Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-02-2014, 18:29   #21
 
Porando's Avatar
 
Charles chciał zostać razem z grupą, ale każdy poszedł w swoją stronę. Skinął więc na Emily, po czym dziewczyna zaczęła porządkować bagaże profesora. Narzucili na siebie podróżne, nie wyróżniające się odzienie. Zanim ruszyli na ulicę, profesor podszedł do koni i mimo protestów woźnicy upił z każdego z nich kapkę krwi, uzupełniając wydatek z dzisiejszego dnia - Nie zaszkodzi im, nie martw się - rzekł na odchodne. Wortham nigdy nie dopuściłby do sytuacji która spotkała Huberta i Giacomo. Zawsze utrzymywał w swoim ciele tyle krwi ile tylko się dało.
W mieście było zadziwiająco spokojnie. Dało się wyczuć jakieś podniecenie wymieszane ze strachem. Ludzie chodzili ulicami dość szybkim krokiem, nie było praktycznie żadnych burd, czy głośniejszych zabaw. Nawet karczmy i zajazdy wydają się jakieś zduszone i ciche. Para doszła na zachodni kraniec miasta, niedaleko bramy miasta, która prowadzi do Reggio Emilia. Minęli portal w niewysokim murku, który wyznaczał teren kampusu i skierowali się do głównego wejścia do uniwersytetu. Zaraz natknęli się na znajomą twarz. - Bruno! - na twarzy Emily pojawił się uśmiech. Opalony, krzywo przystrzyżony, ubrany w niskiej jakości kaftan, dobrze zbudowany mężczyzna podszedł szybkim krokiem, uścisnął dłoń swojego mistrza i przejął bagaże od dziewczyny - Wszystko gotowe Czarls. Dziewuchy bezpieczne. Po prawdzie nie zastalim profesora Costello, ma ważne sprawy i wróci niedługo, ale nie zgadniesz kogośmy spotkali! -rzekł wiejskim akcentem, który Charles bez skutku starał się wyplenić. I tak było lepiej niż parę lat temu, pomyślał. Dozorca wpuścił ich do środka gmachu, po czym ruszyli na wschodnie skrzydło, do głównej biblioteki. Bruno zapukał do drzwi. Otworzył im drobny, blady człowiek z ostrymi rysami twarzy, ubrany w prostą szarą tunikę. Na oko miał koło czterdziestki, wyglądał trochę jak szczur, tak też brzmiał. -Kogo moje oczy widzą! Charles! wejdź, zapraszam, zapraszam! - prawie wykrzyczał swoim piskliwym głosem - Mimo że profesora Costello nie ma na uczelni to znajdzie się dla ciebie pokój w skrzydle dla gości, ale możecie zatrzymać się u mnie. Przygotowałem wam już nawet miejsce. Jestem tutaj głównym stacjonariuszem! - wypiszczał z dumą. Gratuluję Ambrogio - odpowiedział Charles. Nie spodziewał się że ten biedny mieszczanin którego profesor przygarnął lata temu i nauczył pisać, zostanie stacjonariuszem, czyli jednocześnie wydawcą, kopistą, bibliotekarzem i księgarzem. Weszli do środka, do sali wypełnionej zakurzonymi woluminami. Minęli regały i przeszli głębiej, przez drzwi za ladą do części niedostępnej dla żaków i doszli do pracowni. To tutaj tacy jak Ambrogio przepisywali ręcznie księgi i zwoje. Usiedli przy stole i zaczęli rozmowę, a Bruno i Emily przygotowali posłania w osobnym pomieszczeniu w którym trzymane są mniej używane woluminy. Pomieszczeniu bez okien, żeby karty nie wyblakły. Przegadali tak dwie godziny, a ciągle było mało. Wortham dowiedział się że zdecydowana większość ludzi których tu znał odeszła z tego świata podczas wielkiej zarazy dziesięć lat temu. Od tamtego czasu uniwersytet przędzie coraz gorzej. Nie ma komu studiować i czytać tych woluminów, kadra też już nie ta, gdy tyle oświeconych umysłów zgasiła czarna śmierć. Ich odejście otworzyło jednak drzwi dla takich ludzi jak Ambrogio. Stacjonariusz lubił pracować w nocy, w dzień żacy zbytnio go rozpraszają. Nieraz do świtu, przy świetle kaganka mozolnie przepisywał przeróżne księgi. Na szczęście pokrywało się to z godzinami pracy Charlesa, który wykłada teraz astronomię. Nikt nie będzie nabierał podejrzeń że profesor pracuje tylko po zmroku. Wreszcie Charles wstał, spojrzał przez okno i na podstawie układu ciał niebieskich błyskawicznie wyliczył że czas już na niego. Wstał, przeprosił i rzekł że niedługo wróci. Emily poszła odpocząć i zagrzać pokój przygotowany dla niego w skrzydle dla gości, zaś Wortham i Bruno opuścili uniwersytet i udali się tam gdzie mieli się spotkać z innym Bruno, inkwizytorem oraz resztą Kainitów, by razem udać się na spotkanie z nadawczynią tajemniczego listu.
 

Ostatnio edytowane przez Porando : 01-02-2014 o 18:46.
Porando jest offline  
Stary 04-02-2014, 19:13   #22
 
Wojan's Avatar
 
Gdy tylko zaszło słońce, Kainici rozpierzchli się po mieście niczym stado pluskiew po futrzanym kołnierzu. Każdy ruszył w swoją stronę, załatwiać swoje plany. Wyglądało to tak, jakby zbyt długie wspólne przebywanie na małej przestrzeni, wręcz dławiło wszystkich. Złaknieni wolności i swobody krwiopijcy ruszyli zbadać miasto.
Remigius przypatrywał się temu wszystkiemu w milczeniu, aby w końcu wyprowadzić konie i ruszyć zgodnie ze wcześniejszym poleceniem w drogę powrotną.

Hubert
Długo panował nad bestią, która obudziła się w jego wnętrzu. Być może hamował go strach przed reakcją współtowarzyszy, a może coś innego. Gdy jednak został w końcu sam w stajni, puściły wszelkie hamulce. Kły wysunęły mu się na całą długość, a w duszę zalał ogień piekielnej żądzy. Hubert wybiegł ze stajni i zniknął w mroku ulic Modeny.

Wszegniew
Krew, którą posilił się Wszegniew może nie była najwyższej jakości, ale nie miało to teraz większego znaczenia. Kainita nie był wybredny. Najważniejsze w tym momencie był tylko fakt, że uzupełnił braki energii i siły.
Spacer po mieście uświadomił mu, że Modena jest ściśle kontrolowana. Nie do końca było wiadomo przez kogo. Na pewno władze miejskie o tym wiedział, ale za zwiększoną liczbą patroli stał na pewno ktoś inny.
Atmosfera w mieście była wręcz duszna od strachu i obawy. Wszegniew wyczuł to obserwując ludzi, którzy go mijali, jak i zachowanie bywalców karczm i zajazdów.
Po krótkim spacerze ruszył w kierunku gospody, która została wymieniona w liście.

Girardino
Girardino szedł za Bruno niczym cień. Obecność kruka w stajni była jawnym dowodem, że ich obecność w mieście nie jest już zupełną tajemnicą. Nie było w sumie w tym nic dziwnego. Przecież wjechali do miasta prawie, że wśród dźwięków surm i bicia dzwonów. Ktokolwiek miał pojęcie o świecie za kurtyną musiał się domyślić, że czarny powóz wiezie Kainitów.
Bruno udał się do gospody wymienionej w liście i spędził tam jakiś czas. Stojąc w pogrążonym w mroku zaułku, Girardino zauważył kruka, który przysiadł na dachu karczmy. Nie miał pewności, czy to ten sam, czy też inny ptak. Jednak fakt, że i ten kruk pełni rolę szpiega, był nie do podważenia. Kainita spokojnie obserwował okolicę i czekał.
Czuł rosnące podniecenie, jak w momencie gdy obława zbliża się na polowaniu do zwierzyny.
Nagle kruk wzbił się w powietrze, aby po chwili zlecieć w dół i wylądować na ramieniu jednego ze strażników.
Mężczyzna ów miał szlachetne rysy twarzy, skrupulatnie przystrzyżoną brodę oraz ciemne włosy upięte w długi kok. Emanowała od niego jakaś dziwna aura, która budziła niepokój w kainicie. Jakiś wewnętrzny instynkt kazał mu skryć się głębiej w mrok.
Strażnik posadził kruka na dłoni i przez kilka chwil wpatrywał w niego. Następnie uniósł gwałtownie dłoń w górę, a kruk wzbił się w niebo.
Cały patrol ukrył się w pobliżu wyjścia z gospody i czekał. W chwili gdy pojawił się Bruno, cała trójka strażników ruszyła za nim.

Girardino szedł za nimi krok w krok i już obmyślał plan ataku. Jednak po kilku minutach patrol skręcił w zupełnie inną uliczkę niż Bruno. Mimo wyczulonych wszystkich zmysłów Girardino nie był w stanie już ich dostrzec i nie miał pewności, czy nie czają się oni gdzieś w bocznej uliczce. Podobnie było z krukiem który odleciał gdzieś jeszcze pod gospodą. Kainita nie miał pewności, czy nie widzi szpiegów, czy odpuścili oni tropienie Bruna.
Gdy inkwizytor wszedł do opuszczonego domu, Girardino dokładnie przeszukał okolicę. Na szczęście nic nie znalazł, ale wcale to nie uspokoiło jego nerwów.

Bruno Savolino
Bruno z lekką obawą wszedł do środka. Dom był nie tylko opuszczony, ale także kompletnie zaniedbany. Ktokolwiek był autorem listu, wystawiał jego nerwy na ciężką próbę. Jedynymi meblami w pomieszczeniu do którego wszedł Bruno były długi, drewniany stół oraz kilka pokrzywionych krzeseł. Przy kominku w którym ledwo tlił się ogień, klęczał jakiś niski mężczyzna.
- Witaj panie - rzekł nie odwracając się od ognia - Wszystko już gotowe. Spocznij - wskazał dłonią miejsce przy stole.
Gdy Bruno usiadł, mężczyzna podszedł do ściany znajdującej się na przeciwko i ściągnął z niej ciężką kapę, zasłaniająca srebrne lustro.
- Zaraz będziesz mógł pomówić z moją panią, a ja idę przypilnować, aby nikt wam nie przeszkadzał.
Mężczyzna wyszedł, a gdy tylko zamknął drzwi na powierzchni lustra pojawiła się twarz Kapodocjanki.
- Witaj bracie. Jestem Serafina Genovese. Wybacz okoliczności w jakiś zmuszenie jesteśmy się spotykać, ale w obecna sytuacja w mieście nie pozwala na nic innego. Nasz drogi książę pozwolił, aby wrogiem na siły opanowały ulicę i siały postrach w naszych szeregach. Stąd tez te wszystkie środki ostrożności. Doniesiono mi o przybyciu nowych braci do miasta i poczułam się w obowiązku was przywitać i ostrzec, a przy okazji wypytać o wieści ze świata. Powiedz jednak bracie dlaczego przybyłeś sam? Gdzie reszta twoich towarzyszy.

Bruno prowadził rozmowę z Serafiną w miłej atmosferze. Kapodocjanka wydawała się być wobec niego szczera i uczciwa. Bez większych wątpliwości opowiadała o mieście i o tym, co się w nim obecnie dzieje. Według jej wiedzy przynajmniej czwórka z ich rasy doświadczyła śmierci ostatecznej, a może i czegoś gorszego. Łowca jest zuchwały i ma wielkie wpływy w mieście. Serafina wątpi jednak, aby miał cokolwiek wspólnego z księciem. Ponoć czcigodny Roland d'Este jest bardzo słabym władcą i wielu wykorzystywało jego naiwność i spolegliwość.

Rozmowę przerwało nagłe bicie w dzwony. Bruno mocno się zdziwił, a słowa jakie wypowiedziała Serafina tylko wzmogły to uczucie.
- Uciekaj bracie! - prawie, że krzyknęła - Łowca znowu zaatakował.

Giacomo Tito
Głód zdeterminował postępowanie i wszelkie plany, jakie miał Tito. Bestia obudziła się w nim i łaknęła ofiary. Giacomo nie mógł odkładać posiłku na później, gdyż wiązało się to ze zbyt wielkim ryzykiem. Opuścił, więc towarzyszy i ruszył na polowanie.
Nie tylko zaspokoiło ono jego żądze, ale także dało możliwość stworzenia fałszywych tropów dla łowcy, który grasował w Modenie.
Zaspokojony, pełen sił i nowej energii Giacomo spacerował po mieście, poznając jego topografię i obserwując ludzi. Na ulicach Modeny dało się wyczuć jakieś dziwne podniecenie, wymieszane z ogromnym strachem. Ludzie poruszali się szybko, jakby czym prędzej chcieli znaleźć się w swoich domach. Byli nieufni i podejrzliwi. Nawet karczmy, miejsca zwyczajowo pełne zabawy, głośnej muzyki i śpiewu, albo świeciły pustkami, albo przypominały wymarłe domostwa.
Nie mając innego planu Giacomo ruszył do gospody, która została wymieniona w liście. Liczył na to, że spotka tam swoich towarzyszy.

Charles Wortham
Wizyta na uniwersytecie nie tylko dała Worthamowi tak potrzebny w tym momencie spokój, ale i przyniosła wiele satysfakcjonujących wieści. Członkowie jego świty zapewnili mu doskonałe schronienie i miejsce z którego będzie mógł, co noc ruszać na badania. W czasie rozmowy z Vito, który przybył tutaj przed nim dowiedział się, że na uniwersytecie pojawiło się kilku wzbudzających powszechną podejrzliwość żaków. Było ich w sumie czterech. Niby się nie znali, ale kilka osób widziało ich razem. Czwórka młodych mężczyzn miała rzymski akcent i rysy typowe dla szlachetnie urodzonych. Ich zachowanie wzbudzało podejrzenie, gdyż kilkakrotnie przyłapano ich na tym, jak wędrują po nietypowych miejscach uniwersytetu. Niby nie było w tym nic zakazanego, ale wyraźnie pokazywało, że celem przybycia całej czwórki do Modeny jest coś zupełnie innego niż skrupulatna nauka na wykładach. Chodziły plotki, że są to jacyś ludzie powiązani z inkwizycją, którzy prowadzą tutaj śledztwo i wypatrują heretyków. Mówiono też o tym, że być może są to sprytni złodzieje, którzy dostali specyficzne zlecenie na kradzież, jakiś woluminów z uniwersyteckiej biblioteki. Jaka, by nie była prawda trzeba będzie mieć ich na oku, zakończył swoją relację Vito.
Bruno w krótkich słowach potwierdził obserwacje Charlesa. Ludzie w mieście żyli w jakimś dziwnym strachu. W stosunku do obcych i nieznajomych byli bardzo podejrzliwi i nieufni, a przecież Modena była ważnym miastem handlowym w Republice i takie zachowanie szkodziło tylko interesom. Liczba patroli na ulicach sugerowała, że nie tylko zwykli ludzie boją się czegoś, ale i władza ma powody do obaw i woli dmuchać na zimne. Najciekawsze jednak wieści przyniosła Clara, która ruszyła na obchód modeńskich karczma, gospód i zajazdów. We wszystkich tych miejscach panowała wręcz grobowa atmosfera. Ludzie nie bawili się, a jedynie upijali na smutno. Także tam dało się wyczuć strach i jakaś dziwną obawę. Ludzie mówili o grasującym nocami po mieście mordercy. Zdania, co do tego kim on jest były podzielone. Jedni mówili, że to jakiś zwyrodnialec, heretyk przed którym ostrzegał jeden z miejscowych księży. Ma on ponoć być uciekinierem z cygańskiego obozu, który znajduje się w pobliżu miasta. Inni mówili o tym, że to co się dzieje w mieście to robota inkwizytora, który podobno przybył do Modeny. To on urządził polowanie na czarownice i próbuje zasiać strach w sercach mieszkańców, aby w odpowiednim momencie ujawnić się jako wybawiciele do zła i heretyków. Najwięcej jednak osób mówiło, ze to robota szatańskich potworów, dzieci nocy. Mówiono między sobą szeptem, że w mroku żyją ohydne kreatury, które żywią się ludzką krwią i mięsem. Żyją one podobno w podziemiach pod miastem. Władze zorganizowały patrole, ale jak na razie na niewiele to się zdało.
Na koniec Clara zostawiła informacje na temat zamtuzu “Fiore Delizioso” prowadzonego przez Toreadorkę. Od ponad tygodnia nikt jej już nie widział, podobnie jak Claudio Fabrettiego, znanego w mieście barda i hulakę. Słuch po nich zaginął, a mężczyzna który prowadzi teraz zamtuz nic jej nie chciał powiedzieć na temat właścicielki Mariangelii.
Po wysłuchaniu relacji swoich ludzi Wortham ruszył do gospody, która została wyznaczona jako miejsce spotkań przez autora listu.


Dzwony

Około północy w całym mieście rozległo się donośne bicie w dzwony. O tej porze nie odbywało się jednak żadne nabożeństwo, ani święto. Mieszkańcy znali już dobrze ten dźwięk i wiedzieli, co on zwiastuje.
Dla Kainitów były one jednak kompletnym zaskoczeniem.

Wszegniew, Charles Wortham, Giacomo Tito
Cała trójka spotkała się w gospodzie, który został wskazany w liście jaki otrzymali. Miejsce to nie wyróżniało się niczym specjalnym, ale kobieta która przyszła do ich stolika po tym jak zapytali o Rozalindę była wręcz zjawiskowa. Była nie tylko niezwykle urodziwa i pociągająca, ale także na pierwszy rzut oka można było zauważyć, że nie jest do końca człowiekiem. Po krótkim przedstawieniu się, powiedziała, że przekaże wieść swojej pani i kazała czekać.
Kainici nie doczekali się jednak spotkania z autorem listu. Zamiast tego około północy w całym mieście rozległo się bicie w dzwony.
Po reakcji kilku bywalców gospody, którzy tak jak oni raczyli się przy stolikach mocnymi trunkami zauważyli, że nie zwiastuje to niczego dobrego. Większość bywalców pobladła, a część zaczęła żarliwie się żegnać znakiem krzyża.

Girardino
Girardino cały czas obserwował budynek w którym zniknął Bruno. Widział doskonale stróża, którego najwyraźniej wystawił gospodarz spotkania. Kainita nie został przez niego zauważony mógł więc spokojnie kontynuować swoją obserwacje.
W pewnym momencie uwagę wampira przykuł dziwny odgłos. Dochodził on od głównej ulicy, która znajdowała się jakieś 50 metrów od domu w którym odbywało się spotkanie. Girardino ruszył w tamtą stronę. Nie pokonał nawet połowy drogi, a już doskonale wiedział, co to za dźwięk. Był to odgłos jaki wydawały podkute buty, kilkunastu biegnących ludzi. Nagle cała atmosferę zdominował jednak inny dźwięk.
Kościelne dzwony rozbrzmiały w całym mieście.
Girardnio czuł, że nie zwiastują one żadnej dobrej nowiny. Wrócił w porę na miejsce, aby zobaczyć jak Bruno wychodzi z budynku.

Bruno Savolino
- Uciekaj bracie! - prawie, że krzyknęła Kapodocjanka - Łowca znowu zaatakował.
Bruno instynktownie podniósł się z krzesła i szybko analizował swoje możliwości.
- Wyjdź z budynku - powiedziała jeszcze Serafina zanim jej oblicze całkowicie zniknęło z powierzchni srebrnego lustra - Vincentto cię poprowadzi.
 
__________________
"Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy Wojsko Polskie" mjr. Dekutowski ps. "Zapora"
"Świnie noszą koronę, orzeł w gównie tonie,
a czerwono białe płótno, porwał wiatr" Hans
Wojan jest offline  
Stary 07-02-2014, 18:17   #23
 
TomBurgle's Avatar
 
Na widok człowieka korzystającego z usług kruka, młody Lasombra poczuł narastającą irytację. Było rzeczą oczywistą że zwierzę jest szpiegiem. Ale oczekiwał że donosi jednemu z ocalałych wampirów lub co najwyżej wilkołakowi. Gdyby dopuścił do sobie myśl że ich przeciwnik może dysponować takimi samymi zdolnościami jak oni, zwierzę nie opuściłoby stajni. Nawet z fałszywymi informacjami.

Gdy śledzący i śledzeni postanowili się rozdzielić, Girardino udał się za tymi pierwszymi. Bynajmniej nie miał zamiaru zostawiać krewniaka na pastwę oprawców. Jednak nie znając natury ani koneksji przewodnika Bruno nie mógł pozwolić sobie na ostentacyjne ostrzeżenie. Upewnił się że nikt nie obserwuje idącej pary. A potem... na sekundę, pomiędzy przewodnikiem a Bruno, pojawił się stworzony z żywych cieni jerzyk. Po czym rozpłynął się, jakby trafiony zdradziecką strzałą.


Wracając dokładnie w momencie gdy zamknęły się drzwi opuszczonego budynku, Girardino powstrzymał odruch natychmiastowego udania się do środka. Oczywiście, byłoby to najprostsze rozwiązanie. Ale zdekonspirowałoby ich obu.
Zamiast tego poświęcił czas na rozeznanie sytuacji. Krążył uliczkami dookoła porzuconego domu i rozpatrywał możliwe drogi ucieczki i ataku. Szukał kryjówek i schowków. Co parę chwil wracał sprawdzić czy Bruno nie zdecydował się wyjść którymiś drzwiami. Oczywiście nie mógł sprawdzić czy nie skorzystał z podziemnego przejścia. Byłoby wspaniale. Mając pewność że tak uczynił mógłby po prostu wycofać się w bezpieczne miejsce. Ale nie miał, więc krążył dalej.

Kruk krążący nad domostwem był czymś więcej niż tylko złą wróżbą. Był okiem wroga na niebie, być może nie tak groźnym jak te opisywane w arabskich manuskryptach, ale wciąż niebezpiecznym. Girardino pozwolił więc macce nienawistnej życiu ciemności wyrosnąć pod powałą. I zapolować na przelatującego ptaka. Kiedy drobne zwierzę zostało już zduszone, zmusił istotę do powrotu do Otchłani.

Po raz ostatni upewniwszy się że na ulicy nie ma nikogo obcego wybiegł na spotkanie Bruno
 
__________________
- ... this was textbook: The promise of love, the pain of loss, the joy of redemption, then give him a puzzle and watch him dance. -
TomBurgle jest offline  
Stary 09-02-2014, 22:25   #24
 
malkawiasz's Avatar
 
Gdy sługa wskazał mu miejsce, usiadł za stołem patrząc co on robi. Gdy tamten odsłonił stare, wielkie lustro wykrzywił usta w parodii uśmiechu. Pomyślał, że to jakiś test i ktoś tu sobie chce zakpić z Lasombra. Gdy jednak w tafli ukazała się gospodyni zrozumiał, że się pomylił. Wstał i skłoniwszy się przedstawił był wszak szlachcicem i szacunek dla dam wpojono mu już za młodu. Niestety miła dyskusja nie trwała długo. Dźwięk dzwonów spowodował, że Kapadocjanka rzuciła ostrzeżenie. Wychwycił strach w jej głosie i poczuł, że niepokoi go to bardziej niż samo ostrzeżenie. Nie czekając już ni chwili skoczył ku wyjściu wpadając po drugiej stronie na sługę. – Prowadź. – Warknął rozkazująco, a tamtemu wcale nie trzeba było dwa razy powtarzać. już po chwili musiał mocno wyciągać nogi by dotrzymać mu kroku. Strach dodawał tamtemu skrzydeł i czuć go było prawie w powietrzu. Bruno ruszał nozdrzami jak pies węsząc wokoło. Skrzywił nos jakby nie podobało mu się to wcale. Zapach, atmosfera tego miasta była niepokojąca. Przesiąknięta strachem. Bruno znał ten zapach doskonale. Pojawiał się przeważnie gdy łapę nad miastem położyła Inkwizycja i zapalały się pierwsze stosy. Wszyscy wtedy zamykali drzwi i okiennice i udawali, że ich nie ma. Tylko, że tym razem Bruno stał chyba po nieodpowiedniej stronie pochodni.
W biegu rozejrzał się i tak jak się spodziewał wypatrzył w cieniu kamrata. Machnął do niego ręką i już więcej się nie rozglądał. Vincentto już prawie znikał za rogiem jakiegoś zaułka. Skręcił kilka razy i w jakiejś bocznej uliczce pokazał mu wejście do kanału. Cuchnęło okrutnie, a mrok był gęsty, że nożem można było kroić. Bruno jednak nie bał się pobrudzić, zaś mrok był zawsze jego sojusznikiem. Wśliznął się za służącym. Słyszał za sobą tupot kroków i miał nadzieję, że to Girardino, nie zaś jakiś szpieg. Z drugiej jednak strony, każdy obcy, który odważył by się wejść z nim do ciemnego pokoju, nie miał szans już z niego wyjść.
Służący znał ten skrót chyba całkiem dobrze bo parł na przód nie próbując krzesać ognia. Lasombra pochwalił w myślach taką roztropność. Ich gospodyni zdawała się otaczać bardzo kompetentnymi sługami. Do tego była przezorna, zaradna i przewidująca. Dla tego pewnie umknęła łowcy.
Bruno rozmyślał nad wyjściem z sytuacji, w której się znalazł. Zajmował umysł by nie docierały do niego bodźce z jego nosa. Smród był niemiłosierny, aż łzy kręciły się w kącikach oczu. Po jakiś czasie jego zbolały zmysł powonienia wychwycił różnicę. Przestał go atakować zapach fekalii. Teraz wyraźnie czuć było tylko wilgocią. Lasombra zastanawiał się pod jaką częścią miasta teraz są. Przeszli już spory kawałek i mimo uwagi stracił już rachubę. Oczywiście był bardzo wdzięczny Kapadocjance za ratunek, na wszelki jednak wypadek był gotów na zasadzkę. Wszak strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Na szczęście jego rozważania okazały się blednę i niebawem doszli do katakumb. Gospodyni postarała się jak przystało na Kapadocjankę i Bruno dostał ładny pokój. Była to rozległa komnata grobowa z licznymi wnękami, gdzie walały się jeszcze resztki kości. Lasombra westchnął zrezygnowany i Bogu dziękował, że jednak umknął z pogoni. Był realistą i cieszył się z drobiazgów, a zamartwianie zostawiał innym. Usiadł na czyimś nagrobku, nie trudząc się nawet odczytaniem imienia.

- No. To chwilowo mamy schronienie. Gospodyni na razie nie chce rozmawiać, więc możemy pogadać lub sobie pozwiedzać.
 
malkawiasz jest offline  
Stary 11-02-2014, 10:24   #25
 
Narib's Avatar
 
Gospoda Fabrizio Dinatale.

Giacomo usiadł wygodnie lecz spięty i cały czas gotów do ewentualnej potyczki, opierając but z wysoką cholewą o kant stołu i za plecami mając ścianę.. Przysłuchiwał się, skupiał na otaczających go ludziach i wypatrywał kolegów z koterii.
Gdy Wszegniew wszedł do karczmy, młodzian uśmiechnął się do niego promiennie(jak na wampira). Człowiek Północy usiadł, i przyjął podobną postawę jak Giacomo, z tymże obserwując okna.
- Pełno straży, wszędzie, nawet w zapchlonych uliczkach królestwa szczurów i włóczęgów. Nasz wjazd był sporym błędem. - Wszeg zamówił sobie dla niepoznaki kufel piwa, rozcieńczonego do tego stopnia, że już nawet szczyn nie przypominał.

Wszegniew upił łyka pomimo protestu jego odwykłego od posiłków żołądka. W półmroku i dymie karczmy ich bladość pozostawała bezpieczna od wścibskich oczu. Lekkie po posiłkowe kolory miały zniknąć bardzo szybko, a dyskrecja była dzisiaj o wiele mocniej wymagana.
- Dowiedziałeś się czegoś? - tak jak poprzednio, ściszonym głosem, niesłyszalnym dla bydła, zwrócił się ponownie do Giacomo
- Prócz tego co rzekłeś, nic rewelacyjnego się nie dowiedziałem. Choć właściwie… kurwy są tu wyjątkowo drogie, a nic nadzwyczajnego sobą nie reprezentują. - rzekł smutno - A ty, brodaczu?
-Nic. My musimy poczekać na innych by przeprowadzić rekonesans - gramatyka i odmiana słów pozostawiała u skalda wiele do życzenia, ale z każdą sekundą czuć było w zdaniach i wypowiedziach poprawę.

DZWONY!
Giacomo uśmiechając się głupio podszedł do właściciela, i sypnął na stół trochę monet.
- Daj kluczyki, dobry człowieku. Przespać się nie ma gdzie…
Gdy pozyskał klucze do mieszkania, poszedł na górę, przy okazji mrugając porozumiewawczo do Wszegniewa i Charlesa.
 
Narib jest offline  
Stary 12-02-2014, 10:15   #26
 
Porando's Avatar
 
Charles wszedł do karczmy i zanim jego uczeń Bruno zdążył zamknąć drzwi rozległo się bicie dzwonów. Profesor szybko rozejrzał się po pomieszczeniu, spostrzegł znajomych Kainitów i podszedł do Wszegniewa.
-Gdzie reszta? - rzekł cicho po anglo-sasku
Tymczasem Brunon podszedł do karczemnej dziewki, uśmiechnął się szeroko i zagaił: - Garniec mjodu i dwa kufle proszę. O co chodzi z tymi dzwonami? Odpust jest? - Dziewka uśmiechnęła się i powiedziała że dzwony zwiastują niebezpieczeństwo. Trzeba się kryć.

Profesor podszedł do lady:
- Ah przyjacielu, udało ci się nająć pokój. Który? Pierwszy od schodów od strony podwórza na ostatnim piętrze? Pozwól zatem że najmę ten obok i udam się na spoczynek, dzisiejszy dzień był ciężki. Karczmarzu, poproszę czegoś mocnego, na spokojny sen - rzekł Charles do Giacomo z mocnym niemieckim akcentem, poczekał na zamówienie, po czym ruszył po schodach. Gdy dotarł na ostatnie piętro zastanowił się chwilę nad rozkładem pomieszczeń w budynku i wybrał pokój który ma okna na ulicę i być może wejście na dach. Nie patrzcie na mnie przez chwilę - wyszeptał do towarzyszy. Zapukał i spojrzał w dziurkę od klucza. Gdy zobaczył że osoba w środku robi to samo, powiedział:
- Przepraszam, pomylił pan pokoje. Karczmarz przydzielił ten pokój dla mnie. Panu należy się ten naprzeciwko - mówił spokojnie
-Naprawdę? Przepraszam musiałem się pomylić. Jestem dzisiaj naprawdę zmęczony... Zaspany mężczyzna otworzył drzwi, Charles pomógł mu spakować swoje rzeczy i poprowadził go do pokoju który sam wynajął. - Proszę, łyknij sobie gorzałki. Zaśniesz szybciutko. Nie martw się, wszystko będzie dobrze - Charles mówił jak rodzic do małego dziecka, powtarzając spokojnie sugestie. Gdy wypił gorzałkę położył się na łóżku i zasnął. Wortham zamknął drzwi i gestem pokazał towarzyszom pokój który zajmował wcześniej mężczyzna. Gdy weszli zamknął drzwi i zasunął zasuwę. Uchylił lekko okiennice by zobaczyć co się dzieje na ulicy i zaplanować drogę ucieczki. Następnie podszedł do drzwi i przystawił głowę do dziurki od klucza, podglądając co dzieje się na korytarzu.
- A teraz panowie, proponuję chwilę poczekać i zobaczyć kto przyjdzie do “naszego” pokoju. Jakby co to uciekniemy przez okno lub na dach.


Tymczasem na dole Brunon opróżniał garniec miodu, gapiąc się na karczemną dziewkę - Pamiętaj, tylko obserwuj. Zapamiętaj twarze. Nie mieszaj się i uciekaj jak zrobi się gorąco - przypomniał sobie słowa mistrza.
 
Porando jest offline  
Stary 12-02-2014, 11:54   #27
 
Wojan's Avatar
 
Mimo, że już dawno po północy było to większość mieszczan nie zaznała spokojnego snu. Dzwony obudziły wszystkich, a gdy te umilkły na ulicach dało się słyszeć krzyki i nawoływania strażników, a także odgłosy walki.
Strach zawładnął miastem i wszystkie okiennice zawarte zostały i jedynie przez niewielkie szpary próbowano dojrzeć co się dzieje.

Gospoda Fabrizio Dinatale
Gdy tylko dzwony się odezwały kainici ostrzeżeni przez karczmarza udali się na górę do wynajętych uprzednio pokoi. Słowa właściciela tylko potwierdzały obawy mężczyzn. Łowca w sprawie, którego do Modeny przybyli zaatakował ponowie.
Nie trzeba było umysłu geniusza, ani wyjątkowej przenikliwości, aby domyśleć się kto padł tej nocy jego ofiarą.
Hubert, którego głód krwi doprowadził na skraj szaleństwa na pewno ruszył na polowanie i nie powstrzymał swych żądz. Strażnicy musieli przyłapać go na gorącym uczynku, skoro aż taki alarm podniesiono.
Oczywiście natychmiast w umysłach kainitów pojawiło się pytanie, czy są oni odpowiedzialni za to, co się stało? Czy mogli temu zapobiec? I co najważniejsze, czy ich misja nie jest przypadkiem zagrożona w tym momencie?
Do tej pory nie przejmowali się wytycznymi doży, że mają działać jako grupa. Każdy z nich miał swój pomysł na zbadanie sprawy i nie dzielił się nimi z resztą. Teraz jasno uświadomili sobie, że mimo całego egoizmu i samowystarczalności, stanowią grupę i są za siebie odpowiedzialni. Porażka jednego z nich mogła szybko odbić się negatywnie na reszcie.

W napięciu nasłuchiwali, co też dzieje się na dole. Dochodziły do nich tylko strzępy rozmowy z których niewiele można było zrozumieć. Strażnicy weszli do gospody i wypytywali o coś właściciela. Trwało to dobrych kilka minut, ale w końcu głosy ucichły. Minęło jeszcze kilka kolejnych minut, gdy do pokoju Wortham, zapukał Bruno:
- Panie - skłonił się nisko - Wygląda na to, że mamy szczęście. Gospodarz wykazał się przychylnością i nie zdradził was. Strażnicy wypytywali o nowych, bogatych gości, co przybyli dzisiaj. Pytali, czy nie widział czegoś lub kogoś podejrzanego i ogólnie o to, co się w jego gospodzie dzieje. On nic nie powiedział i przypuszczam, że wie kim jesteście.
Bruno nie skończył zdawać swojej relacji z tego, co się wydarzyło na dole, gdy do pokoju znowu ktoś zapukał.
Gdy Charles otworzył ujrzał właściciela z jakimś starszym mężczyzną o niezbyt przyjemnej aparycji.
- To jest Carlos - powiedział gospodarz - On was stąd wyprowadzi.
Carlos skłonił się i powiedział:
- Nie bójcie się. Przysyła mnie pani Serfina. Część z waszych jest już w jej posiadłości. Zaprowadzę was do nich.

Kainici zeszli na dół za Carlosem i gospodarzem i zostali wyprowadzeni na tył karczmy. Wąskimi uliczkami przeszli kilkadziesiąt metrów, po czym mężczyzna skręcił w ślepy zaułek i wskazał szerokie wejście do kanału:
- Niestety nie ma innej drogi.

Katakumby
Bruno i Girardino czekali w przygotowanej dla nich komnacie grobowej. Ktoś inny na ich miejscu pewnie odczuwałby dyskomfort związany z przebywaniem w takim miejscu. Oni jednak już od dłuższego czasu byli oswojeni ze śmiercią i jej wszelkimi przejawami. Także miejsce to nie wpływało na nich w tak drastyczny sposób, jakby można było tego oczekiwać.
Obaj uszanowali prywatność gospodyni i nie zapuszczali się w liczne korytarze katakumb.
Po kilkunastu minutach pojawił się znany już Brunowi Carlos. Przybył o dziwo wraz z resztą ich niewielkiej grupy. W jej składzie brakowało tylko Huberta.
Mężczyzna poprowadził ich poprzez plątaninie korytarzy do rozległej sali, która mimo swojego prostego wystroju emanowała jakąś dziwną elegancją. Prosty kamienny stół przy którym ustawiono kilka dębowych krzeseł. Na jednej ze ścian wisiała ciężka kotara koloru ciemnej purpury, a w rogach ustawiono bogato zdobione lichtarze na których płonęły wonne świece.
- Witajcie w moim skromny królestwie - rzekła wychodząca właśnie z jednego z korytarzy wampirzyca - Jestem Serafina Genovese, jedyna przedstawicielka kapodocjan w mieście. Cieszy mnie wasza wizyta i dlatego też postanowiłam was przywitać w imieniu tutejszej kainickiej społeczności. Po krótkiej rozmowie z wielce, czcigodnym Bruno okazało się, że być może mamy wspólne interesy i cele. Siadajcie mili panowie - wskazała dłonią krzesła.
Gdy wszyscy usiedli Kapodocjanka klasnęła w dłonie i zza kotary wyszła trójka sług. Każdy z nich niósł tace na której stały po dwa kielichy.
- Częstujcie się panowie - rzekła z uśmiechem Serafina. Kainici jeszcze nie zajrzeli do kielichów, a już wiedzieli co one zawierają. Zapach świeżej, ludzkiej krwi unosił się w powietrzu niczym najbardziej uwodzicielskie perfumy.
Widząc nie pewne miny swoich gości wampirzyca rzekła:
- Nie obawiajcie się panowie. To czysta krew, dopiero co utoczona.
Na potwierdzenie słów kobiety, jeden z jej sług odsłonił kotarę która zasłaniała małą wnękę. We wnęce tej powieszone za nogi zwisały z sufitu cztery ciała. Dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Każdemu z nich podcięto gardło, a świeża krew nadal wypływała z tętnic.
- Krew pierwszej świeżości - skomentowała wampirzyca.
Wszyscy posili się świeżą krwią i mimo grobowej scenografii atmosfera zrobiła się niemal sielska i domowa.
- Nie mam dla was dobrych wieści panowie - zaczęła po chwili przerwy kapodocjanka - Wasz przyjaciel zginął tej nocy. Nie wiem dokładnie, co się stało, ale moi słudzy donieśli mi, że w dzielnicy żebraków zginął nieznany w miescie wampir. Straż przyłapała go w momencie, gdy się posilał. Po krótkiej walce, padł pod ciosami mieczy i toporów. Niestety jego ciało zostało zabrane, więc istnieje ryzyko, że wasz towarzysz nie poniósł ostatecznej śmierci. Nasi wrogowie najwyraźniej chcą się dowiedzieć kim jesteście.
Kapodocjanka zrobiła wymowną pauzę, aby dać mężczyzną czas na przetrawienie tej wiadomości.
- Wiem od Bruna, że przysłał was doża. MIałabym dla was pewną propozycję. Zanim jednak ją wam przedstawię, cciałabym poznać zapatrywania każde z was na temat tego, co się dzieje w Modenie i wasze plany, oczywiście.
 
__________________
"Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy Wojsko Polskie" mjr. Dekutowski ps. "Zapora"
"Świnie noszą koronę, orzeł w gównie tonie,
a czerwono białe płótno, porwał wiatr" Hans
Wojan jest offline  
Stary 15-02-2014, 13:56   #28
 
Porando's Avatar
 
Wortham był przyzwyczajony do śmierci i taka atmosfera nie robiła na nim wrażenia. To nic w porównaniu do setek, jeśli nie tysięcy trupów których nie miał już kto grzebać, a które były dosłownie wszędzie podczas Czarnej Śmierci. Podziwiał za to kunszt rzymskich budowniczych, których dzieło przetrwało ponad tysiąc lat w dobrym stanie. Gdy był młody sporo czasu spędził w takich miejscach razem ze swoim mentorem, badając i opisując sposób życia mieszkańców największego z imperiów. Wyjął kartkę i narysował prowizoryczną mapę tego miejsca. Ot na wypadek gdyby musiał sam wracać na powierzchnię. Gdy drużyna była w komplecie, przedstawił im swojego ghula. - To jest Bruno, mój uczeń. Dla rozróżnienia od tego oto Kainity będę go nazywać Brunonem, niby to jedna literka a będzie wiadomo o kogo chodzi.

Rozmowa z Kapodocjanką



-Witaj Serafino. Jestem Charles Wortham - zaczął grzecznie. Gdy odkryto kotarę, Charles wstał, podszedł do trupów i przyjrzał się ich twarzom. Na szczęście nie był to nikt kogo znał. Wrócił na krzesło i rzekł:
- Wybacz, mam w tym mieście paru znajomych i przez chwilę miałem wrażenie że to oni. Ja podziękuję za krew, niedawno się posilałem - po czym odsunął kielich
Na ten gest kapodocjanka skrzywiła się i zmierzyła Worthama spod przymkniętych powiek, ale nic nie powiedziała. - Masz rację, przysłał nas Doża. Jest zaniepokojony tym że Kainici zniknęli z miasta. Krążą plotki o łowcach i władca Wenecji obawia się że gdy skończą tutaj, mogą odwiedzić również na inne miasta w regionie. Jeśli chodzi o nasze plany, to chcemy po prostu dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi, jak realne jest to zagrożenie dla Wenecji. Nie chcemy natomiast mieszać się do lokalnej polityki. Jeśli pytasz czy wiemy coś o tych łowcach, to powiem że niewiele i że to pytanie bardziej do moich towarzyszy. Ja mam za to mnóstwo pytań:
Czy książę jeszcze żyje i jeśli tak to gdzie przebywa?

- Nie czas na pytania, drogi panie - przerwała mu bezpardonowo Serafina i machnęła ręką, jakby odganiała muchę.
Tym razem to Charles się skrzywił. Spodziewał się czegoś więcej po Kapadocjance. Sytuacja z łowcą jest poważna, a ona obraża się o to że odmówił poczęstunku, jak jakaś rozpuszczona Toreadorka na salonach. A po tym jak z góry potraktowała Giacomo, najwidoczniej Malkaviana, profesorowi przeszła ochota na rozmowy. Nie miał zamiaru się tłumaczyć.
 
Porando jest offline  
Stary 17-02-2014, 10:32   #29
 
malkawiasz's Avatar
 
- Hubertusie… - Giacomo schował twarz w dłonie i zaczął szlochać, gwałtownie wzruszając ramionami. Łkał jak człowiek, przerywając grobową ciszę jaka zapadła po mowie Kapadocjanki. - Dlaczego, Boże, dlaczego… kto będzie następny - gwałtowny oddech wstrząsał nim w suchych spazmach. - On zginął… Umarł na śmierć - wycierając nos, wlał w siebie zawartość kieliszka i oparł się o krzesło oddychając ciężko - Jesteśmy następni, to niczym Miecz Damoklesa wisi nad naszymi głowami, bracia! - uderzył w stół, widząc twarze patrzące na niego w bezuczuciowy, zwykły dla wampira sposób. Być może z pogardą.

Serafina popatrzyła na wampira z mieszaniną pogardy i zdziwienia. Na jej twarzy zagościł kpiarski uśmieszek.

- Spójrzcie na siebie, i odpowiedzcie sobie na pytanie - dlaczego zginął? Bo był wąpierzem, tak jak my. Pomyślcie chwilę - mimo iż jesteśmy sługami Pana, to niedoskonali jesteśmy, i w każdym z nas bestia może się przebudzić, i skończymy jak nasz towarzysz. Jak możecie być tak nieczuli, kiedy pod ciosami grzeszników umiera kolejny z naszych braci! Mało wam śmierci?! - opadł znowu na siedzenie - Sąd się zbliża…

Przez chwilę siedział tak i chlipał cicho, po czym odchrząknął, i zupełnie poważnie rzekł:

- Przepraszam.

- Szanowny panie Bruno, zaiste dziwną dobrałeś sobie kompanię, doprawdy przedziwną. - rzekła Serafina z szerokim uśmiechem.

- Gwoli ścisłości - Giacomo gwałtownie spoważniał, a jego oblicze nie wyglądało jak oblicze kogoś kto przed chwilą płakał - Nie jesteśmy kompanią Bruno, cokolwiek o nas mówił. Jesteśmy luźną koterią, a Bruno nikogo z nas nie “dobierał” jak, nieprzymierzając niewolników - po chwili, Giacomo złapał się za głowę i stęknął. Zastygł z grymasem bólu na twarzy, i oparł się o krzesło.

Wampirzyca nawet nie spojrzała w stronę Giacomo, który próbował się tłumaczyć ze swojego zachowania, jak i tego kto kim jest w tej grupie nieumarłych. Wyglądało na to, że Serafina czeka, aż głos zabierze Bruno.

- Bezrozumne potwory… nieumarłe małpy, ścierwojady, dekadenckie zwierzęta…
- mamrotał do siebie, ściskając głowę, która zdawała mu się wybuchać.

Bruno przez dłuższą chwilę przysłuchiwał się rozmowie i przyglądał swoim kompanom. Bawił się do tej pory kielichem, z którego nie uszczknął ni kropli. Zdawał się być zatopiony w swoich myślach. Gdy jednak wywołano go do głosu uśmiechnął się przyjaźnie wzniósł puchar w salucie w stronę ich gospodyni i wypił prawie połowę. Miał nadzieję, że ten gest zaufania nie wyjdzie mu potem bokiem. Uznał jednak, że wrogów już mają pod dostatkiem i potrzeba mu bardzo sojuszników, gdyby się okazało, że koteria się rozpadnie. Gra zaczęła iść o bardzo wysokie stawki, a wiadomo, że wtedy na szali kładzie się swoją głowę. Wstał i uśmiechnął się przyjaźnie, przynajmniej taki miał zamiar.

- Tak. Rzucił nas tu wszystkich los i nikt się o nasze zdanie nie pytał. Z drugiej jednak strony wszyscy jesteśmy dorośli i zwykliśmy do tego by brać się z naszym losem za bary. Prawda? - Potoczył spojrzeniem po obecnych lecz nie oczekiwał odpowiedzi.

- Dzięki uprzejmości naszej gospodyni udało mi się dopasować kilka elementów do naszej zagadki. Przypuszczam, że gdy połączymy nasze siły uda nam się rzucić światło na tą tajemnicę. - Wypowiadając te słowa uśmiechnął się lekko. W ustach kogoś z klanu Lasombra słowa na temat rzucania światła mogły być odczytane za drwinę.

- Na zaproszenie tutejszego proboszcza przybył jakiś czas temu przedstawiciel Świętego Oficjum. Tym zawezwanym Inkwizytorem jest ojciec Adolfo Vincetti. Znam go z opowieści. Postać znana i niebezpieczna. Surowy inkwizytor i doskonały śledczy. Mój ojciec twierdzi, że ojczulek zna świat zza zasłony. Ma jakieś kontakty z Rodziną jak i magami.

- Jego gospodarz, ten klecha to tez niezłe ziółko z tego co twierdzi nasza droga gospodyni. Ponoć to niezwykle przebiegły człowiek. Zna sekrety mroku i jest w zażyłych stosunkach z księciem. Ponoć zna się także na magii i przyzywaniu demonów.

- Jakby tego było mało, z tego co pamiętam na jego terenie urzęduje jeszcze Tremere. Nie wiem czy on bierze udział w spisku, ale zakładam najgorsze.

- No to by była chwilowo na tyle z moich Hiobowych wieści. Poza tym osobiście myślę, że Hubert jeszcze nie przywitał stwórcy, ale to już tylko moje przeczucie.

Serafina z uśmiechem i zadowoleniem przyjęła zarówno toast, jak i przemowę Bruna. Gdy ten skończył, wstała i przeszła się wokół stołu:

- Musicie wiedzieć panowie, że w Modenie od dawne dzieje się źle. Zarówno w książęcej rodzinie, jak i wśród innych Kainitów. Powiecie, że to rzecz niemal codzienna, ale nasze miasto było do tej pory niemal oazą spokoju. Ostatnie miesiące jednak wiele zmieniły. Tak, jak rzecz Bruno bardzo prawdopodobne jest, że naszym przeciwnikiem jest ktoś ze Świętego Oficjum. Musi to być potężny człowiek, gdyż działa niemal otwarcie, a śmiem twierdzić, że tylko kwestią dni jest, gdy na placach Modeny zapłoną stosy. Stosy przygotowane dla nas i naszych popleczników. Jak widzicie ja jestem bezpieczna. Moja kryjówka wydaje się niemal twierdzą. Nie mogę jednak znieść tego, że jakiś śmiertelnik aż tak się rozpanoszył i sieje postrach w moim mieście. Chciałabym zrobić z tym porządek, ale brakuje mi środków. Wasze przybycie jest dla mnie szansą. Jeżeli dobrze to rozegramy każdy z tutaj obecnych może ugrać coś dla siebie. Większość z was mi nie ufa, ale dzięki postawie waszego przyjaciela - tutaj wskazał głową na Bruna - ja zaufam wam.

Wampirzyca zbliżyła się do ciał wiszących we wnęce i utoczyła sobie krwi jednego z nich do kielicha.

- To są szpiedzy inkwizytora - rzekła niemal tryumfalnie - Jeżeli zgodzicie się na współpracę ze mną, jest gotowa podzielić się tym, co udało mi się z nich wydobyć.

- Nieźle, zabić czworo ludzi. Prawdziwy honor.

- Co masz na myśli, panie? - spytała wpatrując się w Giacomo zimnym, pozbawionym emocji spojrzeniem.

Giacomo przekrzywił tylko głowę jak kot. Cała jego twarz pozostawała neutralna w wyrazie.

Wszegniew do tej pory milczał. Było mu to na rękę bo na dobrą sprawę w Italyi był dopiero od niedawna, porównując staż i znajomości reszty. Jednak to czego nie dzierżył najbardziej, to wciskającego się swoim zafajdanym tyłkiem chrześcijańskiego, zapchlonego kościoła. Ot zasadnicza różnica od ludzi północy to to, że ci zawszeni roznosiciele idei kanibalizmu i wampiryzmu, jak zna złość tępili wszelkie nienaturalne, sprzeczne z ich “bogiem” istnienie. Nie jeden raz w ciągu swoich wypraw słyszał o ingerencjach starych wojów, którzy wrócili z Odynowej sali by pomóc tym czy innym wojskom. Wiele razy słyszał jakoby na przeciwników wilki miały się rzucić wiedzione jakimś iście ludzkim rozumem. Znał nawet starego zrzędę mieszkającego w lesie, który podobno umiał rozmawiać z psowatymi. Kto wie czy nie był to jeden z chodzących pod księżycami.

Co gorsza, hipokryzja Oficjum roztaczała się po jego Ojcowskich Prusach, niejednokrotnie paktując z okolicznymi wilkowatymi tylko po to by na sam koniec podziękować im srebrem i stosem.

- Weź się w garść, jesteś jakaś baba, przekupka na targu, czy chłop? - zwrócił się do Giacomo - Nie biadol nad losem innych jeśli nie mogłeś samemu tego losu zmienić. Opłakuj tych którym na twych oczach odrąbano łeb lub wywleczono na zewnątrz trzewia. Tych co niejeden raz ratowali twoje własne plecy przed niedostrzeżonym ostrzem. Tymi których ledwo co znasz zostaw by opłakać ich mogła rodzina, o ile jakąś mają.

Splunął na podłogę z przyzwyczajenia - A co do oficjum, lepsza śmierć niż takie gnicie - tu wskazał na wisielców - ale szpieg to kłamca i podstępniak, nie godzien szybkiego zakończenia żywota. - Pomerdał na oczach Serafiny paluchem w kielichu z juchą - W mych stronach, jeśli nie ufasz gospodarzowi, choćby to nie był twój najlepszy druh, obrażasz wszystkich biesiadników - skald dalej ostentacyjnie merdał paluchem w jusze - lecz u nas nikt, nawet największy wróg, goszcząc poselstwo, kogokolwiek, nie dopuści by jadło było złe czy zatrute. Zawsze to oni zaczynają biesiadę, a goście posilają się tym samym co przed chwilą trafiło do ust ich gospodarza. To okazanie szacunku gościom by nie musieli się obawiać. - wyciągnął palec i oblizał jakby nie dopuścił się żadnej obrazy - dlategom rad za ten poczęstunek i liczę że z powodu mojej prywatnej niechęci do klechów przydam się i pókim stąd nie wyjadę, żaden nóż w plecy nie zostanie mi wbity. Z doświadczenia jednak wiem, że to co zabija nie musi ukrywać się w samym mieście. Osobiście szukałbym kryjówek tego czegoś poza murami, gdzie nie łatwo natknąć się na potencjalnie niechcianych gości. Mógłbym się na taki zwiad udać o ile jest jakieś inne wyjście z miasta, chociażby POD strażnikami.

Na poświadczenie swych słów wychylił duszkiem całą zawartość kielicha, powstrzymując się od odruchowego beknięcia, którego zawody urządzano na każdej niemalże wyprawie. Bariera językowa niezbyt pomagała zrozumieć Wszegniewowi szczegóły wypowiedzi wampirzycy, zrozumiał większość a część samemu sobie dopowiedział. Uśmiechnął się do ponurej Kapadoccianki i stwierdził, że gdyby wampiryzm nie niwelował prężności kuśki to jej kształty na pewno zmniejszałyby mu portki w tamtejszych rejonach.

- Kto wie, może w mieście i na obrzeżach mamy do czynienia tylko z ręką, czy nogą, a głowa siedzi całe dnie drogi stąd… - powiedział już nieco ciszej

-Wszegniewie, nie chciałem obrażać gospodyni. Po prostu nie pijam takiej krwi i wierz mi mam dobre ku temu powody. Wspomnij Cuchulainn'a i to jak zginął. Ja nie mam zamiaru powtórzyć jego losu - spojrzał na Serafinę - Jestem gotów do współpracy, pod warunkiem że nikt nie będzie się wtrącał do moich nawyków żywieniowych ani z tego powodu traktował mnie z góry. I porzućmy wreszcie ten cały savoir - vivre i przejdźmy do konkretów. Męczy mnie już to i strasznie spowalnia nasze działania.

- Zasady kultury obowiązują nawet po śmierci - rzekła spokojnie gospodyni - A zaufanie w naszym plemieniu, to ważna rzecz. Skoro przyszliście do mnie w gościnę, to znaczy, że chyba mi ufacie. Z Brunem już zdążyłam porozmawiać i przypadł mi on do gustu. A wasza postawa pozostawia wiele do życzenia. Zastanawiam się, czy warto was obdarzyć zaufaniem i angażować się w sojusz z wami. Wasze zachowanie dobitnie pokazuje, że gardzicie mną i uważacie się za lepszych ode mnie. Być może tak jest w istocie, ale to ja mam cenne informacje, nie wy. Na teraz moje słowa są takie. DO następnego wieczora możecie pozostać w tym miejscu. Do tego czasu namyślę się, co i jak. Jeżeli się do was nie odezwę oznacza to, że nie mamy ze sobą nic wspólnego i macie stąd odejść wraz z zachodem słońca. Jeżeli uznam, że warto z wami współpracować, to dam wam znać. A teraz pozwólcie panowie, że was opuszczę.

Kapodocjanka wstała, ukłoniła się dworsko i wyszła z pomieszczenia. W komnacie, o ile można było to miejsce, tak nazwać, pozostali kainici z Wenecji oraz trójka sługa Serafiny.
 
malkawiasz jest offline  
Stary 17-02-2014, 12:20   #30
 
TomBurgle's Avatar
 
Girardino upił z kielicha łyk krwi, patrząc gospodyni w oczy. Tylko łyk, choć wystarczyłoby to i krwi, i truciźnie. Oznaka zaufania i rytuał zawarty w etykiecie ich społeczeństwa. Lub, jeżeli przełożyć to na płaszczyznę praktycznych relacji, symbol wiary w subtelność gospodarza oraz we własną przydatność. Po cichu odłożył kielich na miejsce.

Scena wykonana przez Giacomo nie wzbudziła w nim większych emocji. Nie ufał Hubertowi ani nie spodziewał się żeby zaufał mu ktoś z pozostałych. Słowem, słudzy łowcy oszczędzili im zachodu. A być może i kłopotów. Ale cyrkowiec po raz kolejny wywołał u niego zauważalne dreszcze. Aktor po raz kolejny zmusił go do zadania sobie pytania gdzie kończy się talent aktorski jego kompana, a zaczyna on sam.

Słowa Serafiny o "kompanii" wzbudziły w nim niepokój. Oczywiście, jej obserwacja była trafna. Bruno miał niezwykły dar prowadzenia jako pierwszy z równych, coś co Girardino sam wysoko cenił. Ale sformułowanie przez nią tej uwagi atakowało tą pozycję. Sugerowało innym ich podległość. Giacomo zareagował przez wyparcie; z niepokojem spojrzał po twarzach pozostałych, szukając śladów ich myśli.

Pomiędzy przemową Bruna a toastem gospodyni Girardino szybko wtrącił, swój wniosek
-Jako że proboszcz był de facto gospodarzem Elizjum, zdradziecki cios sięgnął niezwykle głęboko. Pomyślcie jak bogate informacje mógł przekazać wjeżdżającemu inkwizytowi!-

Przemowa Wszegniewa o zaufaniu, jakkolwiek zupełnie niezgodna z postrzeganiem sytuacji Girardino, potwierdzała wnikliwość mówcy. Zauważył problem i poświęcił mu swoją uwagę. Ba, nawet zdecydował się wygłosić komentarz. A być może jedynie maskował swoje prawdziwe myśli. Jako że przybysz z daleka intensywnie wpatrywał się w Serafinę, nie było jak przekazać mu aprobaty.

Irytacja szacownego wykładowcy była nie na rękę młodemu Lasombra. Uraza o trefny początek rozmowy była uzasadniona. Charles nie uznał za stosowne wykonać tego gestu zaufania? Jego prawo, nie była to rzecz niesłychana. Ale wybuch, o ile jego celem nie było zerwanie rozmów, był nie na miejscu. Utrudniał zdobywanie informacji.
 
__________________
- ... this was textbook: The promise of love, the pain of loss, the joy of redemption, then give him a puzzle and watch him dance. -

Ostatnio edytowane przez TomBurgle : 17-02-2014 o 12:39.
TomBurgle jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:18.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168