Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-05-2014, 00:39   #1
 
Nimitz's Avatar
 
[WoD 18+] Upiorne Lato nad Lough Corrib

Dzień rozpoczęcia projektu zbliżał się wielkimi krokami. Jedni wyczekiwali go z entuzjazmem, inni jedynie z życzliwym zaciekawieniem, największe korzyści dostrzegając w finansowych jego aspektach. Każdy jednak w większym czy mniejszym stopniu oczekiwał wyników rekrutacji prowadzonej przez doktora O’Maley’a. Wreszcie, na kilka tygodni przed rozpoczęciem, odpowiedź nadeszła.


Moi Drodzy,
Dziękuję za zainteresowanie projektem. Mam nadzieję, że oczekiwania każdego z nas, dotyczące tych kilku nadchodzących tygodni spełnią pokładane w nich nadzieje.
Obawiam się, że dojazd, do domu na Lough Corrib, nie będzie zadaniem najłatwiejszym, i najlepszym rozwiązaniem byłoby zorganizowanie przejazdu we własnym zakresie.
Ludzie zamieszkujący okoliczną osadę, to osoby proste i zabobonne, wspominają o domostwie i terenach na których jest ono położone z niechęcią, i są w tym temacie oszczędni w słowach. A niektórzy wręcz reagują nań, z otwartą wrogością, dlatego też by umożliwić wam kontakt między sobą dołączam listę oraz prosty opis dojazdu do domostwa.

Z poważaniem Dr Neil O’Maley.


Kliknij w miniaturkę

Richard Vence, Murphy Mc’Manus, Edward Mc’Coy


Richard może nie był człowiekiem interesu, ale również nie zamierzał przepuścić dodatkowej okazji by dorobić. Przecież za dobrze znał życie. Raz pod górkę, raz z górki, choć częściej to pierwsze.
Dlatego gdy tylko przyszła odpowiedź od doktorka z załączoną listą osób oraz kontaktami, przynajmniej do niektórych, postanowił to wykorzystać. Pierwsze w ruch poszły numery, imieniem sugerujące przynależność do płci pięknej. Interes interesem ale przyjemność z towarzystwa jest przecież równie ważna. Niestety, dwie panie, podziękowały grzecznie za ofertę, informując mężczyznę, że zorganizowały dojazd we własnym zakresie, a numer do trzeciej za każdym razem witał go radosnym głosem ” Cześć, dodzwoniłeś eis do Erin nie mogę teraz odebrać. Zostaw wiadomość…”.
Jak się nie ma co się lubi…
Wybierając następny kontakt z listy nie był już tak podekscytowany, jednak ucieszył się, na wieść, że niejaki Murphy Mc’Manus nie tylko chętnie z transportu skorzysta, jak również startuje z tego samego miasta. Podobnie zadowolony z propozycji okazał się pan Edward Mc’Coy co prawda znaczyło to konieczność zjechania odrobinę z głównej trasy. Ale również minimalizowało konieczność pokrycia kosztów przejazdu całego odcinka samemu.

Richard Vence wydał się Murphyemu człowiekiem konkretnym, i mimo amerykańskiego, gryzącego uszy akcentu postanowił skorzystać z oferty wspólnej podróży. Podobało mu się również to, że mężczyzna nie owijał w bawełnę, prosto z mostu określając zarówno swoją propozycję jak i wymagania co do opłaty czy też wielkości bagażu.
Punktualnie o umówionym czasie zobaczył jak na parkingu pod jego budynkiem zatrzymuje się niebieska Honda Civic z naklejonymi na drzwiach oznaczeniami korporacji taksówkarskiej.
Ubiór Richarda również dosyć bezpośrednio informował o miejscu jego wychowania, czarna koszula z łobuzersko rozpiętymi guzikami przy samym kołnierzu narzucona na t-shirt w tym samym kolorze, do tego lekko wytarte, niebieskie jeansy, i czarne buty typu “kowbojskiego”. Krótkie powitanie i silny uścisk dłoni utwierdziły Murphy’ego w przekonaniu, że ma do czynienia z osobą o silnym charakterze, która nie jedno w życiu przeszła.

W oczekiwaniu na transport Edward stanął oparty o budynek bawiąc się swoją ulubioną talią, a jego bystre oczy obserwowały otoczenie wychwytując drobne niuanse zachowania i postawy mijających go przechodniów. Przezornie przyszedł na umówione miejsce spotkania odrobinę wcześniej. Niektórzy ludzie zatrzymywali się, z zaciekawieniem obserwując jak karty przemykają między jego palcami zdając się “żyć własnym życiem”. Młody mężczyzna prostował się wtedy z uśmiechem przyciągając ich wzrok na dłużej, prezentując kilka ze zdawałoby się “nieskończonego” repertuaru znanych mu sztuczek. W momencie gdy niebieski samochód zajechał na miejsce, wokół Candl’a zdążyła zebrać się grupka osób, które z zafascynowaniem obserwowały jego “show”.

Kliknij w miniaturkę

Erin McEringan


Z natury było w tobie coś z buntownika, ale jak dotąd nie żałowałaś tego, że zignorowałaś notkę, którą otrzymałaś od profesora. Udało Ci się przejechać spory kawałek drogi podróżując “na stopa”. Jednak jak dotąd nie żałowałaś ani chwili, w której musiałaś przebyć jakiś odcinek pieszo. Lustrzanka, którą wszędzie zabierałaś ze sobą, mimo silnego paska, na którym mogłaś ją bez problemu uwiesić sobie na szyi, jedynie chwilami milkła uwolniona z pewnego uścisku twoich sprawnych palców. Okolica, w jakiej znajdował się cel twojej podróży była przepiękna. Zaczynałaś zastanawiać się w duchu, czy w miejscu tak bliskim wszelakim wyobrażeniom raju, w ogóle może istnieć coś złego.
Jednak mimo, cudownych widoków, będących pożywką dla twojej wrażliwej duszy, po jakimś czasie podróży zarówno twój brzuch jak i bateria aparatu, zaczęły wołać o pożywkę zgoła innego rodzaju. Dodatkową motywacją do czujniejszego nasłuchiwania pomruków nadjeżdżających aut, stało się to, że byłaś prawie pewna, iż mimo podwójnej pary skarpet, z winy ciężkich butów jakie założyłaś na twoich stopach zaczęły tworzyć się bolesne bąble.



Widząc powiększającą się ciemno czerwoną kropkę, jadącą w twoim kierunku machnęłaś z nadzieją i ku twej radości, a już na pewno radości dla twoich stóp, małe modne autko zatrzymało się dosyć blisko, sugerując możliwość darmowej podwózki.

Zajrzałaś do środka gdzie uśmiechem ukazującym pożółkłe od tytoniu i kawy, odrobinę krzywe zęby, witała cię typowa kobieta pracująca.


Radio, teraz już odrobinę wyciszone, grało jakiś współczesny sezonowy kawałek, który już słyszałaś, ale nigdy nie zadałaś sobie trudu aby zapamiętać jego tytułu czy też imienia gwiazdki go wykonującej. Po chwili doszły do ciebie odgłosy dochodzące z tylnego siedzenia, gdzie ślepo wpatrzony w konsolę siedział, na oko nastoletni chłopak, całkowicie pochłonięty przez swój wirtualny świat, a obok niego ułożona prawie, że na styk leżała sterta walizek.



- Nareszcie jakaś przyjazna dusza! Bóg mi świadkiem, nienawidzę sama podróżować, a jazda z tym nicponiem - kobieta ruchem głowy wskazała na tylne siedzenie, gdzie dziecko XXI wieku z otwartymi ustami, podskoczyło na siedzeniu, mocniej przyciskając guziki, jak by ten gest i ruch miał pomóc jego postaci poruszającej się na niewielkim kolorowym wyświetlaczu. - To nawet gorzej niż jazda samemu.

- To dokąd pani zmierza ? - zapytała kobieta, gdy już stosunkowo wygodnie umieściłaś swój wielki plecak w nogach swojego siedzenia, a sama dopasowałaś się do pozostałego miejsca z ulgą przyjmując możliwość wypoczynku dla twoich stóp. - Na imię mam Briana ale możesz mówić mi Bri , a to grzeczne dziecko na tylnej kanapie to Nathan . - Dodała ostrożnie wracając na drogę.

Kliknij w miniaturkę

Dr Jonatan Mc’Avery


Niedługo po tym jak zgłosiłeś się do projektu, otrzymałeś telefon od doktora O’Maley, który wyraźnie podekscytowany, zaproponował Ci współpracę i wyraził chęć uwzględnienia twoich spostrzeżeń w wynikach końcowych swojej pracy, jako opinii osoby niezależnej, mającej świeże spojrzenie i reprezentującej odrobinę odmienną dziedzinę nauki.
Doktor zaproponował również, że jeżeli wyrazisz taką chęć możecie razem dojechać do samego domu, jego chevroletem. Przystałeś na tą propozycję z pewną ulgą, gdyż nie chciałeś na kilka tygodni zabierać jedynego środka transportu jaki posiadałeś, a z którego również korzystała Cristen. Szybko jednak stało się oczywiste, że spotkanie nie będzie takie proste jak się z początku wydawało gdyż trasa twoja i Neila , jak kazał się tobie adresować doktor O’Maley, nie pokrywała się w stopniu, który mógłby usatysfakcjonować obie strony.
Ostatecznie postanowiliście spotkać się w osadzie leżącej w pobliżu niesławnego domu, do której zdecydowałeś się dojechać za pomocą publicznego transportu.
Ciekawy miasteczka, przyjechałeś wcześniej i choć piękny dzień zachęcał do spaceru twój głód wiedzy skierował twe kroki w stronę małej obskurnej pubo-kawiarni stojącej przy drodze, straszącej zakurzonym, starym szyldem przedstawiającym czterolistną koniczynę i kufel spienionego piwa. Wszedłeś do środka, i choć samo miejsce zdawało się krzyczeć “uciekaj stąd jeżeli miła jest ci stabilność jelitowo-żołądkowa” usłyszałeś usłyszałeś dobrze znany ci kawałek grany przez staromodną szafę grającą i może właśnie dlatego, wbrew zdrowemu rozsądkowi postanowiłeś usiąść na chwilę w miejscu z którego miałeś widok zarówno na pomieszczenie jak i ulicę na zewnątrz zamówiwszy kawę.


W oczekiwaniu na napój rozglądałeś się po lokalu, który wydawał się pusty, jedynie przy jednym ze stolików siedział starszy mężczyzna, całą swoją uwagę skupiając na talerzu parującej fasoli w której widać było spore fragmenty jakiegoś mięsa. Co jakiś czas odrywał on kawałek kromki chleba leżącej obok i jakby z namaszczeniem wycierał sos, którego nie dało by się zebrać widelcem.

Twoją uwagę od niego oderwała dosyć młoda barmanka, stawiając przed tobą lekko nadszczerbiony kubek z ciemnym płynem.
Gdyby tylko zrzuciła trochę kilogramów, spokojnie uchodziłaby za ładną, a może nawet bardzo ładną- pomyślałeś. Dziewczyna uśmiechnęła się do ciebie życzliwie zagadując.
- Pan przejazdem z wielkiego miasta ? Dokąd jedziemy? - zapytała zaciekawiona, najwyraźniej nie na co dzień mając okazję porozmawiać z kimś “nowym”.

Kliknij w miniaturkę



Marek “Mark” Czyżewski

- Pan Czyziewski ? - usłyszał w słuchawce miły kobiecy głos, posługujący się łamaną polszczyzną. - Z tej strony Nataly Connoly, pewnie dostał juź pan listę od doktora O’Maley? - padło pytanie jakby sugerujące, że powinien takową posiadać.
Marek nie był pewny czy dostał jakąkolwiek listę ale w zamyśleniu przekartkował mały stosik kopert starannie ułożony na półce.
- Mhm - mruknął bez przekonania do słuchawki w tym samym momencie otwierając jedną z nich opatrzoną pieczątką doktora będącego inicjatorem całej wyprawy. Rzeczywiście na załączonej kartce doszukał się wypunktowanych kontaktów do innych uczestników projektu, w tym imienia panny, z którą miał przyjemność rozmawiać przez telefon.
- Jezieli nie ma pan planów dotyciących podróży, to proponuję aby dołąćył pan do mnie i Lenny’ego - kontynuował głosik, a wzrok Marka zatrzymał się na kolejnym nazwisku krótkiej listy - Lenny Johnson .
Marek jak dotąd, żadnych planów nie miał, a propozycja wspólnej podróży wydawała się dosyć kusząca, zarówno ze względów finansowych jak i wydawało się, że w dosyć przyjaznym towarzystwie przynajmniej jednej niewiasty.

Na umówionym miejscu spotkania dojrzał dziewczynę o miłych rysach twarzy i bardzo charakterystycznym stylu sugerującym fascynację zasadami jednego z najszerzej rozwiniętych ruchów lat 60 i 70 ubiegłego wieku. Siedziała ona na trawie, na małym, zadbanym skwerku przed kawiarnią, w której Marek miał wyczekiwać spotkania.


Widząc rozglądającego się mężczyznę uśmiechnęła się radośnie, wstała i podbiegła do niego, wtedy dojrzał, że to co, sugerując się ubiorem na początku uznał za “skręta”, było jedynie bielutkim modelem tak modnego ostatnimi czasy e-papierosa, a od samej dziewczyny czuć było za to przyjemny zapach truskawek.
- Mark ? - zapytała niepewnie, acz jej postura nie wyrażała żadnego skrępowania, w obyciu z “nieznajomym”. - Mark Czyziewski? - dodała jakby po chwili namysłu wyciągając w jego stronę zadbaną dłoń, która wraz z tym ruchem obudziła kakofonię metalicznych brzęczących dźwięków wywołaną ruchem różnego rodzaju bransoletek, którymi dziewczę ozdobiło swój zgrabny nadgarstek. - Dźwoniłam do pana,….Nataly - dodała jakby chciała upewnić mężczyznę, że rozmawia on z odpowiednią osobą.

Kliknij w miniaturkę


Natura, jakby uśmiechając się ironicznie postanowiła, że dzień rozpoczęcia się projektu będzie dniem pięknym, i słonecznym. Delikatne, ciepłe promienie otulały okolicę i nawet subtelny powiew wiatru między gałęziami drzew zdawał się sugerować coś całkowicie odmiennego niż można byłoby się spodziewać wyruszając na “polowanie na duchy”.
 

Ostatnio edytowane przez Nimitz : 11-05-2014 o 21:37.
Nimitz jest offline  
Stary 12-05-2014, 00:24   #2
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Marek "Mark" Czyżewski - uśmiechnięty, krótkościęty brunet



Sytuacja wyglądała poważnie. Jeszcze trochę i zaczałby przegrywać na serio. Początek poszedł mu nieźle. Zaskoczył przeciwnika stanem i wyglądem swojej armii. Jeszcze bardziej się zdziwił jak mu w kolejne oddziały prawdziwych władców lasu wyszły za plecami. Co on se myślał z tymi leśniakami w lesie? Że jest u siebie? Akurat!

No ale to była nowa armia. Dopakowana i w ogóle dpoieszczona. Jak każda nowa ze stajni GW. Przynajmniej on tak uważał i jego kumple podzielali to zdanie. Marketing i te sprawy, nowy produkt musiał się sprzedać no nie? Tymczasem armia jaką grał Marek wcale nowa nie była. A nawet jak była to nigdy nie miała dobrej famy i w rankingach zawsze była jako jedna z ostatnich. Nie dziwił się temu. Ani staty, ani ceny w punktach, ani machin, ani ekwipunek jakoś nie powalał. A na to patrzyła większość graczy. No i na rankingi. Dlatego jego oponent własnie wybrał te ładniutkie, nowiutkie, dopakowane lesniaki.

Ale Mark widział potencjał w swojej armii. Wiedział co jego rogate chłopaki potrafią. Znał jej słabe punkty jak i reszta graczy. Ale poznał i mocne. I już nie raz udowodnił, że potrafi stoczyć bitwę z każdym przeciwnikiem. I prawie zawsze widział zaskoczenie w oczach oponentów gdy widzieli początkowe rozstawienie, kolejne tury i ostateczny wynik. To znaczy... Przegrywał całkiem często. Czasem wygrywał. Ale najczęściej remisował. A zremisować z takimi nowymi mortalami chały, przepakowanymu darkami czy własnie nowiuśkimi leśniakami armią która zajmowała ostatnie czy przedostatnie miejsce w rankingach... No to mówiło samo za siebie. Najwięcej satysfakcji sprawiało mu właśnie te ich zaskoczenie i zdziwione kręcenie w głowami. Nawet tutaj na Wyspie, prawie, że mateczniku GW, wśród sprzedawców i graczami z którymi czasem grał w sklepach budził zaskoczenie. Był pewny, że długo zapamiętają bitwę z Bestmenami. W końcu za to min go lubili, nikt inny w sklepie i okolicy nimi nie grał. Bo... No właśnie, byli słabą armią i ciężką było nią coś wygrać. Akurat!

Ale teraz przegrywał. Zawiodło to co zazwyczaj: kostki. Pierwsze trzy tury bitwa była dość wyrównana, właściwie to miał przewagę nad chudziakami i ich graczem. Już był prawie przy jego deploy'u. Tamten przeliczył się z załosnami terenowymi i zanim uporał się z dywersantami na zapleczu Mark ze swoimi chłopakami już wpadł w jego armię, łuczników i resztę cieniasów. Już był pośród niego, przed nim, za nim, wszedzie gdzie się dało. A potem jakby kostki szlag trafił i się zaczęło. Tamten wyrzucił farciarski rzut na LD i garska cholerników ustała wiążąc trzy jego oddziały. Uderzył trzema z zapasem bo i tak blokowali mu drogę. Liczył, że nikt nie utrzyma takiego impetu i 3/4 strat w oddziale no ale jak sie wyrzuca dwie jedynki to i gobasy by ustały...

To był przełom w bitwie. Prawe skrzydło pospołu z dywersantami zamiast zrolować resztki obrońców i przeważyć szalę w drugiej części stołu utknęło na dwie krytyczne tury. Zanim sie pozbierali lesniaki zdobyły przewagę w pozostałej części stołu. Plan Marka opierał się własnie na tym, że silniejsze prawe skrzydło upora się ze swoim zadaniem i dołaczy do reszty. Wyglądało na to, że się przeliczył.

Nadchodziła szósta, ostatnia tura. Przy takiej różnicy punktów wiedział, że już nie wygra. Zaczynał ruch więc miał jeszcze resztkę inicjatywy. Oddziały z prawego skrzydła mogły wziąć jeszcze udział w bitwie ale pewnie nie zdołają zadać wystarczających strat w oddziałach wroga by odmieniło to wynik. Zwłaszcza, że ten drugi gracz nie był w ciemię bity i już poprzednią turę skońćzył starając się zachować obecną przewagę czyli nie angażował się w nowe potyczki. Cwaniak.

Jedyny silny oddział jaki został Markowi w centrum to jego generał, z wykupionymi przedmiotami w gwardii złożonej z bestigorów. Tylko on był na tyle blisko by i na tyle silny by próbować cos odmienić. ~ Ehh, żeby była siódma tura to bym go skroił! ~ jęknął w duchu Marek. Był pewny, że miałby wówczas szanse na remis. Ale tak... Mógł pozbawić przeciwnika punktów za posiadanie pola ale w sumie niewiele by to chyba zmieniło.

Popatrzył zmartwionym okiem na stół. Co tu wymyślić? Przeniósł wzrok na drugiego gracza. Tamten dla odmiany był zadowolony i pewny siebie. Tak z kurtuazji i dżentelmeństwa starał się tego nie okazywać. Za bardzo. W jego oczach dostrzegał jednak już odblaski triumfu. I zwycięstwa. Właściwie to się nie dziwił. Przy różnicy rzędu coś w okolicy 500 pkt ostatniej turze, można być dość pewnym przewagi i komfortowo myśleć o zakończeniu walki.

Spojrzał jeszcze raz. Musiał znaleźć gdzieś te 500 pkt. patrzył, patrzył i jak tylko zobaczył wrogiego generała w oddziale wiedział, że znalazł. Na oko wycenił go na dobre kilkaset punktów, powinno starczyć na remis. Jego własny oddział był własciwie nieruszony od początku bitwy. Tamtego też. Mieli w miarę równe szanse. Jeśli Mark wygra będzie prawdopodobnie remis. Jesli przegra... No cóż i tak przegrywał...

Wiedział, że trafił jak tylko zobaczył zaskoczenie oponenta na jego deklarację szarży na jego generała. Nonszalancja znikła a pojawiło się zaskoczenie i wahanie. Plan Polaka mógł się jeszcze nie powieść gdyby tamten nie przyjął walki. Ale tak zwiać przy wszystkich... Ku uldze Marka przyjął walkę, ten zaś poszedł za ciosem i od razu zadeklarował pojedynek dowódców. Chciał mieć pewność skasowania wrogiego generała. Pewnie był wart może i połowę punktów co i oddział.

I teraz następował ten moment który Marek uwielbiał w swoich wspomnieniach najbardziej. Po prostu epicki koniec bitwy uwieńćzony starciem dwóch elitarnych oddziałów i pojedynkiem dowódzców. Chwila która przeszła do legendy choc miejscowej oczywiście. Żaden nie-gracz nie potrafił zczaić tego co się wówczas dokonało.


---


Khorgor Rzeźnik rozejrzał się po polu bitwy. Pole bitwy zamieniło się w pole rzezi. W pole rzezi jego wojowników. Część wciąż walczyłą ale sporo już padło od strzał, ostrzy i magii chudziaków. Ci ktorzy nie padli w boju własnie salwowali się ucieczką w stronę zbawczego lasu.

Lecz on sam wciąż trwał na stanowisku. To był ich las! Ich i jego! I nie zamierzał go nikomu oddawać ani się dzielić. Zaryczał potężnie niosąc niebiosom, bogom, zielonej głuszy, własnym i obcym wojownikom obietnicę ran, smierci i rzezi. Jego oddział z przybocznym na czele podchwycili jego zew i uniesli dumnie jego sztandar. Sztandar był przyozdobiony totemami pokonanych przez niego wrogów. Miał ochotę sprawdzić czy dziś ktoś będzie godny dokompletować czymś tą kolekcję.

Czuł swój oddział całym sobą. Docierał do niego zapach wojny. Czyli krwi, śmierci, rozprutych wnętrzności, magii, błota pod kpytami, oliwy do broni, skórzanych pancerzy, piżma strachu i agresji. I hałas. Hałas wojny czyli krzyki, wrzaski, jęki, zderzanie się broni, tarcz i pancerzy, okrzyki i zawołania bojowe, komendy, świst strzał, odgłos kpyt istot dwunożnych i czworonożnych, ryk bestii, czy marsz werbli. Wszystko to docierało do niego i czuł bitwę całym sobą. I wiedział, że przegrywają. Ale nie zamierzał się poddać!

Gdy zaryczał uniósł swój potężny topór w górę. Połyskiwał ognistymi runami obiecując wrogom zgubę i wciąż złakniony nowych ofiar. Teraz gdy zew się skończył Khorgor płynnym ruchem opuścił go celując w przeciwnika i wskazując kierunek natarcia. Od razu ruszył z impetem na niego. Jego gwardziści ruszyłi za nim jedynie mgnienie oka później. Całe stado ruszyło za swoim liderem. Był z nich dumny. Okazali wojownicy, wybrani najlepsi z najlepszych. Silni, szybcy, odziani w najlepsze pancerze i największe topory. Z nimi mógł pokonać kazdego przeciwnika. Biegł na ich czele bo sam był najlepszym i najsprawniejszym z nich wszystkich. Prowadził ich z jednej batalii w kolejną z całym mrowiem przeciwników. I różnie już bywało ale każdą bitwę kończyli razem.

Teraz gdy biegł i rozbryzgiwał kopytami błoto, trupy i czaszki padłych w boju przed nim kierował się na wrogi oddział. Widział zmieszanie i zaskoczenie gdy gorączkowo zaskoczeni jego manewrem starali się ustawić czołem do jego szarży. Wzrokiem szukał wrogiego dowódcy. Znalazł go, a jakże, nedaleko sztandaru. Tamten naszykował tych swoich cherlawych wojowników i starał się im dodać otuchy. Khorgor zaryczał w biegu z furią wskazując swym toporem wprost na niego po czym uderzył siebie nim w pierść. I ponownie powtórzył ten gest. Był zrozumiały dla wszystkich armii świata i mówił wszystkim, że domaga się pojedynku. Zaryczał ponownie z radości gdy widział, że wróg przyjął wyzwanie.

Zderzyli się prawie. Potęzny lider zwierzoludzi prawie roztarł w proch swojego przeciwnika gdy oba oddziały starły się ze sobą. Górował nad nim masą, i wzorstem ale tamten był niesamowicie szybki. Obaj sobie zdawali sprawę, że pierwsze trafienie bestmena może zakońćzyć ten pojedynek. Więc elf robił wszystko by nie dać się trafić. Pomagała mu ta przeklęta elficka magia jaką miał w zamknietą w swoim ekwipunku. Smukłe ostrze elfa przeszyło trzewia Khorgora zupełnie ignorując jego pancerz jakby go tam nie było. Trafiony generał zaryczał z bólu wznosząc swą skargę do nieba. Zatoczył się ale nie upadł.

Zaryczał tym razem z gniewu i natarł na elfa. W ostatniej chwili rzucił go swoim toporem. Ten oczywiście zrobił unik i broń minęło go o centymetry. Ale to go zatrzymało o sekundę za długo. Khorgor już przy nim był i pochylił łeb trafiając go swoimi rogami. W typowym odruchu swojej rasy podniósł łeb i wyrzucił wierzgającego elfa w powietrze. Ten wziąć żył ale stracił swoją przeklętą broń i upadł za plecami swojego oponenta. Podnieść się już nie zdołał gdy generał bestigorów wjechał w niego i uderzeniem kopyta próbował rozgnieść mu czaszkę. Hełm elfa spełnił swoje zadanie za ierwszym, drugim i nawet trzecim razem. Ale w końcu zwierzęca furia wzięła górę nad płatnerską robotą i po kolejnym ciosie Khorgor poczuł jak jego kopyto zagłebia się w czymś miękkim i ciepłym otoczonego puszką czaszki.

Zaryczał triumfalnie biorąc truchło wroga w ramiona i unosząc jego bezwładne ciało ku niebu. Na pochybel wszystkim którzy ośmieliliby sie stawić mu czoło. Czekał ich taki sam los jak tego śmiałka. Teraz cisnął bezwładne ciało w tłum walczących przed sobą. Chudzielce miały dość. Dzielnie stawiały opór jego gwardzistom ale napędzana gniewem, żądzą zemsty i przykładem dowódzcy fala mięśni i stali mieliła ich jednego po drugim samej niewiele tracąc ze swego składu. Wynik pojedynku dowódców był decydującym momentem. Chudziaki najpierw pojedynczo zaczęły umykać z młyna śmierci w jaki przemienił się ten fragment bitwy obsługiwany osobiście przez generała zwierzoludzi i mieli dość. w końcu zwątpienie wlało się nawet w najmężniejsze lub najbardziej uparte serca i cały oddział który jeszcze walczył poszedł w rozsypkę.



---


Remis. Było tak kijowo. A jednak remis. Marek wręcz lubował się w takim odtwarzaniu różnych stoczonych przez siebie bitew. Nawet po paru miesiącach miałw rażenie jakby dopiero co wstał od stołu. Czuł się jakby własnie wracał z jakiegoś kina o tej bitwie albo skończył o niej czytać w jakiejś książce. Dobrej książce. Cholera, był pewny, że gdyby ktoś zrobił film albo komiks zgodny z wizją jak to sobie wyobrażał to byłaby to dobra rzecz, warta obejrzenia czy przeczytania. - Kurwa, zajebiście być erpegowcem. Zwłaszcza z taktycznym zacięciem... - mruknął do siebie w rodzimym języku w wyrazie samozadowolenia. Tak, to był jedna z lepszych bitew jakie kidykolwiek stoczył.

Zaczynał własnie wracać ze świata marzeń, wyobraźni i fantazji do reala gdy sobie uzmysłowił, gdzie się znajduje. Albo mu się wydawało albo jakaś laska siedziała na trawniku i się w niego gapiła. Od razu się stropił. Zazwyczaj jak ludzie zaczynali się na niego gapić to nie wróżyło to niczego dobrego. Zwłaszcza jak akurat rozkminiał jakieś swoje sesje, gry albo batalie. Bo czasem... No cóż, czasem trochę za bardzo się wczuwał po prostu a normalsi rzadko kumali czaczę. Ale teraz... Teraz chyba nie robił niczego... No... Zbędnego... Tak mu się wydawało przynajmniej jak starał sobie przypomniec jakieś ostatnie pięćdzisiąt kroków.

Trochę się więc uspokoił ale niejako przypomniało mu po co tu przylazł. Czyżby to własnie z tą laską był umówiony? Ta Nataly? Z tą co gadał przez telefon? Szczerze mówiąc... Wyglądała dużo lepiej niż się spodziewał przez telefon. Ten piszczący głosik trochę go irytował. Ale włascicielka sprawiała miłe i sympayczne wrażenie więc...

- Cześć, jestem Mark. - podszedł do niej i przedsawił się. Wysłuchał jej uprzejmie. Wiedział, że rozmowy w nowym języku nie są jego atutem. Potwierdził swoje personalia i nastapiła chwila na zwyczajową, rozmowę wstępną. Wykorzystał ją by ocenić swoją rozmówczynię dokładniej i musiał stwierdzić, że drugi rzut oka też raczej wypadł pozytywnie.

-Ty też jesteś w tym eksperymencie? Brałaś w czymś takim już udział? A w ogóle skąd jesteś? - spytał o jej udział. Może wiedziała coś więcej od niego. No i oczywiście zadał zwyczajowe pytanie imigrantów które było dla nich naturalne a i tubylcy się chyba już przyzwyczaili.

- Bardzo dobrze mówisz po polsku. - spytał zaciekawiony. Miał wrażenie, że jej polski wygląda jak jego angielski. Jednak jego nazwisko, dla tubylców dość trudne, wymawiała całkiem poprawnie i zrozumiale. To go zaskoczyło. Roboczo przyjął, że pewnie ma w rodzinie kogoś z Polski. No ewentualnie może chodzi albo chodziła dłużej z jakims Polakiem albo pracuje z jakimiś ewentualnie jest lingwistką bądź fanką nauki trudnych języków.

Bezpośrednio nie do końca wiedział jak się spytać bo tego typu tematy poruszały się wokół magicznego słówka "dyskryminacja" i okolice. Miejscowi jakoś porozumiewali się jakby kodami czy skrótami myślowymi których on jeszcze raczej nie łapał. Jak doszło do czego musiał łupać bezpośrednio a to niekoniecznie było mile widziane. Przez takie motywy wciąż czuł się jak barbarzyńca z dalekiego, dzikiego kraju.
 
Pipboy79 jest offline  
Stary 12-05-2014, 03:01   #3
 
Fantomeks's Avatar
 
Aberdeen, 5 dni temu
Znowu to spojrzenie. Widział je 2-3 razy do roku i za każdym razem mówiło jedno: znowu zostawiasz rodzinę. Za każdym razem ten sam scenariusz. Jon mówi jej o planowanym wyjeździe za kilka tygodni. Ona przyjmuje to ze spokojem. 3-4 dni przed wyjazdem Cristen przestaje się odzywać. Ostatniego dnia reaguje na wszystko jak byk na płachtę. Jonathan nie rozumiał, czemu kobieta tak reaguje. Wyszła za antropologa, podróże się z tym zawodem łączą.
Mc’Avery wcisnął niedopałek papierosa do popielniczki i zamknął laptopa.
- Wiesz, że muszę jechać.
- Przecież się nie odzywam – wycedziła przez zaciśnięte zęby, w których trzymała cienkiego papierosa.
Ton, z jakim Cristen wypowiedziała te słowa, niemal zabolały Jona. Niemal.
- Nie musisz. Znam cię.
Kobieta usiadła mu na kolanach, splotła ręce na jego ramionach i oparła się czołem o czoło Jona.
- Potrzebujemy cię tutaj.
- Potrzebujemy pieniędzy. Jestem etnografem, to mój zawód.
- Wiem.
Jon pocałował żonę. Długo i namiętnie. Pocałunek przerwał dopiero płacz dochodzący z drugiego pokoju.
- Idę – powiedziała kobieta, wstając z kolan naukowca.
- Idź.
- Nie siedź za długo.
Gdy za kobietą zamknęły się drzwi, ten z portfela wyciągnął jej zdjęcia.
Brakowało mu tego uśmiechu. Jon spojrzał na zegarek. 23:49. Rozłożył się wygodnie, wyciągnął nogi i odpalił kolejnego papierosa.

Lough Corrib, teraz
19 godzin, 4 różne pociągi i prom później, autobus z Galway odstawił Jonathana na przystanku pośrodku niczego. Antropolog wolałby, by to okazał się tylko kolejny przystanek do celu. Ale był już na miejscu, wszak odrobił pracę domową. Długa droga naprawdę zmotywowała go do wyczytania chyba wszystkich informacji o miasteczku. I Bóg mu świadkiem: gdyby podróż trwała 15 minut dłużej, Mc’Avery zdążyłby się nauczyć nazwisk członków rady gminy do 30 lat wstecz…
Mimo niesamowitego zmęczenia, Jonathan zdecydował się rozpocząć wstępne rozeznanie, kierując się do serca tutejszego społeczeństwa – pubu. Spojrzał na szyld, który wyglądał tak stereotypowo, że wywieszający go powinien stracić prawa obywatelskie. Jonathan podsumował to tylko uniesieniem brwi.
- Poważnie?
Nie zastanawiając się dłużej, wszedł do środka, zastanawiając się, jakie to niespodzianki sprowadzi na niego to miejsce. Spodziewając się zobaczyć prawdziwych irlandzkich chłopców, rozczarował się nieco. Nic to. Niewerbalnie zamówił piwo i usiadł przy jednym ze stolików, dyskretnie przyglądając się mężczyźnie. Nim otrzymał popitek, stracił całe zainteresowanie dziadkiem.
Do kobiety uśmiechnął się przyjaźnie i z nieskrywanym szkockim akcentem, odpowiedział:
- Z Aberdeen. I dotarłem już do celu.
Nie bał się o niechęć irlandzko-szkocką. Bo kto mu da tutaj w mordę?
 
__________________
Róże są czerwone, bywają i białe
Chociaż jestem zabawny, nie umiem rymować.
Fantomeks jest offline  
Stary 12-05-2014, 20:53   #4
 
denmad's Avatar
 
"Candle"

Edward stał, opierając się biodrem o ścianę budynku w dość luzackiej pozie. Między palcami jego dłoni wędrowały karty. Młodego blondyna otaczał niewielki tłumek gapiów. Cyk! Grzbiety kart pobłyskiwały, czasem mignął top którejś. Cyk! Przez chwilę co uważniejsi byli w stanie dostrzec dwójkę trefl. Potem piątkę karo. Siódemkę karo. Jednak przez większość czasu przemieszczająca się między palcami obu dłoni talia kart wydawała się być szarą smugą.
Blondyn wyróżniał się mocno. Ubrany był w czarną, rozpiętą do połowy koszulę. Na piersi kołysał mu się pokaźnych rozmiarów krucyfiks. Jezus uwieszony na krzyżu miał otwarte usta, z których wysuwał się miniaturowy wąż. Oczy węża lśniły maleńkimi diamencikami.
Na nogach miał skórzane, obcisłe spodnie wpuszczone do czegoś w rodzaju kowbojek. Końcówki kowbojek obite były srebrem.

Candle czekał na transport. Gdy otrzymał list od O'Maley'a, poczuł coś na pograniczu euforii i lęku. Sam list brzmiał, jakby jego autor zlecał im Zadanie przez duże "Z". Spodobało mu się to. Podrzucając i tasując karty raz za razem, czynił to coraz bardziej nerwowo. Im dogłębniej starał się zanalizować list, tym dłonie pracowały coraz szybciej a na twarz wstąpił lekki rumieniec.
W torbie przerzuconej przez ramię ciążył aparat fotagraficzny. Lustrzanka. Doskonale radzi sobie w ciemności. Klasa.

Gdy przed magikiem zatrzymał się niebieski samochód, Candle domyślił się już, że najprawdopodobniej jest to jego transport. Chrząknął lekko.
-Zaczynam tournee w przyszłym roku, podpisałem już malutki kontrakt z jedną grubą rybą... Jeśli chcecie obejrzeć kilka fajnych sztuczek zapraszam do...
Ale gapie już się rozeszły i Candle wcale nie musiał lać więcej wody. Starając się wrzucić na luz i widząc wychodzących z pojazdu mężczyzn, przybrał najbardziej wyćwiczony wyraz twarzy, poprawił ułożenie plecaka na plecach i przygładził włosy.
- Witam - powiedział wyćwiczonym głosem artysty, który za chwilę odegra swoją sztukę - Edward McCoy, ale możecie mówić mi Candle.
Pokazał im swoją talię topem do nich. Rozłożył ją w dłoniach i powiedział szczerząc zęby:
- Wybierz kartę...
 
__________________
Marchewkom tak a burakom NIE!

- Zenek, "Buraki"

Ostatnio edytowane przez denmad : 12-05-2014 o 20:56.
denmad jest offline  
Stary 13-05-2014, 12:06   #5
 
valtharys's Avatar
 
Życie to dziwka. Tak przynajmniej uważał Murphy, ale co można chcieć od gościa po trzydziestce, który utrzymywał się całe życie z pracy na budowie i waleniu po mordzie. Teraz jednak pracy nie było, a zdrowie również już nie to samo. Złamana szczęka, nos, obojczyk - wszystko powoli się odzywało. Czekało go jednak nowe i dość ciekawe wyzwanie. Kasa nie była zła, więc nie mógł narzekać.

Jak na swój wiek McManus trzymał się całkiem nieźle i głównie zawdzięczał to temu, że codziennie rano wstawał i przebiegał pięć kilometrów by potem jeszcze zrobić sto pompek. Tak, to utrzymywało go w formie, plus vóda którą wieczorami wlewał w siebie niczym, spragniony na pustyni wodę. Gęsty zarost idealnie pasował do jego dość przystojnej twarzy, dodając jej łobuzerskiego wyglądu. Niebieskie oczy sprawiały, że nie wyglądał jak totalny zabijaka z Dublina, lecz jak raczej chłopaczek szukający swego miejsca w świecie. Skórzana, bordowa i już ,tknięta zębem czasu, kurtka pod którą Murphy założył zwykłą, szaro-niebieską koszulę, przykrywała jego wytatuowane i wysportowane ciało. Jeansy, które miał na sobie były już wytarte i gdzie nie gdzie miały dziury. To jednak mu nie przeszkadzało. Na lewej dłoni nosił złotą obrączkę, a na prawej sygnet. To była praktycznie jego jedyna biżuteria.

Rankiem zadzwonił do niego Richard Vence, który jak się okazało był typowym Amerykaninem. Za dużo filmów i w dodatku ten krzykliwy strój, ale nie jemu było oceniać innych. Na pierwszy rzut oka gość wyglądał na w porządku i takiego co nie da sobie w kaszę dmuchać. A takich gości Murphy szanował. Bez zbędnych gadek Murphy wrzucił do bagażnika swoją torbę, w której trzymał najpotrzebniejsze rzeczy. Koszule, spodnie, bieliznę, płyn do kąpieli i golenia, brzytwę oraz resztę rzeczy które mogły mu się przydać. Z tych bardziej osobliwych zapakował: flaszkę bimbru robionego przez Wujka Johna, karton fajek. Telefon i ładowarka w obecnych czasach były czymś normalnym więc także znalazły się w wyposażeniu podróżnika. Bojąc się że będzie tam nudno Murphy zapakował ściskacze do rąk, a także harmonijkę. Był gotowy wo wyjścia.

***

Honda Civic dupy nie urywała, ale nie jechali na podryw nastolatek, tylko mieli dotrzeć do jakiejś dziury zabitej dechami. Wózek pchał się całkiem w porządku, choć on by takiej fury sobie nie kupił. Nim zapakował swoje dupsko do środka dopalił papierosa, bo szkoda było wyrzucać w połowie wypalonego. Nie odzywał się zbytnio, bowiem poznał co dopiero gościa a i sam Murphy do wygadanych nie należał. Milczał więc wyglądając przez okno.

Gdy tylko Honda się zatrzymała jeden z mężczyzn wysiadł z niej, wyjął paczkę Malboro i włożył sobie papierosa do ust. Z kieszeni wyciągnął Zippo i wykrzesał ogień. Edward Mccoy, bo tak się nieznajomy przedstawił, nie zrobił dobrego wrażenia na Irlandczyku. Cwaniaczek, który najchętniej nie ubrudził by sobie rąk w życiu. Nie lubił takich gości. Dużo gadają, mało robią. Ubiór prostacki i rzucający się w oczy a w dodatku ten krucyfiks i ukrzyżowany Jezus. Żal dupę ściska, mógł powiedzieć, ale się powstrzymał od jakiejś zaczepki. Karty zamiast męskiego uścisku dłoni. Richard przynajmniej miał ten gest, ale po tym można rozróżnić faceta od pizdy.

- Schowaj to gówno - wskazał na “wisiorek” i wypuścił gęsty dym z ust - chyba, że pragniesz oberwać - mruknął zaciągając się raz jeszcze

Richard wysiadł z samochodu zostawiając okno otwarte i kluczyki w stacyjce. Przecież nie odchodzi daleko. Obcasy kowbojek zastukały o chodnik.
- Spokojnie panowie - trochę zachrypłym głosem powiedział. Wybrał kartę i schował do kieszeni od koszuli. Wziął papierosa do ust, zapalił i zrobił kilka kółek z dymu.
- Palenie odpręża przed jazdą, nieraz można szalu dostać jak niektórzy jeżdżą - powiedział z grymasem zaciągając się ponownie.

- Oberwać? - Candle opuścił karty, płynnym ruchem zgarnął je, i wsadził do tylnej kieszeni spodni. - Masz na myśli, że nie podoba ci się mój krucyfiks? Na litości, żyjemy w kraju w którym są ciekawsze rzeczy… - ze wzruszeniem ramion ściągnął ozdobę przez szyję i wsadził do plecaka.
- Może spróbujemy raz jeszcze? - uśmiechnął się lekko, i wyciągnął przed siebie dłoń. Na palcach dłoni też miał srebro, ale zorientował się za późno. Cóż, pomyślał nadal się uśmiechając. Najwyżej zaczniemy się tłuc na ulicy, co tu poradzić. Tylko pamiętaj - dodał sam do siebie - odłóż plecak, co jak co warto, żeby aparat przetrwał ewentualną bijatykę.
- No dalej, sztywniaku - powiedział - Nie szukajmy zwady, zwłaszcza, że chyba do nas obu dotarła wiadomość od profesora. Jestem iluzjonistą.

Jebnąć mu? Pojawiła sie dziwna myśl w głowie Murphego. Zrezygnował i wyciągnął dłoń:
- McManus. Murphy McManus - odparł poważnie, silnie i po męsku ściskając dłoń.

- Witaj, Murphy. - uścisk dłoni był chłodny, nieprzyjemny.

- Oddaję kartę, bo chyba nie będzie nam potrzebna. Potem pokażesz co chciałeś zrobić - Richard wyjął kartę z kieszonki, była to dama trefl.
- Bagaż włóż do kufra - rzekł do karciarza.

- Dobra - odpowiedział Candle z rezygnacją puszczając dłoń McManusa. Z wyrazu jego twarzy, drobnej mimiki i ruchu lewej brwi wywnioskował, że ten najchętniej by mu przyjebał. Ciężko się dziwić. Magik z lekką ironią pochylił głowę, i poszedł za wezwaniem Richarda, o ile się nie przesłyszał. Kartę odebrał z powrotem i wsadził ją do reszty.

Murphy dopalił papierosa i zgasił go, przydeptując mocno do ziemi. Byli gotowi więc on również zapakował dupę do samochodu i zamknął drzwi. Zapiął się pasami i uchylił lekko okno. Lubił czuć wiatr gdy jechał, i miał też cichą nadzieję, że podróż minie przyjemnie.

Edward usiadł z tyłu. Pomyślał, czy nie poprosić zakapiora z przodu o papierosa, ale po chwili rozmyślił się. Zamiast tego wyjął karty i rozpoczął swój codzienny rytuał, który pozwalał mu zachować formę. Tasował, przekładał i bawił się kartami na różne sposoby.
- Puśćcie jakąś muzykę [i/]- powiedział od niechcenia, wyglądając przez okno. Z zawodową wręcz ciekawością obserwował tył głowy zakapiora z prawej. Był ciekaw reakcji.

Rzucony na ziemię papieros zniknął przygnieciony podeszwą świecącego się buta. Auto wewnątrz było wszechstronne, panował w nim przyjemny zapach. Silnik rozbrzmiał w sportowym zacięciu, auto ruszyło delikatnie, wpasowując się w ruch uliczny. Richard nacisnął na guziczek od radia, z głośników popłynęła muzyka z dawnych lat, wyłączył CB radio.
- Mam nadzieję, że muzyka wam się spodoba. Gustuję raczej tylko w takich kawałkach. Możecie mnie nazwać staromodnym.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=kp_bI2vU7dE[/MEDIA]

Ray Charles. Można powiedzieć, że klasy. Dobra do takiej jazdy, choć osobiście Murphy wolał coś bardziej szybszego i rytmicznego. To jednak mogło ujść w tłoku. Murphy spojrzał się na swoich kompanów i rzucił:
- To co was podkusiło by zgłosić się do tego - proste pytanie padło

- Może być - skwitował Edward, słysząc muzykę. Pomyślał chwilę, a następnie zwrócił się do Murphy’ego - Dacie fajka, panie Murphy?
- Ciekawość - Candle wzruszył ramionami, odpowiadając na zadane chwilę później pytanie - A także finanse. A co ciebie tam goni, Murphy?
- Kasa. Robota mi się skończyła a za coś trzeba żyć..- odparł spokojnie - Co do fajka to nie wiem czy Rich będzie szczęśliwy, że mu tu palić będziesz
- padło krótkie stwierdzenie.

- Rich...? - Candle podrzucił talię w dłoni, karty śmigały między jego długimi palcami tworząc rozmazaną szarą smugę - Uchylę okno.

- Widzę więc, że dla żadnego z nas nie ma innej wartości poza pieniędzmi – zaśmiał się delikatnie i krótko, jakby zakpił. - A tak poważnie, to autko wymaga kilku napraw. Jak teraz wyłożę oszczędności to przez najbliższe dwa miesiące będę musiał zbierać deszczówkę i jeść piasek – znów się uśmiechnął do siebie, tym razem szczerze.
- Szybki zastrzyk gotówki się przyda. A jak los będzie sprzyjał to może też jakąś kobietkę wyrwę. Kto wie, kogo spotkamy - zamilknął na chwilę. - O paleniu w aucie zapomnij, klienci się skarżą. Sam w nim - Jedyna sztuczka jaką znam, to znikające piwo – zażartował. Prowadził auto powoli, spokojnie, ciesząc się, że ominą go godziny szczytu i kilometrowe korki. Co jakiś czas rzucał spojrzenie na lusterko obserwując Candle'a. Zabawa z kartami potrafiła być hipnotyzująca.
- Niedługo powinniśmy dojechać.
i wylewam na siebie litry wody kolońskiej by nie śmierdzieć.


- No dobra. - Candle zamilkł, ale tylko na moment -[i] Cóż, jak mówiłem, jestem też bardzo ciekawy. W każdym razie, liczę na przygodę. Na trochę mocnych wrażeń.
Pogrzebał chwilę w plecaku, i wyjął z niego aparat fotograficzny. Odpalił urządzenie i sprawdził stan karty. Była pusta. Szesnaście gigabajtów do zapełnienia. Zastanowił się, czy gdyby cyknął fotkę Murphy’emu, ten rozwaliłby mu aparat. Przez chwilę chęć igrania sobie z tym zakapiorem i możliwość czerpania z tego radości, walczyła ze zdrowym rozsądkiem. Po chwili jednak zrezygnował z tego pomysłu. Żałował, że nie zajarał przed podróżą.
Sprawdził jeszcze poziom baterii w aparacie, i widząc, że jest to sto procent, wyłączył urządzenie i pieczolowicie umieścił je w plecaku.
- Widzieliście kiedyś jakiś mój występ? - zapytał ostrożnie - Lubicie iluzję?
Co prawda Murphy wyglądał dla niego na zbyt wielkiego sztywniaka, żeby interesował się czymś tak mało poważnym jak sztuczki magiczne, ale ten drugi, Richard, wydał mu się nieco bardziej otwarty.

Murhpy odwrócił się w kierunku Candle’a i obserwował go z uwagą. Był ciekaw co ten cwaniaczek wymyślił. Choć nie interesował się magią, iluzją i tego typu bzdetami to był ciekaw. Po prostu, chciał się przekonać czy Candle się zbłaźni czy jednak ma jakiś dar, dany mu przez Boga.

- Jedyna sztuczka jaką znam, to znikające piwo – zażartował. Prowadził auto powoli, spokojnie, ciesząc się, że ominą go godziny szczytu i kilometrowe korki. Co jakiś czas rzucał spojrzenie na lusterko obserwując Candle'a. Zabawa z kartami potrafiła być hipnotyzująca.
- Niedługo powinniśmy dojechać.

- Jest taki prosty trick z kartami, nic specjalnego, no ale - rozłożył talię i spojrzał na Murphy’ego - Wybierz kartę
Ten wyjał niespecjalnie przekonany o celowości tej zabawy.
Candle, ze zwykłym namaszczeniem i zakrawają o parodię powagą, nakazał włożyć kartę z powrotem w talię. Całość przetasował, i rozłożył raz jeszcze, tworząc szeroki wachlarz. Wszystkie karty skierowane były przodem do Murphy’ego.
- Czy twoja karta tam jest? - zapytał z uśmiechem.

Murphy siedział bokiem więc widział tylko połowę tego co robił Candle. Ten siedział z tyłu wiec miał szersze pole do popisu. Karty, które mu pokazywał Candle..tak znalazł w niej swoją. Pokiwał głową że tak.

Candle zaczekał, aż lustrujące wachlarz kart oczy Murphy’ego zmniejszą powierzchnię tęczówek. Był to niezawodny znak, iż “Cel” dostrzegł swoją kartę i czuje się bezpieczny w swoim przekonaniu. A także, że przestaje patrzeć uważnie. Uśmiechnął się lekko, i rzucił talię kart na siedzenie za fotelem kierowcy, sam wciskając się w lewe drzwi, żeby Murphy miał dobry widok na talię, która teraz w nieładzie leżała na fotelu. Karty porozsuwały się na wszystkie strony, kilka spadło nawet pod fotel… Ale cóż, wszystkie te karty leżały topem do góry, za wyjątkiem jednej. Asa pik. Candle uśmiechnął się raz jeszcze, niemalże przepraszająco i machnął ręką.
- Jak się bawiłeś? - zapytał.

“Jak dziwka podczas ciąży” - chciał odpowiedzieć Murphy lecz tylko wzruszył ramionami.
Koleś był zręczny i to się McManusowi podobało lecz to było za mało by mu zaimponować. Inne wartości oboje przedstawiali i reprezentowali.

-Hudinim nie zostaniesz, ale laski możesz wyrywać na to- skwitował z uśmiechem

- Domyślam się, że w twoich ustach to jest komplement - Candle schylił się i zręcznie pozbierał karty. - Sorki, po prostu mi się nudzi.
Nie chciał ryzykować innych, bardziej wymagających sztuczek. Nie było potrzeby, a ci z przodu nie wyglądali na takich, którym łatwo można zaimponować. Nic dziwnego, zważywszy, że pokazał im najprostszą do wykonania sztuczkę…
No, ale Murphy się uśmiechnął. Znaczy, przejawia chociaż nikły cień empatii. Candle postanowił się zamknąć na resztę trasy i w milczeniu przetasowywał karty. Asa pik odłożył na bok, a po chwili zastanowienia schował do plecaka.

Richard skupił się na drodze, nie zerkał już na lusterko tak często jak przedtem. Wyjechali z miasta i mógł przyspieszyć.

- Dobra Murphy, siadaj normalnie. Candle, pozbieraj zabawki. Za jakieś 25 minut będziemy. Idealnie by zapalić po raz kolejny.

Podgłośnił radio, z radia popłynęła kolejna melodia. Jechali jeszcze jakiś czas, by w końcu z oddali zobaczyć cel ich podróży. Wyglądało na to, że będą pierwszymi, którzy przybędą na miejsce.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)
valtharys jest offline  
Stary 13-05-2014, 22:35   #6
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych. Co prawda zdarzało się jej otwierać oczy w gorszych miejscach niż wygodne łóżko z satynową pościelą, lecz nie o komfort mebla tu chodziło. Coś zdecydowanie było nie tak. Półprzytomna próbowała pozbierać myśli, znaleźć źródło problemu. Pogrążony w resztkach koszmaru umysł działał powoli i opornie, nie chcąc podjąć współpracy bez uprzedniego roztrząsania szczegółów snu. Te, choć realne i niepokojące, szybko rozwiewały się, zapadając w mglistą otchłań niepamięci, wypychane rosnącym uczuciem dyskomfortu. Próbowała poruszyć palcami u stóp, te jednak pozostały głuche na jej rozkazy. Przestraszona uniosła się odrobinę, zezując na swoje nogi, a przez jej głowę przemknęły dziesiątki niezbyt przyjemnych wniosków - od nagłego nocnego paraliżu, po wizję maniakalnego sadysty, który zakradł się pod osłoną ciemności i pozbawił ją dolnych kończyn. Przyczyna problemu okazała się jednak niegroźna, a widok winowajcy nawet dziewczynę ucieszył.

-Ochłap zejdź ze mnie - ziewnęła, próbując zepchnąć z siebie olbrzymie psisko, leżące bezwstydnie w poprzek łóżka i gwiżdżące na to kogo akurat przygniata swoimi gabarytami. Płowy mastif angielski otworzył jedno oko i z wyrzutem raczył przesunąć się odrobinę, uwalniając jej nogi spod ciężaru słusznych stu kilogramów. Drugi pies w tym czasie skorzystał z okazji i rozprostował grzbiet, układając łeb na zwolnionej poduszce, jak gdyby nic wyjątkowego się nie działo i miał do tego wszelkie prawa.


Dziewczyna westchnęła ciężko wiedząc, że o dalszej drzemce może sobie co najwyżej pomarzyć. Bestie nie dadzą łatwo za wygraną, a ona nie miała serca siłą wywalać ich na podłogę. Doskonale zdawała sobie sprawę, że to wszystko jej wina. Uczyła je spać w łóżku od szczeniaka, nie miała więc im za złe takiego zachowania. Kochała oba czworonogi i jeśli ceną za ich obecność musiał być ból pleców i niewyspanie cóż...mogła ją płacić każdorazowo, gdy tylko nocowała u Daniela.

-Mam przed sobą ciężki dzień i pół kraju do przejechania. Weź to pod uwagę, chociaż tak trochę - starała się przemówić do psiego rozsądku i empatii, lecz równie dobrze mogła próbować dyskusji o kursie funta irlandzkiego. W ramach zadośćuczynienia wielki jęzor przejechał po jej twarzy, pokrywając skórę śliną od koniuszka brody po czubek czoła, po czym ciężki łeb wylądował na podkulonych nogach. Z drugiej strony natomiast usłyszała głośne chrapanie, którym Paco oznajmiał jak bardzo jest zajęty spaniem i co za tym idzie, nie docierają do niego żadne logiczne argumenty.

- Słowo honoru, oddam was chińczykom jako cielęcinę w pięciu smakach - rzuciła groźbą, lecz powagę słów psuła czułość z którą je wypowiedziała.
Wstała z łóżka i na sztywnych nogach przeszła powoli do łazienki, przytrzymując się ścian. Zdrętwiałe kończyny dawały o sobie znać przy każdym kroku. Skurcze i nieprzyjemne mrowienie atakowały ją gdy tylko unosiła i opuszczała stopy, zmieniając krótką trasę w spacer paralityka. Tupiąc i podciągając palce ku górze, rozchodziła w końcu zastałe mięśnie. Wymagało to zrobienia dwóch kółek pomiędzy brodzikiem a drzwiami, alby było warto. Stojąc już pewniej i stabilniej, mogła zacząć przygotowania do podróży. Szybki prysznic, make-up, przyszykowane dzień wcześniej ciuchy - plan wykonała ekspresowo, nie chcąc marnować więcej czasu niż to absolutnie konieczne. Pogłaskała jeszcze na pożegnanie oba brytany, po czym z plecakiem w dłoni opuściła sypialnię. Cicho niczym złodziej przeszła przez korytarz, dziękując w duchu za puchaty dywan tłumiący odgłos kroków. Stąpając ostrożnie zeszła po schodach, pamiętając by pominąć skrzypiący niemiłosiernie stopień, ten trzeci od góry. I już myślała, ze udało się jej wymknąć niepostrzeżenie, gdy usłyszała ciche chrząknięcie.

-Wynosisz coś cennego, że się tak skradasz? - głos Daniela doleciał do niej od strony salonu. Plan nie wypalił, zresztą powinna się spodziewać, że ten dupek nie puści jej ot tak, bez wcześniejszego pożegnania. Gdy chciał, potrafił być naprawdę upierdliwy. Złościło to ją koszmarnie, ale w głębi duszy wiedziała, że chce dla niej jak najlepiej. Praca w policji wyrobiła w nim paskudny nawyk czarnowidzenia i pakowania całej rodziny do worków na zwłoki, gdy tylko ktoś nie odpowiadał na smsy, albo nie odbierał telefonów...a ona zawsze miała problem z obiema tymi czynnościami...
Odetchnęła zrezygnowana i poczłapała normalnym krokiem w jego kierunku. Jednak nie ominie jej odprawa i zawsze ta sama pouczająca gadka o niebezpieczeństwach, dobrym prowadzeniu się, oraz pilnowaniu przede wszystkim własnej skóry.
- Cześć, nie chciałam cię budzić. Słyszałam jak wracasz nad ranem - powiedziała, stając w progu.


Powód jej złego nastroju siedział spokojnie na kanapie, dzierżąc w dłoni kubek kawy i zerkając na dziewczynę znad gazety.
- Na stole masz prowiant - mruknął, mrużąc podkrążone oczy i wrócił do przerwanej lektury.

Zaciekawiona przeszła przez pokój i zajrzała do kuchni, by po chwili parsknąć cichym śmiechem. Na blacie leżały kanapki, opakowane srebrną folią i zamknięte w przeźroczystej torebie na dowody. Skubana miała nawet oznaczenia głównej komendy dublińskiej policji.
- Naprawdę? - spytała, nie mogąc opanować szerokiego uśmiechu - Jeszcze ktoś pomyśli, że zwinęłam je w miejsca zbrodni, okradając państwo i jakiegoś martwego frajera.

- Solidny plastik, porządne zapięcie strunowe. Możesz używać plecaka jako poduszki, albo walnąć nim kogoś w łeb. Ubrania się nie pobrudzą, ani nie prześmiardną rybą - mężczyzna odparł tonem wyjaśnienia, upijając łyk kawy - Majonez, łosoś i ogórek, o ile dobrze pamiętam.

- Jesteś kochany - wyburczała w podziękowaniu, ładując jedzenie do bocznej kieszeni plecaka. Nawet pamiętał co lubi…

- I jeszcze jedno - wstał z kanapy, uprzednio składając pedantycznie gazetę na pół i odkładając ją na stolik. Dziewczyna jęknęła w duchu, szykując się na dłuższy monolog. O dziwo zamiast zacząć zwyczajową gadkę, Daniel wyciągnął zza pleców małe, czarne pudełeczko obwiązane niebieską wstążką - Dupy nie urywa, ale w razie problemów da ci czas potrzebny na wezwanie pomocy - westchnął, wciskając w drobne dłonie prezent. Odpakowała go prędko, a jej oczom ukazał się paralizator, leżący grzecznie na piankowej wyściółce.

- Nie idę na wojnę. Wiesz o tym, prawda?- spytała, choć było to pytanie retoryczne. Miała jedynie nadzieję, że sprzęt nie został “zarekwirowany” jakiemuś patrolowemu krawężnikowi.

- Znam cię, Erin - nie patrząc na sprzeciw odebrał od niej plecak i zarzucił go na własne ramię - Chodź, podrzucę cię kawałek

-A nie powinieneś się przespać chociaż z pół godziny?

-Sen jest dla jednostek słabych - brunet parsknął przez nos, uśmiechając się wyjątkowo paskudnie. Dziewczyna wzdrygnęła się odruchowo i ze ze szczerego serca zaczęła współczuć wszystkim jego podwładnym.
Czekał ich bardzo ciężki dzień.

***
Pozbywszy się swojego nadzorcy, Erin szybko znalazła inny środek transportu. Uwielbiał jeździć stopem i posiadała doświadczenie w łapaniu okazji do darmowej podwózki. Myk polegał na tym, by wyglądać niegroźnie i broń boże wulgarnie. Zbyt wyzywający ubiór kojarzył się jednoznacznie, a przecież chciała dojechać do celu w jednym, niezgwałconym kawałku. Niepotrzebne komplikacje po drodze jedynie by ją opóźniły. Co jak co, ale nie chciała się spóźnić. Szanowała czas innych ludzi, wymagając tego samego od nich. Przez brak punktualności zakończyła już niejedną, dobrze zapowiadającą się znajomość.
Szczęście uśmiechnęło się do niej już na starcie. Trafiła na młodego studenciaka, wracającego do domu po egzaminach. Chłopak był całkiem miły, choć nie do końca w jej typie. Najważniejsze jednak, że mieszkał w Tuam. Stamtąd miała przysłowiowy rzut beretem do Lough Corrib, to wystarczyło. Przez kilka godzin oboje wymieniali się dowcipami i zabawnymi anegdotkami z życia i, nim Erin zdążyła na dobre ochrypnąć od śmiechu, znaleźli się w małym, spokojnym miasteczku. Pożegnała się, obiecując że kiedyś go odwiedzi, po czym ruszyła na piechotę wzdłuż szosy.

***


Czerwone autko pojawiło się na horyzoncie akurat w momencie, w którym nogi dziewczyny powoli acz nieubłaganie zaczęły domagać się o odpoczynek. Siedząca za kierownicą blondynka tryskała takim entuzjazmem, że aż ją zatkało.
- Nareszcie jakaś przyjazna dusza! Bóg mi świadkiem, nienawidzę sama podróżować, a jazda z tym nicponiem - kobieta ruchem głowy wskazała na tylne siedzenie, gdzie dziecko XXI wieku z otwartymi ustami, podskoczyło na siedzeniu, mocniej przyciskając guziki, jak by ten gest i ruch miał pomóc jego postaci poruszającej się na niewielkim kolorowym wyświetlaczu - To nawet gorzej niż jazda samemu.

Coś za dobrze mi idzie - pomyślała, pakując się na przednie siedzenie.

-To dokąd pani zmierza ? - zapytała blondynka, gdy Erin już stosunkowo wygodnie umieściła wielki plecak w nogach swojego siedzenia, a sama dopasowała się do pozostałego miejsca z ulgą przyjmując możliwość wypoczynku dla twoich stóp. - Na imię mam Briana ale możesz mówić mi Bri , a to grzeczne dziecko na tylnej kanapie to Nathan - Dodała ostrożnie wracając na drogę.

- Jaka tam pani, Erin jestem - uśmiechnęła się z wdzięcznością, otwierając okno - Dzięki, że mnie zabraliście. Idę od paru godzin i już dłużej nie dałabym rady. Kto by pomyślał, że to jezioro jest tak daleko? Na mapie wyglądało na mniejsze.

- Jezioro? Jedziesz nad Lough Corrib - Bri nie odrywała wzroku od jezdni przed sobą.

- Na to wygląda. Naczelny stwierdził, że skoro dostałam urlop to przy okazji mogę przesłać mu coś o miejscowych aktrakcjach i zabytkach. W końcu i tak będę się włóczyć, więc co mi szkodzi? - Erin pokręciła głową, bolejąc nad głupotą szefa.

- Pracujesz w gazecie?

-The Irish Times, jestem dziennikarką. Chcąc nie chcąc, piszę przewodnik turystyczny po miejscach w Irlandii wartych odwiedzenia. Loch Corrib to podobno wyjątkowo uroczy obszar. Jego nazwa wzięła się od nawigatora Orbsena Mac Alloida, nazywanego Synem Morza...wybaczcie, czasem nie panuję nad słowotokiem. Taki zawód- wskazała leżący na jej kolanach aparat, po czym zmieniła gładko temat - A co wami, czyżby wakacje nad wodą?

- Zgłosiłam się na jakiś śmieszny eksperyment - Blondynka za kierownicą parsknęła, po czym nagle spoważniała - W sumie dobrze się to w czasie złożyło, bo no niedobrze zaczęło się dziać...i dlatego musiałam wziąć ze sobą syna.

Dziewczyna uśmiechnęła się szczerze, po raz kolejny nie mogąc uwierzyć we własny fart.
-Neil O’Maley? - spytała jedynie, na co jej towarzyszka zacieszyła się okropnie i sięgnęła do schowka pasażera. Szybko jednak zorientowała się jak niebezpieczne co robi. Włączyła kierunkowskaz i zjechała na pobocze. Dopiero będąc w bezpiecznym miejscu wyciągnęła znajomo wyglądającą mapę.
- Co cię skłoniło do wzięcia udziału w tej zabawie? Wyglądasz na osobę twardo stąpającą po ziemi - Erin zadała kolejne pytanie, gdy ponownie ruszyli.

- A tam, tak jakoś wyszło - zerknęła przez ramię na siedzącego z tyłu syna i potarła palcem ślad po obrączce. Dziennikarka nie potrzebowała nic więcej. Powtórzyła gest Bri, po czym uniosła rękę do twarzy, rozmasowując nieistniejącego siniaka. Patrzyły chwilę na siebie w ciszy.
- Wiesz co? Wstąpmy gdzieś na kawę. Nigdy tu nie byłam, ale z chęcią rozprostuję nogi. Nie jestem dobrym kierowcą, nie potrafię się skupić na gadaniu i prowadzeniu. Usiądziemy, pogadamy chwilę nim zacznie się cała zabawa.

-Jasne,dobry pomysł - Erin przytaknęła. Chciało się jej palić, a dzieciaka truć nie zamierzała - Niedługo powinna być stacja beznynowa, przynajmniej według znaku cośmy go minęły…

-To tam był jakiś znak?
 
__________________
Jeśli w sesji strony tematu sesji przybywają w postępie arytmetycznym a strony komentarzy w postępie geometrycznym, prawdopodobieństwo że sesja spadnie z rowerka wynosi ponad 99% - I prawo PBFowania Leminkainena

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 14-05-2014 o 10:08.
Zombianna jest offline  
Stary 14-05-2014, 17:38   #7
 
Tiras Marekul's Avatar
 
Otwarte okno na noc sprawiło, że rankiem wewnątrz pokoju panował przyjemny chłód. Ptaki już dawno zaczęły ćwierkać, kilka owadów wleciało do pokoju bzycząc nieznośnie. Richard leżał na łóżku przykryty od pasa w dół. Leniwie otworzył powieki, odkleił policzek od zimnej poduszki i rzucił okiem na elektroniczny zegarek stojący na szafeczce nocnej – wskazywał 8:36. Po raz pierwszy od bardzo dawna mógł pospać odrobinę dłużej, nie zrywając się z powodu wrzeszczącego budzika sygnalizującego, że czas do pracy. Odwrócił się na plecy czując przyjemny chłód prześcieradła. Wokół lampy zwisającej z sufitu centralnie na środku pokoju latały dwie tłuste muchy, chaotycznie wirując co jakiś czas w bzyczącym tańcu. Zza okna dobiegały dzięki przejeżdżających samochodów, zmierzający do pracy ludzie maszerowali rytmicznie bijąc o chodnik.

Poranny prysznic odświeżył jego zaspany umysł - jak co rano zresztą. Codzienny rytuał pozostał jednak ten sam. Biały podkoszulek i taka sama koszula włożone w jasnoniebieskie dżinsy ściągnięte czarnym, skórzanym paskiem. Odrobina perfum o intensywnym zapachu w okolicę szyi po poprawieniu zarostu nie zaszkodzi. Włosy zaczesane do góry. Nigdy nie brakowało mu elegancji, nauczył się tego w Nowym Jorku i tak zostało do teraz. Mimo stonowanego kolorystycznie ubioru było w nim coś, co przykuwało uwagę. A może po prostu dbał o siebie...

Niestety trudno mówić o dbaniu o mieszkanie. Panuje w nim artystyczny nieład - jak to Richard zwykł mawiać. Nie lubił robić porządków, nigdy nie miał na to czasu. Butelki po napojach ulokowane na stoliku w salonie lub wokół laptopa, zdawało się, były standardem. To samo niepozmywane naczynia w zmywarce czy brudne ubrania na podłodze. Jedyne o co dbał, to by mieć w co się ubrać. Raz w tygodniu przychodził czas na drobne ogarnięcie tego wszystkiego, jednak zwykle kończyło się to na włączeniu zmywarki i pozbieraniu ubrań oraz wypraniu ich oraz oporządzeniu by były gotowe na resztę tygodnia. W życiu Richarda brakowało kobiety, która pomogłaby mu ogarnąć to wszystko.

Spakował się poprzedniego dnia. Wyprał potrzebne ubrania, wyprasował i umieścił w torbie zawieszanej na ramię. Była dość pokaźnych rozmiarów by mogła pomieścić wszystko co potrzebne. Trzytygodniowy wyjazd wymagał jednak pewnego nakładu pracy, by wszystko mogło pójść sprawnie. Kilka par spodni, kilka koszul w różnych tonacjach (od gładkich po dwie hawajskie), pasujące do koszul podkoszulki i t-shirty. Kilka bluz, kurtka na deszcz i oczywiście bielizna. Kosmetyki spakował dopiero po porannej toalecie nie zapominając o niczym. Wziął też rewolwer ojca i 24 pociski, który wcisnął w ręcznik oraz ładowarkę do telefonu. Ostatni raz rzucił okiem na mieszkanie i wyszedł.

Samochód stał na parkingu przed kamienicą. Richard starł z dachu kilka liści i wyciągnął ulotkę wciśniętą za wycieraczkę. Auto stało w cieniu więc nie nagrzało się wewnątrz. Przyjemny zapach odświeżacza powietrza idealnie maskował zapach papierosów które Richard palił w przerwach. Odpalił samochód, niebieska Honda Civic rozbrzmiała szczęśliwa. Zegarek na desce rozdzielczej wskazał godzinę 9:28.
- Cześć. Podjadę po Ciebie za jakieś 10 minut – powiedział Richard przez telefon do Murphy'ego. - Musze jeszcze podjechać kupić zapas papierosów.
- Nie ma problemu, będę czekał – odpowiedział mu McManus.

Taksówkarz uwinął się bardzo szybko i chwilę później zgarnął Murphy'ego z ulicy. Kupiona rakieta fajek wylądowała w torbie. Droga przebiegła w milczeniu, było za wcześnie by gadać. Towarzystwo ożywiło się dopiero po zgarnięciu drugiego pasażera, pokazującego magiczne sztuczki w niezbyt dogodnych warunkach. Być może były one dobre, jednak Vance skupiał się bardziej na drodze niż na wyczynach magika z odbicia w lusterku. Po wyjeździe z miasta Richard przyspieszył, droga była pusta i można było trochę wycisnąć. Niespełna godzinę zajęło im dojechanie do celu. Niepozorny samochód, który wydawać by się mógł stary, na swój sposób mknął po szosie niczym diabeł wcielony. Stare melodie przygrywały komponując się z niezbyt licznie zamieszkanym terenem, urozmaicając podróż.
 
__________________
Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn.
Tiras Marekul jest offline  
Stary 20-05-2014, 00:18   #8
 
Nimitz's Avatar
 
Marek “Mark” Czyżewski


Dziewczyna słysząc, potok pytań wypływający z twoich ust jedynie roześmiała się życzliwie, za razem przechodząc na rozmowę w języku angielskim
- Easy there cowboy! - mimo, że zdanie było zwrotem typowo amerykańskim, dialekt, którym posługiwała się dziewczyna zdawał się, przynajmniej dla niewprawionego ucha, być czystym, brytyjskim RP.

- Po kolei: Tak, Nie, oraz urodziłam się w Luton, większość życia spędziłam w Londynie, a niedawno przeniosłam się do Ennis. Co do mojego języka...cóż moja matka była polką, dlatego z ciekawości postanowiłam się podjąć nauki tego języka. - wyrzuciła z siebie dziewczyna wyraźnie dużo lepiej czując się jako użytkownik języka angielskiego.
- To jak, jedziesz z nami ? - spojrzała się odrobinę krytycznie na bagaż mężczyzny, a właściwie na jedną z jego części jaką był rower.
- Mam nadzieję, że jakoś się zabierzemy z tym wszystkim. - stwierdziła w zamyśleniu, chowając swojego białego elektryka do czarnej torby upstrzonej wymyślnymi haftami.
- Jak macie miejsce to pewnie, że jadę! Już się zastanawiałem czy by tam rowerem nie dojechać - uśmiechnął się nie tylko w duchu. Dałby radę. Choć ździebko męczące by to było. Zwłaszcza z tym wielgachnym plecakiem. Ale dałby radę…

Dziewczę odpowiedziało uśmiechem, a jej lekko pesymistycznie zabarwiony wyraz twarzy szybko odpłyną w niepamięć.
- Dooobra… - machnęła ręką - Jakoś sobie poradzimy. - spojrzała na zegarek, choć nie jedna osoba uznałaby znalezienie go wśród tych wszystkich błyskotek za wyczyn graniczący z cudem. - Lenny powinien już się pojawić, nie chciałabym jechać w środku upału, a trzeba powiedzieć, że pogoda nie wydaje się “nastrojowa”. - mrugnęła do Ciebie okiem.
- Spoko. Byłaś już tam kiedyś? - uśmiechnął się do niej z takim samym zainteresowaniem z jakim sprzedała mu oczko. Robiło się ciekawie.
Ledwo to pomyślał, zmieniła odrobinę wyraz twarzy, spoglądając ponad nim w stronę drogi Zdążając za jej wzrokiem zobaczył jak niedaleko na parkingu zatrzymuje się ciemno zielony samochód typu terenowego
- Oj Mark, myślę, że warto się ciebie trzymać - powiedziała cicho dziewczyna - Masz szczęście cholera. -dodała jakby nie do końca dowierzając własnym oczom.
Z auta wyszedł wysoki młody mężczyzna, ubrany w lekki szaro-czarny sweter spod którego wystawały mankiety i kołnierz błękitnej koszuli, do tego nosił starannie wyprasowane, fabrycznie wytarte jeansy i tenisówki wykonane z brązowego materiału będącego imitacją skóry. Kątem oka widziałeś, że dziewczyna zamachała do niego.
Chłopak ruszył w waszą stronę zdejmując po drodze przyciemniane okulary. Widać on i panna Nataly musieli znać się już wcześniej, Gdyż podszedł i przytulił dziewczynę, okręcając ją dookoła.
- Kope lat, - odezwał się ciepłym barytonem stawiając ją na ziemi.
- Stanowczo zbyt wiele. - stwierdziła tamta “poprawiając” jego kołnierz. - Ostatni raz jak Cię widziałam, miałeś długie włosy i kilkudniowy zarost. Co oni z Tobą zrobili ? - zaśmiała się, po czym ujęła lewą dłoń Marka przedstawiając mężczyzn sobie nawzajem. - Mark, to jest Lenny, Lenny - Mark
- Cześć Lenny, miło mi cię poznać. - rzekł z uśmiechem do nowo poznanego znajomego i zdaje się ich kierowcy. Szczerze mówiąc jak okazało się, że jest jak zabrać jego rower Polakowi naprawdę ulżyło. Na razie oboje sprawiali raczej pozytywne wrażenie.

Uścisk dłoni mężczyzny był pewny i mocny. Udało ci się uchwycić spojrzenie jakie dwójka wymieniła między sobą, zdawałoby się, że padło jakieś niewypowiedziane pytanie, na które Nataly w odpowiedzi pokazała Lenny’emu mały palec.

- Cóż, widzę, że miałem nosa, co do wyboru samochodu. Zastrzegam jedynie, że jego wielkość nie świadczy o niczym innym jak praktycznym podejściu do nieznanej drogi. zaśmiał się.
Mężczyzna zwany Lennym wziął od ciebie rower, by dobrze umocować go na pace i robiąc krok do tyłu nieopatrznie wpadł na rudą okrąglutką dziewczynę, która pacnęła na chodnik, boleśnie tłukąc sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Po krótkiej chwili przepraszania się wzajemnie poszła dalej w swoją stronę. Gdy tylko wszystkie bagaże zostały umocowane, byliście gotowi do drogi.


Kliknij w miniaturkę


Erin McEringan


Trzy kilometry dalej po prawej stronie drogi zamajaczył znak zjazdu w stronę niewielkiej stacji benzynowej. Koła czerwonego autka zaszeleściły na żwirowym podjeździe, a kobieta odrobinę za ostro i z lekkim poślizgiem zatrzymała się niepokojąco blisko szyby, z naklejonym nań, musztardowo żółtym napisem mówiącym “OBIADY”.

- No, to jesteśmy, pora rozprostować swoje stare kości - stwierdziła wyskakując z auta, a ty zauważyłaś, że zapomniała zaciągnąć hamulec ręczny. Co bądź dalsza podróż zaczynała malować się co raz mniej idealnie.

- Nathan, odłóż wreszcie to tatałajstwo. Oczy sobie zepsujesz i głupszy będziesz ! mruknęła Bri, zabierając chłopakowi zabawkę lecz widząc jak jego twarz przybiera kolor głębokiej purpury, a jego piegi zdawały zlewać się w jedną malowniczo czerwoną plamę podkreślając kolor włosów chłopaka dodała szybko - No już, kupię Ci hamburgera i jakieś frytki. Jak wrócimy do auta będziesz mógł grać sobie dalej. - Zdawało się, że w jakiś sposób ugłaskała tymi słowami kapryśnego rudzielca gdyż powoli wyszedł z auta pierwszy raz zwracając na ciebie uwagę.
Wzrok chłopaka zdawał ocenić Cię od stóp po samą głowę, i jakiś wewnętrzny radar zdawał Ci się podpowiadać, że co jak co, ale określenie “grzeczne dziecko” wobec tego smyka to wyrażenie grubo przekoloryzowany, a szelmowski uśmiech jaki wstąpił na jego twarz gdy tylko jego matka odwróciła się do niego plecami uświadczył cię w tym niespokojnym przekonaniu.

Weszliście do wąskiego pomieszczenia jadalnego wyraźnie wzorowanego na stylu amerykańskim .


- Erin.. - Briana zawiesiła głos na chwile upewniając się po wyrazie twojej twarzy, że na pewno poprawnie zapamiętała twoje imię - Możesz chwilę zerknąć na Nathana ? Skoczę tylko do “pomieszczenia małych panienek” i zaraz wracam. Niech złapie sobie menu i zamówi na co ma ochotę. - zaszczebiotała i nie czekając na odpowiedź pogalopowała stukając obcasami w stronę toalet.

Dzieciak nie wiadomo kiedy zdążył usiąść w jednym z boksów, jednak gdy tylko matka zniknęła z zasięgu radaru, obrócił się w twoją stronę z uśmiechem szelmy przyklejonym do piegowatej twarzy i dłońmi ułożonymi na płasko na zeszycie stanowiącym menu zagaił .
-My to się, jeszcze chyba nie znamy. Na imię mam Nathan - powiedział swoim nie dotkniętym jeszcze mocą mutacji głosikiem dzieciak oblizując palec i wygładzając swoje brwi.
Oczy Erin rozszerzyły się w zdziwieniu pomieszanym z niedowierzaniem. spojrzała się na niego uważnie.
Chłopak odsunął na bok menu i spojrzał się dziewczynie głęboko w oczy.
- Jak będziesz grzeczna, może dam Ci się poczęstować moją frytką. nagle wyprostował się poprawił w siedzeniu i grzecznie przesuwając menu do przodu powiedział z dzikim błyskiem widocznym w jego spojrzeniu. - Poproszę frytki, hamburgera i colę. Czy mogłabyś mi to zamówić proszę ? -ledwo skończył to zdanie na jego głowie spoczęła dłoń z pomalowanymi na niebiesko paznokciami należąca do jego matki. Zdawało się, że dziewczyna była tak skupiona na bredniach jakie wygadywał rudzielec, że nie zdołała usłyszeć głuchego odgłosu obcasów świadczącego o tym, że jego matka wraca z koniecznego spaceru.

- Mówiłam, że z niego jest prawdziwy skarb? - zaśmiała się Briana biorąc menu i siadając koło ciebie.
Siedząc przy kubku odrobinę zbyt słabej kawy ucięłyście sobie pół godzinną pogawędkę, zaspokajając zarówno głód wiedzy jak i ten czysto przyziemny i organiczny, by pełne sił ponownie wrócić na trakt.
Sama podróż mijała dosyć sprawnie, gdyż Briana zdecydowanie ceniła sobie porządną konwersację więcej niż złoto. Wreszcie zjechałyście z głównej drogi, wedle wskazówek jakie przekazał wam doktor O’Maley.

W momentach gdy droga wijąc się opuszczała zagajnik widzieliście jak zachodzące słońce barwi nisko zawieszone, lekkie chmury paletą ciepłych barw mnożąc ten widok przez dwa w spokojnej tafli jeziora. Jedynie natura, mogła stworzyć coś tak idealnego. Nawet pochłonięta tym widokiem Bri, zamilkła na chwilę.


Jechałyście dalej, w pewnym momencie, dosłownie w ostatniej chwili zauważyłaś, że twój kierowca o mały włos, minął by właściwy zakręt. Wreszcie w oddali zamajaczyło światło świadczące o bliskości waszego celu. Zatrzymałyście się, pod ciężką, starą, żelazną bramą widząc zaparkowane na podwórku dwa samochody.

Kliknij w miniaturkę


Dr Jonatan Mc’Avery


- Oh, ma pan tutaj jakiegoś znajomego, rodzinę? - zapytała dziewczyna, na którą nowa twarz działała najwyraźniej jak nektar na pszczołę. Wprawnie nalała chłodny, ciemnobursztynowy napój do wysokiej szklanki i postawiła go przed mężczyzną na tekturowej podkładce.
Czas mijał, lecz o tej porze czy też po prostu tego dnia najwyraźniej nikogo nie ciągnęło do odwiedzenia pubu. Mężczyzna, który posilał się przy stoliku opodal opuścił lokal niedługo po tym jak dokończył swój posiłek, a dziewczyna od czasu do czasu zagajała do Ciebie życzliwie.
Wreszcie przez brudne, wychodzące na zewnątrz okno zauważyłeś jak opodal przystanku, z którego wysiadałeś z autobusu podjeżdża czarny chevrolet, pasujący opisem do tego, jakim miał przyjechać Neil.
Rzeczywiście nie minęła długa chwila gdy twój telefon zabrzęczał znaną ci melodię.



- Panie Mc’Avery ? Ja już jestem na miejscu, czekam opodal przystanku, przy którym byliśmy umówieni. - usłyszałeś po drugiej stronie znajomy już głos.
Doktor ucieszył się na wieść, że już jesteś i wyraził nadzieję, że nie musiałeś czekać na niego zbyt długo. Widziałeś jak mężczyzna wychodzi na zewnątrz i oparłszy się o samochód oczekuje cię.
Zapłaciwszy rachunek wyszedłeś.

- Neil O’Maley - przedstawił się wyciągając dłoń w twoją stronę, mimo, iż prawdopodobnie domyślał się, że jesteś świadomy z kim masz do czynienia.


Jego uścisk był twardy i pewny, a dłoń mimo pracy za biórkiem, zdawała się być szorstka.
- Cieszę się, mogąc wreszcie pana poznać osobiście. - uśmiechnął się życzliwie. - To co, ruszamy? Cóż, wybaczy mi pan pośpiech, ale już nie mogę się doczekać momentu, gdy wszystko będzie na swoim miejscu. Możemy porozmawiać po drodze. - zaproponował samemu kierując swoje kroki w stronę auta.

Kliknij w miniaturkę


Richard Vence, Murphy Mc’Manus, Edward Mc’Coy



Wasz instynkt was nie zmylił. Rzeczywiście, po dosyć długiej drodze wśród lasu, kilka dłuższych chwil od momentu gdy wskazówka zegara wskazała południe, wyjechaliście na bardziej rozległą przestrzeń, a niewiele dalej, z daleka wyglądający jak przycupnięta, zaglądająca w toń jeziora pokraka stał cel waszej podróży. Richard , zwolnił do minimum, uważnie jadąc nieuczęszczaną drogą, by nie uszkodzić swojego cennego pojazdu.
Wjazd na posesję zagrodzony był za pomocą starej żelaznej bramy. Mężczyzna wyłączył silnik wychodząc powoli z auta, pozostała dwójka ruszyła w jego ślady.
Przesuwana brama jęknęła z niezadowoleniem nieoliwionych od długiego czasu zawiasów. Weszliście na bujnie zarośnięty chwastami trawnik.

Z bliska budynek zdawało się, że wyglądał jeszcze gorzej, nie tylko ze względu na czas, który w nieubłagany sposób przez lata odbił na nim swoje piętno.

***

Szara, tynkowa elewacja pękała tworząc na ścianach wzory podobne tym, jakie w żywym organizmie tworzą ukryte pod skórą żyły, doprowadzające odżywczą krew do każdego zakamarka ciała. Okna domu przypominały martwe oczy, ciemne i wpatrzone w pustkę, z łzawymi śladami jakie przez lata utworzyły się od deszczu pod każdym z parapetów.
Od strony jeziora porośnięty był on winoroślą, tak ciasno, że miejscami można było stracić pewność, czy to roślina zachłannie go obejmując wspina się po jego ścianach, czy też budynek stara się wchłonąć jej powykręcane pnącza.Z różnych kątów domu spoglądały w milczeniu na przybyłych oczy groteskowych, kamiennych rzygaczy.


Sam budynek, nawet dla niewprawnego oka, poza jednolitością bryły zdawał się prezentować całkowicie przypadkowe połączenia wszelkich stylów znanej architektury. Jakby nieożywiona alegoria monstrum, przeniesiona została w to oddalone od świata miejsce wprost z kart powieści Mary Shelly.

Również przyroda otaczająca posiadłość była podupadła. Kwiaty i trawa trawione były przez chwasty, żywopłot ciągnący w obie strony od samej bramy obwiodły i zżółkły mimo takiej bliskości wody. A nad wszystkim, w czymś co zapewne było niegdyś samym sercem ogrodu, górowało wielkie obumarłe drzewo wyciągając swe poskręcane konary w stronę nieba, jakby tam właśnie szukało pomocy, która nigdy nie nadeszła.



Chwilowe zamyślenie w jakie wprowadził ich wygląd tego miejsca przerwał mocniejszy powiew wiatru od strony jeziora. Dopiero teraz, zauważyli, że o ścianę tuż przy krótkich schodach prowadzących do wejścia, stoją oparte dwa rowery, a same drzwi są lekko uchylone.
 

Ostatnio edytowane przez Nimitz : 20-05-2014 o 09:47.
Nimitz jest offline  
Stary 21-05-2014, 15:18   #9
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Przerwa w podróży dobrze Erin zrobiła. Co prawda zachowanie nastoletniego rudzielca mocno ją zdziwiło, lecz nie takie rzeczy przecież w życiu widziała. Dobrze, że Bri pojawiła się w porę, nim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć mu jakimś sprośnym dowcipem. Nie chciała zrażać do siebie blondynki. Choć pierdołowata i roztrzepana ponad wszelką miarę, Biranne miała w sobie coś, co sprawiało że nie dało się jej nie lubić.

Chwilę poplotkowały o niczym, atakując zawzięcie wielkie i niezdrowe buły z mięsem, po czym Erin zapłaciła za siebie i wyszła na zewnątrz. Pogadać na bardziej nurtujące tematy nie mogły, nie przy Nathanie. Dzieciak w końcu przyjechał tu odpocząć od problemów, a nie wałkować je po raz kolejny w swojej małej głowie. Zasługiwał na spokój i chwilę radości, niezmąconych przez widmo domowego piekiełka.

Zrobiła kilka kółek po parkingu, ignorując doskwierające pęcherze na stopach. Bez ciężkiego plecaka chodziło się jej o wiele przyjemniej, a na pewno lżej. Nagle przystanęła, zaczynając nerwowo przetrząsnąć kieszenie. Przykucnęła na chodniku, wywalając na beton paczkę papierosów, garść zapalniczek, kilka papierków po cukierkach i pomiętych rachunków. Znalazła nawet używaną gumę do żucia, lecz to nie jej szukała. Uspokoiła się dopiero, gdy w jej dłoni pojawił się niewielki czarny prostokąt z logiem Samsunga. Spokój jednak nie trwał długo. Wystarczyło zerknąć na ilość nieodebranych połączeń, których większość wykonano z numeru zapisanego jako Gestapo. Szybko odblokowała ekran i z książki kontaktów wybrała numer Daniela. Odpalając fajka wybrała opcję wysyłki smsa i zaciągając się głęboko napisała krótką wiadomość.

"Żyję.Nikt mnie nie porwał, ani nie przejechał.Za godzinę dotrę na miejsce. Bez odbioru."

Szczęśliwa zaczęła pakować swoje klamoty na powrót do kieszeni. Przynajmniej zażegnała problem nagłego pojawienia się oddziału antyterrorystów lub, co gorsza, Daniela we własnej osobie. Z dwojga złego wolała już antyterrorystów. Działali zawsze według norm, zasad i rozkazów, czego nie mogła powiedzieć o tym jełopie. Nikt nie mógł być w stu procentach pewien, co mu się roi pod kopułą i jakie ma to konsekwencje dla otoczenia.
Spełniwszy swój święty obowiązek oparła się pośladkami o maskę samochodu, patrząc na swoje odbicie w szybie restauracji i nie mogąc powstrzymać zadowolonego uśmiechu. Wyrazisty, mocny makijaż kontrastował z bladą skórą, podkreślając kolor oczu, a raczej niebieskich szkieł kontaktowych. Oczy były jedyną rzeczą, której w sobie nie lubiła. Jedno jasnoszare, drugie bladobłękitne - różniły się od siebie wyraźnie, zwracając zbyt dużo uwagi.
Proste, ogniście rude włosy z zaczesaną na bok grzywką niby nie wymagały jakiejś szczególnej uwagi, lecz pęd powietrza z otwartego w samochodzie okna zrobił swoje. Naprędce przeczesała je palcami, przywracając do pierwotnej formy.
Erin zawsze należała do tych kobiet, które nie musiały zadzierać wysoko głowy by móc spojrzeć rozmówcy w oczy. Przy swoim wzroście 178 cm mogła stanąć obok większości ludzi bez poczucia dyskomfortu, towarzyszącemu karyplom i krasnalom wszelkiej maści. Mimo pociągu do nocnego szturmowania lodówki udawało się jej zachować szczupłą sylwetkę dzięki regularnym wizytom na basenie i conocnemu ganianiu po parku.
Ubranie na podróż wybrała niespecjalnie kobiece, za to wygodne i wielofunkcyjne. Miała na sobie krótką ramoneskę z lewym pagonem nabitym ćwiekami który na potrzeby podróży rozpięła by móc wygodniej nieśc plecak, czarną damską bluzkę-bokserkę ze znanym i lubianym białym nadrukiem nalepki od Jacka Danielsa, krótkie jeansowe spodenki i martensy w kolorze butelkowej zieleni. Jej jedyną biżuterią były dwa naszyjniki: wypolerowane, hebanowe koraliki na długim rzemieniu i mosiężny łańcuszek z pogańskimi symbolami ludów zamieszkujących głęboką dzicz Afryki. W teorii miały okiełznać jej charakter i przypominać o tym co w życiu najważniejsze, w praktyce stanowiły zwykłą pamiątkę, której nie miała serca posłać do kosza.
- Napalona? - z zamyślenia wyrwał ją wesoły głos Bri. Przytaknęła głową, parskając śmiechem. Blondyna jakby nie zauważając na dwuznaczność zadanego pytania zapakowała wszystkich do samochodu i ruszyła w dalszą drogę, omijając co większe dziury w jezdni.


***



-No to nie jesteśmy pierwsze - Erin westchnęła, wyciągając szyję by móc dojrzeć zaparkowane przed budynkiem samochody i ich pasażerów - Jak myślisz, mocno się spóźniłyśmy?

- Wiesz, wydaje mi się, że w ogóle. Mieliśmy podany dzień, kiedy trzeba było tutaj dotrzeć, nie godzinę. -Uśmiechnęła się ukazując swe krzywe uzębienie.

-Tak? No popatrz - dziewczyna zamyśliła się, próbując przypomnieć sobie dokładną treść notatki otrzymanej od doktorka. Niby ją czytała, nawet dwa razy, ale skupiła się tylko na wyłapaniu konkretnych informacji takich jak miejsce i data. Po co zaśmiecać sobie głowę zbędnymi pierdołami? Odchrząknęła głośno i kontynuowała swoją wypowiedź niskim, złowieszczym głosem, zarezerwowanym do opowiadania strasznych historii przy ognisku.
-I tak oto grupa śmiałków dotarła na miejsce swego przeznaczenia. Biedni głupcy, nie wiedzieli co ich czeka. Gdyby tylko podejrzewali...z miejsca ruszyliby w drogę powrotną, dziękując Bogu za szansę… - zamilkła i dodała już normalnie - Ciekawe kto jeszcze pokusił się na tą zabawę, co? Jakby co trzymamy się razem i unikamy maniaków z nożami.

Jakby w odpowiedzi na to gdy małe czerwone autko podjechało bliżej, Erin zobaczyła jak na schodach siedzi dziewczę-kwiat, a drobny płomyczek, który mignął w okolicy gdzie powinny być jej usta zasugerował powód małej “posiadówki”.
- No widać, że jest przynajmniej jeszcze jedna kobieta. - Uśmiechnęła sie Briana. - Jakoś tak z babami łatwiej się dogadać? Nie sądzisz ? - Dodała zatrzymując auto, które zarzęziło paskudnie o coś podwoziem, gdy wjeżdżaliście na podjazd.

Erin pochyliła się w fotelu szukając pod nogami butów, zdjętych wcześniej ku uciesze opuchniętych stóp.
- To zależy - mruknęła, grzebiąc zawzięcie pomiędzy bagażami - Baby bywają gorsze od urzędu skarbowego. Przynajmniej wiemy już kto tu jest dostawcą zielska...znaczy się medycyny naturalnej typu yerba matte i tak dalej. Widać że panna żyje w zgodzie z naturą - dodała szybko. O pewnych rzeczach młodzik z tyłu nie powinien słuchać.
- Widziałaś już naszego doktorka-świra? Ha! i tu cię mam! - wyprostowała się tryumfalnie, dzierżąc w dłoni zielony but. Bez dalszej zwłoki założyła go na nogę i rozpoczęła walkę ze sznurówkami - Może przypadkiem okazać się, że doktorek, mimo że sadysta i obłąkaniec, jest przystojny i bogaty? Byleby nie jakiś obleśny stary dziad z lepkimi łapami...cholera, mogłam go sprawdzić w internecie. Na pewno ma jakąś swoją stronę ze zdjęciem. Obyśmy się tylko nie wpakowały w jakiś syf. Dużo się słyszy o różnych, dziwnych przekrętach.

- Wiesz, ja tam w “duchy”, wierzę. Jestem katoliczką, ale wierzę też, że Bóg nie pozwala, aby coś człowiekowi złego się stało jeżeli pozostanie mocny w wierze. - powiedziała spokojnie, dotykając krzyża św. Benedykta, który wisiał zaczepiony na srebrnym łańcuszku na jej szyi. - I ja i Nathan jesteśmy ubezpieczeni od najgorszego uśmiechnęła się.

Erin zamilkła, jej dobry humor prysł niczym bańka mydlana. Rozmowa z Bri i piękne widoki za oknem uśpiły wszelkie, spychane usilnie na drugi plan wątpliwości. Te jednak powróciły, przywołane jednym, krótkim zdaniem i na nowo rozpoczęły dzikie harce wewnątrz jej głowy.
- Też chciałabym w to uwierzyć - mruknęła cicho, zapinając kurtkę - Zazdroszczę ci pewności, też bym tak chciała. Mieć pewność, no ale nieważne - stłumiła w sobie smutek i gorycz, przywołując na twarz szeroki uśmiech - Wkrótce przekonamy się o tym na własnej skórze, co?

-Pewnie. - Wydawało się, blondynka że nie dostrzegła nuty goryczy w głosie towarzyszki - W razie czego, schowałam w pakunkach coś extra, jeżeli byś chciała. - dodała odpinając pasy.

- Coś ekstra…- ruda pokiwała głową z pełną aprobatą. Znając życie jej skąpe zapasy skończą się wcześniej niżby sobie tego życzyła. Dobrze wiedzieć, że w razie potrzeby jest się do kogo zwrócić o pomoc...szczególnie w nocy - Coś ekstra może bardzo się przydać.
 
__________________
Jeśli w sesji strony tematu sesji przybywają w postępie arytmetycznym a strony komentarzy w postępie geometrycznym, prawdopodobieństwo że sesja spadnie z rowerka wynosi ponad 99% - I prawo PBFowania Leminkainena
Zombianna jest offline  
Stary 22-05-2014, 00:26   #10
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Marek “Mark” Czyżewski


Początek podróży ku nowej pracy a może i przygodzie na całe wakacje zaczął się jak większośc podróży. Przynajmniej zdaniem Marka. Czyli każdy musial zając swoje miejsce w środku transportu jakim podróżowali, powiedzieć ze dwa trzy standardowe zdania na rozruch i dopiero potem można było spróbować wciągnąć się w rozmowę. Te potem faktycznie zrobiło się dopiero jak wyjechali z miasta.
- Tooo co? Byliście tam już kiedyś? - zadał zdawało mu sie dość naturalne pytanie w tej sytuacji.
- Niee Odpowiedział chłopak uważnie zerkając na drogę. - Właściwie to był pomysł Nat, aby spotkać się po latach, i znalazła to, twierdząc, że to “darmowe wakacje” zaśiał się życzliwie
- Aha… - skomentował krótko zerkając ciekawie na dziewczynę. - A braliście w czymś takim już udział? - spytał bardziej jej nie bardzo chcąc przeszkadzać kierowcy.
- Niee. - odpowiedziała czarnowłosa. - Można powiedzieć, że oboje będziemy w tej kwestii rozdziewiczeni. - obruciła się na fotelu, by ułatwić tobie rozmowę.
- Hmm… - westchnął zastanawiając się nad odpowiedzią. - No to chyba jedziemy na tym samym wózku. - usmiechnął się do niej.
- A samego profesora znacie? - zadał kolejne pytanie
- To znaczy wiesz, był raz czy dwa u nas na uczelni. Jakieś wykłady na temat psychologii miał. Ale osobiście nigdy z nim nie rozmawiałam. Troszeczkę w innej dziedzinie siedzimy oboje, dlatego tyle tylko co przewinął nam się gdzieś “na korytarzu”. - powiedziała
- W czym innym? A co robicie? - był ciekaw czym się zajmują na co dzień jego nowopoznani współtowarzysze podróży.
- Ja, - Uśmiechnęła się Nataly. - Jestem strasznie nudną księgową. - Podsumowała swój zawód wywracając oczami. - Za to kolega Lenny, to szanowany prawnik międzynarodowy - Mrugnęła okiem. - A Ty, czym zajmujesz się na co dzień? - zapytała.
- Jaa? No cóż… - zawahał się. No co miał takiej sympatycznej dziewczynie powiedzieć? Że zmywa gary, sortuje paczki albo wozi coś szczurem w magazynach? Mało pociągajace. Chyba, że… - Właściwie to na ogół sklejam figurki… - rzekł do niej po chwili zajaknięcia.
- Figurki? Jakiego rodzaju ? - Zaciekawiła się. *
- Pokaże ci! - rzucił zanim pomyślał. Zresztą z doświadczenia wiedział, że tłumaczenie komuś nie obeznanemu w temacie jest dość trudne. A tłumaczenie w innym jezyku w którym się człowiek nie porusza swobodnie całkiem trudne. A przecie wystarczy pokazać, zgodnie z zasadą, że jedna fotka robi za setkę słów. No a jak ma się jeszcze fotkę w plastiku 3 d to w ogóle…
- O zobacz... - rzekł po chwili gdy wrócił z niewielkim pudełkiem które wyjął po całkiem nie krótkiej chwili grzebania w plecaku. Tym wielgachnym. W końcu musiał je schować w ubrania by było bardziej wstrząsoodporne. Pudełko przedstawiało fotkę jakiegoś humanoidalnego stwora z głową kozła czy barana i takimiż rogami. Po chwili Mark otworzył je i ostrożnie wysypał na dłoń plastikową zawartość. Z ręki wyjął niedużą figurkę stwora z obrazka i podał dziewczynie by sobie obejrzała.
- Jeszcze nie jest skończony…- dodał odruchowo. Figs był już sklejony a teraz Nat dostała wyrzuconą jednym tchem pasjonata historię do niego. Otóż był to figs przedstawiający Khorgora Rzeźnika, wodza armii jaką Mark grał i zbierał i kolekcjonował i w ogóle zdaje się żył tym. Dostała tez opis co i jak się używa, czego zrezygnował tego zestawu na rzecz innego, i w ogóle, że dostał figsa w sklepie za darmola bo sprzedawcy go polubili, ktoś go zostawił, a nikt inny nie grał rogasiami. Na sam koniec jeszcze dodał, że kolega mu przesłał łapki czy rączki z jakiejś “innej armii” ale, że pomysł jest świetny i “ na pewno bedą pasować”. A genrealnie to dumał teraz nad dobraniem kolorów i malowaniem bo figs na razie miał neutralny, fabryczny, szary kolor ale w kolorach Mark jako daltonista orłem nie był to miał zawsze problem z malowaniem.
- A ty jak byś go pomalowała? - spytał dając jej w koncu dojść do słowa i z wyraźnym zaciekawieniem czekając co powie.
Dziewczyna przez chwilę obserwowała cię z życzliwym uśmiechem. Im więcej mówiłeś o swojej pasji, tym szerzej się uśmiechała.
- Cóż ja osobiście, lubię jaskrawe, kontrastujące kolory. Czerwień, zieleń, żółty i fiolet. Od czasu do czasu odrobinę szlachetnego złota i srebra . - Dokończyła. - Ale szczerze mówiąc, jako artystka byłabym kiepska. - Uniosła dłonie w obronnym geście wywołując tymsamym przyjemne uchu brzęczenie ocierających się o siebie bransoletek. - Dwie lewe ręce - Zaśmiała się.
- Noo… - rzekł w zamyśleniu niby kiwając głową ale nie było do końca wiadomo czy się z nią zgadza czy nie. Chwilę trawił jej słowa jakby się nad czymś zastanawiając.
- Znaczy się… Kontrast jest fajny bo ładnie wpada w oko. A poza tym to taki figs mimo wszystko mały jest to łatwiej to zrobić… Ale z drugiej strony to cieniowanie jest trudniejsze ale daje fajniejszy efekt… Pokażę ci. - rzekł i znów zanurkował po coś do swojego plecaka. Po chwili wrócił z kolejnym opakowaniem i wydobył z niego kolejną figurkę. Ta przedstwawiała jakby większą wersję pierwszej figurki.
- Doombull. Taki minotaur tylko po abgrejdach. Własciwie mozna by rzec superminotaur. Najlepszy ale i najdroższy wódz w mojej armii. - przedstawił ją krótko Mark. Tym razem figurka była niby skońćzona. Tak powiedział. Się znaczy sklejona i pomalowana. Choc dośc szybko okazało się, że miał ochotę pozmieniać jeszcze to czy tamto… Sam figs faktycznie był pomalowany z dominacją czerwieni i brązów. Wycieniowanie faktycznie robiło bardziej “3d” te malowanie. No ale jak sam mówił figurka była prawie dwa razy większa to i łatwiejsza do obróbki pod kazdym wzgledem.
Nagle popatrzył na nia uważnie zupełnie jakby ją oceniał. W sumie, sprawiała sympatyczne wrażenie więc…
- Wiesz… A może chcesz pomalować se jedną figurkę? - spytał z szelmowskim usmiechem na twarzy.
- Tylko jeżeli mi pomożesz - uśmiechnęła sie szelmowsko. - Bo inaczej figórki byłoby szkoda
- Spoko! Pokażę ci co i jak. Se zrobisz swojego pierwszego figsa to ci się spodoba. - widać było, że pomysł mu się spodobał. Na razie nie oswiecał jej, że da jej oczywiście jakiegoś szeregowego piechocińca a nie jakiegoś herosa jak generał czy Doombull. Ale wszyscy tak zaczynali w końcu.
Własciwie stwierdził, że znajomy temat pozwolił mu się zrelaksować i mimo, że zdawał sobie sprawę, że głównie on nawijał ostatnie kilka hm… może i kilkanascie minut… to gadało mu się z nią świetnie. W międzyczasie zaczął powoli zbierać z powrotem “figsy” do pudełek a następnie do plecaka, w bezpieczne, ubraniowe miejsce. Zamilkł na chwile jakby przeskakując w myślach na inne tory nim się znów odezwał.
- A to co będziemy tam robić na miejscu… Naprawdę myślisz, że to będzie coś… Hmm… paranormalnego? - spytał z wyraźnym wahaniem.
- Ja tam w nic nie wierzę, ale Nat zdaje się, ma na to ogromne nadzieje. Założę się, że spakowała różne cuda do swojego bagażu. - Zaśmiał się Lenny skręcając w jakąś główną, otoczoną z dwóch stron polami drogę.
- Serio? I co na ten przykład spakowałaś? - zaciekawił się. Jakoś nie wyczytał w ogłoszeniu specjalnych wymagań co do ekwipunku to i się nim nie przejmował. Ponadto miejsce w plecaku było dość strategiczne dla kazdego zabieranego detalu jak się go nosiło na plecach czy rowerem więc selekcja ekwipunku była wciąż ostra i brutalna.
Nat zerknęła w stronę Lenny’ego jak by przed kopnięciem go powstrzymywało ją jedynie to, że byli w aucie, a on prowadził.
- No tak, można powiedzieć, że mam pewnego “chopla” na tym punkcie. Takie moje figórki ...wiesz… -Westchęła. - Nie mam dużo sprzętu, ale wzięłam tarota, ouji’e , spirit boxa i dyktafon z zapasem baterii, plus oczywiście laptopa.. -Wyliczyła na palcach.
- Wiesz, jak by można było zwiedzać tamten świat, to Nat pewnie stała by pod szybą od momentu zamknięcia do otwarcia następnego dnia… - Zaśmiał się chłopak, tym razem nie uniknąwszy lekkiego szturchańca.
- Aha… - skomentował krótko i uśmiechnął się z rozbawieniem do obojga na tą całą scenkę. - Umiesz… eee… zrobić tarota? - zawahał się chwilę szukając odpowiedniego słowa. Ale nie wiedział jak jest angielski odpowiednik “stawiać tarota’ więc użył po prostu “zrobić”.
- A możesz na przykład zrobić teraz? - zaciekawił się. W sumie coś tam o tym wiedział, widział czy słyszał ale tak po prawdzie nigdy się tym za specjalnie nie interesował. Właściwie nie miał okazji ogladać tego na żywo to i był ciekaw.
- Właściwie to stawiałam go kilka razy i niby wychodziło. Wiele zależy od osoby, której się wróży, i interpretacji. -Zarumieniła się. - Można powiedzieć, że tak..
- Serio? A weź zrób teraz. Zobaczymy co się stanie. - poprosił ją zaciekawiony.
- W sumie… Zastanowiła się przez chwilę. [/i] Mogłabym, ale to może jak już dojedziemy ? Bo tak ciężko trochę jak by się karty zaczęły nam rozsypywać…[/i]
- Spoko, może być, nie ma problemu. - podniósł pojednawczo ręce. Gest jakiego się wyumiał już po przyjeździe tutaj w reakcji na różne, najczęsciej nie do końca rozumiane zwroty w stosunku do siebie. Znów chwilę milczał jakby przekierowując swoje myśli nim sie znów odezwał.
- A chciałabyś coś znaleźć? Wiesz, w tym domu… Coś jak z “Archiwum X” albo coś… - spytał ponownie.
- Może nie koniecznie z “Archiwum X” ale coś fajnie by było. Wiesz, sława, pieniądze, wywiady… do tego świadomość, że jest coś więcej na świecie. Ale jezioro jest, z zalożenia nawiedzony dom jest. Możliwości pokazało się wiele . Uśmiechnęła się do swoich myśli wyraźnie zafascynowana tymi rysującymi się możliwościami.
- Nawiedzony dom… - powtórzył za nią zamyslony. Przypomniało mu się te ostrzeżenie przed dziwną reakcją tubylców zamieszczone w ogłoszeniu. Może tylko zła fama? A może nie?
- Może… Szczerze mówiąc to chyba by nam się przydał jakiś fizyk czy naukowiec. Albo sprzęt jakiś… Własciwie jak byśmy znaleźli… No wiesz… Coś nietypowego… To właściwie nie wiem czy to dobrze czy źle. - podzielił się z nią swoimi watpliwosciami.

- Może doktor I’Malley weźmie coś ze sobą. W końcu, to on jest organizatorem całej wycieczki.- Odparła w zamyśleniu ziewając przeciągle. - Przepraszam, to nie dlatego, że mnie nudzisz, raczej…. zawsze jak jestem w aucie, to bujanie praktycznie “lula” mnie do snu. - Dodała. - Chyba się chwilkę zdrzemnę, a do tego czas mi tak jakoś szybciej zleci. -Uśmiechnęła się przepraszająco i ułożyła poprawnie na swoim miejscu.

- Spoko. - rzekł z uśmiechem i wrócił na tył swojego siedzenia. Po chwili wydobył telefon i przejżał chwilę co się ciekawego działo w interesującym go elektronicznym świecie. Gdy skończył i odruchowo zerknął na przednie siedzenia Lenny wciąż prowadził brykę a Nat już spała w najlepsze.

Chwilę jeszcze pgadał półgłosem z Lennym o samej bryce. Osobiście lubił i terenówki i pick up'y ale oczywiscie nigdy dotąc go nie było stać na takie cudo, jak na polskie standardy, więc był ciekaw opinii użytkownika. No i czy sprawdzał go w terenie i jak wyszło. Czy to faktycznie terenowiec czy tylko reklamowy pic na wodę. A już jako obcokrajowiec pogadał chwilę o różnicy w zwyczajach polskich i wyspiarskich kierowców, drogach, ubezpieczeniach i kosztach. Znów przynajmniej kilkukrotnie zaciął się szukając potrzebnego słowa ale wiedział, że ogólnie był przez rozmówcę rozumiany bo chyba tylko ze dwa razy dopytywał się o co Markowi chodzi.

Gdy zjechali w polną drogę a potem nie wiadomo kiedy wyrósł przed nimi dom Marek poczuł mieszaninę zaskoczenia, ekscytacji i rozczarowania. Po drodze starał się zapamiętać jak tu dojechali jakby miał okazję rowerem poszaleć albo trzeba było po cos do wiochy do sklepu skoczyć. Nie miał bryki to nie chciał być zależny od kogoś, że ktoś ma humor zabrać go na zakupy albo nie.

Trącił delikatnie Nat gdy się zatrzymali. - Wstawaj. Już jesteśmy. - rzekł do niej z usmiechem. Sam otworzył drzwi i wysiadł na razie jeszcze nie zakładając plecaków i nie łapiąc za rower. Szczerze mówiąc pierwsze wrażenie nie było zbyt pozytywne. Domiszcze i ogród wygladało na dość zapuszczone. - Kurde... Mam nadzieję, że nie jesteśmy tu by to ogarnąć... - rzekł z wyraźnym półżartem półserio. Zastanawiał się czy w tym kraju przeszedł by numer, że najeto by studentów niby na mieszkanie a w gruncie rzeczy na sprzątanie i pielenie. A roboty wygladało na sporo, jak na całe lato. Miał nadzieję, że jednak znalazł się w cywilizowanym kraju jednak jego podejrzliwość i brak zaufania do obcych dawały o sobie znać. W kraju wydawała się naturalna jednak tutaj czasem po prostu wychodził na niewdzięcznego typa lub po prostu buraka.

~ No może jakoś to będzie. Jak co to będę się kłócił by za robotę przy renowacji coś mi dopłacili. ~ wzruszył w końcu ramionami i sięgnął do samochodu po plecaki. Ten wielgachny zarzucił na plecy, ten mały na pierś. Potem mimo tego obciążenia zdołał jeszcze ztargać rower z paki. - Spoko, dam radę. - rzekł wesoło do chętnego do pomocy Lennego. Choć musiał przyznać, że obciążenie było znaczne i w gruncie rzeczy cieszył się, że ma tylko z bryki do domu i w ogóle, że mu ta podwózka pod sam dom trafiła. Teraz wreszcie miał chwilę czasu i rozejrzał się ciekawie szukając innych uczestników eksperymentu. No i przy okazji oszacował okiem ilość i jakość zaparkowanych samochodów.
 
Pipboy79 jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:37.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168