Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-11-2011, 11:17   #1
 
one_worm's Avatar
 
[Wampir:Maskarada]Charakternicy +18

[media]http://www.youtube.com/watch?v=LGT7IY91jIE[/media]

„Deszcz padał równo i celnie, a także hojnie mocząc wszystkich zebranych w Kaliszu. W Kaliszu i okolicach. Dokładniej na przedpolach miasta. Ciemne, nocne niebo i ciężkie chmury stawiały jasno to, co się rozegra za dzień, góra dwa. Wszyscy widzieli te wojska poza murami miasta, każdy słyszał o czym się mówiło, przeto wszyscy…tutaj zebrani… będą patrzeć na największą bitwę dziejów… W obronie Rzeczypospolitej Obojga Narodów, przez Boga umiłowaną. Zebrali się jeno najdzielniejsi mężowie i przeto wiemy także i o tych Charakternikach i kompanijni Charakternej, Czarnych Diabłach. Nocą jeno operują, straszliwe rzeczy sprowadzając na wrogów naszych. Charakternicy… Jako jedni z nielicznych, przeto po stronie naszej.”

Hetman Wielki Koronny Adam Mikołaj Sieniawski
27 October Anno Domini 1706

Bitwa była ogromna, trwała długo. Każdy z żołnierzy, walczył dzielnie, a dym z dragońskich salw unosił się długo po owej bitwie i kapał w chmurach zarówno obrońców jak i tych, którzy atakowali. Kozacy wykazali się walecznością, każdy był zasłynął na owych polach tego dnia, a bitwa pod Kaliszem była największą jaka rozegrała się podczas III Wojny Północnej. Artyleria grzmiała nielichymi strzałami, gromiąc zebranych, płosząc swym hukiem wszystkich zebranych, nie patrząc na nic. Zarówno ludzie zwykli, chamy, uchodzili z życiem jak i zwierzyna leśna.

„Bohaterowie zawsze zjawiają się i walczą. Tworzy ich potrzeba, tak jak potrzeba tworzy nas przeto i sytuacje, które wymagają bohaterów. Zawsze znajdzie się bohater, gdy zajdzie potrzeba, lecz zazwyczaj bohater jest jasny i sprawiedliwy, miły Bogu w niebiesiach i zawsze sprawiedliwy. Co jeśli zaś sam Infamis się zjawi, co jeśli będzie nim Charakternik i wielkich czynów dokona? Wystrzegajcie się bohaterów, bo Charakternicy najgorsi są, a zapewne i niejeden będzie z nami, lecz wystrzegajcie i nie wahajcie się odtrącić ich. Lepiej przeto w paszczy lwa zginąć, niż Charakternika pocałować w dłoń i karmić węza na swej piersi”.

Nieznany Anno Domini 1354


Przeddzień bitwy podobno dzwony biły, biły mocno i msze były wyprawiane za dusze tych co polegną i w podzięce tych, którzy pomogą… zapewne nie jeden chciałbym martwego Szweda obaczyć lecz przeto sami się nie powywieszają! Widać było często także i szlachciców w kościele, leżących krzyżem, swych niecnych grzechów żałujących, Boga miłujących, częstokroć przysięgi składano, że przeto szablę dopiero po żywota dokonaniu oddadzą. Każdy jeden szlachcic chciał się wybrać ku chwale i ku potędze sławy nieśmiertelnej. Przysięgi i modły przewijały się poprzez wszystkie części miasta, po to, by wieczorem miodu pitnego skosztować ku pokrzepieniu serc.
Każda bitwa mogła być bitwą ostatnią, jaka będzie niosła śmierć. Co jeśli jednak śmierć nie może zabrać żołnierzy, co jeśli żołnierze walczą pod sztandarem i śmierć jest ich sprzymierzeńcem? Co jeśli słodka Vitae będzie tym, czego chce jeno jako zapłaty? A co jeśli kompania Charakterników wystąpi z dna piekieł, a i szalę zwycięstwa nad Szwedami przeważy?

„Vitae… słodka i pulsująca w żyłach śmiertelnych. Nie muszą wiedzieć o nas wiele, bo i po co? Ważnym jest, by i też nie wiedzieli zbyt dużo. Maskarada! Tego nam trzeba! Chronić głupców przed nimi samymi, nie po to, by byli bezpieczni, lecz po to, byśmy my mogli bezpiecznie żywić się na nich, bez podejrzeń i uprzedzeń. „
Nieznany Ventrue Anno Domini 1501

-Mówię ci przeto Panie Jastrzębiński, nie uderzą-powiedział szlachcic z sumiastym wąsem, patrząc w siną dal, gdzieś w kierunku wsi i z dala widocznych maszerujących Szwedów oraz ich stronników, od Stanisława Leszczyńskiego- A dyć nie wejdą, jak bitwa się między Warszawką rozegra i tą wsią drugą…Kościelną Wsią
-Obyś się nie mylił Panie Żytowski…Obyś się nie mylił…A ty Iwanie, jak przeto mówisz? Zajdą do miasta? Tyś strzelec jest, dowódca to i się na wojennym rzemiośle, jak nikt inny znać musisz!
-я не знаю, лучше, что бой не был…но если речь идет о �-то pogonimy ублюдки- (Ros. Nie wiem, lepiej żeby do bitwy nie doszło, ale jeśli dojdzie to pogonimy skurwysynów) Odpowiedział Rosjanin z miną posępną
-Tak… pogonimy- zaśmiał się Jastrzębiński- Słyszeliście przeto, że podobno Czarna Kompania, Charakterników zwana, też będzie brała udział w bitwie?
-Infamisy, jeden w drugiego-splunął Zytowski siarczyście gdzieś na ulicę poniżej- Prawda taka, że to się w vis nie godzi. Nocne działania…dyć niegodne są!
-Tyś jest raczej z tych starych rodów, Panie Jastrzębiński?
-Starych i dobrych. Jeszcze dziad mego dziada krzyżaków gonił drzewiej pod bitwą pod Grunwaldem, gdzie Jagiełło wojska zakonne rozgromił. Sam osobiście Malbork widział…
- Ну, этот человек был известным(Ros. No to sławny to człowiek był)
-Sławny i co więcej, zacny!- obruszył się Jastrzębiński, że mu wszystkich przymiotów nie wyliczono
- то, что черная компании?(Ros. Co to za Czarna Kompania?)
-A Infamisy jeden w drugiego… Legendy krążą, że szermierze niezrównane, podobno też i samemu Czarnemu duszę zaprzedały, Charakternicy, jakich mało…Tfu-splunął szlachcic ponownie
-Raczej sługi Augusta, króla naszego, Uchowaj go Boże w zdrowiu- Westchnął Żytowski- Widziałem, że i tam służba nie lekka. Kiedyś nawet propozycję mnie przedłożono ale się nie zgodziłem, ja też z zacnej rodziny i także mój przodek walczył pod Grunwaldem! Podobno sam Król ich sformował. Podobno sam kwiat szlachectwa…
-Bękartów raczej! Infamisy ze złą sławą i nic więcej!

A niewielu wiedziało, że i Król miał swe powody by ich powołać. Dnia następnego bitwa się rozegrała i nasza historia od niej się zacznie. Od niej i od Czarnej Kompanie, od Charakterników…


Dwa powozy wjechały do miasta od strony zachodniej. Dwa czarne powozy z herbem królewskim. Jechały szybko, pewnie, wiedziały dokąd zmierzać. To co wiozły w swym załadunku, zapewne będzie dość długo wspominane przez tych, którzy do środka zajrzą… Ci jednak, którzy nie widzieli spali snem spokojnym, spokojnym o to jedno zagrożenie mniej.
Za dwoma czarnymi jak noc powozami jechały konie, część była bez jeźdźców co zapewne by w ciemnym lesie nadało pewną grozę tym, którzy w owym konwoju się poruszali. Widać było, że każdy z tych koni był smokiem nielichym, karnie jadącym…konie najprzedniejsze być to musiały, gdyż wrażenie bojowych sprawiały. Karnie jadąc, rzucając jakby złe spojrzenie dokoła, posuwały się naprzód. Jechały wprost w objęcia kościoła i zapewne biskupa, który to urzędował w Kaliszu. Dziwne to było, że owi Charakternicy do kościoła jechali, jak gdyby chcieli swym jestestwem splugawić świętą Panienkę i Boga umiłowanego. Z drugiej strony, może to był jaki hufiec niepełny? Z bitwy? Albo ktoś z wieściami jechał, bocznymi drogami? Choć wieść niosła, że to Czarna Kompania.
Tętn kopyt dawał znać, że konie były już zmęczone.
W środku zaś siedział Szkot. Zapewne, albo Anglik, podobno jaki zbłąkany Oficer Jej Królewskiej Mości. Bies nadał ich tutaj wszystkich, i jeszcze jakiś Wiedeński Arystokrata, co to się porobiło? I Biskup ich podejmował. Dziwny to Biskup był, ale z drugiej strony, sam Papież mianował go namiestnikiem na Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Afekt każdy posiadał do ojczyzny, zapewne i słusznie.
Owe powozy dotarły do celu dość szybko, aczkolwiek już ciemno było. Uważny obserwator, który w karczmie by nie siedział i na ten przykład węgrzyna nie spróbował zauważyłby, że z powozów wysiadają jakieś postaci. Co więcej, za nimi były trumny… Czarne jak noc, jak owe powozy, przeto i w powozie, z racji braku jakiejkolwiek iluminacji ciemno było.
Niech żyje zatem węgrzyn i miód pitny!
-Was halten Sie davon?(Niem. Co o nich myślisz?)- Zapytał się Biskup, powoli i z opanowaniem. Skryty był pod kapturem zakonnika zwykłego bo i spotkanie było niezwykłe
-Good tool, like any other(Ang. Narzędzie dobre, jak każde inne)- Odpowiedział spokojnie arystokrata w barwach zagranicznych. Pogładził delikatnie swoją szabelkę, którą podobno w karty z jakim oficerem wygrał. Sięgnął po kielich i upił trochę zawartości, opróżniając go do połowy
-Das Blut kühlt?(Niem. Krew stygnie?)-Zapytał się Biskup, który zauważył minę swego rozmówcy. Co ciekawe powiedział to dość jadowitym tonem, osoby, która nie ma zamiaru być miła… Dziwne to przeto obyczaje, iż ktoś, kto podejmuje gościa nie jest mu miłym. O ile podrzędny szlachcic nie miał możliwości wyboru gościa, o tyle Biskup winien mieć ową możliwość
-Yes…(Ang. Tak)- Odpowiedział tylko z westchnięciem. Czekali, czekali, aż ci nowi goście się pojawią. Angielski arystokrata pozwolił sobie na uśmiech. Tak, niebawem jego sprawy dobiegną końca- everything should go quickly…(Ang. Wszystko powinno pójść szybko)
-Ich hoffe, weil ich zu prüfen, haben(Niem. Mam nadzieję, bo muszę mszę odprawić)
I wtedy do średniej wielkości pomieszczenia otworzyły się drzwi.

Gdzieś w oddali kruk, znak szatana i jego posłaniec rozdziawił swój dziób i zaczął swoją niemiłą dla ucha pieśń. Wszyscy ci, którzy byli gdzieś na dole przeklinali go i święty znak czynili.





-Zatem jesteście-powiedział mężczyzna w kapturze, nienaganną polszczyzną. Dało się widzieć, że mina towarzysza owego wampira wyrażała zaskoczenie. Klaśnięcie w dłonie… I nagle weszła trójka ghuli najpewniej, prowadząc jakieś dziewki…dziewki zaś nosiły ślady gryzienia, ot osobista trzoda. Ktoś, kto był w stanie utrzymać potajemnie w kościele własną trzodę nie mógł być byle kim.
Pomieszczenie wyglądało na zwykłą zakrystię, jednak… było tutaj wejście do katakumb, teraz otwarte. Widać było, że ktoś musi używać tego miejsca jako schronienia…no i pełno ksiąg, zapewne świętych. Pomieszczenie było spore, jednak…odnieśliście wrażenie, że pełen przepych i oficjalne pomieszczenie znajduje się gdzie indziej, a to jest jakby sala odpraw.
-Jeżeli jesteście głodni…-wskazał dyskretnie głową w kierunku kobiet- Tak czy inaczej, jak widzicie, zbliża się bitwa. Niestety, albo i stety, mamy pewność, że bitwa w ogóle nastąpi. Bitwa jakich wiele- Westchnął-Mam dla was dwa zadania, nijako jedno główne, a drugie to ewentualność…-spojrzał się i oddał głos temu drugiemu…który wyglądał jak oficer
-Jestem tutaj…powiedzmy, że oficerem taktycznym…obrona jest zaplanowana doskonale, bitwa rozegra się poza murami miasta…i tutaj wkraczacie wy…Udacie się do Szwedów…wybadacie co i jak i po pierwsze uszkodzicie działa, sabotując je… To jest ewentualność, bo nie jest to konieczne… Ułatwi nam to wygranie bitwy, owszem, ale…mimo wszystko… Głównym celem pozostaje-odchrząknął- Poszukać innych Dzieci Nocy-Westchnął- Jeżeli macie jakiekolwiek pytania… Jeśli nie to ruszajcie w noc, póki młoda!-Zachęcił uśmiechem…
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.

Ostatnio edytowane przez one_worm : 27-11-2011 o 13:16.
one_worm jest offline  
Stary 05-12-2011, 09:45   #2
 
More Power's Avatar
 
Zbigniew Potocki kiwając głową odmówił poczęstunku. Stał z boku, jak najbliżej ściany, aby zgodnie ze swoim zwyczajem jak najmniej zwracać na siebie uwagę. Przyglądał się uważnie “księdzu” i "oficerowi" próbując wyciągnąć jak najwięcej informacji z ich wyglądu i zachowania. Pewnie oni robią teraz to samo. Ciekawe jak wiele można wyczytać spoglądając na nas?

Najpierw pomyślał o sobie: wciąż młody, około trzydziestki, nie był ani brzydki ani piękny. Miał na sobie ubranie podróżne, praktyczne i wytrzymałe ale niezbyt dostojne. Nie oznaczało to że pochodził z biednego rodu - miał na piersi herb Pilawa bogatej i potężnej rodziny Potockich. Przy boku miał broń, a z drugiej strony przewieszoną torbę, a w niej wystające, zwinięte w rulony kartki papieru, przybory do pisania i pędzle. Artysta-wojownik, waleczny skryba - zaśmiał się w duchu Zbigniew.

A gdyby “ksiądz” czytał w myślach moich towarzyszy?
No cóż, dowiedziałby się że jest jednym z najmłodszych i najniższych rangą wampirów w kompanii. A oprócz tego?

Gdy dołączył do kompanii nie miał dużego doświadczenia w wojaczce, zrobił jednak błyskawiczne postępy i radzi sobie coraz lepiej;

Otacza się kobietami (ma 3 służące które z nim podróżują i o które czasem jest zazdrosny) oraz umie ładnie malować i szkicować, szczególnie dobrze wychodzą mu portrety i pejzaże.

Jest małomówny i niezbyt przekonujący, chyba że wejdzie się na poważne tematy lub podróże - wtedy zmienia się zupełnie (raz przy ognisku żywo dyskutował całą noc z jakimś uczonym o braku sensu w zakładzie Pascala; innym razem opowiadał o swojej wyprawie do Nowego Świata: o morzu, Indianach, skarbach i piratach - wtedy zebrał przy ognisku pół obozu);

Otrzymał solidne wykształcenie, skończył Sorbonę i Uniwersytet Boloński; chętnie dzieli się tą wiedzą - jego służące, proste dziewczyny ze wsi szybko nauczyły się od niego pisać i czytać; Mówi po łacinie, angielsku, niemiecku, rosyjsku i Bóg wie jeszcze po jakiemu, a mimo to wysławia się poprawną polszczyzną, bez makaronizmów;

Przeniósł wzrok na swoich towarzyszy: kim są? co można o nich rzec na pierwszy rzut oka a co po krótkiej znajomości?
 
More Power jest offline  
Stary 05-12-2011, 22:43   #3
 
Lechun's Avatar
 
W żadnym wypadku nie można sarmackich strojów traktować jako maskarady.
Maria Janion, Niesamowita Słowiańszczyzna

Ego, infinitum*
Michał Adam Lipowiecki o sobie


Pytasz o Diabła Sieradzkiego? Nie rób tak, panie bracie, nie głośno. Człek to straszny i duszy pozbawion. Mawiają, że oddał ją Dyjabołowi Borucie za najwspanialszą klacz w całej Rzeczypospolitey i że tylko z nim do gorzałki zasiada raz w roku. Ile prawdy w tym, nie wiem sam. Ale blady psubrat jak sama panna Koścista i Małodobra i pustka z oczu świeci, jakby i sam pan rotmistrz był pusty... I nigdy, ale to nigdy nie wyzywaj go na pojedynek. Jak czort szybki i żadne ostrze się go nie ima, jak sławetnego pana Twardowskiego, również Charakternika, co koguty ujeżdżał i łodzią pływał pod prąd, bez wioseł.
Napis wycięty na jednej z ław w karczmie "Pod ubitym świniakiem",
autor nieznany


Owym Diabłem Sieradzkim był nie kto inny jak sam pan rotmistrz Michał Adam Lipowiecki herbu Topór, pogromca Turków, Moskali, Kozaków, Szwedów i czort wie, kogo jeszcze. Infamis i charakternik. Wampir. Tak, tak, moi drodzy, dobrze usłyszeliście. Nie dość, że Pan Lipowiecki jest ponad zwykłymi ludźmi ze względu na sarmackie korzenie, jest również ponad panami braćmi ze względu na przeznaczenie. Taaak... Dokładnie 122 lata temu, w wieku 32 lat został wyciągnięty z uścisku Panny Kościstej Małodobrej przez pewnego Gangrela, by już na zawsze znaleźć się poza zasięgiem śmierci...
Gangrel był średniego wzrostu mężczyzną i atletycznej budowie ciała i twarzy przystojnej, chociaż trupioblada skóra i zapuszczone wąsiska nadawały mu jednocześnie upiorny wygląd. Od zawsze ubierał się tak samo. Żupan jego, barwy żółtej, nie nachodził prawą połą na lewą, jak to miał w zwyczaju, ale był rozpięty i ściągnięty złoconym pasem w taki sposób, by przy każdym kroku Michał sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz odfrunąć. na niego to miał zarzucony gruby krwistopurpurowy kontusz z sukna włoskiego zrobiony. Wyloty zaś, to jest rękawy, rozcięte są i za pas wetknięte. A pas... Jedwabny i jak już było mówione, złocony, wieś wart na pewno. Poza tym na głowie ma futrzany kołpak, trzema sokolimi piórami przyozdobiony, doskonale pasujący do facyi właściciela.
U pasa, na rzemiennym sznurze nosił szablę kawaleryjską, czeskiego rodzaju ze złotym napisem Vae victis**, dwa bliźniacze samopały z wyrytymi w rączkach Ad extremum*** i kindżał ze złoconymi meandrami.

Otworzył oczy i całkowicie wybudził się z letargu jego schronienie wyglądało tak, jak zwykle. Komora, w której aktualnie się znajdował, stanowiła jedną z kilku w jaskini, połączonych ze sobą krętymi korytarzami, w których nie sposób było się odnaleźć, nie mając mapy. Schronienie było urządzone całkiem wygodnie, jak na zaistniałe warunki. Trzy proste legowiska(dla niego i jego dwóch ghouli), palenisko umieszczone akurat pod dziurą w sklepieniu, tym samym przy każdym paleniu w całej jaskini nie jest siwo. Mieściły się też trzy duże skrzynie z ekwipunkiem i miejsce, w którym można było przywiązać konie. Michałowi brakowało tylko jednego: połowy świty, która go otaczała.
- Gdzie jest Andrzej? - zapytał, ubierając się.
- Sborom drevesiny.Ilja okhrannikov.***
Ilja Chorzeszko był Kozakiem, chociaż wolnym nie był z pewnością. A to dlatego, że jednocześnie był ghoulem Michała Opiekuje się nim, gdy tenzapada w letarg, zajmuje się też jego sprawunkami. Nie jest zbyt inteligentny, ale dobry w boju. To wystarczy.

Nim Michał skończył się ubierać, Andrzej zdążył wrócić z drwem. Wielki z niego był chłop i nawet Michał był w stanie to docenić. Wiedział, że musiałby się odrobinę wysilić, by go pokonać, mimo swojej szybkości. Andrzej był wytrzymałym, silnym i trzeba więcej niż jedno, czy dwa cięcia, by zabić olbrzyma.
- Obudziłeś się, panie rotmistrzu - i on do najmądrzejszych szlachciców nie należał.
- Tak, jakie wieści?
- Szwedzi idą . Znowu.
- Znowu... - powtórzył Michał, drapiąc się po podbródku.
- Zbliża się bitwa gdzieś w okolicach Kalisza.
- Kalisza...
- A Czarna Kompanija...
- Dość. - Gangrel odwrócił się na pięcie. Usłyszał już dość, by wiedzieć, co to oznacza. Nie urodził się wczoraj. - Andrzej, Ilja. Spakujcie mnie. Jedziemy


Powiedziawszy to, wyszedł z jaskini, by ostatni raz na nią spojrzeć, przed długą przerwą. Nienawidził jej opuszczać.

~\*/~


Nie wiedział, co go pchało do Kalisza. Na pewno nie patriotyczny obowiązek, ten go opuścił ze sto lat temu. Żadza krwi? Stare przyzwyczajenia? Kwestia ta zastanawiała go ilekroć ruszał na jakąś zbrojną wyprawę. Chociaż częściej walczył w obronie własnego terytorium... Ale jednak. Andrzeja i Ilję wysłał w miasto, by dowiedzieć się czegokolwiek przydatnego. Zawsze tak robił. Oni zajmowali się sprawami śmiertelnymi, a on resztą. Czyli w tym konkretnym przypadku uczestnictwem w jakiejś potencjalnej orgii i katakumbach pod starym kościołem, czy innym domem Bożym...


Całą przemowę odsłuchał, opierając się o ścianę. Nie odzywał się ani słowem, odezwał się dopiero, gdy zaproponowano posiłek.
- Nie. - odpowiedział krótko, na sposób żołnierski. Głos jego, gardłowy i przypominający warczenie wilka nie należał do najprzyjemniejszych głosów na świecie. Kariery śpiewaczej to on by nie zrobił. Zresztą, wolał inną formę sztuki. Sztukę wojenną.
Jakby na to nie patrzeć, nawet nie za bardzo interesowała go przemowa oficera. Bez konkretów... Dopiero na pytanie jednej z towarzyszek obudził się nieco.
- Jakie jest ryzyko? I co mamy zrobić z tą wiedzą? Ubić wroga? - wtrącił. W końcu mistrzem ceremonii nie był nigdy
- Ubić- Pokiwał głową oficer- O ile dacie radę tak uczynić. Jeżeli nie to owe informacje mają zostać dostarczone! sensus communis***** mówi, iż nie warto głupio bitw przegrywać!
- Zatem niech tak będzie. - kiwnął głową w żołnierskim geście. Nie miał więcej pytań.

Kości zostały rzucone.

-------------------------------------------------
* (łac.) Ja, nieskończoności
** (łac.) Biada zwyciężonym
*** (łac.) Na koniec
**** (ukr.) Zbiera drwa, Ilja pilnuje
*****(łac.) zdrowy rozsądek
 
__________________
Maturzysto! Podczas gdy Ty czytasz podpis jakiegoś grafomana, matura zbliża się wielkimi krokami. Gratuluję priorytetów. :D
Lechun jest offline  
Stary 06-12-2011, 13:06   #4
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
Blanka Sarska przyglądała się ze spokojem wszystkim obecnym, oraz przysłuchiwała wymianie zdań. Odmówiła bezgłośnie posiłku, powracając do obserwacji, chociaż to ona stanowiła pewną osobliwość z wyglądu. Ciężko było powiedzieć na jaką modłę Blanka chciała się wyszykować. Skrupulatnie i dokładnie upięte brązowe włosy kontrastowały z dość mało bogatą, prostą, beżową suknią, a jeszcze bardziej z narzuconym na ramiona męskim, czarnym płaszczem. Na oko mniej niż dwudziestoletnia dziewczyna jakby bezwiednie przesuwała palcami po materiale płaszcza.
A można było pomyśleć, że Sarscy, ród skoligacony z czeskimi Krewnymi, będą posiadali lepszy gust...
Dziewczyna słyszała o niektórych zgromadzonych, jak chociażby o Lipowieckim, jednak ta wiedza przyszła z opowiadań Aleksandra, niż z jej własnego zainteresowania. Przez moment przyglądała się, jak Maria przetasowuje talię kart, wydając się być bardziej pochłonięta ową talią, jak samą Marią, odwracając spojrzenie ponownie na gospodarzy, nie chcąc być nietaktowną.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest teraz online  
Stary 06-12-2011, 18:42   #5
 
Aiko's Avatar
 
Podróż była długa i nużąca. Gdyby nie to, że była ona poleceniem Radomiły i umilał ją głos Marianny, pewnie nigdy by się na nią nie zdecydowała. Spojrzała na swoją służkę, a ta jak na komendę zaczęła znów śpiewać. Jak zwykle Zofia nie wsłuchiwała się w słowa, liczył się tylko ten piękny głos i ta dziewczęca twarz. Ta niesamowita radość z życia. O ile życiem można nazwać egzystencję ghula. To nieistotne, nie mogła pozwolić by to piękno zniknęło, by ten głos zamilkł.



Ona nigdy nie była "dziewczęca". Piękna, przystojna, owszem. Zawsze chodziła wyprostowana, rzadko się uśmiechała i ograniczała w słowach. Ubrana w tradycyjny strój złożony z sukni i kontusika, na które narzuciła rańtuch, wydawała się być przy swej drobnej, ubranej z zwiewna sukienkę i płaszczyk służce, posągiem.
Zofia delikatnie odsłoniła zasłonkę i wyjrzała przez okno powozu. Bolesław, jej drugi towarzysz, powoził, jak zwykle pogwizdując do śpiewu Marianny. Był silnym mężczyzną, zaprawionym w boju i dumnym. Przed laty złożył Zofii śluby rycerskie. Nie spodziewając się pewnie co go w związku z tym czeka. Jako, że damie nie wypadało podróżować samej, Zofia postanowiła i jego przemienić w ghula. Była to już kolejna ich wspólna podróż i za nic nie żałowała swojego wyboru.



Tylko czemu Kalisz? Tak daleko, a do tego wojna. Czy kiedykolwiek byłam wojownikiem? Starając się nie powątpiewać w decyzje Radomiły, Zofia skupiła całą swoją uwagę na hafcie zdobiącym jej kontusik i na głosie swej służki.
Gdy dotarli na miejsce swych towarzyszy odprawiła do karczmy, każąc im "nie pakować się w kłopoty" i wypakować jej bagaże. Z powozu zabrała tylko trzy rzeczy. Kołpak obity futrem, który od razu upięła na głowie by deszcz nie zniszczył jej starannie zaplecionego warkocza, Kordelas, który przytroczyła do pasa i strzelbę, którą narzuciła na ramię. Nigdy się z nią nie rozstawała. Był to prezent podarowany jej od Katarzyny Sapiehy, która gdy tylko dowiedziała się jak bardzo jej towarzyszka rozmów lubi polowania, posłała po niego aż do Brandenburgii. Już kilkukrotnie uratował jej życie.



W pomieszczeniu była już reszta czarnej kompanij, Zofia skłoniwszy się więc lekko stanęła z boku. Łaknęła nie tyle krwi, co informacji, więc pospiesznie odmówiła poczęstunku ruchem głowy i poczęła przysłuchiwać się rozmowie. Nie miała pytań.
 
Aiko jest offline  
Stary 07-12-2011, 12:47   #6
 
Pzycho's Avatar
 
Maria Borch wszyła z zacienionego kąta i zdjęła kaptur, ukazując paskudną bliznę na twarzy. Ruchem ręki zaprzeczyła, kiedy zaproponowano jej posiłek.
Kobieta wyglądała na jakieś 25 lat. Nie była brzydka, ale nie była też urodziwa - blizna robiła swoje. Nie była też wyjątkowo wysoka, raczej średniego wzrostu. Czarne włosy opadały luźno do ramion, a jej nienaturalnie niebieskie oczy wydawały się opalizować w świetle dawanym przez ogień. Jej skóra miała tylko lekko jaśniejszy kolor niż normalnie mają ludzie.
Ubrana była w długi płaszcz ze skóry, mający już swoje lata sądząc po wyglądzie. Na chwilę, kiedy rozchyliła poły płaszcza, aby sięgnąć coś spod niego dało się zobaczyć zdobiony sztylet, sakwę i część ubrania - spodnie do jazdy konnej. Po chwili w rękach trzymała talię kart i przetasowywała ją powoli, lustrując dokładnie otoczenie.
***
-Ubić. - te słowa dźwięczały przez chwilę w jej głowie.
Przymknęła oczy, jakby rozmyślając nad czymś intensywnie. Przetasowała karty po raz ostatni po czym ukryła je znów w połach płaszcza.
Otworzyła oczy. Uśmiechnęła się drapieżnie, a blizna na jej twarzy nabrała potwornego wyglądu. Popatrzyła po twarzach swoich nowych towarzyszy.
-Cóż - powiedziała po chwili. Miała miękki i przyjemny głos. - Jeśli nikt z szanownej Kompaniji nie ma więcej pytań, proponuję ruszyć. Czas płynie nieubłaganie, a wypadałoby przed świtem wrócić...
 
Pzycho jest offline  
Stary 14-12-2011, 08:13   #7
 
one_worm's Avatar
 
Wyruszyliście w młodą noc… Każdy z was wiedział na swój sposób, że pcha się w paszczę lwa. Nikt zaprzeczyć nie mógł, że szliście do obozu śmiertelników, nikt też, nie mógł zaprzeczyć, że śmiertelny zginąłby z waszej ręki bez żadnego problemu. Jednak tutaj był pewien problem. Tych śmiertelnych była cała armia, a wystarczyłoby, żeby kilku z nich trafiło. Owszem, najpewniej bylibyście w stanie roznieść sposobem całą armię, ale…jeśli faktycznie są inne wampiry? Tam? Życie mogło i nauczyło was, szczególnie to pośmiertne życie, jednej prawdy: Zawsze przygotuj się na najgorsze, a może przeżyjesz ewentualne spotkanie…z niewiadomą.

Idąc miastem słyszeliście tylko odgłosy rozmów, urywane, w większości pijackie już. Widzieliście, jak Panowie Bracia piją do siebie i jak ich odwaga rośnie w miarę tego, jak osuszali kolejne kufle na przykład zacnego skądinąd węgrzyna. Do waszych uszu docierały poszczególne, raczej urywane kwestie… Najbardziej chyba bawił fakt tego, co mówili o Czarnej Kompanii, patrząc na was jak…na ludzi. Większości z nich słyszała, żaden nie wiedział kim ani czym jesteście, tak naprawdę. Czy to źle? Może, ale jeśli ktoś przysięgał, któryś Pan Brat iż” Zawżdy wam powiadam! Jak Twardowski na kurze, tak oni na biesach ujeżdżają!”. W jakichkolwiek okolicznościach, innych, mogłoby to bawić i to bardzo… Jednak po części miał rację…tylko nie tak jak on, rozumował jazdę na biesie, tak zapewne piekło się pewnego dnia o was upomni…


Dotarliście do pozycji Szwedów. Jazda była szybka, karkołomna, lecz krótka. Owszem, znaleźliście po drodze dwa czy trzy patrole, ale prześlizgnąć się między nimi było dość szybko i prosto. Zauważyliście, niejako przy okazji, że Szwedzi, są doskonale uzbrojeni i zdaje się zdyscyplinowani. Dawało to jedną przewagę nad nimi, można było się spodziewać gdzie są armaty na ten przykład, a gdzie proch… Ale też i wystarczy, że choćby jeden się odezwie i trzeba będzie uciekać…jak najdalej…jak najszybciej. Niebo było piękne, usiane gwiazdami, a noc była bezksiężycowa…kolejna przewaga. Tak czy inaczej…. Natura wam sprzyjała…
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.
one_worm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:36.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168