrze, będziemy w kontakcie i będziemy ostrożni.
"Nie znaleźliśmy, żadnego"
Agent najwyraźniej chciał coś jeszcze napisać. Dla zdobycia odrobiny czasu przeciągając, jakby dobierał odpowiednie słowa
- Ufamy w bezpieczeństwo tego lokalu, jednak prosimy o… - Colin przeczytał szybko informację od agenta – bardziej jasne zaproszenia, by uniknąć niezręczności.
Jutro, róg Powstańców i Lwa Tołstoja. Jedna osoba.” – to napisał agent. Pokazał kartę na kilka chwil, a następnie zabrał ją, wyłączył magnetofon i wyszedł.

Chyba i na nich była pora. Nawet jeśli to podwójny agent, to on już wyszedł, a oni zostali. Na dobrą sprawę, kto się dowie o zawieszeniu broni, jeśli właśnie teraz wszyscy zginą? Mimo wszystko nadal trwała wojna, taka dola tej fundacji, pomyślał z ubolewaniem Driscoll.

Ratkin 30-08-2011 14:46

Kirił leciał bardzo powoli za swoim celem. Stracenie kobiety z pola widzenia mu nie groziło. Nie wiedziała że każdy jej krok był śledzony od momentu kiedy się obudziła. W zasadzie stracił ją z oczu tylko na chwilę, kiedy odpędziła siedzącego na parapecie jaj balkon przerośniętego gawrona. W zasadzie, był to kruk. Kruk jak to kruk, mieniący się całą gamą odcieniami czerni, przechodzących w promieniach porannego słońca w fiolet. Nieduży jak na kruka, widziany teraz z ziemi mógłby, gdyby nie charakterystyczna sylwetka, być pomylony z gawronem. Za to zdecydowanie od innych kruków szybszy, wręcz nienaturalnie szybki, zostawiał daleko w tyle innych samców swojego gatunku, niezadowolonych z pojawienia się obcego osobnika na ich terenie.

Moskwa na dłużej niż kilka chwil. Po tylu latach...

Śledzona przez niego kobieta weszła do budynku prokuratury. Da jej kilka minut. Skoncentrował się na swoim cieniu mknącym po dachach mijanych w locie budynków. Wezwał w myślach swojego ducha opiekuńczego i poprosił go o drobną przysługę. Cień zniknął. Kirił mrugnął oczyma i z zadowoleniem przyjął to ciekawe uczucie które zawsze towarzyszyło mu podczas używanie tego daru. Czas na odrobinę prywaty. Zatoczył szerokim łukiem okrąg w powietrzu i rozejrzał się czy na okolicznych dachach niema kogoś kto mógłby go zobaczyć. Kiedy byl pewien że nie złamie tak bezczelnie Zasłony, spokojnie opadł na blaszany dach jednej z kamienic, zmieniając przy tym swoją formę. Po kilku jak zwykle nieprzyjemnych sekundach otrząsnął się po transformacji. Rozglądnął się mrużąc swoje oczy i pociągając nosem. Norma po powrocie do ludzkich kształtów. Nagłe uderzenie smrodu miasta w nosie oraz to wrażenie jakby wszedł do ciemnego pokoju i za cholerę nic nie widział do puki wzrok się nie przyzwyczai. Zawsze miał bardzo dobry, można by rzec, że sokoli, wzrok, jednak nawet nie umywał się on do tego jaki zyskiwał kiedy stawał się krukiem. Czuł się teraz jakby ściągnął z oczu bardzo mocne okulary. Oczy lekko mu łzawiły, zapomniał przymknąć je tuż przed przemianą i teraz miał za swoje. Te okulary musiały by mieć soczewki jak denka od jaboli...

Właśnie z powodu jaboli Kirił wylądował na tym a nie innym dachu. Znał tą kamienicę. Przez lata owszem, została nieźle odremontowana, ale spadzisty blaszany dach nie zmieniał się ani trochę. Jak cała Moskwa, pomyślał. Z lotu ptaka przypominała mu małe miasteczka w westernach. Piękne, wystawne fronty, a za nimi baraki. Nie miał problemu żeby utrzymać się na śliskich dachówkach, gdyż jeszcze przed Pierwszą Przemianą często tu bywał żeby napić się nieco "ambrozji" w towarzystwie znajomych. Najczęściej koleżanek. Cieć tej kamienicy nigdy nie zamykał bramy na wieczór i jeśli tylko udało się przemknąć po cichu po schodach, przez pozbawiony zamka właz dało się znaleźć chwilę intymności z pięknym widokiem na w zasadzie odpychającą panoramę miasta. W zasadzie rozglądając się teraz dookoła na jego rodzinną stolicę, to miał wrażenie że jest turpistą... Kirił parsknął śmiechem kiedy wróciły wspomnienia.

Przejechał swoją wychudzoną i bladą dłonią i przeczesał czuprynę placami zakończonymi nieprzyciętymi ostatnio paznokciami. Niemalże kruczoczarna czupryna jak zwykle pozostała w "artystycznym nieładzie". Mlasknął. Dziś nawet się umył i wyszorował zęby. Jak zwykle sępił wszystko od innych skłotersów. Dzięki Gai, że jedna nowa anarchizująca pancórka jeszcze nie miała go dość. Niemniej, chyba trzeba będzie po powrocie "skombinować" nieco kasy i odkupić jej co nieco. Czysty i wyprany czy nie - i tak Kirił jak zwykle wyglądał nieco nieświeżo. Jego długi czarny płaszcz, wiszący na nim jak na wieszaku, został ubrudzony... w zasadzie ujebany... lata temu i tak mu już zostało. Włosy mimo że umyte kilka godzin temu, już wyglądały na przepocone. Zawsze tak miał po przemianie...

Z nostalgicznej zadumy wyrwało go zwykłe przyziemne ssanie w żołądku. To też było podobno charakterystyczne dla zmiennokształtnych po zmianie formy - żołądkowi zawsze przypominało się wtedy że jest pusty, nawet jeśli był tylko skołowaciały po zmianie rozmiarów. Kirił z lekką niepewnością zerknął na kontener ze śmieciami na dziedzińcu kamienicy. Nawet jego ludzkie oczy dostrzegły w nim ruch. Szczur. Kirił sprężył się w sobie, żeby powstrzymać się od zmiany formy i upolowania szybkiej przekąski. W zasadzie teki szczur starczyłby mu do jutra... Kirił zmienił formę i poderwał się do lotu. Potem coś przetrąci. Najpierw obowiązki...

Budynek prokuratory prezentował się dość okazale. Był wysoki, o strzelistym dachu. Zbudowany z jasnej, czerwonej cegły cały, zniszczonej w wyniku bezustannego ruchu samochodów który sprawił że szyby pozostawały brudne, cegła szara, boczne ściany spękane. Budynek zbudowano na planie kwadratu, wciśnięto pomiędzy nowe konstrukcje lecz przewyższał je on sporo. Co z tego, że miał parter i trzy piętra, skoro dach zajmował wysokość dwóch dodatkowych?

Kiedy nabrał wysokości znów skoncentrował się na swoim "bliźniaczym" odbiciu które właśnie szpiegowało dla niego budynek prokuratury z Tamtej Strony. Zamknął na chwilę oczy, żeby połączyć z nim swoją świadomość...

Tutejsza umbra wyglądała... Czystko. Spokojnie. Budynek widziany z Tamtej Strony, przypominał szklaną, przeźroczystą piramidę o krystalicznych ścianach tworzących proste pomierzenia. Niektóre gabinety, gdzieś na bokach, wydawały się zrobione z ciemniejszego szkła, nieco ograniczając widoczność wnętrza. Po korytarzach przechadzały się dwie istoty, jedna przypominającą chodzący kwadrat z wymalowanymi tekstami recytowała przepisy prawa niczym rosyjską przyśpiewkę -zresztą kwadrat miał na głowie poszarpaną uszankę- druga istota, o wychudłym kształcie humanoida-patyka i nieproporcjonalnie wielkiej głowie z której wystało kilkadziesiąt rąk, owa postać rysowała drobnymi szponami szkło, wygrywając na nim melodyjkę. Duch wysłany przez Kiriła ostrożnie minął tego drugiego i rozgościł się w umbralnym odbiciu pokoju pani prokurator...

Kirił skoncentrował się jeszcze bardziej i w jego głowie pojawił się widok tego gabinetu, co prawda z nieco niewygodnej perspektywy. Miał wrażenie że jest bardzo mały i ogląda go z wnętrza stojącej na blacie biurka szklanki. W jego oczy rzucił się mały liścik, poniewierający się po drewnianym blacie. Ręcznie zapisany, po rosyjsku. Pismo niezgrabne, niekiedy niektóre litery namazano piórem zbyt mocno, tworząc prawie kleksy. List chyba prywatny...

„[...]Dasz mi trochę czasu? Nigdy nie miałem tak wspaniałej, bardzo pięknej kobiety. Rzadko miałem taką szanse. Myślisz, że jej nie rzucę? Moja żona to przeszłość od kiedy Cię poznałem. Mam tylko nadzieję, że kiedy się rozwiodę i będziemy razem, to okażesz mi większe względy.[...]”

Sranie w banie - pomyslał i przeliterował sobie te "kleksy": Diana... Brzeska... Maya... Trop. Co prawda większe tropy zostawiała po sobie muszka owocówka, ale trop.

Johan Watherman 01-09-2011 19:54

Na holu fundacji panowało poruszenie. Chociaż milczące, dało się wyczuć poprzez nerwowe wiercenie się Jona z obolałym uchem. Grigorij nucąc coś pod nosem, Gustaw siedzący jak na szpilkach. Krzyki z pokoju trochę przycichły.

- Jak tak dalej pójdzie to zaraz będziemy oglądać fajerwerki.

Stwierdził Jon marudnie, Grigorij mu przytaknął. Odezwał się Gustaw.

-Mistrz Robert kiedyś chyba wspominał o Jovanie. Chyba go znał.

-I? - Zapytał Jon.

-Twierdził, że... Jovan się po drodze gdzieś zgubił.

- Cóż, widać przynajmniej, że czymkolwiek się zajmuje, traktuje to poważnie. To jakiś plus. Chyba.
Podeszła do Jona.
- Jak głowa? Przynieść ci lód czy coś?

-Nieee... W sumie Ravna chyba pomogła. Ale facet ma straszną siłę..

Diana poklepała Jona po ramieniu.
Tymczasem Claire Duane siedziała koło drzwi do pokoju Diakona okładając na podłodze pasjans. W pokoju już nie krzyczeli. Tak mocno. Tylko okazjonalne wrzaski. Młoda eutanatoska przyglądała się kartą. Każda z nich była jedną, wielką, czarną cząsteczka chaosu które to ona okładała ku prawidłowości. Lewa ręka niszczy, lewa dłoń rozbija – mrowienie w lewej dłoni kiedy przekladała karty. Prawa dłoń tworzy, wiąże energię – pieczenie w końcówkach palców. Klatka dla chaosu, widziało, zwierciadło w zwykłych kartach. Nic nie wiedziała konkretnego prócz kanalizacji chaosu. Lecz...Dama, nad nią król. I drugi. Chciała przełożyć, kiedy dotknęła kart, ostry ból przeszył jednia dłoń. Drugą to samo. Tak miało być. Mężczyzna nad kobieta. Ravnie... Nie do końca się uda? Prawa ręka skupia, lewa ręka niszczy... Chaos w klatkę, zwierciadło – pobłyskiwały w głowie dziewczyny sowa mentora kiedy po raz kolejny zmieniała konfiguracje kart. Zawsze to samo... Król nad damą.
Magya Ravny udała się bez komplikacji. Początkowi szamanka słyszała jedynie szumy. Jakby szum morza. Nie. Szum jeziora, jego wzbite fale wypluwające zwycięstwo po walce, lecz pochłaniające umarłych. Potem dotarła do niej rozmowa.

-Proszę po raz kolejny o wydanie mi ich na przesłuchanie. Najpierw Mistrz Roberta, lecz również jego ucznia i Łowczynię Marzeń.

-Przychodzisz tutaj bez pełnomocnicy jako – powtarzam – nikt! Tylko miotasz oskarżeniami, nieprawdziwe! Mogę ręczyć za moich ludzi.

-Tak? Na ile ich tak naprawdę znasz, mistrzu? Na ile tak naprawdę znasz Aleksandra? Poznałeś go dopiero po upadku Fundacji Sokołów, przygarnąłeś jak zbitego psa. Czy wierzysz mu? Wiesz, że imię Robert Cross przybrał do upadku fundacji, lecz Aleksander to również nie jest jego prawdziwe imię? To tylko tradycyjnie używane przez was, hermetyków przydomek... Sokoły upadły przez niego....

-Robert wszystko mi opowiadał. To nie jego wina...

-Tak, wszystko wiadomo? Czy powiedział, że jego mentor okazał się barabbi, też Ci powiedział? Że sam pomógł mu uciec? Może też wiesz Diakonie, że Robert jest widderslainte? To też powiedział? Że mimo wszystko przeszedł Odrodzenie w Labiryncie? Że zna smoczy język? Myślisz mistrzu, że nawet niezłomna wola potrafi się opierać takiej sile?

-Przychodzisz do mojego domu, opluwasz mojego przyjaciela niepotwierdzonymi historiami. Pierwsze co powiedziałeś, to zadałeś wdania Roberta. To jest szczyt bezczelności... Obrazy. I głupoty. Kim jesteś tak dokładnie?

-Mogę powiedzieć więcej. Myślisz Mistrzu Aureliuszu, że istota trzymana w bębnie Mówczyni Marzeń to wielka tajemnica? To przypadek? Doprowadził do tego Aleksander. Cała sprawa na jeziorze... Chcę abyś mi wydał Aleksandra na przesłuchaniem, tak, chcę. Znam go i wiem jak go wyciągnąć z ukrycia – bo to nie paradoks lecz jego sztuczka. Chcę również porozmawiać z jego uczniem oraz z szamanką... Od zawsze miałeś skłonność przygarniać wyrzutków. Kultysta Ekstazy pijący wampirzą krew? Ostatnia zdrada... Nawet swych ludzi nie jesteś pewny. Przybywam z pomocą aby tutaj nie stało się to co z sokołami. Robert zna budowę fundacji – pomagał ją tworzyć. To o krok do wpuszczenia zewnętrza tutaj...

-To bezczelność... Pewnie zaraz zarzucisz mi pakty z demonicznymi hordami?

-Gdybym miał chociaż cień podejrzenia co do Ciebie, pukałbym do Horyzontu. Jednak nie chcemy zamieszania. Załatwmy to po cichu albo ruszę do Horyzontu.

-Nieostrożnie grozić Diakonowi w jego fundacji. Jako włóczęga.


Hałas otwieranych drzwi zakończył rozmowę i możliwości podsłuchu. Drzwi otwierał Diakon wyrzucając za nie Jovana. Eutanatos wyszedł na korytarz. Zrobił kilka kroków. Claire oblał zimny pot. Korytarz był łukiem, z tego miejsca ludzie na holu nie widzieli co się dzieje, Diakon nie wyszedł. Przerażenie, głupi myśl – gdyby Jovan teraz po cichu ukręciłby jej kark, nikt by nie usłyszał ani nie zobaczył. Kiedy Przyzedł do niej – byli sam na sam, w ten mały moment – serce podskoczyło jej do gardła. Nie był to zwykły strach spotęgowany aurą stowarzyszać Jovanowi. To był błysk strachu wynikłego z niezwykle realnego przeczucia.
Coś poszło źle. Król nad królową.
Eutanatos pochylił się nad nią. Chwycił za nadgarstki. Momentalnie metafizyka gdzieś odpłynęła pozostawiając jedynie ból w ścinanych nadgarstkach. Mag szarpnął na w górę jak pluszową laką i dopchnął do ściany celnie wymierzonym kolankiem w brzuch. Tak trzymając ją w pozie, z rękami w górze trzymanymi przez jego ręce i naciskiem kolana na brzuch, pochylił głowę do jej ucha. Oddech miał ciepły. Momentalnie zrobiło się jej niedobrze. Dłoń która jej wykręcił przy wchodzeniu do dziedziny – piekła lecz ból gasł jakby Jovan zdjął z niej jakiś ciężar i ból. Jego głos był zimny. Jak zimna może być stal która podrzyna się gardło.
-Ja wiem. - Wbił jej mocniej kolano w brzuch, a place zacisnęły się mocniej na przegubach. Facet miał niedźwiedzią siłę. -Nie moja kwestia lojalność tej fundacji i zdradziecki jej członków. Nie moje to. Ale pomyślałaś chociaż, że to może być pułapka? Idziesz na takie układy z pierwszym magiem którego spotykasz. Mogli chcieć cię tylko skompromitować, obśmiać albo mieć powód do wyrzucenia. Lecz nie tylko to... - Odsunął kolano, moment ulgi, dziewczyna mogła odetchnąć. Zrobił to tylko po to aby z całym impetem kopnąćją w brzuch. Tym razem huknęło aż miło – musieli usłyszeć to wszyscy, na holu, Ravna – wszyscy. Claire chlusnęła strugą krwi przez ramię Jovana. Nie pobrudziła mu garnituru. Znowu mówił, tym razem pośpiesznie. - Pomagasz podsłuchiwać członka swej tradycji. Dotarło to do Ciebie? Czy zrobiłem ci cokolwiek złego? Nie? Jestem też eutanatosem, ty jesteś, własne tradycja jest ze sobą. Ty zdradzasz swoich z pierwszą spotkaną osobą... Wystawiasz świadectwo sobie i swemu mentorowi, twoja tradycja nic nie znaczy? Za takie czynny w Indiach podrzyna się gardło. Pamiętaj. Jesteś eutanatoską.

Miała wrażenie, że lewituje, że Jovan utrzymuje ją ją w górze tylko na dłoniach i kolanie gdyż z bólu osłabło jej w nogach. Czyjeś kroki. Z pokoju, w akompaniamencie skrzypiących drzwi wyszedł Diakon. Czyjeś kroki. Jon biegł zobaczyć co się dzieje. W tym momencie Jovan puścił ją jak szmacianką lalkę aby upadła na ziemię. Widział to Jon i Aureliusz.

-Wynoś się z fundacji!

Rzekł Mistrz Aureliusz stanowczo w kierunku eutanatosa. Jon wciąż patrzył na zainstalować sytuacje z otwartymi ustami. Dopiero po chwili pomógł dziewczynie wstać.

-Rany, jeśli tak ma się kończyć jego każda wizyta w fundacji...

Stwierdził chwytając się za ucho. W tym czasie minął ją Jovan odprowadzany do wyjścia z fundacji przez Diakona w akompaniamencie surowej miny i niemal namacanych trzasków kwintesencji we wzorcu starego maga, niczym skrzypienie starych kości, skrzypienie zawiasów, wrót siły. Lub gniewu.. Tak, wyrzucono go z fundacji. Na odchodne mógł tylko rzucić do Claire kilka słów.

-Nie idź za mną. Bierzcie do siebie tego śmiecia.

Konsternacja na holu, do którego Wirtualny Adept zaprowadził obolałą dziewczynę trwała naprawdę długo. W tym czasie Diakon spojrzał na obecnych, na moment można było w jego twarzy dostrzec... Niepokój. Lecz również gniew i coś jeszcze, tak nieuchywtnego jak bryza morska – chociaż o wiele bardziej kojażyło się z babim latem i miną przybieraną po osadnięciu pajęczyny na twarzy.. Tylko ułamek sekundy emocje przebiły się rzez hermetycką maskę. Diana miała sprawę złe przeczucia. Coś jak robak świdrujący w brzuchu.

-Ja pierdolę... - Zaczął wdzięcznie Grigorij. - Dzisiaj wieczorem miało się odbyć spotkanie z wampirami. Fajnie jakby było kilka osób obgadać... Bo to Wiktoria coś wiedziała, ja jestem zielony. Jak ten cały Jovan wpadnie to nie będzie czego zbierać. Ktoś jedzie ze mną? Wypadałoby przygotować klub. Za jakieś trzy godziny wyjeżdżam.

- Może... - Jon się zamyślił – Auri i Claire? Wy eutanatosi to chyba we krwi macie sposoby postępowania z pijawkami. No i chyba jedyne osoby którym się Red Power nie kojarzy źle. Tylko nie mówcie nic o Robercie. Co prawda nie tutaj, ale kiedyś sporo załatwił...

-Mistrzu Robecrie – poprawił go zażenowany Gustaw i natychmiast zwrócił się do Claire – Co on Ci zrobił, czemu?

-No, ja tutaj zostaję – westchnął Jon – Niedługo pewnie pojawi się Isamu z Inspektorem i nową i trzeba ich jakoś przyjąć. Bo z Diakona to chyba dziś nic nie będzie albo jeszcze wyrzuci nasz wszystkich, psia mać.

***

Isamu ziewnął mocarnie, nie zasłaniając ust. Musieli się zbierać. Tak też zrobili. Wszystko pozostało normalne. Normalna droga do samochodu. Takie same, zaprane twarze ludzi. Miast się budziło. Podczas jazdy dało się zaobserwować większy ruch na ulicach, pierwsza poranne korki.
Maya podczas tej sennej, spokojnej drogi do fundacji dane było było zagłębić zakamarki własnego umysłu. Była wszak przedstawicielką bractwa, a sądząc po atmosferze w samochodzie – Isamu ponownie wszedł w stan flegmatyczny, natomiast inspektor wyglądał na strasznie zmęczonego.
Umysł. W każdym jest jedno miejsce którego nie powinno się otwierać, także w tym przebudzonym. Płytki, powolny oddech medytującej kobiety z otwartymi, acz trwającymi w bezruchu oczyma nadawał tonu krokom imaginacji własnego ja po onirycznym korytarzu. Korytarz przypominał bardziej robaczyc tunel przez który świadomość przebudzonej mogła przelewać się do drugiego królestwa – podświadomości. Podtrzymywany tylko przez wolę i wewnętrzny spoko falował w rytm oddechu kobiety. Chyba tylko intuicja popchnęła ją do metyzacji teraz, akurat teraz
Albo zła siła.
Nie wiedziała czemu wyciągnęła taki wniosek w momencie, kiedy z oczu straciła już rzeczywistość, a one same wydawały się zamglone. Może z powodu miejsca w każdym umyśle gdzie czai się zło? Zło, zły, źli - wyraz odmieniał się przez każdy przypadek w strumieniu świadomości będącym krystalicznym źródłem, złu było tam szlamem, nieczystością, bluźnierstwem. Tak przynajmniej je widziała. Lecz jakaś cząstka, sama Maya – wiedziała, że zło należy integralnie do natury ludzkiej. Bez zła nie byłoby wielu emocji skropionych czernią, nie byłoby wielu sił czerpanych z perwersyjnych uciech i pragnień. Chociaż teraz przypominały się jej słowa-obrazy tkwiący w umyśle. Początki bycia magiem, zrozumienie swej ścieżki. Słowa mentora. Zło to skaza z której człowiek ma się obmywać każdymi narodzinami. Trzeba być czystym.
Trzask. Upiorny dźwięk tłuczonego szkła. Potem ryki, zwierzęce, dzikie, ponętne. Tarcie szkla. Rysowanie pazurami o szkło. Zimne szkło.

-Myślałem, że tutaj nigdy nie zajrzysz.

Ciemność oblepiająca. Teraz z trudem walczyła o poprawny oddech aby nie przerywać nagle transu – zaiste okropne były opowieść o wybudzonych z medytacji gwałtowanie. Szaleństwo, cisza, ból, śmierć. Głos należał do jej avatara. Stanowił światło w ciemności. Dźwięk był łagodny w przeciwieństwie do ostrych chrupnięć, ryków i grzmotów niezidentyfikowanego pochodzenia.

-Ty, ja... Prędzej czy później musiałaś się tutaj znaleźć.

Kapanie. Czerwona, grosista ciecz, krew kapała do brudnej kalozy. W niej widziała samą siebie. To było miejsce zła każdego człowieka. I widziała siebie – piękniejsza niż dotychczas. Femme fatale niosąca w jednej dłoniasto krwi których którzy się jej nie spodobali, w drugiej nóż ofiarny – nóż tylko dla siebie, nim boga krwi o przymkniętych oczach których spojrzenie znaczy więcej niż otwieracie trzecie oka Śiwy. Znaczyło cierpienie. Mroczną radość. Narasinho warknął przeciągle jakby czyniąc zaklęcie przynosząc ciszę. I spokój.

-Nawet słońce nie jest w stanie ciągle znajdować się w zenicie. To będzie ta noc. Noc straszna, zła, upiorna w której kruszeć będą tytani. Zaprowadziłem Cię abyś poznała swe zło. Wracaj tutaj. Gdy przyjdzie ta noc wyklęta, poznaj nią, poznaj co ze sobą niesie, co za czerń i destrukcję. Będziesz się modlić o świt, on prędko nie nadzieje. Lecz pamiętaj! Przed nastaniem jutrzni wyrzuć swe zło, odrzuć je w noc i niech je pochłonie, Nie powysuszaj jej do siebie. To zadanie.

Kobieta powoli wyszła z medytacji. Przez ten czas niewiele się działo – głównie stali w korku, a Inspektor walczył z sennością. Isamu widząc jej pobladłą twarz w lustru spojrzał z niepokojem lecz nic nie powiedział. Inspektor tego ranka mało już dostrzegał. Nie znaczyło to, że zmęczenie zdołało przytępić jego żelazną dekokcje, stalowe nerwy oraz niezwykła błyskotliwość, jako hermetyk zawsze trzymał fason. Mógł stwierdzić, że niebawem będzie mistrzem. Lecz perspektywy, w jakiś sposób przerażały. Żyć ponad ponad sto lat? Stracić przyjaciół. Znajomych? Nie wracać na ziemię w obawie przed paradoksem? Moc przerażała, przerażało również oświecenie. Jeśli oświeceniem jest tylko jakaś, swoista nirwana zgaszenie jego świecy, rozpłynięcie się w samym kosmosie lub zjednoczenie z jedynym, jakimś bytem, matematyką czy też bezwolna służba jako emanacja potęgi – wszystkie te opcje które pojawiły się dzisiejszego ranka były straszne, mówiły o stracie swego ego w pogoni za czymś nieokreślonym i być może destrukcyjnym dla Colina.
Tylko skurcz w łydce oderwał go od takich rozmyślań. Prawdą było, że trudno sięgać myślami nieba, gdy ziemia odciska piętno na ciele.

***

Droga do fundacji przebiegła typowo. Adept Driscoll Moryet, bo tak wszakże znali go magowi, znał ścieżkę jak amen w pacierzu. Samochód podjechał pod ruinę. Przez pewien czas w fundacji panowała swoista paranoja i kruki musiały nie raz całkiem spory dystans pokonywać na piechotę. Potem klimat zelżał, pierwszy pod fundacje wyboistą, leśną drogą zaczął podjeżdżać Jon swoim prywatnym samochodem (może nawet dwoma, Colin w tej chwili nie pamiętał ale doskonale ubiło się mu o uszy, ze Wirtualny Adept jest bardzo bogaty), następnie odwilż przeszła na Grigorija, czasem zakwitającego w fundacji swym gruchotem gdyż ogólnie w dziedzinie to on nie sypiał zwykle. Uważał, że tak traci się kontakt z rzeczywistością i innymi ludźmi. Zamyka się w nadprzyrodzonej klice.
W oddali zawyły wilki. Zeszli do wilgotnej piwnicy pod ruiną, Maya poczuła się nawet miło. Wenzel, to to była kwestia oczywista, rezonansowa miłym, ciepłym uczuciem tak kontrastującym z wnętrzem piwnicy. Spomiędzy poniszczonych, składowanych tu mebli i innego śmiecia wyłonił się bezdomny. Duch strzegący węzła i portalu regularnie straszył kruki swym nieświeżym oddechem oraz ograbiał z drobnych – cóż, kiedy wystawił dłoń, tak jak teraz, trzeba było idąc śladem Isamu w tej chwili dać mu mały pieniążek. Nie mieli pojęcia co z nimi robi i czemu im mniejszy nominał tym bardziej się cieszy, a papierowe ruble przejmował jako potwarz. Tak po prostu było. Duch odezwał się półprzytomnym, sennym głosem.

-W fundacji wizytował pewien człowieeek... Idący drogą Kali. Uważajcie na niego. Uwięzi wielu z mego rodzaju.

Bezdomny nawet nie zniknał w cieniu, to cienie samego go otoczyły sprawiając, że wtopił się we wilgotną ciemność wnętrza piwnicy. Po krótkim objaśnieniu na remat przesłania wiadomości portalem, lustrzanej sali czy wypowiadania swego imienia przy wejściu do fundacji, cała trójka przeszła przez portal.

***

Lustrzana sala. Przeszli przez nią szybko, z tym samym pośpiechem który towarzyszył temu od zawsze. Przedstawicielce Bractwa Akashic Poczałkowo owa szybkość wydała się dziwna. Jakby strasz, że luster coś wylezie. Jakby panika przed utratą duszy zimnym pierwotni ludzie. Wręczcie, jakby przerażenie samym miejscem. Ale w pierwszej chwili gdy grunt zachwiał się, kiedy zaklęcie się jej w głowie, a szklane ściany wybałuszyły się niczym setki oczu – wiedziała, że trzeba przechodzić szybko. I naprawdę nie chciała wiedzieć czy coś tutaj mieszkają czy też to rozstaj dróg do miejsc dziwnych i obcych. Opcje nie były entuzjastyczne.

Colin... Wchodził ostatni. Rutynowo, prosty jak sprężyna, dwie osoby przed nim zniknęły już w lustrze i pewnie były na holu fundacji. Już miał postąpić krok gdy coś odwróciło jego uwagę. Skaza na lustrze. Plama ciemności. Nie znikała, pęczniała obejmując dwa, trzy, czterystu lustra. Miała kształt. Była niczym oko. Jak wtedy, gdy zabił ludzi i oko mrugające do nie: „jesteśmy tacy sami” mówiące swym jestestwem. I teraz. Czuł zapach ozonu. Wybiegł.


***

Po wkroczeniu na hol dziedziny przywitał ich uśmiechnięty Jon.

-Jon Fire, możesz mi mówić także Abraham, niby jestem tutejszym radnym... – Uśmiechnąłs ię kpiąco, przez chwilę znieruchomiał i zawył rozbawiony. -Raaany... Ty jesteś tej tradycji co nie lobią eutanatosów, co? Przed chwila mieliśmy tutaj takiego mroczne, musieliście się minąć. Jaka szkoda...

Natychmiast poczęli się przedstawiać wszyscy inni. Młoda eutanatoskę nadaj bolał brzuch. Ravna... Krećiło się jej lekko w głowie. Czy znała Roberta? Czy to kłamstwa? Ale w jakim celu ktoś miałby rozsiewać kłamstwa, mag za nic mający typową politykę, nauczyciel wielu – może fanatyk lecz nie miał opinii krętacza i polityka. Z bęben... Wszak jego zainteresowanie było prawdziwe. Bębny tylko kilka razy zagrały żałośnie, na skraju słuchu.

Asenat 03-09-2011 13:40

"Co za brednie!"

Bęben patrzył. Dziurkami na śrubki, którymi przymocowano oplatające go obręcze. Było to spojrzenie uparte i ciężkie, bez przerw na mruganie. Ani bęben, ani zamieszkująca go istota nie miały powiek.

"To znaczy, że nigdy nie śpi".


Ravna odwzajemniła ciężkie spojrzenie. Bęben wyglądał na zadowolony z biegu wydarzeń i to ją irytowało. A potem Claire krzyknęła, a w korytarzu rozbrzmiał głos Diakona i szybkie kroki. Szamanka wstała i ruszyła ku drzwiom, a po drodze w złośliwym, nagłym odruchu kopnęła z rozmachem w pławiący się w zadowoleniu bęben, aż z jękiem uderzył o ścianę. Słuchając poruszenia za uchylonymi drzwiami i trawiąc podsłuchane tajemnice, Ravna doszła do wniosku, że sytuacja dojrzała do tego, by znów odezwać się do istoty w bębnie.

- Nic ci to nie da, zimny skurwysynu - poinformowała pijawkę na wypadek, gdyby akurat słuchała, a potem poczęstowała bęben jeszcze jednym kopniakiem.

***

Wyszła akurat na apogeum kłótni. Jovan Blagojević właśnie wylatywał za granice dziedziny ze śladem obcasa Diakona na zadku. Nad czołem Aureliusza strzelała kwintesencja i Ravna miała wrażenie, że hermetyk zaraz dostąpi samozapłonu. Trajektoria lotu Euthanathosa poza granice dziedziny była niepowstrzymana. Ravna westchnęła. Rozumiała reakcję Aureliusza, głęboko i prawdziwie, sama zapewne nie potrafiłaby zareagować inaczej, w pierwszym odruchu też pokazałaby Żniwiarzowi drzwi. Jednak wywalenie Jovana - choć niewątpliwie przynosiło ulgę - nie rozwiązywało sprawy. Problem zignorowany zacznie rosnąć i rodzić kolejne problemy.

Diakon z Jovanem wymieniali ostatnie uprzejmości, kiedy Ravna nachyliła się nad Claire.
- Przepraszam, jest lepszy niż przeciętna - wyszeptała, a w jej głosie znać było autentyczne poczucie winy. - Przykro mi, że oberwałaś. Zaraz przyjdę ci pomóc, ale najpierw... - urwała, unosząc głowę. Diakon wywaliwszy ostatecznie Euthanathosa z dziedziny ostrym, żołnierskim krokiem ruszył w stronę swych pokoi. Ravna słuchała, trzymając Claire za rękę.

A potem Euthanathoska mogła zobaczyć, jak czuły i zwierzęcy słuch posiadała szamanka. Musiała usłyszeć już to, jak Diakon ujął klamkę swych drzwi. Kiedy w dziedzinie rozległo się wściekłe trzaśniecie, Ravna już biegła w stronę wyjścia z dziedziny, gdzie zniknął Jovan.

***

Ravna biegła między lustrami, pomiędzy setkami swoich odbić, w jej głowie powstawał plan może nie misterny, wręcz grubymi nićmi fastrygowany, ale z szansami powodzenia. Nie było to ładne, było za to niskie. Nie zastanawiała się, czy to przystoi szamanowi, bo szamanowi - dopóki kroczył swoją ścieżką za swoimi stadami - przystawało właściwie wszystko... Jednak świeżo odkryta własna nieskrępowana skłonność do podłości budziła w niej pewien niepokój.

"Świństwa, które robimy z miłości. Czy miłość tłumaczy wszystko? Czy wybiela? Jak daleko można się posunąć w jej imię?"


Ravna wypadła ciężko dysząc z lustra w piwnicy, na bosych stopach pociągnęło chłodem. Jovan kroczył już dziarsko ku wyjściu, lecz obrócił się na pięcie w momencie, kiedy szamanka wypadła z lustra. Jakby wiedział, co chciała. Milczał. Ravna pochyliła się, opierając dłonie na udach i uspokajała oddech po biegu. Wreszcie wyprostowała się i wypaliła bez wstępów i ceregieli.:
- Telefon.
-Gdyż?
- Gdyż nie jestem Diakonem?
- warknęła, zawieszając pytająco głos. Była zła, była niewyspana, Claire zebrała za nią razy... Ravna straciła ochotę na bycie dzisiaj miłą osobą. Przynajmniej dla Jovana Blagojevica, damskiego boksera i kłamcy.
Uśmiechnął się. Nawet sympatycznie, rozbawiony. Wyglądał dość groteskowo.
-Telefony są po prostu niebezpieczne.

"A żeby cię krosty obsypały, spryciarzu".


Ravna otworzyła usta i pokiwała z powagą głową. - Tak, to prawda. Przychodzi sms, że umrzesz za trzy dni, i ludzie umierają, bez przerwy piszą o tym w gazetach...
Jovan nie skomentował. Chyba zarobiła w jego oczach opinię dziecka. - Masz skrytkę pocztową w tym mieście? I drugi klucz?

"Oczywiście. A dojeżdżam do niej autem Jamesa Bonda".

- Mam normalne mieszkanie i normalny adres. Jak normalni ludzie. Dziś wieczorem w filharmonii jest próba. Zaczynamy o 20, kończymy o 22. Zostawię portierowi twoje nazwisko. Chyba że dla normalnych ludzi masz inne?


-Jestem tutaj zameldowano jako Siergiej Iwanowicz Woronin.
Spojrzał się z pytaniem oczach czy coś jeszcze. Jest kompletnie beznamiętny, spokojny, jakby rozmowa z Diakonem i wyrzucenie z fundacji nie zrobiło na nim wrażenia.
- Zatem do wieczora - i podeszła bliżej, wyciągając rękę na pożegnanie. Twarz miała gładką i szczerą jak dziecko, ale myślą już poruszała drobinami powietrza za jego plecami. Nagły podmuch zimna za sobą, hałas sypiących się na posadzkę gratów zapewniłby Ravnie chwilę jego osłabionej uwagi. Ale nie zapewnił.

Wola. Wola jest wszystkim. Jovan miał uścisk mocny, acz tym razem zachował nawet delikatność. Szarpnęła struny rzeczywistości aby wywołać własna pieśń. Lecz wkradła się dysharmonia. Miała ją przed oczami.
Dysharmonia, wilk walczył z czarnym niedźwiedziem spowitym w dymie. Ślepia niedźwiedzia były jak płonące węgliki, sierść z pyłu, I dym. Jego zapach, prawie się zakrztusiła. Kiedy wilk upadł pod grzmotem dymnej łapy, szamankę zachwiało, zgięło w pół.


"Dymy i popiół, popiół i pył. Coś... było. Powinnam pamiętać". Charkotliwie łapała oddech, a gdy wreszcie wciągnęła do płuc powietrze, wyprostowała się i strzeliła Euthantosowi w twarz, po babsku, orząc paznokciami policzek.

Nawet nie próbował uniknąć ciosu. Dwie krople krwi pojawiły się w szramach i ściekały mu w dół twarzy. Czekał na dalszy rozwój wydarzeń.

"Szkoda, że nie oddałeś. Naprawdę szkoda".

Ravna wykrzywiła się z niesmakiem. - Mój lud wierzy, że pomiędzy ludźmi chodzą szamani, czarownicy. A pomiędzy nimi chodzą gonagas, najpotężniejsi, kształtujący ludzi wokół siebie nie swą sztuką, ale samą swoją obecnością. Zmieniający świat na swoje podobieństwo. Uważamy, że są straszni. Robert jest taki. Ty taki jesteś. To było za Claire. Wieczorem gramy Lacrimosę. Wysikaj się przedtem, nie cierpię, jak mi ktoś drepcze bez celu po sali.

Szamanka odwróciła się, by wrócić do dziedziny.
- Ja ocaliłem Robertowi życie.
Ravna zamarła w pół kroku.
- Jovanie Blagojevic. Nie urosłeś w moich oczach ani o milimetr - odparła, nie zadając sobie trudu by odwrócić się twarzą. Wchodząc w lustro słyszała, jak odchodził, grzechocząc dziwnie kościanymi bransoletami.

***

Dopiero w dziedzinie podniosła prawą dłoń do twarzy. Pod paznokciami odznaczały się krwawe półksiężyce i Ravna uśmiechnęła się do siebie z satysfakcją. Krew wydłubała pilniczkiem do paznokci i pieczołowicie umieściła w szczelnej fiolce.

Fiolka numer jeden, opisana imieniem zmarłego wilkołaka, walała się po biurku między zapisami nut i bielizną.

"Niedługo będę musiała przysposobić sobie małą, śliczną, półeczkę".


Uzbrojona w kubek z parującą melisą zapukała do pokoju Diakona. Aureliusz wychylił się po chwili i z wdziękiem przeprosił.
- Jeśli sprawa nie jest natychmiastowa, proszę o czas.
- Poczekam.
- Ravna skinęła głową i usiadła sobie przed pokojem, sącząc meliskę, z miną "nigdzie nie idę, mam mnóstwo czasu".
- Dzieciaku - pokręcił głową i zaprosił ją do środka.
Po przejściu przedsionka oraz kilku zamkniętych drzwi zaprosił szamankę do stolika przy kominku. Obok na fotelu, zwinięty w kłębek drzemał Robert.
Ravna położyła z lekkim brzękiem fiolkę na stoliku. - Niestety, numeru telefonu, po którym można by śledzić naszego... gościa nie mam. Ale to jego krew. Z tym można próbować.

Hermetyk uśmiechnął się markotnie. - Doceniam tego typu zabezpieczenia, lecz w tej chwili życie ich byłoby podłością.

"A jednak jestem do tej podłości gotowa. Aż przebieram nóżkami".


- Jeśli uznasz to za konieczne - ciągnęła Ravna jesnym, pewnym siebie głosem. - Jeśli nie - spuszczę zaraz fiolkę w kiblu. Nie pójdę też na spotkanie, na jakie się z nim umówiłam. - i Ravna siorbnęła meliski, czekając na eksplozję rzuconego granatu.

Diakon przyjrzał się jej uważnie. - Czemu mieszasz się w moje, prywatne sprawy?

"Kiś niewybuch?"

- Jeśli zabronisz, nie pójdę
- powtórzyła twardo. - Ale uważam, że powinnam pójść, chociażby dlatego, że póki ktokolwiek z nas wykazuje minimalną chęć współpracy, Jovan nie zacznie nagłaśniać swoich rewelacji.

I Diakon dostał olśnienia. Na moment na jego twarzy pojawiło się coś bardzo nieprzyjemnego.

-Ile osób jeszcze wie?

"A co to ma za znaczenie? Najdalej za parę dni będą wiedzieć wszyscy".

- Ja. I zanim wyrzucisz mnie za drzwi jak Jovana, wysłuchaj mnie do końca. To nie jest twoja prywatna sprawa. Miałam takie samo prawo podsłuchiwać, jak ty wynieść stąd Jovana na obcasach. Jedno i drugie było brzydkie i podłe. Takie samo prawo, Aureliuszu. Ja też kocham Roberta.


-Nie, szamanko. - Ostro wrócił do tytułów. - Ty go tylko podziwiałaś, jak wielu tutaj. Robert jest młodszy, bardziej energiczny, a sam zachowywał się jako opiekun kruków i pragnąc wszystko ocalić. Teraz wszyscy mu współczują gdyż widzą co zrobił, samodzielnie odniósł sukces większy niż my na jeziorze i zapłacił własną cenę. Nie, ty go nie kochasz ani nie znasz. Nie masz prawa mieszać w jego sprawach.

Z powagą wysłuchała wykładu o tym, co zdaniem Diakona czuje, a czego nie czuje. Słuchała tak długo, jak było to warte uwagi - mniej więcej do połowy.

- Mam dokładnie takie samo prawo jak Robert, gdy mieszał się w moje sprawy
- przypomniała delikatnie. - Poza tym, Jovan i tak by mnie szukał, i pewnie by w końcu gdzieś dopadł. Ze względu na bęben - wzruszyła ramionami. - To już jest jak najbardziej moja sprawa. Twoja decyzja, Mistrzu. Pójdę spotkać się z Jovanem i wykażę minimalną chęć współpracy, dzięki czemu chwilowo będziemy mieć go z głowy. Zyskamy trochę czasu. Ten czas jest nam potrzebny... Albo wystawię go do wiatru, pokazując mu jasno, gdzie mam jego osobę. A to przyspieszy jego działania. Zapewne wylecę też z filharmonii, ale to będzie wtedy najmniejszym problemem.

-Z tego co wiem, nie protestowałaś. - Hermetyk trafnie spostrzegł.

"Tak. Nie protestowałam. Nie miałam siły. Nie miałam chęci. Nie potrafiłam. I do dziś nie wiem, czy w ogóle chciałam się sprzeciwić."

- Uważaj na Jovana, to fanatyk, wszędzie widzi zło. I jeszcze coś
- spojrzał jej w oczy - Jeśli kiedykolwiek będziesz mnie podsłuchiwać postaram się o cenzurę. Rozumiesz?

- Obietnice są kłopotliwe. Nie obiecam. Ale rozumiem.
- Coś jeszcze?
Robert zawiercił się przez sen na fotelu
- Tak. Rzadko to okazuję - pewnie za rzadko. I nie sprawiam takiego wrażenia. Może nic to dla ciebie nie znaczy - ale szanuję cię, Aureliuszu. Naprawdę - wstała, zgarniając ze stołu fiolkę i ruszyła ku wyjściu.

***

Idąc w stronę fontanny zastanawiała się, co powiedzieć Claire... Istniała szansa, właściwie cień szansy, że sprawie uda się jeszcze ukręcić łeb przy minimalnej publice. Dopóki ta szansa - choćby i mało realna - dawała nadzieję na wybielenie Roberta po cichu, Ravna wolałaby, żeby rewelacje Jovana nie były wiedzą powszechną. I pomyśleć, że ledwie pół godziny temu robiła Euthanthosce wykład o hermetykach i ich Tajemnicach.

"Z kim przestajesz, takim się stajesz...".


Już przy fontannie zdecydowała, że nie będzie wymyślać na użytek Claire jakiś opowieści... Euthathtoska po prostu nie zasłużyła na to, jak i na razy, które zebrała od Jovana. A że nie będzie miała pełnego przekroju informacji, cóż...

"Lepsze pół prawdy niż całe kłamstwo...".

- Claire? Przepraszam, że to tyle trwało. Musiałam umówić się na randkę z tym wieprzkiem. Chodź może do ciebie? Będziesz umiała poskładać się sama, czy trzeba ci pomóc?


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:22.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168