Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-10-2016, 00:00   #1
 
Corrick's Avatar
 
[Wilkołak] Polowanie

23 października 2016r., godzina 8:46,
Boise, dom rodzinny Williamsonów


Samantha siedziała przy stole razem z rodzicami i wcinała swoje ulubione płatki na śniadanie. Ojciec szykował się do pracy, a matka prasowała mu koszulę. Luis opadł na kanapę, mając jeszcze kilkanaście minut do wyjścia. Ujął pilota w dłoń i włączył telewizję. Puścił wiadomości.



Mała Mi oderwała wzrok od telefonu, by pobieżnie spojrzeć na telewizor. Ech… W sumie nic ciekawego. Tylko wiadomości i wiadomości… W Salt Lake City jakiś morderca w szpitalu, w Kennewick znowu ktoś wpadł do studzienki i nie umieją go znaleźć... Już miała odblokować ekran i wrócić do scrollowania Facebooka, gdy telefon zawibrował i zaczął dzwonić. Spojrzała na wyświetlacz - dzwonił Ryjek!
- Cześć Mała! – odezwał się w słuchawce głos chłopaka. - Robisz coś dzisiaj? Jestem u wujka w Salt Lake City, może się spotkamy?
- Siema… -
Mi zerknęła na swoją matkę. Było spoko ale w jej oczach dostrzegła małą iskierkę. Szansa na to, że będzie miała zamieszanie… jakieś 75%. Odruchowo przesunęła palcem po ekranie MyMy wyrzucił jej uporządkowane dane. - Kodzę… jak zwykle. - Jej głos był lekko ochrypły po rytuale uhonorowania. Poczuła na sobie wzrok Córki Sierpu. Po plecach przeszedł jej niewielki dreszcz. - Brzmi jak plan. - Szybko się rozłączyła.
Nim matka zdążyła zareagować Mała Mi wstała od stołu, wrzuciła telefon do kieszeni. W korytarzu chwyciła kurtkę i kluczyki od hondki civic, Ojciec i tak miał jechać służbowym autem. Za sobą usłyszała szybkie kroki matki. Jednak zanim dobiegła do niej, Mała Mi siedziała w aucie i wyjeżdżała z podjazdu.
- Wracaj tu, Samantho! – usłyszała tylko za sobą, a ten krzyk nie wróżył nic dobrego. Córka Sierpa była zła, a to tylko zwiastowało kłopoty po powrocie do domu. Samochód ruszył z piskiem opon, po kilku minutach dziewczyna wskoczyła na krajową 84 i ruszyła prostą drogą do Salt Lake City. Ustawiła playlistę z youtube, łącząc się z radio przez Bluetooth. Jednak nie ujechała dalej niż pięć kilometrów od miasta, a muzyka przycichła. Rozbrzmiał znajomy dzwonek - to połączenie przychodzące od Córki Sierpu…
Mała Mi skrzywiła się. Chwilę pozwoliła pograć swojemu ulubionemu utworowi, który ustawiła jako dzwonek dla matki. Chwilę postukała palcami o kierownicę w rytm muzyki. W końcu odebrała telefon.
- Taa maam?
- Samantho, gdzie cię wywiało?
- głos był wyraźnie poirytowany. - Może jakieś słowo wyjaśnienia?
- Duchy mnie wezwały.
- Ostatnią rzeczą na jaka miała ochotę to tłumaczenie się matce.
- To istotne?
Usłyszała przeciągłe westchnięcie w słuchawce. - Duchy, tak? I nazywają się Ethan?
Dziewczyna przygryzła wargę by nie przekląć. - Maam znów włamujesz się do moich danych?
- Nie zmieniaj tematu, młoda damo!
- usłyszała w odpowiedzi.
Mi wkurzona zatrzymała się na poboczu. Szybko odpaliła MyMy. - Maam jadę na przejażdżkę, postaram się wrócić dziś. - Szybko połączyła się z dostawcą sieci matki i wycofała jej opłaty z ostatnich miesięcy. Była to już sprawdzona przez nią ścieżka. Połączenie momentalnie się urwało. Córka Sierpu będzie musiała wejść do umbry by to naprawić, a ona ma parę godzin wolnego od napastowania matki.

* * *

Salt Lake City, godzina 13:47
Skewered Thai – Skewered




Ryjek już na nią czekał. Wyglądał na lekko zmęczonego, ale podróż z Massachusetts nie należała do przyjemny. W najlżejszym przypadku cierpiał na jet-laga, w najgorszym miał za sobą półtora doby jazdy. Gdy tylko ją zobaczył, ożywił się i uśmiechnął do niej.
- Cześć Mała! - powiedział.
Mi zatrzasnęła drzwi auta już odruchowo wsuwając telefon do tylnej kieszeni i podbiegła do chłopaka.
- Ryjek! - Rzuciła mu się na szyję. - Co cię ściągnęło do Salt Lake City? Nie mogłeś dać znać wcześniej?
Chłopak podrapał się po głowie i posłał jej przepraszający uśmiech. - Próbowałem wysłać ci smsa z samolotu, ale… No wiesz, nie ogarnąłem.
- Ta.. czyli standard. -
Mi puściła go i odsunęła się trochę. - Jadłeś coś? Bo mnie zasysa. - Dziewczyna rozejrzała się po okolicy, szukając jakiegoś baru. - Co tam na starych śmieciach?
- Wiesz, mamy teraz trochę więcej luzu. -
wyszczerzył się. - Choć prawie udupiłem zajęcia z fizyki… Ale poprawiłem. No i rozsyłają nas na staże niedługo.
Mi widząc pierwszy lepszy bar chwyciła chłopaka za rękę i ruszyła w tamtą stronę. Niedojedzone śniadanie i długa trasa dawały o sobie znać.
- I dopadłeś jakiś staż, czy na razie się rozglądasz?
- W zasadzie, to dostałem propozycję z policji w Salt Lake City, ale też od Wydziału Zabójstw w Bostonie. No i trochę się waham. -
weszli do Subwaya. - Chcesz coś? - zapytał.
- Wielką kanapkę z masą mięsa i kawę. - Mi uśmiechnęła się do Ryjka. - To nad czym się zastanawiasz? Boston brzmi super.
- Z klopsikami może być? -
posłał jej nieśmiały uśmiech.
- Ryjek zjadłabym konia z kopytami. - Szybko rzuciła obsłudze jaką chce kanapkę i oparła się o lodówkę gdy półprzytomny facet starał się ją złożyć. - To skąd wahanie?
Chłopak zamówił sobie kanapkę i dwie duże kawy. - Jakby ci to powiedzieć, Mała… Boston nie brzmi tak super jak ci się wydaje. - przesunął się dalej z kolejką.
Mi zgarnęła jego rzeczy i zapłaciła telefonem nim zdążył zaprotestować. - Ja pracuje ty się obijasz na studiach. - Szybkim krokiem ruszyła w stronę pierwszego lepszego stolika i zanim Ryjek do niego dotarł wgryzła się w kanapkę.
- No dobra, dobra… - westchnął, siadając przy stoliku i otwierając kawę. Wsypał do niej dwa cukry, zamieszał i pociągnął łyk. - Boston jest kiepski, jeśli chodzi o lokalizację. Poza tym, strasznie dużo rzeczy się tam dzieje ostatnio. Do tego, to jest Wydział Zabójstw, a nie wiem, czy dam radę… No wiesz. - spłonął rumieńcem.
Mi dosłownie pochłonęła kanapkę i wypiła spory łyk gorzkiej kawy. Odetchnęła z ulgą i spojrzała na chłopaka.
- Dasz radę, to ty jesteś mózgiem na tej uczelni. - Mi uśmiechnęła się szczerze. - Nie wiem też co masz do lokalizacji. Puki mówią po angielsku chyba jest ok, co?
- Sam, chciałabyś oglądać codziennie trupy i słuchać o nich? -
zapytał, spoglądając na nią znad okularów.
- Chyba wolałabym to niż tą zawiechę w Salt Lake CIty. Z twoim mózgiem będziesz wyciągał kotki ze studzienek? - Darowała sobie uwagę, że tym od jakiegoś czasu się zajmuje. Mi oparła się łokciami o stół i zadowolona ze stanu swego żołądka machała nogami.
- Heh… - Ryjek westchnął. - Tutaj też się trochę dzieje. - zauważył, spoglądając przez okno. Wszechobecna stagnacja zdawała się zaprzeczać jego słowom. - Poza tym, w SLC miałbym dostać swoje laboratorium i gwarancję pracy, czego w Bostonie nie są w stanie mi zapewnić. No i tutaj też mam rodzinę, wujek mieszka praktycznie sam… - spojrzał na nią maślanymi oczami.
- A ja podnajmuję mieszkanie co by nie mieszkać z rodziną. - Mi odchyliła się na krześle. Ryjek słyszał o jej relacjach z matką nie raz. - Laboratorium brzmi fajnie, ale jestem w stanie się założyć, że w Bostonie też byś je dostał. - Zerknęła na niego. - Zbyt słabo się cenisz.
Pokręcił głową w zaprzeczeniu. - Mierzę siły na zamiary, Mi. - uśmiechnął się lekko. - Hej, a u ciebie nic by się nie znalazło?
Mi spojrzała na niego.
- Mogę spytać ojca czy nie mają wakatów. Jakbyś dał znać wcześniej to spytałabym go rano. - Teraz ona zerknęła przez okno. - Tylko współczuję pracy z moja matką.
Ethan jakby lekko odpłynął myślami. Spłonął rumieńcem i zakrztusił się kanapką, jakby bojąc się zapytać. - Może… - przerwał, próbując wydusić z siebie choćby część zdania. - Mogli… - zakrztusił się ponownie.
- Spytam ojca. Boise jest zawsze większe od Salt Lake. No i trochę się u nas dzieje. - Mi podniosła się. - Spacer, czy masz jakieś plany?
Ryjek tylko pokiwał jej głową, ciągle się krztusząc. Gdy udało mu się opanować, wbił wzrok w kubek kawy, jakby układając całą kwestię w głowie. Przymrużył lekko oczy, a gdy znaleźli się na skrzyżowaniu, wypalił nagle - A może moglibyśmy razem zamieszkać? - i ponownie wbił wzrok w kubek z kawą.
Mi uśmiechnęła się. Doskonale wiedziała o zapędach Ryjka związanych z jej osobą. Ale taka śmiałość nawet ja zaskoczyła.
- Jeśli nie masz nic przeciwko nocowaniu z 35 letnim facetem albo starą babą to nie ma problemu. - Upiła łyk kawy i ruszyła spokojnym krokiem w stronę parku. - Mojej matce się zaostrza charakterek i jak tak dalej pójdzie będę musiała spać w robocie by do mnie nie dotarła. - Na chwilę zamyśliła się wchodząc do Liberty Park. Sięgnęła do telefonu i weszła na konto ojca na serwerze policyjnym. Jej wzrok na spokojnie przelatywał po danych pracowników itp. - Coś się może i by znalazło.
Ethan prawie dosłownie płonął. Jego twarz przybrała tak czerwony odcień, że Mi mogła pomyśleć, iż chłopak dostał wylewu podskórnego na całej powierzchni głowy. - A… - zaczął, jąkając się. - Może c-co-coś wy-wynaj-jmi-e-e-my? - zapytał.
Mi złapała go pod ramię. Szybko wylogowała się i schowała telefon do kieszeni. - Mam coś najętego i myślę, że byś się zmieścił. Ale raczej nie powstrzymasz mojej matki przed najazdami. - Uśmiechnęła się. - Ale wiesz Boise a Boston.. toż to nie ta skala.
- Wiem, wiem… -
chłopak dalej się czerwienił, ale poczuł się nieco luźniej, że Mi zareagowała w ten sposób na jego propozycję. - Ale wolę Boise. - powód, dla którego wolał tę mieścinę wydawał się chyba jasny…
Mi puściła go i stanęła przed nim.
- Mam nawet wolną kanapę. - Mrugnęła do niego. Była mega ciekawa jak będzie starał doprosić wejścia do jej sypialni. Obróciła się i ruszyła dalej ścieżką. - Pogadam potem z ojcem. Co tam u Rudin?
- Kazała mi przekazać ci pozdrowienia. -
uśmiechnął się lekko. - Kanapa brzmi cool. Mam zacząć staż w listopadzie, od trzech do sześciu miesięcy. - podrapał się po głowie. - Aaaa! I jeszcze pani profesor kazała się zapytać, jak ci idzie z tą bazą, o której rozmawiałyście? - ostatnie kilka słów wypowiedział niepewnie.
- Dobrze, że dłużej nie zwlekałeś z pytaniem. Ukradnę ci potem CV z kompa. - Mi wsunęła ręce do kieszeni. Robiło się coraz chłodniej. - Baza na razie w zawieszeniu mam za dużo kodzenia na zlecenie.
- Może wejdziemy gdzieś na kawę? Chyba robi ci się coraz bardziej zimno, co? -
posłał jej najcieplejszy uśmiech, jaki posiadał w swym arsenale, ale nie sprawiło to, że poczuła się lepiej. W dalszym ciągu obydwoje trzęśli się z zimna. - A co… kodzisz?
- Ty wybierasz lokal. -
Uśmiechnęła się. - Zajmuję się patchowaniem oprogramowania dla jednego kolosa w Boise. Mieli taki bajzel, że przestało się im kompilować.
- Mała, a możesz po ludzku? -
wyszczerzył się, łapiąc ją za rękę i ciągnąc w stronę małej knajpki niedaleko. - Mają świetne meksykańskie żarcie. - powiedział, wskazując ruchem głowy szyld “Hose Halapeno”. - Wiesz, że nie ogarniam tych wszystkich… rzeczy związanych z kodzeniem, no.
Mi dała się pociągnąć w stronę knajpy w głowie rozważając ile czasu Ryjek musiał się nastawiać na ta rozmowę.
- W dużym skrócie naprawiam błędy, sprzątam.
- Aha. -
uśmiechnął się. - Oglądałaś nowych Rebelsów? - zapytał, gwałtownie zmieniając temat. Mi wiedziała, że chłopak uwielbiał Gwiezdne Wojny.
- Tak, nawet na wielkim ekranie, od kiedy korzystam z telewizora Jacka, w końcu mogę sobie poszaleć. - Mi uśmiechnęła się na myśl o pozmienianych kanałach, które zafundowała swojemu opiekunowi.
Na dźwięk męskiego imienia, chłopak lekko przygasł, jakby skurczył się w sobie. Zgarbił się nieco, zamówił dwie kawy i zapytał: - Chcesz coś do jedzenia?
Mi klepnęła go w plecy.
- Na razie kawa, ogrzeję się i zacznę myśleć. - Wsunęła ręce do kieszeni. -Po co przyjechałeś do Salt Lake?
- Proszę. -
chłopak podał jej kawę, którą odebrał od młodego latynosa za barem.


- Mówiłem ci, przyjechałem do wujka na kilka dni. No i rozejrzeć się po mieście, zobaczyć jak wygląda tutejsza policja i w ogóle… - westchnął. – Chciałem się zobaczyć z tobą, Mi. Skype to nie to samo… - jego wzrok uciekł gdzieś w bok, skutecznie unikając spojrzenia w jej oczy.
- Już dobrze, dobrze. - Mi zajęła stolik w pobliżu kaloryfera i oparła o niego zmarznięte dłonie. - To teraz ty poopowiadaj nad czym ostatnio pracowałeś.
Chłopak usiadł naprzeciw Małej i, uśmiechając się lekko, zaczął opowieść o spektrometrze masowym.

* * *

23 października 2016r., godzina 22:11,
Boise, dom rodzinny Williamsonów


Mi zaparkowała na podjeździe. Palące się w salonie światło nie zwiastowało nic dobrego. Gdy tylko silnik zgasł, zapaliło się również światło w altance. Jej rodzice wyraźnie na nią czekali… I żadnym argumentem nie mógł być fakt, że władowała ponad trzy dychy do baku. Galiard lekko świecił nad głową, gdy zamykała samochód i ze zrezygnowaną miną ruszyła do drzwi wejściowych.
Mi spokojnym krokiem podeszła do rodziców. Wysunęła kluczyki na dłoni w stronę ojca.
- Czy już oficjalnie jestem wyrzucona z domu? - Powiedziała to spokojnie, bez śladu żartobliwego tonu. Ale patrzyła swojej matce prosto w oczy. Ile by dała by tak właśnie miało być.
- Zapomnij o tym. Masz szlaban! - warknęła Córka Sierpu.
- Kochanie, myślę, że przesadzasz… - wtrącił się jej ojciec. - Sam jest już dorosła…
- Ale to nie znaczy, że może tak wybiegać z domu, kiedy jej się podoba! - matka Mi nie miała zamiaru odpuścić.
- Na co mam mieć szlaban maam? - Mi zerknęła na Córkę Sierpu.
- Jesteś uziemiona na najbliższy tydzień. I, dodatkowo, sprzątasz dom. - Isabella Williamson założyła ręce na piersi.
- A dostanę dyspensę na wizytę w robocie, bo mam jutro jakieś walne w Micron. Czy też mam zrezygnować z pracy? - Mi zdjęła kurtkę i przysiadła by ściągnąć ciężkie buty. - Wiesz, że wychodzę tylko do pracy.
Córka Sierpu warknęła coś niezrozumiale i spięła się w sobie, jakby gotując się do ataku. Dopiero Luis, który położył jej uspokajająco dłoń na ramieniu zdołał ją opanować.
- Dzisiaj też wyszłaś do pracy, Sam? - zapytał ojciec.
- Nie… kolega z MIT był w okolicy. Będę miała do ciebie pytanie tato. - Mi wyprostowała się i zerknęła na matkę. - Obiecuję, że następnym razem powiem gdzie jadę, ok?
Luis spojrzał na Isabelle, która tylko westchnęła przeciągle. - Ok. Ale sprzątanie i tak cię nie minie. - odparła jej matka, opuszczając altankę. Ojciec tylko spojrzał za Córką Sierpu, a do Sam powiedział: - Wal śmiało. O co chodzi?
- Kolega, z którym się widziałam szuka miejsca na staż w policji. Jest kryminologiem. Zastanawia się nad Boise i obiecałam, że spytam czy nie macie jakichś wakatów. -
Mi powoli przemieściła się z ojcem do domu. Bądź co bądź było zimno.
- Hm… - ojciec podrapał się po brodzie. - Myślę, że coś mogło by się znaleźć, Sam. - uśmiechnął się do niej.
- To podesłałabym ci jego CV. To miły chłopak, nie tak wredny jak ja. - Mi wyszczerzyła się. - Idę się uziemić w pokoju i popracować trochę.
- Dobrze, podeślij. Sam, poczekaj…
- złapał ją za ramię. - Matka się wściekła, nie traktuj jej jak wroga. Ona się martwi po prostu… - posłał jej słaby uśmiech. - A ten kolega to tylko kolega czy…? - Luis, podobnie jak wcześniej Ryjek tego dnia, zaciął się w pół zdania.
- Kolega, kolega. - Mi uśmiechnęła się. Choć pewnie z zapędami na więcej. Ugryzła się jednak w język. - Nie traktuję mamy jak wroga.
- Obydwie zachowujecie się czasami jakbyście chciały się pozagryzać. -
rzucił z uśmiechem i otoczył ją ramieniem. - Sam, popytam jutro na komendzie i dam ci znać co z twoim “kolegą”, ok?
Mi stanęła na palcach by ucałować tatę w policzek.
- Już taka kobieca natura. Będzie super.

* * *

25 października 2016r., godzina 16:36
dom Córki Sierpu, Boise.


Sam siedziała na kanapie, zajadając się kanapką z szynką i oglądając Comedy Central, relaksując się po ciężkim dniu w robocie. Ekran telewizora podzieliła na pół i teraz obok umierającego po raz kolejny Kennego wyświetlał się kod poprawianego oprogramowania dla Micron. Mi siedziała z laptopoem na kolanach zaciągając przez kilka zombiaczków dane na farmę. Spojrzała na podłączony do powerbanka telefon, a ten zaczął dzwonić. To był Ryjek.
- Dostałem ten staż w Boise! - prawie krzyknął do niej przez telefon.
Mi odsunęła telefon od ucha słysząc już pierwszą głoskę.
- Będę musiała podziękować staruszkowi. - Poprawiła lapka leżącego na kolanach i przyciskając telefon ramieniem do ucha odpięła się od kilku zombiaczków i przeniosła wzrok na procent mielenia danych na farmie. - Kiedy zaczynasz? - 85% słabo to teraz przerywać na pogawędkę. MyMy potrzebował aktualnej bazy danych tych kilku szpitali, a wszystko zmieniało się tam jak w kalejdoskopie. W głowie zaczęła odliczać. 15… 14…
- Pierwszego listopada. - chłopak był uradowany. - Tak sobie pomyślałem, że wezmę twoich rodziców na kolację, skoro twój tata załatwił mi ten staż. Co myślisz? - zapytał. Renderowanie było obecnie na poziomie 93%...
Mi uśmiechnęła się.. jak tak dalej pójdzie jeszcze się jej oświadczy.
- Wiesz, że musiałbyś ich zabrać beze mnie. - Zerknęła do tyłu czy Córka Sierpu nie postanowiła akurat się pojawić. - Wolałabym uniknąć wypadów z matką.
- Och, daj spokój. Nie może być tak źle, prawda? -
Ethan ewidentnie nie rozeznawał się w sytuacji.
- Oh jest równie dobrze co z twoją znajomością języków programowania, to jak ci idzie C++? - Mi uśmiechnęła się widząc dobiegającą końca weryfikację danych i na spokojnie odpięła się od farmy.
- Jakby ci to powiedzieć… - usłyszała w słuchawce. - Poczekaj chwilę. - usłyszała pstryknięcie telefonu i jak chłopak coś jej wysłał. - Sprawdź pocztę. - chwilę później odebrała maila ze zdjęciem.


- Trochę ćwiczę ostatnio. - Ryjek parsknął śmiechem. - Hej, Mała, a powiedz mi… Mógłbym… zamieszkać… eh, no wiesz? - Mi mogła go sobie wyobrazić teraz. Z całą pewnością był czerwony.
Mi roześmiała się widząc kod. Szybko wstukała kilka komend by zacząć konwertować dane z farmy na język MyMy. Poprawiła słuchawkę na ramieniu.
- Jak tak dalej pójdzie zabierzesz mi robotę. - Pozwoliła by jej oprogramowanie przeliczało dane i jeszcze raz zerknęła na maila. - Ustalaliśmy, że możesz zamieszkać ze mną. Muszę tam pojechać i ogarnąć mieszkanie bo po ostatniej awanturze nie za bardzo mogłam się tam wybrać. - Na szybko zaczęła wyszukiwać gdzie teraz znajduje się jej przyjaciel. Był to już odruch po pracy dla watahy. - Co do kolacji, jak dla mnie nie ma opcji.
Usłyszała westchnięcie w słuchawce. - Trudno, coś wymyślę. A może lubią coś konkretnego? - lokalizator pokazał, że Ethan dalej jest w Salt Lake City.
- Ojciec lubi kawę, będziesz mógł mu kupić jak już będziecie razem pracować. Z resztą Matka też. - Mi przepięła komórkę z powerbanka do lapka by szybciej przegrać dane.
- Dobra, zapamiętam. Miałaś bardzo przerypane po ostatnim wypadzie? - zapytał po chwili. Mi nie bardzo umiała odgadnąć, jak się tego domyślił, ale przypomniało jej się, że był dobry z psychologii.
- Bywało gorzej. - Mi odchyliła się na sofie. - To co wpadasz wcześniej by pomóc mi ogarnąć bajzel?
- Jasne! Poczekaj, coś mi pika w telefonie! -
krzyknął wystraszony, odstawiając komórkę od ucha. Mi rozpoznała sygnał - bateria była na wyczerpaniu.
- To bateria. Zdzwonimy się jutro i dasz znać kiedy mógłbyś przyjechać, a ja ich uświadomię, ze planuję zamieszkać z przyjacielem. - Mi odpięła telefon gdy tylko dane znalazły się na swoim miejscu. - Trzymaj kciuki bym dożyła.
- Powodzen… -
telefon Ryjka się rozładował.
Mi odłożyła telefon obok siebie i znów spojrzała na lapka. Z zainteresowaniem szukała interesujących ja danych. Omdlenia, zgony z dziwnych przyczyn.
- To będzie ciekawa rozmowa… - Jej głos poniósł się po pokoju.
- Jaka rozmowa? - zainteresowała się jej matka, wchodząc do mieszkania.
- No i wywołałam wilka z lasu. - Mi uśmiechnęła się odkładając lapka na stolik. Obróciła się tak by opierając się o plecy sofy patrzeć na zdejmującą wierzchnie odzienie matkę. - Jak było w pracy?
- Całkiem w porządku. Słyszałam, że ojciec załatwił Ethanowi staż? -
zagaiła Córka Sierpu. Widać plotki szybko się rozchodziły.
- Też właśnie się dowiedziałam. Ethan dzwonił. - Na chwilę Mi zamyśliła się. Ojca jeszcze nie było. - Maam na serio nie sądzisz, że byłoby lepiej jakbym na jakiś czas się wyprowadziła?
Isabelle spojrzała na nią podejrzliwie. - Chcesz mi o czymś powiedzieć? - zapytała niepewnie.
- Nic nowego. Wiesz, że mam wynajęte mieszkanie w centrum, byłaś tam kilka razy. Zaproponowałam Ethanowi by tam zamieszkał i planowałam być tam w tym samym czasie. - Mi uważnie obserwowała matkę.
- Sam. - matka westchnęła i przysiadła na skraju kanapy. - Musimy porozmawiać poważnie. Dobrze wiesz, że mieszkanie z chłopakiem wiąże się z kilkoma… nietypowymi sprawami, prawda?
Mi roześmiała się.
- Tak na serio? Wiesz, że jestem hakerem i nie uwierzę, że nie masz pojęcia mamo pod czym najlepiej chowa się wirusy. - Mi spojrzała na matkę. Było jej nawet miło, że się… martwi? - Ethan to Ethan, poznasz go i zrozumiesz. Jak nie wykona ruchu będzie tak jak jakbym mieszkała z Ann.
- Kochanie… To ty nie rozumiesz. On może tylko się dobrze maskować. A myślisz, że ojciec był od razu śmiały? -
uśmiechnęła się i przybliżyła. Baza znalazła jedno trafienie. Jenny Willkinson. Zaginiona dwa tygodnie temu, odnaleziona w zeszłą niedzielę. - Robił olbrzymie podchody, uwierz mi. My, jako Dzieci Gai, mamy w sobie coś, co onieśmiela facetów.
Mała skupiła swój wzrok na wynikach danych… pozwalając by jej język powiedział to co myśli głowa.
- Każdej kobiecie robi dobrze jak ją czasem coś przepcha. - Szybko odwróciła się i wyszukała zdjęcie kobiety. Jej głowa już odpłynęła od głównego tematu. Fotka była w bazie, szybko wrzuciła ją do Sniffera. Byłoby szybciej gdyby wskoczyła do umbry.
- Sam! - jej matka wrzasnęła, słysząc słowa córki. - Jak ty się wyrażasz?!
- Ta, przepraszam. -
Wskazała palcem na ekran laptopa. - Zerkniesz? Wydaje mi się, że może być ciekawy trop.
- Kto to? -
Córka Sierpu nachyliła się nad ekran laptopa. - A do rozmowy wrócimy, jak ojciec będzie w domu. Przy nim wydajesz się bardziej cywilizowana… - westchnęła.
- To może Ethan by mnie trochę ucywilizował. - Mi spięła się z 4 farmami by przyspieszyć przeszukiwanie danych. Czułą spojrzenie matki na swoich dłoniach. - Willkinson, zaginęła dwa tygodnie temu i nagle się objawiła naszemu koledze...
- Hm… -
Córka Sierpu się zastanowiła. - Dziwna sprawa, faktycznie. Choć karta medyczna wygląda w porządku… Żadnych zmian, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Przyjrzę się temu, ok? A co do Ethana, to powiedz mi jedno. Dogadujecie się dobrze?
Mi pozostawiła komputer by zajął się poszukiwaniami.
- Inaczej nie byłby moim przyjacielem. - Dziewczyna zerknęła na swoją matkę. - Więc tak. Dogadujemy się.
- To dobrze. Czujesz coś do niego? -
wystrzeliła nagle.
- Jest uroczy. - Mi uważnie przyjrzała się matce. - Maam wiesz, że uczucia to ja rezerwuję dla tej elektroniki. - Wskazała ruchem głowy na telefon, w którym siedziały dwa fetysze.
- Ech… to jest coś, czego nigdy nie pojmę. - westchnęła Córka Sierpu. - Kiedyś będziesz musiała sobie kogoś znaleźć, wiesz o tym? Twoim obowiązkiem względem watahy jest podjęcie próby uzyskania wilkołaczego potomstwa.
Mi odwróciła wzrok i westchnęła ciężko.
- Na szczęście nawet nerdom zdarzają się wpadki. - Jej wzrok skupił się na ekranie, w którym sniffer wyszukiwał parametry twarzy i porównywał je z dostępną bazą.
Wyskoczyło jej zdjęcie. Porównała je z tym z raportu, były niemalże identyczne. Kobieta zmieniła tylko kolor końcówek włosów na blond.
- Ech… Sam, nie mam do ciebie siły. Pogadaj z ojcem. Ja nie mam nic przeciw. - rzuciła Córka Sierpu, wstając z kanapy. - Chcesz coś jeść? - zapytała, zmierzając do kuchni.
- Mięso. - Mi nawet nie spojrzała na matkę. Wrzuciła zdjęcie dalej, starając się zlokalizować kobietę tuż przed zniknięciem.
- Mam kurczaka. - rzuciła matka z kuchni. Znalazła Willkinson na Facebooku, gdzie były jakieś zdjęcia z Hawajów, Los Angeles i kilku różnych miejsc w przeciągu minionego roku. Kobieta musiała dużo zarabiać, skoro mogła pozwolić sobie na takie wypady cztery razy rocznie. Mi usłyszała otwierane drzwi - znak, że ojciec wracał do domu.
Mi sięgnęła do baz danych w zatrudnieniach. Zaczęła od Boise.
- Cześć tato!
- Cześć, Sam! Cześć, kochanie! -
krzyknął Luis, rzucając kurtkę na wieszak. Córka Sierpu podeszła do niego i zamienili kilka słów, których Mi nie wychwyciła, zbyt skupiona na ekranie komputera. Znalazła ją - była zatrudniona w kancelarii Andersa jako księgowa. - Sam, chciałaś o czymś ze mną porozmawiać? - zapytał ojciec, podchodząc do kanapy.
Dziewczyna szybko zlokalizowała kamery pod jej firmą by prześledzić ostatni dzień w jej pracy przed zniknięciem.
- To zależy… Jak ci minął dzień?
- W porządku. Załatwiłem Ethanowi ten staż, o który prosiłaś. -
rzucił, a Mi mogła zauważyć, jak brwi jej matki wędrują do góry. - Mama mówi, że…
- Chcą razem zamieszkać, Luis. -
wtrąciła się matka.
Mi uśmiechnęła się i przeniosła wzrok z komputera na ojca.
- Myślałam, że sama spytam. - Szybko tylko zerknęła na matkę i skupiła wzrok na ojcu. - Mama ma rację, zaproponowałam Ethanowi by zamieszkał w moim mieszkaniu w centrum.
- Ech… Zakładam, że próbowała już z tobą rozmawiać o tym, jak to było z nami? -
uśmiechnął się do córki.
- Tak. - Mi zrobiła najgrzeczniejszą miną na jaką było ją stać. - Mama wspomniała, że dobrze się maskowałeś.
- Jeszcze jak. -
wyszczerzył zęby. - Pamiętaj tylko, że faceci się zmieniają, jak się ich ma dwadzieścia cztery godziny na dobę. - przytulił córkę i cmoknął ją w czoło.
- To mi nie grozi, na pewno znajdziecie mu zajęcie na komendzie. - Mi gdy ojciec ją całował zerknęła na postęp wyszukiwania na kompie. - Będę grzeczna, obiecuję.
- No ja myślę. -
odparł ojciec. Na ekranie komputera wyświetlił się filmik, na którym Willkinson wsiada do samochodu w dniu zniknięcia. Własnego samochodu.
Mi uśmiechnęła się do ojca i powoli zamknęła lapka. Będzie szybciej w umbrze.
- To kiedy obiad?

* * *
27 października 2016r., godzina 13:00
lotnisko, Boise.

Mi czekała na Ryjka na lotnisku. Chłopak jak tylko dowiedział się, że dostał pracę w Boise, wrócił do MIT po swoje rzeczy. Przelot między miastami zajmował 7 godzin. Dziewczyna rozsiadła się na sali przylotów z telefonem i w słuchawkach przeglądała dane o Willkinson. Matka jak zwykle skupiła się na innych rzeczach. Telefon sygnalizował jej gdzie znajduje się samolot.
Widząc, że już wylądowali podpięła się do kamer nadzorujących salę bagażową. Ryjek spokojnie czekał na swoje torby. Mi często widziała jak chłopak zachowuje się gdy nie ma jej w pobliżu. To było nawet fascynujące jak działała na tego biedaka.
Gdy zobaczyła, że chłopak przemieszcza się do sali przylotów odpięła słuchawki i podeszła do wyjścia. Różnica między tym jak siedziała i jak stała była niewielka, ale można było założyć, że będzie łatwiej mu ją znaleźć. Gdy tylko zobaczyła znajomego okularnika pomachała mu energicznie. Nagle cała pewność siebie chłopaka wyparowała. Juz lekko zarumieniony podbiegł do niej.
- Dzięki, że po…
- Nie ma problemu. Chodź pożyczyłam auto od ojca.
- Dziewczyna wsunęła ręce do kieszeni i ruszyła w stronę wyjścia na parking. - Niestety nie miałam czasu wpaść do mieszkania i mam pewne obawy co do jego stanu. - Zerknęła na Ryjka. - W ramach przeprosin zgarniemy po drodze pizze. na pewno będzie za co.

* * *

27 października 2016r., godzina 13:00
mieszkanie Mi, Boise.

Mi zaparkowała pod starym apartamentowcem w centrum Boise, chwyciła pizze z tylnego siedzenia i poprowadziła chłopaka schodami na drugie piętro. Dziewczyna sprawnie otworzyła drzwi jedną ręką i weszła do środka.
Rzeczywiście mieszkanie wydawało się mało używane, ale po za sporymi ilościami kurzu raczej nie dało mu się nic zarzucić. Po lewej była łazienka, po prawej aneks kuchenny ze stolikiem, na który Mi rzuciła pizzę. - Rozgość się. - Wyjęła kawałek pizzy i podeszła do jedynego okna odsłaniając rolety.
Zerknęła na Ryjka, który stał jak wryty wciąż trzymając torby na ramionach. Widziała jak jego twarz staje się lekko czerwona. Dwie rzeczy były oczywiste. Pokój zdominowany był przez biurko, na którym stała stacjonarka Mi i sprzęt nagłaśniający, a jego resztę wypełniała szafa i rozkładana kanapa. Chłopak przełknął ślinę.
- Gdzie… - W jego głowie toczyła się walka. Mi oparta o framugę okna jadła spokojnie kawałek pizzy. - Gdzie będę spał?
- Do zaoferowania mam tylko kanapę. -
Mi ułożyła telefon na ładowarce i odpaliła komputer.
- A ty.. - Jego głos zaczął się łamać. - Ty gdzie będziesz spała?
Mi uśmiechnęła się. Podeszła do lodówki i wyjęła z niej dwa piwa. Jedno z nich podała Ryjkowi. - To duża kanapa, może się jakoś razem zmieścimy.
Chłopak spojrzał na nią zdezorientowany, a gdy dotarło do niego, co właśnie usłyszał, rozdziawił usta szeroko i dostał wytrzeszczu oczu. Chciał coś powiedzieć, ale się wyraźnie zapowietrzył…
- Jak będzie ci ze mną źle najwyżej wrócę do rodziców. - Mi wcisnęła mu jedno piwo do ręki, a sama zabrała jedną z toreb i rzuciła pod szafę. Upiła łyk piwa i podeszła do komputera. Zainstalowany na telefonie MyMy już wyświetlił jej dane wyszukiwania. Chwilę przeglądała je i pozwoliła snifferowi szukać dalej. Tym razem skupiła się na ex Jenny. Ta laska znikła z jakiegoś powodu, a ona bardzo chciała wiedzieć czemu. - Co ty na to Ryjek?
Na monitorze znalazła też profil Jenny. Specjalista ds. finansów w kancelarii Andersa. W sumie, nic ciekawego… Ryjek spojrzał na nią i odparł, gdy tylko złapał oddech:
- Nie! - westchnął ciężko. - Znaczy, nie będzie takiej potrzeby, Mi. - uśmiechnął się przepraszająco, biorąc od niej piwo.
Dziewczyna uśmiechnęła się widząc wyniki wyszukiwania. Ex obecnej dziewczyny wujaszka odpowiadał za liczne napady i rozboje z bronią w ręku, alkoholik i handlarz narkotyków. Kilka oskarżeń o morderstwa i pobicia ze skutkiem śmiertelnym, ale zarzuty wycofano. Nazywa się Aaron Jones, mulat, 31 lat. Szybko wpisała kilka komend by Sniffer wytropił faceta i pozwoliła programowi pracować dalej. Obróciła się do chłopaka, wygaszając monitor. Czując, że już udało się jej ogrzać rzuciła kurtkę na oparcie krzesła.
- To nie stój w drzwiach jakby zamierzali cię rozstrzelać tylko wskakuj. Jak minęła trasa?
- A, całkiem spoko. -
uśmiechnął się, opierając walizkę o ścianę i kierując się w stronę kanapy. - Zasnąłem w samolocie po piętnastu minutach. - posłał jej szeroki uśmiech. - Obudziły mnie stewardessy…
- Ja mam małe szaleństwo w robocie. -
Mi zerknęła na swój telefon. Ciekawe co Jack robi z tą laską. Mała mi uśmiechnęła się na myśl o podpięciu się do tych wszystkich kamer w domu wujka. - Już wiesz co będziesz robił jako stażysta?
- Zacznę w laboratorium balistycznym. Wiesz, próbki łusek, spektrometria masowa próbek z miejsc zbrodni, czasem jakiś rys psychologiczny sprawcy… Ale, generalnie, zapewniali mnie, że roboty nie będzie dużo. -
uśmiechnął się lekko. - Więc będę miał szansę jutro się wkupić w twe łaski. - spłonął lekkim rumieńcem.
- Jak chcesz się wkupić w moje łaski? - Mi uśmiechnęła się szeroko. W sumie jej uśmiech przypominał trochę ten należący do kota z Alicji. - I po co?
- No wiesz… -
zaczął niepewnie, po czym nachylił się i szepnął jej do ucha. - Zrobię jakiś dobry obiad? - odsunął się na “bezpieczną” odległość i dodał: - Przyjęłaś mnie tu, mieszkam u ciebie. - wzruszył ramionami. - Jakoś chcę się odwdzięczyć.
Mi lekko zaskoczył szept przy uchu. Nie spodziewała się po Ryjku tyle śmiałości. Mimo to na jej twarzy pozostał ten sam uśmiech co przed tym stwierdzeniem. Podniosła się i podeszła do pudełka z pizzą. Wyjęła kawałek obserwując chłopaka.
- Jak tam chcesz. Mi do życia potrzebne są trzy rzeczy: Pizza, piwo i to. - Podbródkiem wskazała na komputer. Ze smakiem wgryzła się w pizzę.
Lekko posmutniał, ale dzielnie starał się tego nie okazywać. - Będzie więc pizza i piwo. - wlepił wzrok w komputer. - Nie rozumiem, co ty w tym widzisz… - pokręcił głową i uśmiechnął się lekko. Podskoczył jak oparzony, czując wibracje w kieszeni. Zaśmiał się, odczytując smsa. Odpisał, względnie szybko jak na niego. - Wiesz… dałem znać mamie, że jestem na miejscu. - Ryjek był kiepskim kłamcą…
- Wiesz, że mogłabym sprawdzić do kogo teraz odpisałeś? - Mi obserwowała chłopaka z rozbawieniem. - I jak rodzice na to, że ze mną będziesz mieszkał?
- Tylko, gdybym pozwolił ci wziąć go do ręki, prawda? - lekko się wystraszył. - Są… lekko ostrożni. Ale znają cię z opowieści, wydaje mi się, że cię polubili… - miał taką minę, jakby powiedział największy sekret świata.
- Nie, w ogóle nie potrzebuję twojego telefonu. - Mi skupiła swój wzrok na komputerze. - To jest w tym wszystkim najwspanialsze. Wszyscy jesteśmy zaplątani w tą samą sieć. - Na chwile spoważniała, rozważając czy nie powinna się niebawem pojawić na spotkaniu watahy. - Ale nie zamierzam wchodzić w twoje prywatne sprawy. Jak będziesz mi chciał powiedzieć to powiesz, czyż nie? - Uśmiechnęła się przenosząc wzrok na Ryjka.
Chłopak zakrztusił się piwem, słysząc, że może to zrobić zdalnie. - Wiesz, to moja koleżanka z roku, Ariel Diggis. Posłała mi śmieszne pieski. - uśmiechnął się, drapiąc po głowie. - Dostała się na moje miejsce w Bostonie. - próbował się wytłumaczyć Ethan.
Mi dopiła piwo i nawet nie oglądając się wrzuciła puszkę do otwartego kosza. - Nadal uważam, że powinieneś był tam startować. Będziesz się tutaj marnował. - Podniosła się i podeszła do jednej z szaf. Ethan bez problemu mógł zobaczyć, że są w niej głównie jakieś sprzęty do sprzątania. - Zjedz coś, a ja spróbuję tu lekko ogarnąć. Jak siedziałam tu sama kurz mi nie przeszkadzał.
- Daj spokój, sprzątniemy razem. -
powiedział, wstając z kanapy. - Poza tym, chyba nie musimy tego robić teraz, prawda? - zapytał, podnosząc pudełko z pizzy i pozostałe sześć puszek. - Chyba możesz puścić na tym jakiś film, nie? - ruchem głowy wskazał na komputer.
- Nie mam ani jednego odtwarzacza. - Mi wyjęła z szafki jakąś szmatkę. - A tak na serio mam na kompie tylko pornole, jak na programistę przystało. - Wyszczerzyła się do chłopaka.
- Eeee…. - Ryjek się zaczerwienił. - Może być. - po chwili podłapał żart.
Mi roześmiała się.
- Zapowiada się zabawny wieczór. - Rzuciła szmatkę na blat kuchenny i podeszła do kompa. Gdy tylko odpaliła monitor jej uwagę przyciągnęły nowe dane. Ryjek widział jak jej twarz poważnieje, a wzrok przelatuje szybko po linijkach tekstu. Wyglądało na to, że kilka razy w przeciągu tego tygodnia dziwnie blady gość, parkował obok samochodu Aarona, gadał z nim chwilę, a potem dawał mu coś i odjeżdżał. Niestety, żadna z kamer nie była w stanie uchwycić jego twarzy. Auto bez tablic, czarny Chevy Impala z 1967 roku.

 
Corrick jest offline  
Stary 29-10-2016, 00:02   #2
 
Corrick's Avatar
 
Szybko zaczęła wrzucać kolejne komendy dla Sniffera, odpaliła MyMy by zaciągnął dane i po chwili zaczęła koordynować kolejne zombiaczki. Niemal natychmiast komputer wyrzucił jej dane o aucie, zaciągnięte z danych policji. To cacuszko kupiono w 1967 w fabryce, pierwszy właściciel - Norman Bytes. Sprzedał samochód w 1999 roku do komisu, skąd zostało skradzione miesiąc później. - Daj mi chwilkę, zaraz dam ci przejrzeć moja bazę to coś wybierzesz. - Sięgnęła po lapka, którego przyniosła z sobą i rozstawiła go obok na biurku. Ryjek łatwo zrozumiał, że teraz zmieściłoby się na nim tylko pudełko od pizzy i puszka z piwem. W tym czasie Mi już starała się dokopać do tego, kto w 1999 roku mógł ukraść auto, gdzie je widziano ostatnio. Toż takiej fury nie widzi się codziennie. Sniffer szukał fotek w internecie, przeglądał zdjęcia z facebooka, twittera i pinteresta. Rozpoznawał oznaczone lokalizacje. W tym czasie mała podpięła się do kilku farm i kazała partycji programu wkopać się w dane kamer. Mi szybko przerzuciła się z pracą na lapka i otworzyła Ryjkowi właściwy folder. - Zerknij sobie.
Komputer zaczął mielić dane. Lekko go ścięło, gdy Mi otwarła osiemnaste okno, ale za moment wskoczył ponownie na najwyższe obroty. Ryjek tymczasem przeglądał filmy, które Mi miała na komputerze.
- Hej, a może Ptaki? - zapytał.
- Brzmi dobrze. - Mi po chwili namysłu włamała się na jeszcze jedną farmę i na wszelki wypadek przyatakowała serwer admina paroma zombiakami. - Daj mi jeszcze sekundkę, ok?
- Jasne. - uśmiechnął się do niej, kładąc się na kanapie. Rozejrzał się po pokoju. - Piwo?
- Chętnie. -
Mi postawiła kilka walli i wygasiła ekran laptopa. Odruchowo sięgnęła po telefon by zerknąć jak MyMy radzi sobie z importem danych.
- Oglądamy? - zapytał Ryjek. W jego głosie była dziwna nuta, jakby irytacji.
Mi wstała od biurka i opadła na kanapę obok niego. Szybko odpaliła z telefonu film i oparła się o ramie chłopaka, przerzucając kilka danych między programami. Gdy program przez chwilę mielił zgasiła zdalnie światło w pokoju. - Witam w moim świecie.
- Ech… -
chłopak westchnął głośno. - Mi, czasami mnie przerażasz. - uśmiechnął się do niej, gładząc ją po głowie. - Ptaki są ok? Czy wolisz, ja wiem, coś bardziej… babskiego? - parsknął śmiechem.
- Skoro już cię przerażam, możemy obejrzeć thriller. - Wygasiła telefon, na którym mimo wszystko raz na jakiś czas pojawiała się linia.. trochę jakby snake. Dziewczyna nie zwracając na to uwagi skupiła się na filmie. Sięgnęła po piwo i wtuliła się mocniej. Chłopak odpowiedział przytuleniem jej mocniej. Mi mogła wyczuć, jak jego twarz wykrzywia się w uśmiechu. Po pół godziny filmu jego dłonie zaczęły delikatnie błądzić po jej ciele, muskając jej skórę. Jego oddech drażnił włoski na karku dziewczyny przyjemnym gorącem.
Dziewczyna odstawiła piwo na podłogę tuż przy kanapie. A miałam być grzeczna. Wyprostowała się niby wracając w objęcia chłopaka, ale w ostatniej chwili odchyliła się i pocałowała go w usta. Krótko. Z uśmiechem odsunęła się od jego twarzy i patrzyła w zaskoczone oczy.
Ryjek nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Uśmiechnął się lekko i objął twarz Mi, wiążąc ich usta pocałunkiem. Widocznie teraz, gdy pierwsze lody zostały przełamane, nabrał więcej śmiałości.
Mi sięgnęła do jego okularów i zsunęła je nie przerywając pocałunku. Odłożyła je obok kanapy i opierając się o ramiona chłopaka usiadła na nim okrakiem. - To jakie mam plany na wieczór?
Ethan podniósł się na łokciach. - Może, ech… - jednak nie zyskał na śmiałości. - Myślę, że… - podniósł się wyżej i pocałował ją. - Pragnę cię, Mi. - wyszeptał jej do ucha, całując ją po karku. Był śmiały, tylko nie mógł spoglądać jej w oczy.
Dziewczyna bez jakichkolwiek oporów wsunęła dłoń pod jego sweter i koszulkę. Powoli przejechała palcami po nagich plecach, przysuwając się bliżej. Nachyliła się do jego ucha. - Wobec tego mamy podobne plany.
- Cieszy mnie to. -
odparł, zdejmując jej koszulkę razem ze swetrem. Jego dłonie powędrowały do jej piersi i obydwoje upadli w miłosnych objęciach.

* * *

28 października 2016r., PIĄTEK, godzina 7:16
mieszkanie Mi, Boise.

Mi obudziły promienie słońca wpadające przez odsłonięte okno. Leżeli z Ryjkiem nago. Chłopak zgarnął tylko koc nim oboje zasnęli i przykrył ich lekko. Dziewczyna sięgnęła po leżący na podłodze telefon. Diodka zasygnalizowała jej nieodebrane połączenia, rytm linii na ekranie, że Sniffer na coś trafił. Była zmęczona. Ile czasu im to zajęło… przetarła twarz i zerknęła na śpiącego obok chłopaka. Chwilę obserwowała jego zadowoloną twarz i sięgnęła po rozgazowane piwo. Było paskudne jak zwykle. Odblokowała ekran. Dzwoniła matka i to wtedy gdy… Mi uśmiechnęła się.
- Ciekawe czemu nie odebrałam. - Szybko weszła w dane Sniffera. Z dużym prawdopodobieństwem, był to ten sam samochód, który pojawił się w okolicach magazynu, w którym wataha zabiła tamtego Gangrela… Auto porusza się jedynie nocami, nigdy nie zatrzymuje się w obrębie kamer, a jego kierowca ma praktycznie cały czas czapkę/kaptur na głowie. Widziany 28.10.16r. o 2:55 na stacji benzynowej nieopodal lotniska. Kierowca zidentyfikowany. Zdjęcie potężnego faceta wypełniło ekran telefonu. Mi stwierdziła, że to doskonały moment by wstać i wtedy poczuła dziwny ból w plecach. Cicho roześmiała się wyłączając telefon.
Ryjek najwyraźniej też wstał, sądząc po jego dłoniach, błądzących po ciele Mi.
- Dzień dobry... - wymruczał. - Którą mamy godzinę? - zapytał, przytulając ją do siebie. Nawet nie próbował ukryć swych zamiarów, jego dłoń odnalazła jej pierś i spoczęła na niej.
- Jest trochę po siódmej. - Mi nachyliła się do chłopaka i pocałowała go w czoło. - Wyspany?
- Bardziej bym nie mógł być. -
przeciągnął się, ziewając. - Cholera, mam na dziewiątą dzisiaj... A ty?
- Ja nie mam godzin pracy. -
Dziewczyna powoli podniosła się wydostając się z objęć Ryjka. - Mogę cię podrzucić i tak muszę odstawić auto do rodziców. Zjedlibyśmy coś na mieście bo tutaj nic nie ma.
- Dla mnie brzmi świetnie. -
posłał jej uśmiech. - Ale chyba nie musimy się tak spieszyć, co? - rozłożył szeroko ramiona, jakby chcąc ją objąć.
Mi roześmiała się ale położyła się z powrotem. Wtuliła się w chłopaka.
- Tylko nie zwalaj na mnie winy jak spóźnisz się na pierwszy dzień w robocie. - Przymknęła oczy.
- To tylko oprowadzenie i zwiedzanie labu. - westchnął, przytulając się do Mi. - Skoczymy gdzieś po południu?
- To tylko zapoznanie z moimi rodzicami. -
Mi podniosła się na łokciach i spojrzała na chłopaka. - Możemy wieczorem, postaram się ogarnąć z robotą.
- Daaamn, zapomniałem o tym. -
prawie wyskoczył z łóżka, niczym oparzony. - Wieczór brzmi cool. W międzyczasie postaram się tu trochę ogarnąć. - uśmiechnął się do niej, wciągając bokserki na tyłek.
Mi podniosła się zgarniając telefon i naga podeszła do stacjonarki. Ryjek mógł teraz uważnie przyjrzeć się tatuażowi na jej łopatce, który wczoraj mignął mu gdy się kochali. Dziewczyna na szybko wpisała kilka komend, - Masz ochotę na jakieś konkretne śniadanie? - Patrzyła jak Sniffer łyka zdjęcie gostka z Chevroleta i rozpoczyna wyszukiwanie. Szybko zmieniła liczące farmy.
- Może jakieś burrito z jajecznicą? Albo jajka na bekonie? - podrapał się po głowie, przyglądając się tatuażowi i wciągając spodnie. - I raczej... duża porcja. Jestem głodny jak wilk. - uśmiechnął się do Mi.
Dziewczyna wyłączyła stacjonarkę i sięgnęła do lapka. - Mięso brzmi dobrze. Jest jedna knajpa w okolicy, która daje spoko angielskie śniadania. Może zaspokoją twój wilczy apetyt. - Zerknęła na chłopaka. - Polecam jakąś koszulę.
- Uch, jasne... -
podszedł do walizki i otwarł ją. Zaczął ją przekopywać w poszukiwaniu jakiejkolwiek koszuli, która nadawałaby się do wyjścia między ludzi... Po chwili wybrał dwie - w czerwono-czarną kratę i czarną, dżinsową. Pokazał obydwie Małej. - Która?
Mi roześmiała się i wyłączyła laptop. W tym momencie historia na obu sprzętach była sczyszczona do zera. - Lepsza będzie czarna. - Podniosła się i przeczesała włosy. Założyła leżące na podłodze majtki. Po chwili namysłu zaczęła się rozglądać za rzuconą gdzieś w kąt gumką do włosów. - Tatusiek ma fioła na punkcie mundurów i tym podobnych, wiec polecam zdobyć coś bardziej oficjalnego. Jest! - Podniosła zgubę z podłogi i bez większego problemu związała włosy w kok. Podeszła do szafy i wyjęła z niej jakieś świeże ubrania.
Chłopak westchnął i roztarł twarz. - Mam nadzieję, że nie będę musiał paradować w tych mundurach policyjnych... Granat to zdecydowanie nie mój kolor. - uśmiechnął się do niej. Pociągnął łyk odgazowanego piwa i skrzywił się. - Kupię na dzisiaj coś mocniejszego? Tequilla?
- To skoro już gotujesz to może buritto do tego? -
Mi wcisnęła się w wąskie dżinsy i narzuciła sweter na stanik. - Chodźmy zjeść.
Chłopak ewidentnie obcinał ją wzrokiem. - Jasne, zrobię buritto. - uśmiechnął się, biorąc torbę i ruszając za Mi.

* * *

23 października 2016, NIEDZIELA, ostatnia kwadra księżyca godzina 8:01,
Boise, dom Jacka


Reed zerwał się z łóżka i oddał porannym ćwiczeniom. Sprawdził maila, dzisiejszą listę kontrahentów i to wszystko jeszcze przed śniadaniem. Wrzucił kilka grzanek na patelnię, dorzucił bekon i poszedł pod prysznic, zlecając robotyce, by za 3:45 wyłączyła grzanie. Cóż… dobrze było mieć znajomych informatyków, prawda?
Wyszedł odświeżony, przebrał się w dres, zjadł śniadanie i równo o dziewiątej ruszył na krótką, poranną przebieżkę. Ot, pięć mil dla zdrowia. Biegł dobrze znaną sobie ścieżką, przez gęsty, liściasty las.


Grająca w słuchawka mieszanka muzyki klasycznej w połączeniu z gitarami wprawiała go w dobry nastrój, a lekki wysiłek fizyczny pomagał zebrać myśli. Wczorajsza ceremonia była dla niego… inna. Odruchowo sięgnął po naszyjnik którego ciężar czuł pod koszulką. Myślał, że długo będzie się przyzwyczajać do nowej biżuterii, tymczasem wszystko przyszło naturalnie. Potrząsnął głową, odganiając się z tych myśli. Teraz miał czas tylko dla siebie, zamierzał go wykorzystać w stu procentach. Przyspieszył lekko, zmuszając mięśnie do większego wysiłku.
Wyskoczył zza zakrętu szybciej niż zwykle i zauważył coś, co go zamurowało. Jakiś mężczyzna próbował obrabować albo zgwałcić kobietę, grożąc jej nożem!
- Hej, ty! - Krzyknął. Większość napastników reagowała na krzyk ucieczką. Ciekawe z jakiej gliny był ulepiony ten typ. Jack przeszedł z tempa treningowego w sprint i skręcił wprost na faceta z nożem. Jeszcze w biegu wezwał towarzyszącego mu ducha.
Gniew Nieba wpadł na napastnika, wytrącając mu broń z ręki. Mężczyźni podnieśli się z ziemi i zaczęli wymieniać ciosy. Potężny prawy sierpowy wymierzony przez Jacka wstrząsnął przeciwnikiem, jednak ten nie został dłużny i oddał hakiem na wątrobę. Złapali się za bary i zderzyli głowami, chwilę trwając w tym impasie. Jednak to doświadczenie i żołnierskiej przeszkolenie wilkołaka wzięło górę - przełożył prawą rękę pod lewe ramię agresora i pięknie przerzucił go przez biodro. Przyklęknął na jego plecach, obezwładniając go.
- A teraz przeprosisz panią i poszukasz sobie lepszego zajęcia na niedzielne poranki, tak? - wyczekując odpowiedzi Reed złapał rękę napastnika i założył mu dźwignię na stawie barkowym. Jego delikatny ruch ręką przekładał się na ogromny ból w ramieniu leżącego człowieka. Pikanterii całej sytuacji dodawał fakt, że ubrany w dresy do biegania i podkoszulek, ogolony na łyso Reed wyglądał jakby właśnie skończył odsiadywać wyrok w stanowym więzieniu. Nawet kobieta, której właśnie pomagał musiała być przerażona całą tą sytuacją.
- Aaaa! - warknął facet, próbując się wyrwać. - Kurwa, no dobra… Sorry! - krzyknął.
- Dziękuję panu bardzo! - powiedziała kobieta, otrząsając się z pierwszego amoku. - Gdyby nie pan, pewnie byłabym teraz… - wizja, którą roztoczył przed nią jej własny umysł trochę ją przerosła, co odmalował się na jej twarzy w postaci przerażenia. - Co teraz z nim zrobimy? - zapytała po chwili, trochę niepewnym głosem. Jej ręka powędrowała do torebki, prawdopodobnie po telefon, zaś oczy sunęły ku leżącemu kilka kroków dalej nożowi.
- Najszybciej będzie zadzwonić po straż leśną. Policja tutaj dojedzie najwcześniej za godzinę, a jeśli przekażemy go strażnikowi, to przynajmniej go skują.
Na ułamek sekundy w głowie wilkołaka przebiegła niepokojąca myśl. Jakby przeskok iskry elektrycznej gdzieś na karku. Przecież ona może sięgać do torebki po broń. Odegnał jednak tę myśl. Minęło tyle lat od powrotu z Iraku, a jednak to co tam oglądał zostawiło rysy w sposobie myślenia.
- Dobrze… - westchnęła kobieta, wyjmując telefon i wystukując numer do straży leśnej. Zgłosiła zdarzenie, a niecałe piętnaście minut później pojawił się jeep i leśnik, z zapewnieniem, że facet zostanie oddany w ręce policji.


- O, Reed, ty tutaj? - zagaił Norton, który, jak na złość, musiał być na służbie tego ranka. - Mogłem się spodziewać, że jeśli będą gdzieś kłopoty, będziesz w nie zamieszany. - zmierzył Jacka zimnym spojrzeniem i władował skutego bandziora do samochodu. - W każdym razie, pamiętaj, że gościu może wnieść pozew przeciw tobie za naruszenie nietykalności i przestrzeni osobistej. Bądź w kontakcie z prawnikiem. - puścił mu oczko, a jego twarz wykrzywiał nieprzyjemny uśmiech. Wsiadł do samochodu i odpalił silnik.
- Niech się pan nie martwi, panie…? - kobieta podeszła do niego i złapała go lekko za ramię. - Jestem Jenny. - posłała mu ciepły uśmiech.


Adam miał rację. Kłopoty przyciągały Reeda jak magnes. Teraz również nie wątpił, że “zaprzyjaźniony” leśnik chętnie podpowie “poszkodowanemu” co i gdzie podpisać. Jack w końcu odwrócił się do Jenny. Nieco zaskoczył go ten uśmiech. Zazwyczaj ludzie się go bali.
- Reed, Jack Reed - ledwo to powiedział i dotarło do niego jak głupio to zabrzmiało - co pani... - zawahał się i poprawił:
- Co tutaj robisz Jenny? Stąd są jakieś trzy mile do najbliższych zabudowań. Może zabierzesz się z Adamem?
- Byłam na porannym spacerze. -
westchnęła. - Co niedziela tu chodzę, lubię posłuchać natury, śpiewu ptaków, szumu drzew… I trochę też pobiegać. Ale tylko czasami. A ty, Jack, musisz dużo ćwiczyć, prawda? - spojrzała na odjeżdżającego jeepa. - Nie przejmuj się tymi oskarżeniami. Będą bezpodstawne, działałeś w obronie życia ludzkiego. W razie czego, mogę ci załatwić dobrego prawnika. - uśmiechnęła się. - Przespacerujemy się? - zapytała.
Jack wyjął z kieszeni swojego smartfona. Cóż nie zwykł przerywać treningów, jednak nie co dzień zdarzało mu się pobić kogoś na trasie biegowej.
- Z chęcią się przespaceruję. W zasadzie biegłem już do domu, więc może dasz się zaprosić do mnie na kawę po spacerze?
Na smartfonie przerzucał kolejne okienka przeglądarki, jakby czegoś szukając.
- Co do adwokata, to korzystam często z usług kolegi.
Ledwo skończył zdanie to dotarło do niego co powiedział. Tak, Jack, ją prawie zgwałcili, a ty nie dość, że wyglądasz jak kryminalista, to jeszcze radośnie oświadczasz, że często korzystasz z usług adwokata. Od razu może powiedz jej, że ją rozszarpiesz gdy na niebie pojawi się księżyc w pełni?
Żeby się zrehabilitować dodał:
- Jestem inżynierem, wiesz praca przed komputerem, siedzący tryb życia. Gdybym nie zaczął dbać o siebie, to zmarłbym na zawał przed czterdziestką.
Jenny tylko zmierzyła wzrokiem Jacka, przyglądając się jego umięśnionej sylwetce. W pamięci miała jego pokaz sztuk walki sprzed kilku chwil. Uśmiechnęła się lekko, ale postanowiła nie naciskać na Reeda - być może sam jej o tym opowie?
- Z miłą chęcią napiję się kawy. - odparła, rozcierając ramiona. - To jest tak zwana choroba cywilizacyjna. Siedzimy przed komputerami, udając kogoś, kim nie jesteśmy, robiąc rzeczy, których nie lubimy, by zarobić pieniądze, które wydamy na bzdety, których nie potrzebujemy. Zamknięte koło. - posłała Jackowi słaby uśmiech. - Może więc mamy wspólnego znajomego, Jack? Kim jest ten tajemniczy adwokat? - zapytała.
- Nazywa się Andrews. Może znasz, może nie. Głównie sprawy korporacyjne, ale po znajomości czasem mi pomaga. - W tym czasie Jack wykonał kilka sprawnych ruchów palcem i zamówił dostawę tortu czekoladowego wprost do swojego domu. Cały czas był pełen podziwu ile możliwości daje współczesna technologia.
- Mam nadzieję, że lubisz czekoladę. Bo jeśli nie, to tort, który dojedzie za półtorej godziny do mojego domu będzie niepotrzebnym bzdetem, na który zarabiałem pieniądze.
Reed ruszył szybkim krokiem w stronę domu. Bynajmniej nie przywykł do romantycznych spacerów, zaś biec było mu najzwyczajniej głupio. Obrócił telefon w palcach owijając go słuchawkami i wsunął do kieszeni dresów.
- A czym ty się zajmujesz Jenny? - zapytał oceniając jej ubiór. Nie wyglądała jakby była tutaj biegać. Jack w głowie liczył. Trzy mile. Blisko półtorej godziny marszu. Kto normalny w niedzielę maszeruje po lesie?
Odpuście szeregowy, nie szukajcie dziury w całym.
- Masz to szczęście robić, to co lubisz dla pieniędzy? - wypalił.
Bardziej dwuznacznego pytania nie szlo zadać, co Jack?
- O, pan Andrews! To mój szef! - uśmiechnęła się Jenny. - Świat jest mały, prawda? - złapała Jacka pod ramię, nie zważając na jego strój. - Uwielbiam czekoladę. Zamówiłeś go specjalnie dla mnie? - zapytała, wtulając się w niego lekko. - Tak, płacą mi dosyć dobrze, a i z urlopem nie ma największego problemu. Najbardziej lubię podróżować i oglądać ciekawe miejsca. Byłam ostatnio na Hawajach, wiesz? Jest tam super ciepło, ale te ich góry są wręcz cudowne… Byłeś tam kiedyś?
Oczywiście, że uwielbia czekoladę. Wszyscy uwielbiają czekoladę. Cukier zwiększa produkcję endorfin i jeżeli tylko nie masz próchnicy… no tak. Nie wszyscy uwielbiają czekoladę.
- Taa świat jest mały. Choć dla mnie jeszcze za duży. Nie specjalnie ruszam się z miasta.
Gdy się w niego wtuliła na moment przeskoczyło między nimi wyładowanie elektrostatyczne.
- Wybacz. Zmieniałem ostatnio płyn do płukania. Jak widać źle wybrałem.
Zagryzł zęby.
- Och, nic się nie stało. - powiedziała Jenny. - Nie lubisz podróży? Dziwne. Tylko mi nie mów, że atmosfera tutaj, w Boise ci pasuje. Owszem, przyroda jest tutaj piękna, ale jest jeszcze tyle pięknych miejsc do obejrzenia… - westchnęła. - A tak prywatnie, to masz kogoś, Jack? - zapytała.
Były żołnierz zdębiał. Od kilkunastu lat nie podrywała go żadna kobieta. W zasadzie sięgał pamięcią i nie potrafił sobie przypomnieć kiedy ostatni raz nie płacił za sex. Na jego czole pojawiła się kropla perlistego potu najpewniej wywołana właśnie tym wzmożonym wysiłkiem intelektualnym.
- Eee - elokwentnie rozwinął swoją odpowiedź trzymając dziewczynę w napięciu niczym dobra książka - nie. Mieszkam sam.
Dlaczego niedoszła ofiara gwałtu cię podrywa Jack? Co z nią jest nie tak? Może to psychopatka?
- A ty Jenny? Zawsze spacerujesz sama? - postanowił uzupełnić informacje.
- Od kiedy rozstałam się z chłopakiem jakiś miesiąc temu. Wiesz, to był ten, którego dzisiaj załatwiłeś. Ma zakaz zbliżania się, ale dalej mnie napastował. - westchnęła, opierając się ciężko o Jacka. - Tak ciężko żyć samotnie, gdy masz takiego dupka na głowie… Nawet nie można wyjść na spacer w niedzielę. - Reed miał wrażenie, że jej usta się nie zamykają.
Ok, czyli to nie był prawdziwy gwałt. Może nie jest psychopatką.
Jack oswobodził rękę i objął Jenny.
- Może warto zmienić przyzwyczajenia spacerowe? - rzucił mimochodem.
No dobra, skoro to nie był prawdziwy gwałt, no to już właśnie teraz wnoszą przeciwko tobie oskarżenie stary. Eh, żebyś ty chodź raz nie pchał się z piąchami gdzie nie trzeba.
Później już tylko słuchał, przytakując i negując lakonicznie. Długie rozmowy go męczyły. Długie rozmowy z kobietami zwłaszcza. W końcu na horyzoncie pojawił się jego dom z zaparkowanym przed nim żółtym hummerem.


- Witaj w mojej twierdzy - powiedział przepuszczając ją w bramie.
- Woa… - Jenny była zadziwiona wielkością domu, w którym Jack mieszkał samotnie. - Jej, ale chata. A ja wynajmuję taką małą klitkę w centrum, jeden pokój i kuchnia z łazienką. No ale nie jestem typem domatora, dużo podróżuję, zresztą, mówiłam ci już. Odwieziesz mnie potem, co? - zapytała, prawie wskakując mu na szyję. - A jaki to ma silnik, co? - zapytała, wskazując ruchem głowy na hummera. - I ile pali? Powinniśmy dbać o planetę, prawda?
- Mieszkania w centrum są drogie. A jakbyś mieszkała w na takim Wygwizdowie, to też przydałby ci się duży samochód -
powiedział przykładając telefon do czytnika przy drzwiach i otwierając je przed kobietą.
- Dzień dobry - powiedział w powietrze i kolejny zamek do kolejnych drzwi się otworzył. Dwustopniowy system zabezpieczeń połączony z telefonem komórkowym i analizatorem głosu. Przyjemna zabawka.
Jak tu przyjechałaś, że będę musiał cię odwieźć? Taki kawał z centrum, i półtorej godziny marszu? Kim ty jesteś?
- Tak, oczywiście, że cię odwiozę. Auto pali 3,4 litra w mieście - spojrzał na nią z uwagą czekając na reakcję.
- Trochę ponad trzy litry? Niemożliwe? Przerobiłeś go na rower? Albo to hybryda? - zasypała Jacka gradem pytań kobieta. Reed miał już tego stanowczo dosyć. Uratował go dzwonek do drzwi. Przyjechał koleś z tortem, co Jack zobaczył na ekranie monitoringu wiszącym w kuchni. Facet wręczył mu pakunek i pobiegł do skutera. Nastała chwila względnej ciszy, przerywanej tylko krótkimi komentarzami Jenny, ale głównie skupili się na jedzeniu tortu i piciu kawy. To było pół godziny błogości dla Reeda. Gdy skończyli, kobieta tylko podniosła wzrok znad talerza i zapytała: - Oprowadzisz mnie?
Już prawie skończyło się szpanowanie technologią. Ekspres parzący kawę przez aplikację w telefonie komórkowym i oświetlenie sterowane z tableta wreszcie mogły być podziwiane przez gości. Zazwyczaj Reed siedział w samotności. Gdy ruszyli do auta to wreszcie zaczął mówić więcej.


W samochodzie opowiedział o tym jak pomagał w projektowaniu silników hybrydowych. W tym aucie oba silniki były customowe. Elektryczny w całości projektowany przez Reeda. Po kilkunastu minutach dotarli na miejsce wskazane Jenny.
- Jeeej, dzięki jeszcze raz! - kobieta przytuliła się do niego. - A… - zaczęła nieśmiało. - Może chciałbyś mi potowarzyszyć dzisiaj? Trochę się boję mojego ex, a ty jesteś taki wielki, silny i dasz sobie z nim radę, jeśli coś się zdarzy… No i lubię cię strasznie, jesteś fajny gościu. - spłonęła rumieńcem.

* * *

23 października 2016, NIEDZIELA, ostatnia kwadra księżyca godzina 16:40,
Boise, dom Jacka


Jack ubrał się elegancko w swoim mniemaniu. W końcu szedł na coś-jakby-randkę.
Wcześniej napisał do Adrewsa maila. Poprosił o teczkę osobową Jenny. Jednak jego podejrzliwość wygrała. Dowiedział się, że Jenny wzięła dwa dni urlopu, a po dobie zadzwonił jej facet z prośbą o przedłużenie do dwóch tygodni bezpłatnego. Dziś był ostatni dzień tego urlopu. Oprócz tego, zajmowała się głównie finansami w kancelarii - rozliczała klientów i wynajdywała przekręty finansowe kilku korporacji.

Ma spotkanie postanowił jechać motocyklem. Jego żółte auto się sprawdzało w dalekich trudnych trasach. Do miasta i do pracy wolał jeździć właśnie motocyklem.


Mieszkał sam. Dom kupił okazyjnie po spieniężeniu pierwszej części patentu. Prawie wszystkie pieniądze mógł bezkarnie wydawać na gadżety i elektronikę. Motocykl był gadżetem.

Przed samym spotkaniem skoczył jeszcze zjeść krwistego steka. Czekolada, czekoladą, ale nic nie było tak dobre jak świeże białko. Po obiedzie skoczył do kwiaciarni i ruszył na randkę.
Gdy podjeżdżał pod umówione miejsce, zobaczył Jennę w zwiewnej sukience białego koloru. Jako wzór wybrała kwiaty w odcieniach czerwieni. Kobieta uśmiechnęła się na jego widok promiennie i podbiegła lekko w butach na obcasie.
- Fajny motocykl, Jack! - powiedziała z uśmiechem na twarzy.
Wilkołak poklepał bak z czułością, jakby przyjechał na wiernym rumaku a nie na potężnej maszynie. Ocenił sukienkę kobiety. Taak, motocykl był złym pomysłem. Baaardzo złym.
- Lubię fajne maszyny - powiedział spokojnie. - To dokąd jedziemy? A może idziemy? Aa, tak, mam jeszcze coś dla ciebie.
Wyjął z plecaka zawinięte w papier polne kwiaty spięte w bukiet. Czerwień, pomarańcz i żółć doskonale komponowały się z jesiennym otoczeniem. Wszystko dzięki temu, że Jack zdał się w stu procentach na porady florystki. Sam ledwo rozróżniał gatunki kwiatów i najpewniej kupiłby coś odpowiedniego na pogrzeb.
- Proszę
- Jej, dziękuję! Nie trzeba było… -
rzuciła się Jackowi na szyję. - Myślałam, że może pójdziemy coś zjeść, a później wpadniemy do mnie? - zaproponowała. - Obejrzymy jakiś film...?
- Jasne, chętnie coś zjem -
powiedział bez entuzjazmu myśląc o pochłoniętym steku.
- Masz jakąś ulubioną knajpę?
- Lubię tajskie i meksykańskie jedzenie. -
powiedziała, nieco nieśmiało.
- Zatem wprowadzisz mnie do świątyni nowych smaków. Jakaś konkretna knajpa? - kobieta pokręciła głową, uśmiechając się.
Jack wyjął smartfona. Wrzucił mapę. Opcja “szukaj w pobliżu…. Restauracje”. Urządzenie wypluło listę. Jack sprawnym ruchem kciuka założył filtr “Typ: Tajskie, Typ: Meksykańskie”. Mapa ukazała rozrzucone punkty, których nie było już tak wiele. Przeklikał kilka lokalizacji.
- Thai Cusine? 59 opinii, średnia ocen 4,7 na 5. Overland road. A jak nam nie zasmakuje, to obok jest Pizza Hut - wysilił się na żart. Ale taki właśnie był. Statystyka i technologia. I tym razem pozwolił, żeby smartfon skomponował im coś-jakby-randkę.
Podał kask dziewczynie, samemu wsuwając do ucha słuchawkę BT. Smartfona umieścił w specjalnym miejscu na desce rozdzielczej.
- Jedziemy, bo o 21:30 zamykają.
- Dla mnie brzmi pysznie. -
uśmiechnęła się, biorąc kask od Jacka. - Uch, ale wielki... - westchnęła, czując luz na głowie. Po chwili parsknęła śmiechem, słysząc co powiedziała. - Nie bierz tego tak do siebie, Jack... - pogłaskała go po bicepsie. - Czasem palnę coś zanim pomyślę co mówię... - westchnęła, usadowiając się za nim. Objęła go i ruszyli.

23 października 2016, NIEDZIELA, ostatnia kwadra księżyca godzina 21:41,
Boise, korytarz w bloku Jenny



To były dla Jacka długie godziny opowiadania o sobie. Choć może on za dużo o sobie nie mówił, to z całą pewnością czyniła to Jenny. Paplała jak najęta. A mimo to, zdawał się na niego lecieć. Coś ją do niego ciągnęło... Nie był tylko pewien cóż takiego. Być może kasa. A może po prostu czuła się przy nim bezpieczna? Nawet teraz, gdy odprowadzał ją do jej mieszkania na trzecim piętrze, paplała jak najęta.
- Bo wiesz, Jack, jak rozliczamy kilku klientów jednocześnie, to korzystamy zazwyczaj z tych nowiusieńkich programów do rozliczeń. Bez nich pewnie bym się rypła kilka razy w miesiącu, bo rozliczenia robimy zwykle na koniec miesiąca. Niedługo mnie to czeka ponownie... - westchnęła, zatrzymując się pod mieszkaniem z numerem 34. - To tutaj. - złożyła ręce na torebce-kopertówce. - Wejdziesz może na kieliszek wina? - uśmiechnęła się do niego.
- Tak, wejdę - z jakiegoś powodu Jenny go irytowała w tym wszystkim. W opowieściach, w sposobie bycia, w tej swojej nieskazitelności i ciekawości. Wejdzie. Wypije kieliszek wina i nie pojedzie już do domu. Na moment tylko uruchomił aplikację “Dom” i zdalnie wyłączył ogrzewanie. Nie było sensu marnować energii w pustym domu.
- Dobre wino będzie idealnym zwieńczeniem tego wspaniałego wieczoru - rzucił regułkę zasłyszaną w jakimś filmie romantycznym i wszedł do mieszkania.
Gdy tylko przekroczyli próg, a drzwi zamknęły się, torebka poleciała gdzieś w kąt, podobnie jak kurtka i szpilki. Kobieta wskoczyła mu na ramiona, zarzucając ręce na szyję i całując. W przerwie między pocałunkami tylko szeptała:
- Och... Jack... Jesteś... taki... męski... silny... i romantyczny... - wciskała Reeda w ścianę.
Jack nie pozostał bierny. Szybko przejął inicjatywę. Wepchnął jej język głęboko w usta, żeby wreszcie już nie mówiła. Pochwycił ją mocno za włosy. Przyparł najpierw do ściany, a później rozglądając się po mieszkaniu do blatu ciasnej kuchni. W końcu znów mogła się odzywać, gdy była przed nim pochylona, a on sięgał dłonią pod jej sukienkę, żeby zdjąć jej majtki.
- Och, ty brutalu... - powiedziała, ewidentnie robiąc sobie z Jacka żarty.
Majtki stawiały opór o sekundę za długo. Jack zamiast je zdjąć rozdarł delikatną tkaninę. Później wszedł w nią gwałtownie. Miała racje, był brutalny. Jego ruchy były przepełnione pierwotną siłą i gniewem. Wbijał się w nia mocno, szybko, głęboko. Nie przejmując się tym, że ona jęczy. A może właśnie to wzbudzało w nim największe emocje. Zagryzł zęby. Przyciskał ją mocno, praktycznie nie dając możliwości ruchu. Była jego zabawką. Ciekawe czy spodziewała się właśnie takiego zakończenia nieudanego gwałtu w niedzielny poranek?
Nie umiała powstrzymać przyjemności. Krzyczała wręcz. Po chwili przeniósł niemal wyczerpaną kobietę do salonu. Ale to nie był koniec. On dopiero się rozkręcał. Zdarł z niej sukienkę. Nie przejmował się materiałem. Po chwili w ślad za sukienką powędrował stanik.
Tym razem ściskał mocno jej piersi gdy ponownie się w nią wbijał. Jęknęła.
Chwilę po trzeciej Jack szedł nagi do kuchni poszukać czegoś do picia w lodówce Jenny. Miał nadzieję, że dziewczyna będzie mogła jutro chodzić. On sam czuł się zmęczony. W lodówce było wino, które obiecała i sok pomarańczowy w pojemniku z tworzywa sztucznego. Sięgnął po sok i zrobił kilka solidnych łyków. Po czym wyjrzał przez okno.

Rosnąca tarcza księżyca wskazywała na patronat Księżycowych Tancerzy. Wziął głęboki oddech czując ponownie napływający gniew. Odłożył sok i ruszył do sypialni. Miał nadzieję, że Jenny ma jeszcze trochę tego żelu… nie chciał jej aż tak bardzo poobcierać. Gdy tylko Jack wszedł do sypialni, zauważył, że kobieta słodko już śpi. Wyglądała na wymęczoną, ale zadowoloną z wieczoru. Jack ułożył się obok niej. Powoli sięgnął dłonią w stronę jej łona. Po chwili w sypialni rozległ się odgłos podobny do mlaskania. Zmęczona Jenny chyba myślała, że to sen. Jej ciało reagowało wyraźnie na jego dotyk. Wiła się niczym węgorz w sieci rybackiej. Jack poruszał palcami coraz szybciej. Nagle jej dłoń zacisnęła się na prześcieradle. Gdy poczuł, że ona jest gotowa, to znów w nią wszedł. Tym razem powoli, jednak mocno. Jenny się obudziła jakby nie wiedząc co się dzieje. Tymczasem Jack znów atakował. Tym razem wpiła się mocno paznokciami w jego plecy. Tej nocy nie dał jej pospać.

* * *

24 października 2016, PONIEDZIAŁEK, ostatnia kwadra księżyca, godzina 06:51,
Boise, mieszkanie Jenny


Jacka obudziło ciepło leżącej obok kobiety. Jej dłoń spoczywała na jego klatce piersiowej, delikatnie ją drażniąc i pobudzając jego żądze. Drugą dłoń umiejscowiła nieco niżej, co było też realnym powodem wybudzenia Reeda.
Najwyraźniej wyciągnęła naukę z tej nocy. Usta kobiety dotykały ucha mężczyzny, drażniąc jego kark gorącem oddechu.
- Dzień dobry. - uśmiechnęła się, gdy tylko Jack otwarł oczy. Pocałowała go w policzek. On się uśmiechnął. Niemal odruchowo zerknął na zegarek za nią. Wychodziło, że tej nocy spał już prawie godzinę. Cóż, będzie musiało wystarczyć.
- Spieszysz się do pracy?
- Nie bardzo.
- usiadła na nim okrakiem.

* * *

6 listopada 2016r., Niedziela, godzina 9:11
Domek letniskowy Whitecraftów, Boise

Śniło jej się, że bierze ślub z Ryjkiem. Jej ojciec był z niej taki dumny... Przebudziła się, rozcierając oczy. Choć ostatni tydzień był naprawdę spoko pod kątem relacji między nią a Ryjkiem, chciała odpocząć. Dlatego też umówiła się z Amy... która jeszcze nie dotarła do własnego domu. Wzruszyła ramionami, odganiając od siebie te myśli.
Gdy tylko wyszła z łóżka, poczuła że coś jest nie w porządku. I choć nic nie zapowiadało najgorszego, Mi odpaliła telefon i zaczęła sprawdzać newsy. Włączyła telewizor. Sniffer trochę przycinał, bo ostatnio wrzucanych postów zdawało się być jakby więcej... Zauważyła post Ryjka, krótki i wiele mówiący w sieci:
[*] 11/5/16 Pamiętamy!
Szybko wykręciła numer do przyjaciela, z którym ostatnio była coraz bliżej i usłyszała w słuchawce jego zaspany głos.
- Haalo?
- Co jest grane?
– zapytała.
- Nie słyszałaś? – ożywił się - Był jakiś atak na grupę ludzi, podobno była tam... - w jego głos wbił się ktoś z telewizji.
- Wśród poszkodowanych jest miejscowy śledczy, Isabella Williamson, adwokat Timothy Andrews i jeden z członków zarządu Micron Technology, Jason Thorthon. Policja sprawdza powiązania między nimi. Mąż pani detektyw, oficer Luis Williamson został odsunięty od śledztwa z przyczyn prywatnych... - telewizor został wyłączony, a pilot poleciał gdzieś w kąt.
- Hej, tak mi przykro... - usłyszała w słuchawce, ale przerwała połączenie. Czyżby wybili całą watahę? I kto to zrobił? Istniał tylko jeden sposób by się o tym przekonać, ale jakoś nie była pewna, czy chce to oglądać... Niepewnym ruchem wzięła telefon do ręki, wyraźnie niezdecydowana.

* * *

6 listopada 2016r., godzina 9:00,
Umbra

Jack krwawił, tylko tyle był w stanie wyczuć w obecnej chwili. Walczył wczoraj z napastnikami, którzy dosłownie ich roznieśli. Przytłoczyli ich swoją przewagą liczebną. No i srebrem... Czuł uciekające z niego życie. A ostatnio zaczęło się układać. Jego dziwny związek z Jenny zaczął nabierać rumieńców, jeśli można było tak powiedzieć o codziennym spotykaniu się, oglądaniu filmów i bzykaniu do rana. Coraz częściej chodził zaspany.
W jego głowie pojawiły się wątpliwości. A może to właśnie sprawiło, że nie był w stanie obronić swej watahy w prawidłowy sposób? Trzymał w pamięci wyraz twarzy tego wampira, który stał bezpiecznie za szeregiem innych, oglądając efekty swych planów. Był prawie pewien, że będzie w stanie go odnaleźć i wyrównać rachunki.
Za jakiś czas... Krwawienie z rany na nodze znów dało o sobie znać. Był tak wycieńczony, że ledwo stał. A mimo to, był bezpieczny w Umbrze, chyba za wstawiennictwem Gai... Wtedy stało się coś, czego się nie spodziewał. Objawił mu się totem jego watahy.
- Odnajdź ocalałą. - powiedział. - Pomścijcie moje dzieci. Niosąca Czerwień żyje... - i tyle, już go nie było. Równie dobrze mógł być wytworem wyobraźni Jacka...
 
Corrick jest offline  
Stary 31-10-2016, 21:47   #3
 
Mi Raaz's Avatar
 
6 listopada, Umbra.

Leżał na asfaltowej drodze. Czuł przeszywający ból w nodze, pod żebrami i na ramieniu. Tatuaż zawsze piekł jakby był świeżo robiony po rozmowie z totemem. Cóż, taki urok poświęcenia życia duchowi wprost z umbry. Bestia się podniosła. Wielki crinos o błękitnym futrze rozglądał się. Węszył. Wsunął pazurzastą łapę pod skórzana kurtkę. Krew była już zaschnięta. Noga zaś krwawiła. Cały czas. Kula musiała być w środku. Gniew nieba przyklęknął. Powoli zaczął ostrzyć pazur o asfalt. Po każdym ruchu wokół skakały iskry i wyładowania elektryczne. Po kilku minutach szpon był już ostry jak skalpel. W umbrze rozległo się głośne warknięcie, a po chwili wycie, gdy szpon wbił się w mięsień czworogłowy uda i zaczął go penetrować w poszukiwaniu kuli.
Wyładowania zaczęły przeskakiwać po grzywie Gniewu Nieba. Nawet jedna z minibłyskawic przeskoczyła po szponie trafiając wprost w ranę. Ale nie zmieniło to intensywności bólu. W końcu wyjął małą srebrną kulę. Piekła go na dłoni. Czuł, że nie zyskał wiele, bo rany od szponów będą goić się równie długo. Z drugiej strony rana ze srebrną kulą wewnątrz nie zagoiłaby się nigdy.

Kulę schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. Po chwili zmienił się w ogromnego wilka, a kurtka i spodnie stopiły się z błękitną sierścią. Mistycznego wglądu dodawały mu przeskakujące gęsto maleńkie błyskawice.


Ruszył przed siebie utykając na lewą tylną łapę. Myślał o tym co zaszło. Jak ich znaleźli. To nie był przypadek. Zbyt dobrze przygotowani. Srebrne kule. Gaz łzawiący. Granaty ogłuszające. Broń automatyczna. Kamizelki kuloodporne. I smród trupów. Pijawki. Znajdzie ich i rozszarpie. Ale póki co musi znaleźć Noszącą Czerwień.

Kuśtykając dotarł w okolice swojego domu. Penumbra była zdradliwym miejscem. Chociaż nie dorastała do pięt umbrze, w której łatwo było się zgubić nie będąc teurgiem. W zasadzie w penumbrze jego domu nie było jeszcze widać. Beton, stal i szkło potrzebowały kilku lat, zanim ich cień pojawiał się w penumbrze. Co innego komputery. One miały swoje duchy, przykute do określonego miejsca. No i był też dar z tatuażu. Transmisja danych w penumbrze. Śliczne błękitno zielone strumienie wpływały i wypływały do miejsca pełnego duchów. Strukturę domu odwzorowywała złota sieć Tkaczki. W końcu wilk wszedł do wnętrza świetlistej złotozielonej bryły. Zawył i powoli zmieniał się najpierw w pół-człowieka, pół-wilka. Później w człowieka. Po chwili wrócił już do swoich naturalnych rozmiarów. Sięgnął do kieszeni kurtki wyjmując swojego smartfona. W umbrze nie miał zasięgu. To nawet dobrze, bo Jenny pewnie bombardowała go perwersyjnym zdjęciami całą noc. Spojrzał na swoje odbicie w wyświetlaczu ze wzmacnianego szkła. Skupił się i poczuł jak przechodzi przez zasłonę.

Stał w swoim salonie. W samym środku. Ruszył najpierw do łazienki. Z apteczki wyjął bandaże, którymi próbował się opatrzyć. Szkolenie wojskowe przydało się, choć w porównaniu z profesjonalnymi opatrunkami wyglądały nieudolnie. Uruchomił telefon, aplikacja “Moi znajomi” zaczęła szukać telefonów członków watahy. Odruchowo kliknął “nie udostępniaj położenia”. Aplikacja była banalna, dostarczona przez producenta telefonów. Mogli się szybko odnaleźć. I ktoś, kto miał telefon kogokolwiek z watahy mógł teraz zlokalizować resztę. Dlatego ważne było wyłączenie lokalizacji. Gardło Jacka ścisnęło się, gdy zobaczył, że żaden z telefonów nie był aktywny.
"Niemożliwe, żeby wszyscy zginęli."
Cytat:
Niosąca Czerwień żyje.
Echo głosu ducha ich watahy rozbrzmiewało w głowie Jacka. Przeszedł do części biurowej swojego domu. Uruchomił dwa komputery, których zazwyczaj używał do projektowania. Postawił most sieciowy bezpośrednio do serwerów Micron Technology. Jego dom był tak zwanym “punktem zaufanym” dzięki czemu mógł pracować zdalnie. Wyszeptał kilka słów cichego wezwania do swojego totemu.
- Pomóż mi z duchami tych maszyn. Pomóż mi z tym dziełem ludzkich rąk. Pozwól mi znaleźć tych gnoi i wywrzeć pomstę.
Łysielec siedział przed komputerem i stukał w klawiaturę. Lokalizator Małej Mi był wyłączony. Dziewczyna ostatnio często nie dogadywała się z matką. Szukała prywatności. Nic dziwnego, że wyłączyła udostępnianie położenia. Wysłał maila:

Cytat:
“Skontaktuj się ze mną szybko. Mamy poważny problem”

Każda dodatkowa informacja niosła ze sobą szansę na to, że ktoś ich namierzy. Maile nie były dobrym kanałem komunikacji. Musiał ją znaleźć. Ale musiał też posprzątać na tyle na ile się da. W końcu nikt nie spodziewał się zobaczyć wiceprezesa firmy w formie wilkołaka rozszarpującego kogoś uzbrojonego w broń automatyczną. Zagryzł zęby i spróbował przejść ze swojego “tunelowego dostępu” do działu ochrony. Mimo tego, że cały czas czuł pulsujący ból w udzie, to duchy mu sprzyjały. Na moment tylko zaśmiał się do siebie, gdy z łatwością mijał kolejne zapory. Dotarło do niego, że skoro on sobie z tym poradził, to Mała Mi pewnie zrobiłaby to z jego smartwatcha. Albo z samochodowego GPSa.

Po chwili nagrania z różnych kamer były już na komputerze Jacka. Skopiował je na pendrive przypiętego do kluczyków samochodowych. Usunął kopie filmów z serwera firmy. Zerknął jeszcze w logi. Łączył się bezpośrednio z domu. Jeżeli to wyjdzie na jaw, to będzie spalony. W katalogu logów ukazał mu się szereg numerów i dziwnych komend. Nie było to problemem dla koderki-programistki. On za to w tym nie siedział. Przeglądał, przeglądał i do końca nie wiedział co usunąć. W końcu zaczął wyrzucać ostatnie logi. Gdy to zrobił rozłączył się z serwerem firmy i postanowił obejrzeć spokojnie nagrania. W między czasie spróbował połączyć się z Samanthą. Ale jej telefon nie odpowiadał. Może nie miała zasięgu, albo celowo go wyłączyła. Teraz to nie miało znaczenia. Znaczenie miało to, że nie szło się z nią skontaktować. Film się otwierał.

Na ekranie monitora Jack ujrzał, jak podczas zebrania watahy do budynku wparowuje, dosłownie wjeżdża van. Pod budynkiem zaparkował czarny Chevrolet Impala bez tablic. Obydwa samochody były pełne ludzi - a raczej wampirów. Ten, który nimi dowodził, stał w dziurze w ścianie, z bezpiecznej odległości oglądając masakrę. Po chwili ujrzał samego siebie wypadającego z wyłomu, rozgryzającego głowę jednego z napastników. Przez dłuższy czas nic się nie działo, wszystko rozgrywało się wewnątrz. A później wsiedli do samochodów i odjechali.
Wilkołak kilkakrotnie przewijał film i oglądał go od początku. Już nie czuł smutku. Zaczynał czuć złość. Jak wtedy gdy zabili Lestera. Nigdy go nie lubił. Nikt z watahy nie złamał mu tylu kości. A jednak, gdy wampiry zabiły Lestera, to szlag trafił Jacka. To oni zaczęli wojnę. Spojrzał na zegarek. Z sejfu wyjął jeszcze swój pistolet wraz z kaburą i założył pod kurtkę i pokuśtykał do samochodu.
 

Ostatnio edytowane przez Mi Raaz : 31-10-2016 o 22:01.
Mi Raaz jest offline  
Stary 01-11-2016, 19:54   #4
 
Aiko's Avatar
 
6 listopada, księżyc w znaku Teurga,Domek letniskowy Whitecraftów, Boise


Mała Mi wybrała numer ojca, jednocześnie odpalając laptop.

- Sam. - Głos ojca był słaby. - Twoja mama…

- Słyszałam. Kiedy planowałeś do mnie zadzwonić? - Była zła, załamana. Szybko wpisała dane policji jednocześnie podpinając się do kamer w domu spotkań. Wczoraj było spotkanie watahy. Słyszała, że ktoś stara się do niej dobić. Pewnie Ryjek. - Dziś wracam do domu.

- Do zobaczenia.

Szybko trafiła na akta sprawy i sprawdziła kogo zabito. Cała wataha… jej wzrok przelatywał po zdjęciach, częściowo podpisanych ale w większości nie zidentyfikowanych. Czuła jak oczy zaczynają ją piec, a po policzku spływa ciepła łza. - Nie wszyscy!

Dziewczyna chwyciła laptop pod pachę i zgarnęła torbę z rzeczami. Wybiegając z domu zadzwoniła do Ann. - Zostawiam kluczyk tam gdzie zwykle. - Nie dała przyjaciółce odpowiedzieć. Rozłączyła się i wskoczyła do auta.



Rozstawiła laptop na miejscu pasażera i podpięła telefon przez USB do samochodu. Szybko wstukała dla MyMy adres i pozwoliła by sam odpalił auto gdy ona przeglądała dane z kamer w Micron. Wrzuciła do Sniffera dane telefonu wujaszka i kazała mu go znaleźć. Przygłuszony dzwonek oznajmił, że Ryjek znów stara się do niej dobić. Odebrała wyjeżdżając z działki, wypadając na trasę nawet nie zerknęła w lusterko. Teraz program dbał o to by dotarła do domu bezpiecznie. Jej telefon spiął się z satelitą i nadzorował ruch w jej okolicy, MyMy dokładał te dane do zaciągniętych danych topograficznych i bezbłędnie korygował jej tor gdy wstukiwała na lapku kolejne komendy.

- Wszystko ok mała? Może przyjadę po ciebie. - Ryjek też brzmiał jakby nie spał. Był zmartwiony. Nawet nie chciała sobie wyobrażać co dzieje się na komendzie.

- Już wracam do Boise.

- Nawet nie wyobrażam sobie co teraz czujesz... - powiedział szeptem. - Wiesz, gdzie mnie znaleźć, Mała. - szepnął w słuchawkę. - Jestem z twoim ojcem.

Mi rozłączyła się. Jej GPS pokazał, że wujaszek jest w domu. Skoro Ryjek zajął się ojcem to lepiej będzie jak zobaczy w jakim stanie jest ostatni z watahy. Przyspieszyła, wrzucając w dane MyMy informacje o patrolach policji. Kątem oka zerknęła na nagrania z sali spotkań. Ktoś zdążył usunąć dane. Oby Jack i oby zrobił kopię. Kierując lewą ręką, prawą wpisywała dane do sniffera. Była ciekawa na ile wampirek, którego ostatnio wykryła maczał w tym palce. Czuła jak ręka na kierownicy lekko drży i wdzięczna była, że MyMy pomaga jej kierować.

Z trasy zjechała bezpośrednio na drogę prowadzącą do domu Gniewu Nieba. Cały czas zerkała na lokalizację jego telefonu, mając cichą nadzieję, że skoro raz na jakiś czas widzi jakiś ruch, to telefon jest przy jego właścicielu.
 
Aiko jest offline  
Stary 08-11-2016, 22:05   #5
 
Mi Raaz's Avatar
 
6 listopada 2016r., godzina 10:11, dom Jacka, Boise.

Jack miał właśnie wychodzić z domu, gdy na jego parking zajechała Mi samochodem swego ojca. Czuł ból w nodze i ucisk pistoletu pod pachą, gdy wykuśtykał na dziedziniec, wychodząc dziewczynie na przeciw.
Mi wyskoczyła z auta wrzucając do kieszeni telefon i biorąc lapka pod pachę. Widząc, że Gniew nieba kuleje podbiegła jak najszybciej i delikatnie chwytając go za rękę, wyciągnęła go z powrotem do domu.
- Zaraz spróbuję się tobą zająć.
Ustawiła swój laptop obok komputera Jacka.
- Mogę? - Nie czekając na odpowiedź wpięła swój telefon do jego sprzętu. Momentalnie komputer włączył się wyświetlając ekran sterowania MyMy. - Ty usunąłeś dane z kamer? Masz backup?
Rzucił jej tylko kluczyki do Hummera, których brelok był pendrivem.
Na włączonym obok lapku widać było jak Sniffer przeszukuje dane z kamer starając się wyłapać trasę jaką odjechały auta z miejsca rzezi. W jednym oknie wyświetlały się dane z kamer w leżu odnalezionego przez Mi wampira. Program znalazł czarną Impalę na miejscu masakry watahy, która później wróciła do swego magazynu w towarzystwie czerwonego vana.



Wysiedli z niego sprawcy rzezi, którzy weszli do magazynu na godzinę, gdzie posilili się na kilku ludziach, po czym wsiedli do vana i odjechali. Kamery uliczne mogły potwierdzić jedno - samochód udał się w stronę Kennewick.
Jack siedział w fotelu. Nie musiał niczego mówić. Mała wiedziała co się stało. Wiedziała co z jej matką. On zaś tylko zagryzł zęby na wspomnienie Isabell. Córka Sierpu nauczyła go wszystkiego co wiedział o umbrze. Należało ją pomścić. Całą watahę należało pomścić. Nikt kto był tam na miejscu nie może przeżyć. Nikt. I Jacka w tym głowa, żeby ta zemsta się dopełniła.
- Znajdź ich wszystkich! Co do jednego. Rozszarpię skurwysynów.
W końcu wstał z fotela i poszedł do łazienki. Zdjął dziurawe i zakrwawione spodnie. Rzeczywiście opatrunek pozostawiał wiele do życzenia.
Mi kazała szuka snifferowi dalej. Zerkała czy jej wampirek znów jest sam. Zerknęła na tarcze nałożone przez nią na Micron i dom Jacka. Chciała sprawdzić czy komuś udało się przebić. Nie odpowiedziała na słowa Gniewu Nieba jednak gdy się podniósł odprowadziła go wzrokiem do łazienki. Patrząc jak jej farmy mielą dane ruszyła za nim. Oparła się o ościeżnicę.
- Mogę ci pomóc?
Tarcze były w porządku. Nikt nie próbował się przebijać przez postawione przez Mi firewalle, zaś obiekt, który obserwowała pozostawał sam w swym schronieniu.
- Zależy na ile znasz się na opatrywaniu postrzałów - stał w łazience wpatrując się w dziurę w nodze, z której nadal sączyła się krew. W ręce trzymał przesiąknięte krwią bandaże.
Dziewczyna weszła do łazienki.
- Ni cholery się na tym nie znam. Mogę tylko spróbować to wyleczyć.

- Siadaj. - Mi podeszła i nałożyła ręce na skaleczenie. - Pani Snów jest… była w tym lepsza.
Siedzący na wannie Jack skrzywił się. Nie z bólu. Skrzywił się na wspomnienie Pani Snów. Położył dłoń na ramieniu małem Mi.
- Zdaje się, że teraz to ty jesteś głównym teurgiem watahy - i jakby chcąc zdjąć z dziewczyny ciężar odpowiedzialności dodał - jeżeli to nie pomoże, to przypalę ranę. To zamknie żyły i zablokuje krwawienie. A noga w końcu się zregeneruje.

Poszarpana rana na nodze, którą zostawiły pazury wilkołaka zaczęła się zrastać pod wpływem dotyku Małej Mi. Tkanka samoczynnie zbliżała się do siebie, regenerując się automatycznie, aż ślad po pazurach stał się zwykłym strupem. To nieco usztywniło nogę Jacka, ale umożliwiło mu w końcu chodzenie we w miarę normalnym tempie…
Łysielec wstał i poczochrał włosy dziewczyny.
- No mała, zaskakujesz mnie. Chodźmy zobaczyć komu można wpierdolić.
Wrócił do salonu. Obserwował przez chwilę pracę Snifera. Program potwierdził przypuszczenia -
wampir, który mieszkał w magazynie, jeździł czarną Impalą i był zamieszany w atak, był obecnie sam w swej kryjówce.
- Gdzie to jest? Jedziemy tam! - Jack wykrzykiwał jednocześnie szukając innych spodni. Wątpił, czy jakiś wampir ukorzy się przed Gniewem Nieba w samych gaciach.
Mi chwilę obserwowała go stojąc w drzwiach łazienki. Troszkę brakowało jej sił. To wszystko było takie boleśnie świeże. Powinna przeprowadzić apel dla poległych, a nawet nie potrafiła. Pokręciła głową by wyrzucić z głowy niepotrzebne myśli.
- Pakuj sprzęt. Z samochodu możesz się bawić dalej - Jack otworzył drzwi od garażu. Na stercie różnych mniejszych i większych mechanizmów leżało małe karbonowe urządzenie . Jack wziął je do ręki.


- Ty będziesz naszymi oczami maleńki - drona umieścił między siedzeniami pasażera i kierowcy. Wrócił jeszcze na chwilę do domu, żeby wyjąć gotówkę z sejfu w sypialni. Jack unikał gotówki. Miał zaufanie do plastikowego prostokąta z logo American Express. Jednak nie za wszystko mógł zapłacić kartą.

“Nielegalna broń i amunicja, za wszystko inne zapłacisz kartą Master Card”

Musieli się spotkać z ludźmi, z którymi najlepiej trzymał się Lester.
Dziesięć tysięcy dolarów zwinięte w elegancki rulon powędrowało do kieszeni nowych spodni.
- Daj mi jeszcze chwilkę, sprawdzę, czy policja go nie ściga. Wolałabym się nie spotkać z ojcem i chłopakiem na miejscu. - Mi podeszła do pracującego sprzętu. Wrzuciła na komputer Jacka film i oglądała go kątem oka, jednocześnie sprawdzając dane w bazie policji. Pękła widząc jak w jej matkę idzie magazynek ze srebrną amunicją. Dziewczyna zgarbiła się przed swoim komputerem i odłączyła pendriva. Gdyby dobrała się do niego wcześniej… może wszyscy by nadal żyli. Sięgnęła po telefon i wybrała numer Ryjka.
- Hej… wpadnę w jeszcze jedno miejsce. Jeszcze - przez chwilę patrzyła na monitor. Policja jeszcze nie wpadła na trop. Mieli czystą drogę. - … dajcie mi czas, będę wieczorem. - Rozłączyła się i wyłączyła laptopa.

Gdy wsiadł do samochodu powiedział tylko:
- Tak wiem, to idiotyczne, że hasło do WiFi w aucie to “Jack1981”. Ale pewnie i tak obeszłaś je bez próby złamania, więc po kiego miałem się wysilać.
Auto ruszyło z piskiem opon, a deskę rozdzielczą rozświetliły kolorowe ikonki symbolizujące zagrożenia bezpieczeństwa. Aktywowany ASR, zmianę pasa bez kierunkowskazu, czy przekroczenie dozwolonej prędkości. Jakoś tak Jack nie miał czasu przejąć się żadną z nich.
Mi podpięła swój telefon przez USB i na GPS wyświetlił się adres wampira.
- Zaraz postawię ci walla na aucie. Wolałabym by te dupki nie widziały nas gdy będziemy lecieć za nimi do Kennewick. - Gdy Jack prowadził Mi wrzuciła dane drugiego auta do Sniffera. Spięła kilka zombiaków, atakując serwer policji. Potem będzie musiała tam posprzątać, gdy chłopaki zaczęli pracować włamała się do bazy i spięła z monitoringiem dróg. Ciekawe gdzie na noc zatrzymały się jej wampirki. Wyszukiwała informacje o opuszczonych lokalach, rejestracjach w hotelach na 2 dni, choć w to wątpiła przy tak dużej grupie. Omdlenia i zgony przy trasie. Lewą ręką wystukała dwie komendy na telefonie i ten zaczął instalować właściwe blokady na samochodzie Jacka. Blokady zaczęły działać jeszcze nim Sniffer znalazł pierwsze dopasowanie. A trochę tego było. Van zatrzymywał się w kilkunastu miejscach w okolicy, wyruszył ze Spokane, przez Pasco, Richland, Kennewick, Pendleton, La Grande, Baker City, później prosto do Boise. W drodze powrotnej zaś... Zatrzymał się dopiero w Kennewick na parkingu obok Southridge Sport Complex. Wszędzie kamery rozpoznały ten sam samochód na parkingach…
Ustawiony przez małą GPS usilnie kierował ich na drogę międzystanową 84. Oczywiście był to najprostszy sposób dotarcia do celu. Jednak gdy Jack trzeci raz zignorował podpowiedź systemu nawigacyjnego poczuł się zobowiązany wyjaśnić.
- Potrzebujemy broń i amunicję. Pijawka może nie być sam. Zresztą… zadarł z wilkołakami, na pewno nie będzie sam.
Spojrzał na Małą Mi. Nie umiał o niej inaczej myśleć. Musiał się zastanowić jak córka Isabell miała na imię. Uwielbiał tę małą. Jeszcze parę lat temu kupował dla niej piwo. Zaraz, dlaczego w zasadzie przestał? Czy to możliwe, że Mała jest dorosła? Neee. Nadal jest małym robaczkiem siedzącym w kabelkach. Przepina te wszystkie rzeczy, gdy Isabell prowadzi ich w umbrze…

Skończyło się. Nie ma już Isabell. Zostali sami. A nie powinni. On też miał zginąć. Powinien zginąć w walce. Dłonie zacisnęły się mocniej na kierownicy. Dobrze, że małej został ojciec. Jack nie miał nawet tego. I był dużo młodszy gdy został sierotą.

Teraz liczyła się zemsta. Każda jedna pijawka, która wyszła z tego cało zostanie wytropiona i odesłana w niepamięć. A później Jack dowie się z czyjego polecenia działali. I ich też wytropi i rozszarpie. I wszystkich z nimi związanych!

Mi rozpięła GPS gdy tylko Gniew Nieba stwierdził, że musi zajechać po broń.
- Jak uważasz. Zazwyczaj bywał sam. - Dziewczyna poleciła MyMy zapamiętać trasę, teraz nie chciała patrzeć na drogę, a była ciekawa gdzie zaopatruje się jej wujek. - Niepokoi mnie ex twojej dziewczyny. Cały czas szukam jak mogli się o nas dowiedzieć i ten typek jest niepokojąco blisko zarówno wampirów jak i wilkołaków.
- Mojej dziewczyny? - Reed był szczerze zdziwiony. Dziewczyny to nie miał od czasów szkoły średniej i jakoś tak nigdy nie myślał o Jenny.
- Skąd ty? Jak? - pytania wbiły się z siłą huraganu do głowy Jacka. Wtedy dotarło do niego, że dziewczyna miała oczy wszędzie tam gdzie były kamery. Na moment uspokoił się gdy dotarło do niego, że w sypialni nie ma monitoringu. Po to tylko, żeby się znowu spiąć na myśl o kamerze w salonie i kuchni. Zerknął jeszcze na telefon. Jenny rzeczywiście nie odzywała się od wczoraj. To nie w jej stylu. Gospodarowała mu cały wolny czas.
- Powiesz coś więcej? - w końcu się uspokoił. W zasadzie nie oczekiwał odpowiedzi na poprzednie pytania, ale po tym zamilkł i czekał.
- Ten Aeron Jones… ex Jenny. To przez niego trafiłam na tego wampira. - Wskazała podbródkiem na monitor, na którym wyświetlało się leże wampira. - Spotykał się z Vladimirem w celu dobicia jakichś interesów. Wygląda mi na handel bronią i paroma innymi rzeczami. Chłopak albo utknął w średniowieczu albo zbyt dobrze wie z czym wiąże się posiadanie konta. Nie mam nic. - Mi na chwilkę zamilkła i przetarła oczy. - Jak szukałam gdzie przetrzymywał Jenny, bo myślałam, że może natrafię na kolejnego wampierza, okazało się, że ten słodziak spotyka się także z Nortonem… kojarzysz? Alfa z władców Cieni. Z resztą twoja dziewczyna też, się z nim widziała.
- Norton go skuł i miał odstawić na policję w dniu w którym poznałem Jenn. Czy później też się widywali? - Jack zazwyczaj nie okazywał emocji innych niż gniew. Tym razem jednak był wyraźnie zaniepokojony.
- Nie… nie widziałam go jakiś czas. - Mi zerknęła na Gniew Nieba. Najwyraźniej nie tylko ona się do kogoś przywiązała. - Fakt faktem, mógł wiedzieć gdzie się spotykamy i mieć kontakt z wampirem. Chcę zajrzeć do leśniczówki, w której przetrzymywał Jenny. - Mi przemilczała fakt, że nie ufa też kobiecie.
- Pojedziemy tam później - dla Jacka to była cała masa nowych faktów. Faktów, które musiał przeanalizować. To nie był dobry moment na kontynuowanie rozmowy. Milczał.
 
__________________
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.

”Ludzie nie chcą słyszeć twojej opinii. Oni chcą słyszeć swoją własną opinię wychodzącą z twoich ust” - zasłyszane od znajomej.
Mi Raaz jest offline  
Stary 09-11-2016, 19:06   #6
 
Aiko's Avatar
 
6 listopada 2016 r., godzina 13:08, bar na przedmieściach Boise

Auto zahamowało z piskiem opon. Prawie pomylił zjazdy. Wokół Boise była cała masa farm, ale był też bar dla Harleyowców. To tu przesiadywał za życia Lester. Księżycowy dziwak zwykł przyciągać do siebie dziwne indywidua. Ale to miało swoje plusy. Oto teraz, gdy Jack miał plik banknotów do wydania, to tutaj miał znaleźć się ktoś, kto da mu dostęp do broni.
- Zaczekaj tutaj, dobrze?

Dziewczyna zerknęła na Jacka. Czemu miała złe przeczucie, że ten wypad skończy się burdą… - Jesteś pewny? Może jednak powinnam pójść pogadać? - W jej głosie nie było słychać entuzjazmu. Lubiła harleyowców, większość jej znajomych z koncertów krążyła wokół tej grupy, ale jakoś nie była przekonana do nabywania broni.

- To może być niebezpieczne. Zaufaj mi - zrobił kilka kroków, wsunął ręce do kieszeni kurtki.
- Dron ma kamerę. Sterowniki są w tablecie.

- Ok, odpalę go. - Mi podpięła laptop do zasilania i sięgnęła po drona. - Nad barem pewnie jest kamera, pewnie nie nagrywają ale ściągnę dane do siebie. Nie ładuj się w kłopoty.

Gdy tylko Jack wszedł do baru, mógł dostrzec jego nietypowość. Wzdłuż lady nie było krzeseł, a korpusy motocykli. Obowiązkowy stół do bilarda stał na lewo od wejścia, tarcza do dartsa na prawo, w rogu odtwarzacz do winyli, a za samym barem stał siwowłosy koleś, który pewnie widział już niejedno. Większość stolików była zajęta - siedzieli tam ludzie mający na sobie kurtki i kamizelki świadczące o przynależności do “Mayan MC”. Kilku z nich mogło kojarzyć Lestera, bo nosił podobną kamizelkę...




Mi zauważyła, że za ladą spoczywa strzelba, na którą staruszek spojrzał gdy Jack wszedł do baru. Póki co nie wykonał żadnego ruchu w jej stronę. Póki co…

Jack szedł powoli patrząc na wszystkie otaczające go szczegóły. W końcu podszedł do barmana. Wyjął plik banknotów i powiedział:
- Poproszę najlepsze piwo dla mnie i moich nowych kolegów - głową wykonał tik w stronę harleyowców.

Barman tylko spojrzał na Reeda i kiwnął głową, wyjmując jakieś dziesięć kufli. Spokojnym ruchem zaczął nalewać do pierwszego z nich.
- Amigo, cóż cię tu sprowadza? - zapytał.

Jack odchylił kurtkę pokazując pokaźnego kolta.
- Mam do zapolowania na grubą zwierzynę i szukam kogoś, kto mógłby mi załatwić w dobrej cenie coś większego niż to.

- Szukasz gnata, hombre? - spojrzał na niego zaciekawionym wzrokiem.

Mi zauważyła na kamerce z drona, że podjechał jakiś koleś na ścigaczu i zaczął drapać coś na baku jednego z harleyowców. Gdy tylko skończył, ruszył z piskiem opon, przy okazji kopiąc w jeden z motocykli i wywracając go. Ktoś wewnątrz baru się poderwał na nogi i wybiegł przez drzwi, krzycząc - prawdopodobnie - wiązankę przekleństw po hiszpańsku. Dziewczyna mogła zauważyć, że większość klienteli jest raczej... w wieku jej ojca czy Jacka niż jej. Jack przeklął. Wszystko wskazywało na to, że nici z rozmowy.

Mi odruchowo zapamiętała numer na blachach ścigacza. Zerkając jednym okiem na to co pokazuje dron zabrała się za wyciąganie numerów telefonów do klientów baru. Rejestracja i związane z nią dane kontaktowe starszych panów. Dane policji szybko dostarczyły jej niezbędne informacje. W przypadku kilku z poważniejszymi naruszeniami, nawet o rozmiarze buta. Gang zajmował się głównie przemytem i przewozem różnych szemranych towarów dla różnych ludzi. Wydział ds. przestępczości zorganizowanej i baza ATF potwierdziły jednak, że byli w stanie niepisanej wojny z ruskimi. Szefem “Mayan MC” był niejaki Enrico Guiterrez, wyglądający zupełnie jak koleś za barem.




- Układ jest prosty. - szepnął barman. - Powiedz mi, kim był ten koleś na ścigaczu, a dostaniesz to, czego szukasz. - wrócił do nalewania piwa.

- A skąd ja mam to kurwa wiedzieć - wyrwało się Reedowi zanim zdążył pomyśleć.

- Pomyśl, amigo. - uśmiechnął się tylko latynos.

- Rozlej te piwa, a ja zobaczę co moja koleżanka zobaczyła z samochodu - powoli wyszedł z baru kierując się do Hummera.
- Wiesz może co za koleś przelatywał tu tą szlifierką?

- Widziałam tylko gostka na ścigaczu. - Mi wpisała numery blach do bazy policji. Niecałą minutę później miała trafienie - Aaron Jones… - Mi uśmiechnęła się szeroko. - Zerknę gdzie pojechał. Enrico ma pod ladą spluwę, weź uważaj troszkę. Włamuję się ci na telefon. Nie przejmuj się.

- Zawsze uważam. A jakby jej nie miał, to byłbym zawiedziony.
Po kilku krokach dotarł do niego sens ostatniego zdania.
- Nie przeglądaj fotek, ok?

Mi odprowadziła Jacka niedowierzającym wzrokiem. - Mówić mi coś takiego i co mam posłuchać. - Nałożyła na uszy słuchawki i teraz mogła słyszeć wszystko co zarejestrował telefon Jacka. Sprawdziła czy Aaron nie podał też numeru przy rejestracji tego motorku, czy też go komuś zakosił, już odruchowo sprawdziła jakie telefony, starały się tu podpiąć do siebie gdy akurat postanowił się zabawić. Gdy Sniffer szukał odpaliła galerię zdjęć wujaszka. Cóż kamery w domu rejestrowały ciekawsze rzeczy. Motocykl był zarejestrowany na Aarona, ale nie było do niego żadnych danych kontaktowych w Boise. Pojazd miał blachy z Arizony.

Jack wszedł do baru w którym panowała naprawdę gęsta atmosfera. Podszedł do baru i powiedział:
- Nazwisko Jones coś ci mówi? Koleżanka twierdzi, że facet na szlifierce to Aaron Jones.

- Ten mały bastardo? - Enrico warknął kilka słów po hiszpańsku, czterech kolesi wyszło z baru, a chwilę później odpalonych zostało pięć motocykli, które ruszyły w pościg. - Compadre, cóż ci potrzebne? - zapytał barman, w dalszym ciągu spoglądając czujnym wzrokiem na Jacka.

- Automat kaliber .12, karabin wyborowy kaliber 30.06, półautomat 9mm, karabin maszynowy 5.56, pistolet maszynowy typu ingram, kamizelki kulodporne aramidowe lub ceramiczne. Granaty zaczepne. Granaty hukowe i błyskowe. Co macie? - Jack wymienił wszystko jednym tchem, jakby składając zamówienie na jajka na bekonie z dodatkami.

Barman parsknął śmiechem. - Amigo, na co idziesz polować? - pociągnął łyk piwa, stawiając kufel przed Jackiem. - Mam kilka SPAS-ów 12 na stanie, dwa ingramy 10, kilka kamizelek kevlarowych, parę fajnych flashbangów i granatów dymnych, jakieś beretty... Ale o grubszym sprzęcie zapomnij. Gruby ma ten rusek, Vladimir Hreshtschenko... - pokręcił głową, a w jego głosie brzmiała pogarda.

- Czyli jeżeli ktoś operuje takimi sprzętem, to albo wojsko, albo ma go od ruska. W takim razie z twojego opisu wychodzi, że poluję na ludzi ruska, albo na kogoś, kto się u niego zaopatruje. Jakiś Karabin wyborowy się znajdzie? Jeżeli nie 30.06, to może coś w standardzie 7.62? Biorę od ręki dwa SPASy, i dwie kamizelki. I Berettę. I ile masz pestek do tego?

Mi parsknęła słysząc o dwóch kamizelkach. - Eh wujaszku… - Zaczęła szukać info o motorze Aarona. W sumie wolałaby go dopaść przed gangiem. Sniffer podpinał się do kolejnych kamer, Mi odruchowo zerknęła na kamerę przy parkingu przed leśniczówką. Pustym parkingu... Z przebiegu trasy wydawało się, że mężczyzna wyskoczyła na krajową 84 i jechał w stronę Salt Lake City. Mi skrzywiła się, widząc że Kawasaki to przedelektroniczny rzęch, którego nie da się namierzyć po chipie..

- A ile masz gotówki, amigo? - zaśmiał się Enrico. - To, co tu wymieniłeś - rozłożył ręce. - to jakieś cztery patyki.

- Dam siedem, ale zorganizuj mi snajperkę z dobrym celownikiem. Do snajperki starczy 10 nabojów, do reszty po setce - dopiero teraz powoli upił piwo z kufla.

- Heh, na snajperkę musisz poczekać. Tydzień minimum. - latynos założył ręce na piersi.

Jack zaczął odliczać gotówkę.
- To masz te cztery kafle. Podjechać od zaplecza? Czy zawijasz w papierek?

- Cztery i pół. Zapomniałeś o pestkach. - mrugnął mu Enrico. - Podjedź z tyłu.

- Masz pięć i zanotuję ci numer telefonu. Zadzwonisz jak snajperka dotrze - Przekazał umówioną kwotę i wrócił do samochodu
Po zamknięciu za sobą drzwi rzucił tylko do Mi:
- W co grasz? - w tym czasie auto objeżdżało lokal. Po zapakowaniu umówionego sprzętu ruszyli wcześniej zaplanowaną trasę.
- W znajdź zielonego rupiecia na trasie do Salt Lake. - Mi zdjęła słuchawki z uszu i odpięła się od telefonu Jacka. Ustawiła GPS z powrotem na adres leża Vladimira. - Słyszałam, że kupiłeś mi sukienkę, to kochane.

Prawie jednocześnie zawibrowały dwa telefony. Na wyświetlaczu Mi zauważyła smsa od Ryjka i ojca, zaś Jack smsa od Jenny. Wszyscy się martwili, jak się trzyma i gdzie jest. Jedynie sms Jacka był inny, bo Jenna pytała “jak się ma jej ulubiony misiek”.

SMS od Jenny wyświetlił się na komputerze samochodu wraz ze zdjęciem przypisanym do kontaktu:



Dziewczyna często wysyłała mu swoje zdjęcia w pracy i po pracy, w różnych pozycjach. I choć Mi przejrzała je pewnie wszystkie w czasie wycieczki Jacka do baru, to teraz i tak się zaczerwienił.
- Jak mnie denerwuje ten “misiek”

- Niezłe nogi. - Mi położyła laptop na wycieraczce, a sama siadła po turecku na fotelu. Szybko odpisała do ojca i Ryjka, że prosi o czas do wieczora, bo musi pomyśleć. - Aż ciekawe gdzie teraz jest… chcesz wiedzieć? - Zerknęła na pracujący laptop i widząc, że robota idzie za wolno schyliła się i jedna ręką wpisała hasła do jednej z farm. Praca wyraźnie przyspieszyła, znalazła Aarona na 84 jakieś trzydzieści kilometrów dalej. Uciekał przed pięcioma harleyami z logiem “Mayan MC”. Otrzymała zwrotnego smsa od Ryjka “Czekamy : * Nie martw się o ojca, daje sobie radę...”.

- Dwie opcje wujaszku. Chcemy przesłuchać Aarona zanim obiją chłopaki z Mayan MC. Ja jestem ciekawa co ma do powiedzenia. Druga… jedziemy przywitać się z kumplem z syberii. Mam czas do wieczora. - Mi z zaciekawieniem obserwowała pościg, zerkając na dane policji czy ktoś jeszcze tego nie zgłosił. Po chwili dodała szeptem. - Będę musiała spotkać się z ojcem.

- Po co nam koleś na ścigaczu? A, tak przy okazji… motocykliści nazywają je szlifierkami ze względu na pracę silnika. Myślę, że nie ma co czekać z zemstą. Zawsze się zastanawiałem, czy jeżeli wyrwę wampirowi za dnia ręce i nogi, to on się obudzi.

- Wydaje mi się, że to on mógł sprzedać info o nas. - Mi spojrzała na mężczyznę z rozbawieniem. - Wiem o szlifierkach, mam znajomych harleyowców. - Mrugnęła do niego i sięgnęła po laptop by zerknąć co się dzieje u ruska. - Mama wspominała, że się budzą.

- Dobrze. Najpierw wyrwę mu ręce, a później porozmawiamy. Słuchaj, tutaj jest taka zabawka - sięgnął w tył po strzelbę automatyczną, jedną ręką obrócił ją, sprawdził, czy w komorze nie ma pocisku i wyjął magazynek z nabojami .12.
- To jest SPAS 12 - podal broń Małej Mi. Dopiero gdy potężna strzelba razem z posturą dziewczyny znalazły się jednocześnie w polu widzenia Jacka doszedł do wniosku, że to może nie być najlepszy pomysł.
- Strzelba automatyczna. Gdy ktoś podejdzie zamykasz oczy i wciskasz tutaj - pociągnął za spust.
- Gdy huk ustanie, a Ty otworzysz oczy, to najprawdopodobniej w miejscu gdzie stał ten ktoś zobaczysz kupkę mielonego mięsa.

Mi roześmiała się głośno i odłożyła broń na tylne siedzenie.
- Wujaszku pomysł równie zabawny co sukienka z kamizelki kuloodpornej. Jak będziesz potrzebował mojej pomocy, to się przemienię. Na razie zapowiada się, że nasza pijawka jest sama.
 
Aiko jest offline  
Stary 15-11-2016, 22:24   #7
 
Mi Raaz's Avatar
 
6 listopada 2016 r., godzina 14:11, okolice lotniska w Boise.




Żółty Hummer zaparkował kilkadziesiąt metrów od hangaru. Okolica wyglądała na opuszczoną, drzwi były zamknięte, prawdopodobnie od wewnątrz. Czarna Impala, którą zlokalizowała Mała Mi, stała tuż obok małych drzwiczek w bramie. Dość zardzewiałej bramie, warto zauważyć. Magazyn wyglądał, jakby pamiętał lepsze czasy lat osiemdziesiątych, gdy jeszcze wszędzie nie było kamer i internetu…
Jack jedynie postukał w drona, otworzył drzwi humera.
- Coś mi się wydaje, że nie ma w tej budzie szerokopasmowego internetu. Skoczę się rozejrzeć.
Jack oparł się o drzwi na moment pochyląc sie i patrząc w lusterko. Za moment był już w penumbrze. Tak jak myślał magazyn był dość stary. W świecie będącym granicą między światem duchów, a światem żywych magazyn wyglądał identycznie. Garou skupił się i przemienił się w wielkiego wilka. W świecie duchów czuł się dużo lepiej w tej formie niż w swoim ludzkim ciele. Ruszył spokojnie szukając potencjalnego punktu wejścia. Szukał też strumieni danych. Cały czas miał nadzieję, że mówiąc o szerokopasmowym internecie się pomylił.
Zauważył strumień danych, płynących gdzieś trzy metry pod betonem. Światłowód. Wewnątrz widział wampira, tego był pewien. Śpiącego wampira. Ściany nie stanowiły dla niego problemu, mógł wyczuć Żmija na kilometr - przynajmniej tutaj, w penumbrze. Czuł wyraźnie jego smród, słyszał jego chrapanie...

Mi uderzyła się w czoło i opadła na fotel.
- Czy on zawsze musi tak wszędzie biec? - Dziewczyna wypuściła przez drzwi drona i narzuciła sterowanie dla MyMy. Zerkając na widok z kamery sięgnęła do plecaka i wyjęła z niego małą kostkę i klapcążki. Z tego co pokazała kamera tablica rozdzielcza do magazynu była jak zwykle na zewnątrz przy wejściu do dyżurki magazynu. Stare kamery musiały być spięte z zasilaniem z drugiej strony i jak za starych dobrych czasów przeciągnęli sygnał na drugą stronę. Mi wpisała Snifferowi polecenie wyszukiwania odbiorników sieci telefonicznej na terenie magazynu i przekierowała trzy farmy z poszukiwania czerwonego vana do pomocy przy nowym zadaniu. Jej telefon cały czas starał się włamać na telefon Gniewu Nieba, czekając aż ten wyjdzie z umbry. Mi założyła słuchawki by nie musieć patrzeć na linie pokazujące jej pracę MyMy i zaczęła się bawić kostką przygotowując ją na odbiór sygnału AVG.
- Jest środek dnia… toż ta pijawka śpi. - Lekko zirytowana wyszła z auta zostawiając ją na chodzie z zamkami zablokowanymi za pomocą wirusa i z lapkiem wpiętym przez USB. Ruszyła w stronę magazynu cały czas zerkając na dane z kamery drona wyświetlające się na jej telefonie. Kostkę i małe klapcążki wsunęła do portfela, a go do kieszeni.. Podchodząc do otwartego pola zerknęła na swoje odbicie w telefonie i weszła do penumbry. Wzięła głębszy oddech, jej źrenice wycofały się a przed oczami pojawił się zestaw ekranów nad którymi pracował MyMy. Pomiędzy otaczającymi ją liniami danych zamajaczył magazyn Mi spokojnym krokiem ruszyła w jego stronę, czekając na wyniki.
Widziała wszystko, co przyszło do pijawki w przeciągu ostatniej doby. Dosłownie. Maile, podpisywane imieniem Daniel Artman. Powoływanie się na Boccoba, zamówienia na broń i srebrne kule, operacje bezgotówkowe na serwerach jakiegoś ethernetu... Wszystko szyfrowane, ale tutaj, w penumbrze, dla Mi nie miało to znaczenia. Widziała prawdziwą naturę tego wszystkiego. Widziała cel, do którego to prowadziło - zagłada jej watahy...

Jack jak zwykle najpierw działał, później myślał. Ruszył w stronę wampira, wybierając drogę przez miejsce, gdzie w normalnym świecie byłyby drzwi. Jedynie ich brakowało w penumbrze. Gdy stał kilka metrów od śpiącego wampira sięgnął do swoich pierwotnych instynktów. Przyjął formę blisko trzymetrowego wilkołaka. Stał wpatrując się w ciało wampira, które w penumbrze było otoczone smrodem śmierci. Zamknął oczy na moment. Blizna biegnąca na ramieniu od tatuażu karalucha rozbłysła błękitnym światłem. Rozbłysk kolejnych błyskawic przeskakiwał po błękitnej sierści wprost na pazury. W penumbrze rozległ się ryk. Oto nad odorem wampira stał trzymetrowy błękitny potwór w skórzanej kurtce. Jej rękawy były rozszarpane i odsłaniały użylone mięśnie porośnięte sierścią. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjął telefon i spojrzał na swoje odbicie. Wampir zostawiał smród w penumbrze, ale tylko w materialnym świecie wilkołak mógł mu zrobić prawdziwą krzywdę.
Jack pojawił się w magazynie, we wnętrzu awionetki. Musiała być stosunkowo nowa, skoro nie widział jej w świecie duchów. Wampir był gdzieś blisko, Reed wręcz widział pijawkę przed sobą, słyszał jego niespokojne wiercenie się na łóżku. Powoli odchylił drzwi, którymi był oddzielony od reszty samolotu i zobaczył go.


Mimo, iż nie potrzebował żadnego okrycia, leżał zawinięty w ciepły koc. Obok dłoni spoczywał Kałasznikow, ale wilkołak rozsądnie odsunął go na bok. Złapał go za łokcie i szarpnął, odrywając przedramiona wampira. Oczy otwarły się gwałtownie, kły wysunęły się, a głowa zaatakowała szyję Jacka. Szybkie uderzenie “z bani” wybiło ząb i ostudziło nieco zapał sługi Żmija.
- Kurwa mać, kim jesteś, pojebie?! - warknął, rozglądając się po pomieszczeniu i ewidentnie szukając drogi ucieczki... Mi obserwowała całe zdarzenie z penumbry, widziała jak Jack odrywa ręce mglistemu kształtowi, którego mogła zidentyfikować jako wampira.

Mi gdy tylko obecność telefonu Jacka została jej zasygnalizowana przez MyMy wycofała się z obserwacji procesów. Bez zastanowienia przyjęła formę glabro i ruszyła w jego stronę. Kilka kroków i znalazła się tuż obok. Smród zaatakował jej nozdrza sięgnęła po telefon zerkając jeszcze raz czy w okolicy nikogo nie ma i wycofała się z penumbry. We wnętrzu awionetki było potwornie ciasno, głównie z powodu wielkie postaci Jacka. Jej nozdrza dla odmiany zaatakował zapach krwi. Zamarła widząc Gniew Nieba trzymający kadłubek wampira.

- Grrrraaah - warknął rozwścieczony wilkołak. Odrzucił niepotrzebne kończyny oderwane wampirowi i bez zbędnych wyjaśnień przeorał jego klatkę piersiową zostawiając ślad czterech szponów.
- Khhhtoooo zsslecił...grr - z trudem formułował słowa targany gniewem. Wokół szponów trzaskały wyładowania elektryczne rozświetlające ciasny kadłub samolotu

Mi otrząsnęła się.
- Kim jest Daniel Artman? - Jej głos był dziwnie zniekształcony przez wydłużony pysk. Uważnie obserwowała wampira. - Kim jest Bacob?
- Spierdalaj. - warknął, zwijając się z bólu. Na jego twarzy pojawiły się kolory, krew zaczęła mocniej krążyć w resztach żył, proces gojenia uległ przyspieszeniu. Oczywiście, ręce odrosnąć tak szybko mu nie mogły, ale bruzdy na piersi zaczęły się powoli zrastać... - Myślisz, że coś ze mnie wyciągniesz, kundlu? - rzucił prowokacyjnie.

Dziewczyna zerknęła na swojego towarzysza.
- To fascynujące. Myślisz, że nogi też tak szybko mu się zagoją?
Gniew Nieba odwrócił się tyłem do twarzy wampira. Prawą stopą zaparł się w kroczu mężczyzny i silnym ruchem wbił pazury w uda sługi Żmija. Warknął w głos próbując oderwać kolejne kończyny. Błyskawice przeskakiwały ze szponów na oprawiane ciało.
Prawa noga urwała się z trzaskiem kości, wyrywając przy okazji kawałek miednicy i rozrywając przyrodzenie wampira na części. Ten tylko zawył z bólu, a jego wytrzymałość na cokolwiek się skończyła i najzwyczajniej w świecie zemdlał…
- Hm…. to może być problem. - Mi powróciła do swojej ludzkiej formy i rozejrzała się czy w okolicy nie ma telefonu wampira. Odruchowo sięgnęła po swój i sprawdziła co pokazują jej kamery krążącego nad budynkiem drona. Okolica była opuszczona, dokładnie jak kilka minut temu... Tylko żółty hummer stał z zapalonym silnikiem, bez kierowcy. Dziewczyna wsunęła telefon do kieszeni i podeszła do rozczłonkowanego korpusu wampira. - Pewnie nie zwróciłeś uwagi na to, czy ma coś przy sobie, co wujaszku?
Gniew Nieba machał oderwanymi nogami jak kawałkami maczug rozbijając deskę rozdzielczą awionetki. Kończyny rozsmarowywały za sobą krwawe ślady. Jack dobrze wiedział, że ta krew była z kogoś wyssana. Odwrócił się gwałtownie do Samanthy.
- Rrrrryyyy - warknął szczerząc kły. Amulet na szyi zaklekotał. Nogę urwaną nieco dalej odrzucił, zaś tę która miała ze sobą kawałek miednicy zaczął dokładnie oglądać. Szponem rozszarpał kieszeń, która o dziwo nie rozdarła się wcześniej wraz ze spodniami, mięśniami i miednicą.
Spomiędzy strzępów materiału wypadł telefon - Galaxy S6. Potrzaskany wyświetlacz nie utrudnił zbytnio Mi dostania się do “wnętrza” i wyciągnięcia potrzebnych jej informacji.
Mi podniosła resztki telefonu i oparła się o drzwi awionetki.
- Miałam nadzieję, że jednak nam coś powie. - Odpaliła telefon i gdy tylko Sniffer odkrył jego obecność włamała się do środka. Przegrywała dane o osobach z którymi ostatnio kontaktował się Rosjanin. Bez problemu weszła na pocztę, na której był zalogowany i pobieżnie przeleciała przez historię i ostatnie maile. Szukała jakichkolwiek informacji o interesujących ją osobach Danielu i Bacobie. Oparła się o jakiś w miarę nie zakrwawiony fragment ścianki.
Znalazła maila

Cytat:
Od: Daniel Artman
4 listopada 20:53
Przygotuj się na jutro. Tak, jak mówiliśmy wcześniej. Boccob też będzie. Nie spieprz
Kilka razy przewinęło się jeszcze imię Daniel, ale nie w związku z Boccobem czy nazwiskiem Artman. Większość skrzynki Ruska stanowił spam ze stron porno i reklam powiększania penisa. Prawie wszystkie kontakty to były “jednorazówki” - telefony na kartę, dezaktywowane zaraz po zakończeniu rozmowy...
W czasie gdy Mała Mi odprawiała swoje czary z telefonem trzaskajacy piorunami wyszedł z samolotu. Wyszedł odginając skrzydło, wyrywając drzwi oraz wyginając podwozie. Szponami musiał nieco poszerzyć otwór po wyrwanych drzwiach, ale zajęło to chwilę. Wbił dwa pazury w kadłubek, jaki miał być ich źródłem informacji i jakby wykorzystywał widelec, wyciągnął wąpierza z wnętrza samolotu. Rozejrzał się po magazynie. Trzeba było spętać tego, którego złapali. Choć z drugiej strony czy nie zabrać go na spacer? W końcu jest dość pochmurno.
Zewnętrzną stroną zamkniętej dłoni uderzył zwłoki w twarz czekając czy może jednak się obudzą. Oczy tylko na chwilę powróciły do ciała, zaraz znowu skryły się pod powiekami. Wampir był zbyt mocno zmaltretowany, by mógł rozmawiać, ba! Był zbyt zmaltretowany by kontaktować ze światem…
Mi po wyciągnięciu tych kilku informacji wyskoczyła z awionetki. Z niedowierzaniem patrzyła jak Jack niemal odrywa głowę wampirowi, starając się go wybudzić.
- Myślę, że bardzo by mu pomogło gdyby po prostu mógł się trochę podleczyć. - Rozejrzała się po hangarze sprawdzając czy nie ma tu jakichś kamer. - Choć najchętniej nie oglądałabym już tej wywłoki na oczy. - Odrobina goryczy w głosie nie pasowała do wiecznie radosnej i ironicznej małej.
Pysk Jacka zaczął się skracać. Dolne kły wystawały nadal wysoko ze szczęki. Futro zaczęło zmieniać się we włosy na głowie, rękawy kurtki i… włosy na nogach. Z dżinsów nic nie zostało. Reed kompletnie zapomniał, że są niezwiązane z jego ciałem. Choć nie był już trzymetrowym potworem, to nadal wyglądał groźnie. Niczym ork z trylogii Tolkiena. Tylko ślepiec mógłby pomylić go z człowiekiem.
- Nie będzie się leczyć. Zabijał naszych.
Dłoń nadal była zanurzona w trzewiach wampira. Jack ciągnął za sobą kadłubek idąc do części hangaru, w którym znajdowały się narzędzia. Wysuszone zwłoki bez trudu położył na blacie stołu i zaczął grzebać po szafkach. W końcu znalazł kombinerki. Sprawnym ruchem wyrwał długie wampirze kły. Trofeum. Już wiedział, że następny klekoczący naszyjnik będzie składał się z pamiątek po tych, którzy zabili jego watahę. Gdy wampir tak leżał z ziejącymi otworami po kłach Jackowi wydało się przez moment, że skubaniec się uśmiechnął. Wilkołak szybkim ciosem pięści wybił resztę zębów, żeby upewnić się co do braku uśmieszków. W końcu złapał kadłubek za szyję wbijając się mocno paznokciami. Silne palce wbiły się w ciało. Przeszedł tak dalej przez hangar. Był na tyle wysoki, że resztki ciała, które niósł nawet nie muskały posadzki. Otworzył drzwi hangaru kopnięciem. Już nie był w umbrze. Tutaj drzwi stały normalnie. Stały, do czasu konfrontacji z nogą wielkiego Glabro w skórzanej kurtce. Reed zamachnął się i rzucił na asfalt resztki ich nowopoznanego towarzysza. Było pochmurno, ale i tak z ciała unosił się dym. Po chwili Jack dorzucił na kupkę wszystkie znalezione kawałki kończyn. W tym czasie śmierdzące truchło zapaliło się. Gniew Nieba wpatrywał się jak zahipnotyzowany w płomienie. Wrócił do całkowicie ludzkiej formy. Wtedy właśnie pierwszy raz pomyślał z niepokojem o braku spodni. Nie chcąc odwracać się do Mi przez ramię rzucił tylko:
- Pod hangarem leci światłowód. Gdzieś musi być coś, co do niego podłączał.

Mi odwróciła wzrok od telefonu i patrzyła jak Jack krąży po hangarze. Przez chwilę miała wrażenie, że wilkołak ma jakiś quest do wypełnienia składający się ze strasznej ilości dziwnych czynności. Cóż i tak trzymała się zazwyczaj na obrzeżu watahy, więc to że nie planowała pomagać przy wszystkich obrządkach było bardziej niż naturalne.
Podeszła dopiero do dymiącej się kupki resztek wampira. Za chwilę poczyści dane z kamer, którymi obserwowała hangar.
- Zaraz to sprawdzę. Chcesz przejść się do auta bez spodni czy je tu podprowadzić?
Widok płomieni sprawił, że po jej plecach przeszły przyjemne ciarki. Z uśmiechem zaciągnęła się dymem i cicho wyszeptała podziękowanie dla Gai za owocne łowy.
Jack spojrzał w dół. Z całą pewnością córka jego przyjaciółki nie powinna go tak oglądać.
- Podprowadź auto. Ja idę jeszcze po jego karabin.
Gdy ją minął idąc do hangaru zastanawiał się czy patrzy na jego nagi tyłek. Mógł zostać w formie wilka. Nie czułby teraz tego dyskomfortu psychicznego.
Z wprawą typową dla żołnierza podniósł broń, wyjął magazynek, zwolnił zamek i złapał nabój, który wypadł z komory. Z bronią wrócił na zewnątrz. Spojrzał na wschód. Księżyc odcinał się na błękitnym wciąż niebie. Poczuł w sobie gniew Luny.
- Zemsta musi się dopełnić. Sługi Żmija zostaną zgładzone - powiedział do siebie niskim głosem.

Mi nawet nie obróciła się za mężczyzną. Ustawiła na telefonie trasę jaką ma przyjechać auto i kazała rozpoznać snifferowi twarz Jacka z pomocą kamer parkowania i wtedy odblokować MyMy zamek. Sama weszła do penumbry sprawdzić ten światłowód.
Światłowód biegł do wnętrza magazynu i kończył się w miejscu, gdzie powinien stać komputer. Była tam teraz tylko kupa zwęglonej elektroniki, smród spalonych kondensatorów i rozlanego elektrolitu wciąż unosił się w powietrzu. Jedynie monitor zachował się cało - ale był to najzwyczajniejszy w świecie pecet, więc nie zachowało się w nim nic. Zresztą, gniazdo dostarczające prąd było rozerwane...

Jack zauważył nadjeżdżającego w jego stronę Hummera, który zahamował kilka centymetrów przed nim z piskiem opon. MyMy musiało trochę popracować nad płynnością jazdy…

Dziewczyna idąc w stronę wyjścia z hangaru usunęła dane z kamer, do których sama była podpięta. MyMy zasygnalizował jej, że samochód stoi już na miejscu. Zaniepokojona stanęła naprzeciw awionetki. Przez jej głowę przelatywały setki pytań. Jak szybko policja trafi do tego miejsca, jak zareagują na wymalowany krwią samolot, co będzie jeśli trafi tu nie policja, ale łowcy… wampiry. Mi znała sposób działania ojca. Ślady opon wozu Jacka były pewnie jednymi z bardziej nietypowych, ich buty, ślady wilczych łap odciśniętych we krwi. Rozejrzała się za jakąś szafą lub czymś do czego ich ofiara mogła wrzucić swoje ciuchy, jednocześnie wybierając numer Gniewu Nieba.
- Hej wujaszku. Masz jakieś gacie w tym aucie? - Wzrok dziewczyny skupił się na krwawym śladzie na podłodze prowadzącym z awionetki do stołu. Przełknęła przekleństwo. - Mam obawę, że będziemy musieli tu jednak trochę posprzątać.
Jack ułożył karabin obok strzelb automatycznych w bagażniku. Liczył na to, że gdzieś tam ma jeszcze jednorazowy kombinezon malarski, który kiedyś ze sobą woził. Niestety się przeliczył.
- Gniew Nieba, kurwa, z gołą dupą - powiedział do siebie wpatrując się w bagażnik.
Wrócił do wnętrza samochodu. Zaczął chwilę grzebać w schowku. W końcu znalazł zapalniczkę.
- Myślę, że spalimy tę budę. Sprawdziłaś Impalę?
Mi obejrzała się na stojące w drugiej części hangaru chevi. Wtedy też dostrzegła stojące nieopodal metalowe szafki robotnicze.
- Jeszcze nie. - Podeszła do jednej z nich i otworzyła. Na jej twarz wypłynął uśmiech. - Ale chyba mam dla ciebie ciuszek. - Dziewczyna wyciągnęła jakieś usmarowane robotnicze spodnie i podeszła do auta. rzuciła je na dach by nie przeszkadzały jej w przeszukiwaniu samochodu. Drzwi od auta były otwarte. Mi rozejrzała się po wnętrzu i zajęła miejsce kierowcy by posprawdzać schowki. - Wujaszku wpadaj po spodenki i pomóż mi tu poogarniać. Jestem w Impali… nie będę podglądać.

Jack zostawił kurtkę w Hummerze. Wciagnął na siebie spodnie-ogrodniczki. Były nieco przyciasne, ale lepszy rydz niż nic. Zaczął przeglądać szafki z narzędziami. Szukał jakichś rozpuszczalników. Czegoś, co można by rozlać po magazynie. Czegoś co zapali się gdy rozpędzona Impala wjedzie wprost w stojącą w hangarze awionetkę.
Dziewczyna skończyła sprawdzać przestrzenie pod kierownicą i schowkami i spojrzała na Gniew Nieba. Uśmiechnęła się widząc spodnie opinające pośladki wilkołaka.
- Upuściłabym paliwa z awionetki, albo z Impali. - Zgarnęła leżące w schowku kluczyki po czym bez większej trudności przeszła na tylną kanapę i rozejrzała się po wnętrzu.
Mi przebijała się przez sterty szmat i puste butelki po czymś, co śmierdziało jak krew... i prawdopodobnie nią było. Impala nie miała w sobie żadnej elektroniki poza tą niezbędną, jak rozrusznik, świece zapłonowe i radio, więc MyMy było tu bezradne... A ewidentnie właściciel samochodu był niechlujem i nie potrafił zadbać o porządek w samochodzie.

Jack bez trudu odnalazł kilkanaście kanistrów z benzyną. Widać wampir handlował również lewym paliwem, bądź posiadał takowe zapasy na własnych użytek. Nadawały się wręcz idealnie do celu, jaki sobie obrali...
Gniew Nieba zaczął rozlewać łatwopalną ciecz po całym magazynie, nie szczędząc go i obficie polewając również awionetkę. W międzyczasie Niosąca Czerwień wyprowadziła Impalę z hangaru i znalazła jakąś cegłę, którą mogła zablokować gaz. Gdy Jackowi skończyły się zapasy benzyny, zrobił gwoździem małą dziurę w baku awionetki, powodując napływ dodatkowego paliwa do wnętrza magazynu. Paliwo lotnicze miało wyższą temperaturę zapłonu, ale było też bardziej... hm, widowiskowe podczas pożaru. Pozostawało tylko “podać iskrę” i obserwować…
Mi stanęła obok Gniewu Nieba i podziwiała ich małe dzieło.
- To co wujaszku? Będziesz czynił honory?
Wokół unosił się zapach benzyny lotniczej. Jack opierał się o swojego Hummera. Z żalem patrzył na Impalę. To auto było dziełem sztuki. Wilkołak wstawił do środka kanister, do którego wepchnął szmatę. Podpalił ją i zatrzasnął drzwi. Wrócił do małej Mi.
- Wiesz, że kiedyś tak było w każdym samochodzie? Bez elektroniki. Kiedyś diagnostyka samochodu nie polegała na podłączeniu tableta przez USB. Trzeba było wsłuchać się w silnik.

W tym momencie Impala na którą patrzył wilkołak uruchomiła silnik i zapaliła światła. Jack obszedł Hummera, wsiadł i uruchomił silnik elektryczny. Żółta terenówka nie wydała żadnego dźwięku. Impala ruszyła z piskiem opon. Jack ruszył delikatnie palcem wskazującym, zaś w Impali zaciągnął się hamulec ręczny. Auto wykonało kilka obrotów wokół własnej osi, zdzierając opony na śladach hamowania ich samochodu. Kolejny delikatny ruch palcem i czarne auto przejechało przez kupkę popiołu, która jeszcze kilkadziesiąt minut temu była jej właścicielem. W końcu auto zawróciło. Objechało ich dynamicznie i zaczęło się rozpędzać w stronę hangaru. Gdy auto wbiło się w blaszaną konstrukcję, to stalowe arkusze owinęły się wokół pojazdu niczym papier. Rozpędzone auto z impetem wjechało w samolot, co zaowocowało wybuchem.
- Jedziemy do mnie. Trzeba pomyśleć co dalej.
Reed lusterku wstecznym obserwował płonący magazyn.
Mi przytaknęła tylko ruchem głowy i wsiadła to hummera. Usiadła po turecku na fotelu pasażera i sięgnęła po laptop. Kazała wyszukać Snifferowi nagranie ich auta i usuwała je z kolejnych kamer.
- Powinnam się teraz spotkać z ojcem i chłopakiem. - Gdy MyMy kasowało kolejne wycinki nagrań, dziewczyna włamała się na jakieś dwie europejskie farmy i powróciła do poszukiwania czerwonego vana. - Chciałabym też wyprawić im apel ale… - Mi zamilkła i skupiła się na wstukiwaniu kolejnych komend.
Milczeli. Jechali w ciszy bez muzyki. Obydwoje musieli wiele przemyśleć. Zabicie wampira nie ukoiło żalu nawet na chwilę. Apel poległych musiał zostać odprawiony. Tak, jak musieli zniszczyć wszystkich biorących udział w ataku. Podjechali do domu Jacka. Pożegnali się. Mi wsiadła do swojego auta. Jack zaparkował i wszedł do domu.
 
Mi Raaz jest offline  
Stary 27-11-2016, 22:28   #8
 
Aiko's Avatar
 
6 listopada 2016 r., godzina 22:00, dom Małej Mi

Gdy dotarli do domu Jacka, Mi rzuciła jakieś hasło w stylu “że się odezwie i zapakowała się do swojego auta. Nadal nie czuła się na siłach dotrzeć do domu… do jej domu. Zrobiła kilka rundek wokół Boise ale to nadal tylko pogarszało jej humor. Podjechała pod dom i zaparkowała tam gdzie zwykle. Światło paliło się w salonie. Szybko zgarnęła cały sprzęt do torby jednak wyjście z auta wymagało chwili skupienia i zebrania sił. Światło na werandzie zapaliło się i w drzwiach stanął Ryjek. Odetchnęła głęboko i wygramoliła się z auta.

- Hej. - Jej głos był słaby. Sama nie wiedziała czy jej smutno. nadal gdzieś tam czuła, że może to wszystko nadal do niej nie dotarło. Uśmiechnęła się do stojącego w drzwiach chłopaka ale nogi zostały na podjeździe.

- Hej! - Ryjek podbiegł do niej, obejmując ją i przyciskając do siebie. - Jak... się trzymasz? - zapytał.

Mi objęła go mocno.
- Dobrze.. - Coś było nie tak. Miała wrażenie, że jej głowa na prawe blokuje to co naprawde się stało. - … chyba.

- Gdzie byłaś? Martwiliśmy się o ciebie, Sam. - wtrącił się ojciec, który wyszedł z domu. Wyglądał koszmarnie, założył dres, a to nie zwiastowało nic dobrego...

- Chodź. - Ryjek złapał ją za rękę i lekko pociągnął w stronę domu.

Dziewczyna dała się zaciągnąć do domu. Odstawiła torbę w progu ale jakoś brakowało jej sił by zdjąć kurtkę.

- Jakoś… - Trochę nieprzytomnie patrzyła na ojca. - .. brakowało mi sił by tu wrócić tato.

Luis nie pamiętał kiedy Sam zwróciła się do niego w ten sposób. Cokolwiek się działo w jej głowie, to było coś nie tak.
- Chodź tu. - przytulił ją. - Przejdziemy przez to. - szepnął jej do ucha. - Ale musimy porozmawiać poważnie, Sam. - jego głos drżał.

Mi zdjęła kurtkę i podała ją Ethanowi.
- Dasz nam sekundkę… - Po chwili uśmiechnęła się. - Chciałabym byś tu został, ok?

- Jasne, co tylko chcesz. - odpowiedział jej słabym uśmiechem. Luis złapał ją za rękę i poprowadził do gabinetu.

- Sam, nie chcę, byś zginęła, jak matka. - zaczął cicho.

Dziewczyna wsunęła ręce do kieszeni, głównie po to by jej nie drżały. Przez chwilę rozglądała się po gabinecie ojca.
- Skąd taki pomysł? Nie jestem policjantką jak mama.

- Ale odziedziczyłaś po niej parę cech. Zresztą, nie rób ze mnie idioty, wiesz o czym mówię. - spojrzał na nią twardo.

- Wiem. - Mi skupiła spojrzenie na ojcu. - Wiesz jak jest tato. Muszę teraz dopełnić pewnych obowiązków. Powinnam ją… ich pomścić.
Dziewczyna wyjęła ręce z kieszeni i zaczęła krążyć po pokoju.
- Nie wiem co mam robić. To wszystko jest takie… - Jej głos podnosił się z każdą sekundą. W końcu wkurzona z oczami zaszklonymi od łez podeszła do potężnego biurka i je kopnęła. - Tato...?! - Patrzyła na niego. Nie wiedziała co ma robić. Jakby na to nie patrzyła nie nadawała się. To wszystko było nie tak. Nie mogła z siebie więcej wydusić.

- Chciałbym ci zabronić wychodzić z domu, ale wiem, że to bezcelowe, prawda? - uśmiechnął się do niej słabo, pełnym smutku uśmiechem. - Chodź tu do mnie. - wyciągnął dłoń. - Jesteśmy silni, prawda?

Mi ruszyła powoli w jego stronę, jednak każdy krok był coraz szybszy. W końcu nie wytrzymała i podbiegła. Dłuższą chwilę ściskała ojca w ciszy, można było wyczuć, że lekko drży. Oddychała szybko, ale nie płakała. Jednak dopiero gdy udało się jej lekko uspokoić odsunęła się i spojrzała na ojca.
- Albo my dopadniemy ich albo oni nas. - Patrzyła na tatę niewidzącym wzrokiem. - Mogliby mi zabrać jeszcze ciebie… Ethana. - Potrząsnęła głową jakby odganiała niepotrzebne myśli. - Muszę się zastanowić od czego zacząć.

- Ktoś jeszcze to przetrwał? I kto to w ogóle był, co, Sam? - westchnął, opierając głowę brodą na głowie córki. - Zbierz sojuszników. Nigdy nie ruszaj sama na akcję. Bądź przygotowana i czujna. I noś kamizelkę kuloodporną, dobrze? - wypowiedział to jakby jednym tchem, lecz jego ton był beznamiętny…

Sam w ciszy wysłuchała ojca.
- Jest jeszcze jeden. Nadaje się do tego trochę lepiej niż ja. - Mi na chwilę zamyśliła się. - Kto to był… wampiry. - Pominęła temat kamizelki. - Będziecie się pilnować z Ethanem?

- Wampiry? To śledztwo oficjalne można wsadzić sobie do rzyci. - westchnął. - Ale to dziwne zjawisko, że się tak pijawki zorganizowały. - wzruszył ramionami, jakby od niechcenia. - Będę go pilnował. - puścił jej oczko. - Niech Gaia nad tobą czuwa, Sam. - ucałował ją w czoło. Mi wydawało się przez chwilę, że Luis zaraz zamieni się w crinos, ale równie dobrze mogło to być zmęczenie i dobór słów. - Kim jest ten “jeszcze jeden”? Jack? Tylko jego nie było na miejscu…

- Tak… Gniew Nieba. - Mi odsunęła się od ojca i podeszła do biurka. Chwilkę stukała w nie palcem. - To rzeczywiście dziwne. Ktoś musi być na górze… ktoś cholernie charyzmatyczny.
Dziewczyna podeszła do drzwi i położyła dłoń na klamce.
- Muszę pogadać z Ethanem, ale… - Spojrzała jeszcze raz na ojca. - Jutro będę musiała się z kimś spotkać. Najpierw chcę ich właściwie pożegnać. - Po chwili namysłu dodała. - Najpóźniej w nocy chciałabym ruszyć z pościgiem.

Ojciec tylko przytaknął. Uśmiechnęła się i opuściła pokój. Widziała światło palące się w salonie. Chciałaby by Ethan wiedział to wszystko ale jeśli nie wróci… Znów potrząsnęła głową by odgonić złe myśli i ruszyła do salonu.

Chłopak siedział na kanapie i patrzył na ścianę, gdy weszła zerwał się i podszedł do niej. Mocno objął ją.
- Jak tam? - Jego głos był dziwnie pewny, spokojny. Odkrywanie jego pokładów pewności siebie zaczynało sprawiać jej wiele radości.

- Dobrze… dobrze, że jesteś. - Wtuliła się mocniej i nagle to wszystko wróciło. Matka na spotkaniach, pierwsze wspólne wypady do umbry. To jak będąc jeszcze szczeniakiem łapała ją za ogon. Pierwszy laptop, pierwszy kod… Z oczu popłynęły jej łzy. Przytuliła się mocniej i pozwoliła by te bolesne krople wsiąkały w koszulę Ethana. Usłyszała za sobą kroki ojca.

- Wiesz gdzie jest pokój Sam? - Głos ojca był cichy, już dużo spokojniejszy.

Czuła jak kolejne rozmowy z matką przelatują jej przez głowę. Te wszystkie kłótnie, te pouczenia… “Twoim obowiązkiem względem watahy jest podjęcie próby uzyskania wilkołaczego potomstwa.”. Czuła jak zaczyna drżeć.

Ethan zaprowadził ją do jej pokoju. Wszystko tutaj pachniało Córką Sierpu. Położyli się na jej starym łóżku, ale nawet tutaj był zapach jej matki. Ryjek ściskał ją mocno, a ona cały czas starała się powstrzymać łzy i to potworne drżenie. Kurczowo łapała się jego koszuli szukając ciepła, wtulała się starając się zagłuszyć jego zapachem zapach matki. Ostrożnie zaczął ją całować. Delikatnie włosy, potem czoło, mokre od łez oczy i drżące usta. Tak jakoś udało się jej zasnąć.


7 listopada 2016 r., godzina 8:00, dom Małej Mi


Obudziła się wykończona. Oczy piekły ją potwornie, mięśnie lekko bolały od tych drgawek. Było jednak lepiej. Ethan siedział na krawędzi łóżka i delikatnie gładził jej rozpuszczone włosy. Dziś zapach matki już tak jej nie przytłaczał. Obróciła głowę i pocałowała rękę chłopaka. Chciała mu powiedzieć o tym, że musi wyjechać ale zabrakło jej sił.

- Głodna? - Jego głos był słaby. Musiał krótko spać… albo wcale.
Dopiero teraz dotarło do niej, że wczorajszego dnia nie zjadła absolutnie nic. Jak na zawołanie w pokoju rozległo się burczenie jej brzucha. Ethan roześmiał się.
- Wy… wybacz. - Ledwo wydusił to z siebie.

Sięgnęła do jego głowy i przyciągnęła ją do siebie. Przez dłuższą chwilę całowali się mocno, trochę boleśnie. Gdy odsunęli się od siebie obojgu brakowało tchu.

Ryjek wstał. Dopiero teraz zauważyła, że się przebrał.
- Pójdę zrobić śniadanie. Weź prysznic, dobrze ci to zrobi.

Mi przytaknęła tylko ruchem głowy i patrzyła jak opuszcza pokój. Odetchnęła ciężko. Ryjek zadbał o to by jej laptop znalazł się obok. Jakby wiedział, że potrzebuje go. Włączyła go i poszła wziąć zimny prysznic. W łazience poczuła jak bardzo jest głodna, jednak wróciła do pokoju i przejrzała dane ze sniffera.
Van nadal był w Kennewick. Musieli się śpieszyć ale… najpierw ubranie. Wydobyła z szafy czyste ciuchy i ubrała się szybko. Zajmie się przywiązaniem ich do siebie w trasie. Wyłączyła laptop i wsunęła do kieszeni telefon. Gdy tylko opuściła pokój zaatakował ją zapach jajecznicy z bekonem. Błyskawicznie pokonała schody. W kuchni siedział już ojciec. Wyglądał jakby tej nocy nie spał. Patrzył nieobecnym wzrokiem przez okno i dopiero gdy jego córka wpadła do pomieszczenia odwrócił się w jej stronę i uśmiechnął słabo. Ryjek stał przy kuchence i pichcił ich śniadanie. Mi podeszła do taty i przykucnęła obok jego krzesła, po chwili wtuliła się w niego mocno.

- Już, już. - Ojciec pogładził ją po wciąż mokrych włosach. - Zjedz coś. To burczenie było słychać nawet tutaj.

Zjedli posiłek w milczeniu. Mi starała się nie rozglądać po kuchni. Wszystko tutaj przypominało jej matkę. Ciszę przerwał dopiero Luis gdy po posiłku pili kawę.
- Załatwiłabyś te kilka formalności?

Chciał jej pomóc. Mi uśmiechnęła się do ojca.
- Tak… wyskoczyłabym teraz na chwilkę. Nie chcę byś siedział tutaj sam…

- Toż zostaje tutaj Ethan. Nigdzie go nie puszczam. - Ojciec uśmiechnął się do Ryjka. Poczuła dziwną ulgę.

Spojrzała na chłopaka. Podniósł ręce w geście poddania.
- Tak, tak zostaję tutaj. Leć i załatw to co musisz.

Podniosła się i pocałowała go w usta. Czuła jak cały zesztywniał. Dopiero teraz zrozumiała, że po raz pierwszy zrobiła to przy ojcu. Odsunęła się i uśmiechnęła. Podeszła do taty i pocałowała go w czoło. - Niebawem wracam.


7 listopada 2016 r., godzina 10:00, dom Białego Ducha


Pod dom Białego Ducha dotarła po kwadransie. Zaparkowała kilka działek wcześniej i zaczęła krążyć. Pani Snów zawsze po prostu tam… wkraczała. Ale stare wilkołaki traktowały się zawsze z szacunkiem. Ona była… nikim. Właśnie zamykała chyba dziesiąte kółko wokół domu starego teurga.
- Jestem cholerną omegą! - Musiała to powiedzieć na głos. Cieszyła się, że osiedle było opustoszałe, bo wszyscy byli albo w szkole, albo w pracy.
W tej sekundzie Duch po prostu się przed nią zmaterializował.


- To cenne, że masz tego świadomość.

Mi zamarła. Patrzyła z niedowierzaniem na starszego mężczyznę. Dopiero po kilku oddechach skłoniła się nisko.
- Duch…

- Cicho. Wejdźmy do środka.

Samantha podążyła za mężczyzną. Znała jego dom bardzo dobrze. Często przysłuchiwała się tu rozmowom Pani Snów i Białego Ducha. Jej mentorka uważała, że to doskonała okazja by pomogła mu przy okazji ogarnąć dom. Teraz wchodząc do środka poczuła dziwną pustkę.
- Postanowiłaś w końcu zakończyć naukę?

Mi skrzywiła się słysząc poważny ton i lekką pogardę w głosie Ducha. Wiedziała, że to tak się skończy. Pani Snów miesiącami nalegała by zakończyła naukę Apelu Poległych. Miała pomóc przy odprawieniu apelu dla Lestera ale… pokłóciła się z matką. Teraz nawet jej … przygryzła wargę i pochyliła głowę.

- Zostaniesz tu na cały dzień, zakończysz nauczanie jak przystało na uczennicę Pani Snów.

Czy ona usłyszała w jego głosie smutek? Spojrzała na Białego Ducha.
- Mistrzu… mój ojciec.

- Luis lepiej rozumie co się wydarzyło niż ty!

Zamilkła. Skłoniła się nisko i skupiła wzrok na podłodze.
- Wybacz… Czy przyjmiesz mnie na nauki Biały Duchu?

- Tylko przez wzgląd na panią Snów i Córkę Sierpu. Jak udało im się… - Mężczyzna machnął ręką i ruszył w stronę swojej pracowni. - Zadzwoń do ojca, poinformuj też Gniew Nieba, że odprawisz rytuał dziś wieczorem. Oczekuję cię w pracowni.

- Tak mistrzu.

Rozmowa z ojcem przebiegła spokojnie. Biały Duch miał rację… jak zwykle. Luis rozumiał więcej od niej. W tej chwili miała wrażenie, że był nawet Garou bardziej niż ona. obiecała, że wpadnie się pożegnać i napisała szybkiego smsa do Jacka.


“Apel 22:00 dziś caern. Potem polowanie. Jedziemy hammerem?”
Odpowiedź przyszła po sekundzie.


“Ok, będę o 20:00 po Ciebie.”


Chwilę patrzyła na przesuwające się linie MyMy i wyłączyła telefon. Nie pamiętała kiedy ostatnio to robiła. Zaklęty w urządzeniu duch podtrzymywał baterię, a ładowała go bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Jednak w pomieszczeniu do którego planowała wejść on nie mógł działać. Dopiero teraz zdjęła kurtkę i rzuciła ją na oparcie fotela. Powoli ruszyła w stronę dobrze sobie znanych drzwi. Odetchnęła ciężko i delikatnie uchyliła wrota prowadzące do “pracowni” taurga.


Przekraczając próg jeszcze raz pokłoniła się nisko mistrzowi i zamknęła za sobą drzwi. Patrząc na jego poważną skupioną twarz, przez którą przemykał się cień smutku, zdała sobie sprawę, że zapowiadał się ciężki i długi dzień.


7 listopada 2016 r., godzina 19:00, dom Małej Mi


Mi zaparkowała na podjeździe i wykończona wygramoliła się z auta. Myśl o tym, że teraz ma się spakować i jeszcze powiedzieć Ryjkowi, że wyjeżdża dobijała ją. Nie do końca wiedziała co ma zrobić. Chciała mu opowiedzieć o wszystkim. O tym kim jest dlaczego to robi. Jednak miała raptem dwie może dwie i pół godziny na to by zebrać rzeczy i ruszyć. Sniffer nadal wskazywał na Kennewick ale nie miała pojęcia czy wampiry nadal tam są, a potrzebowała świeżego tropu.

Powoli weszła do domu. Zapachniało kurczakiem. Z kuchni wyszedł Ryjek, był dziwnie poważny. Ucieszył się na jej widok ale w oczach było coś jeszcze.
- Wchodź. Właśnie skończyłem obiad. - Wrócił się do kuchni, gdy zaczęła zdejmować kurtkę. - Luis powiedział, że musi podskoczyć na chwilę do domu pogrzebowego. Powinien niebawem wrócić.

Mi stanęła w drzwiach pomieszczenia i oparła się o ościeżnicę.
- Co się stało?

- Nic. - Odpowiedź była za szybka, z resztą Ryjek nigdy nie potrafił kłamać.

Podeszła i objęła go od tyłu.
- Rozmawiałeś z ojcem o tym, że wyjeżdżam?
Przytaknął ruchem głowy. Mi wtuliła się w niego mocniej.
- Zostaw to i chodźmy do mojego pokoju.

- Sam ja… - Obrócił się do niej, jednak gdy tylko spojrzał jej w oczy głos ugrzązł mu w gardle. Znów tylko przytaknął.

Mi chwyciła go za rękę i pociągnęła go na piętro. W korytarzu niemal wpadli na ojca.
- Sam co ty…

- Musimy pogadać. Za chwilkę wrócimy na obiad. - Mi wyminęła Luisa ciągnąc chłopaka. Już u szczytu schodów usłyszała ciche słowa ojca.

- Już ja widzę tą chwilkę.

Mi wprowadziła Ryjka do pokoju i zamknęła za nimi drzwi. Nim chłopak zdążył coś powiedzieć pocałowała go mocno. Jej ręce bez problemu znalazły drogę pod jego koszulę. Całowali się długo już niemal odruchowo pozbywając się przy tym kolejnych części ubrań. Gdy wylądowali nago na małym łóżku chłopak mocno ją przytulił.
- Sam nie chcę byś wyjeżdżała.

Dziewczyna usiadła na nim okrakiem i spojrzała z góry.
- I tak wyjadę. Są obowiązki, których muszę dopełnić.

- Co wy macie z tymi obo…

Mi położyła mu rękę na ustach. Gdy ucichł delikatnie pogładziłą jego policzek.
- Wyjeżdżam i tyle. Naciesz się mną zamiast gadać.

7 listopada 2016 r., godzina 22:00, caern

Spotkali się w parku, pod postaciami wilków. Najdziwniejsza grupa jaką mogły oglądać okoliczne zwierzęta. Biały duch, pod postacią potężnego białego wilka był był niemal tak duży jak błękitny Gniew Nieba. Mała Mi mogła wyglądać przy nich jak lisek.



Mimo, że księżyc był w pierwszej kwarcie wraz z gwiazdami dobrze oświetlił polanę znajdującą się na niewielkim wzniesieniu. Za plecami poczuli delikatny wiatr. Niosąca Czerwień gdy tylko zasiedli patrząc w niebo zaczęła inkantację. Coś co z zewnątrz mogłoby być tylko dziwnym pomrukiem niosło w sobie wielką pochwałę i liczne wspomnienia o wymarłej wataże. Mała Mi starała się przykryć smutek dumą. Wiedziała, że wilkołaki zginęły w najszlachetniejszy możliwy sposób… w walce. Ale jej matka… powstrzymała się. Musiała się skupić. Czuła, że wokół przybywa innych Garou, jednak nie rozejrzała się. Wyparła wszystkie zbędne myśli i skupiła się na tym by w inkantacji przybliżyć poległych Gai.
Powoli jej pomruk przemienił się w wycie, do którego dołączyli Biały Duch i Gniew Nieba, a za nimi wszystkie wilki zgromadzone na polanie.



Apel zakończył się sporo po północy, Mi umilkła jako pierwsza. Biały Duch wstał i odszedł. W jego ślady podążyli inni. Wzrok niosącej czerwień skupiony był na rozgwieżdżonym niebie. Czuła ulgę, dumę, że udało się jej uczcić pamięć poległych.
 

Ostatnio edytowane przez Aiko : 27-11-2016 o 22:40.
Aiko jest offline  
Stary 29-11-2016, 21:03   #9
 
Mi Raaz's Avatar
 
6 listopada 2016 r., godzina 20:20, dom Jacka Reeda


Wilkołak czuł się samotny. Brakowało mu tych, którzy odeszli. Od trzech godzin jedyne co robił to katowanie worka treningowego. to go uspokajało. Czuł moc duchów. W innych plemionach powiedzieli by “moc przodków”. Ale on, Tubylec Betonu nie sądził, żeby to od przodków zależało to kim jest. Sam był panem swojego losu. A teraz jego los biegł w kierunku wymordowania wampirów, które ich zaatakowały. W końcu opadł na kanapę w salonie. Chwilę leżał bez chęci na cokolwiek. W końcu wziął komórkę i zadzwonił do Jenny.

- Cześć, nie mogłem wcześniej gadać. Co tam? - ton jego głosu nie wskazywał na nic. Mógł równie dobrze opowiadać o pogodzie.
- Hej. - usłyszał smutny głos w słuchawce. - Martwiłam się o ciebie. Pan Andrews nie przyszedł dzisiaj do pracy, a w wiadomościach mówili, że zginął…
- Przyjechać do ciebie? - gardło go ściskało, ale nie wspomniał nic o reszcie swoich przyjaciół.
- A może wpadniesz do mnie? Trochę źle się czuję…
W głowie Jacka pojawiła się setka wątpliwości. Zasadzka? Jenny była wtyczką? Jej faceta Mi wychwyciła z wampirami.
- Tak, będę za jakiś czas, daj mi jakieś - spojrzał na smartwatcha.
- Godzinkę z małym haczykiem będę. Ok?
- Nie ma problemu, Misiek. Obejrzymy coś?
- Tak, jasne, skoczę tylko pod prysznic i już wyjeżdżam. Buźka -
rozłączył się i ruszył pod prysznic. Przebrał się i poszedł po motocykl. Złe przeczucie nie zniknęło. Na szczęście zimna stal pistoletu działała uspokajająco. Zanim dojechał do Jenny kupił jeszcze burbona na stacji benzynowej. Potrzebował się napić. W końcu dojechał do domu dziewczyny.

6 listopada 2016 r., godzina 22:00, mieszkanie Jenny Willkinson


Zaparkował na osiedlu bloków postawionym w centrum. Zabrał butelkę i ruszył do “swojej dziewczyny”. Spokojnym krokiem wszedł do jej mieszkania, lecz nie widział nikogo. Jego zmysły musiały płatać mu figle, bo Jenny leżała pod kołdrą, z chusteczkami i wiaderkiem lodów. Podszedł do szafki w ciasnym aneksie kuchennym. Wyjął dwie szklanki i napełnił je alkoholem. Podszedł do łóżka ze szklaną w wyciągniętej dłoni.
- Masz. To koi ból lepiej niż lody.
Dziewczyna wzięła szklankę i wypiła ją niemal duszkiem. Jej głowa opadła na kolana siedzącego obok niej Jacka.
- Pan Andrews był dla mnie jak ojciec... - westchnęła cicho.
Reed sączył powoli pierwszy łyk, po czym również wychylił swoją szklankę. Objął dziewczynę. Tej nocy nie miał ochoty rozmawiać. Czuł, że rozmowa zejdzie na tematy niewygodne dla nich obojga. Przycisnął dziewczynę do siebie i napełnił znów obie szklanki.
Ona odwzajemniła jego uścisk, ponownie opróżniając szklankę.
- Ech... - westchnęła ciężko, wydmuchując opary bourbona. - Paskudne. Jak się trzymasz, Jack? Widziałeś się z nim wczoraj? - zapytała cicho, wręcz szeptem.
- Mhm - przytaknął lakonicznie popijając powoli - co się właściwie stało? - Jack zorientował się, że w zasadzie nie wie jaką wersję podano w wiadomościach.
- Jakaś masakra. Prawdopodobnie ruscy, przynajmniej tak twierdzi policja. Chociaż biorąc pod uwagę ten spalony magazyn z bronią i samolotem, pewnie gnoje uciekają - pociągnęła łyk prosto z flaszki. - Chcąc być jak Starsky and Hutch. - uśmiechnęła się krzywo.
- Mafia jakaś? Może twój były chłopak coś wie? Nie trzymał się z Ruskimi? - Jack mówił powoli. Gardło mu się ścisnęło na informację o spalonym magazynie.
- Ten wariat, Aaron? - zdziwiła się. - Tak, miał jakichś kumpli ruskich, ale nie wydaje mi się, by był w to zamieszany... - westchnęła, przytulając się do Jacka. - Dobrze, że jesteś. - szepnęła.
Opróżnił drugą szklankę i odstawił ja na stoliczek przy kanapie. Czuł już wyraźnie alkohol w żyłach. Tym razem nie dolał sobie. Obejmował kobietę bez słowa. Zastanawiał się, jak znosi to mała Mi.
- Cieszę się, że cię poznałam, Jack. - szepnęła po chwili.
Reed postanowił zostać na noc. Obecność Jenny zagłuszała pamięć o samotności. O odejściu braci i sióstr. Zagłuszała narastający gniew i chęć zemsty. Kobieta wtuliła się w silne ramię mężczyzny i po kilkunastu minutach spała, czując się bezpiecznie.


7 listopada 2016 r., godzina 6:20, mieszkanie Jenny Willkinson


Jack obudził się przed budzikiem. Musiał przyznać sam przed sobą, że w łóżku dziewczyny wyspał się całkiem dobrze. Najwidoczniej alkohol zadziałał na dziewczynę mocniej niż na niego. Nie poczuła, gdy wysunął się spod jej ramienia. Jakoś tak nie miał ochoty kochać się z nią poprzedniej nocy. Ale nie przeszkodziło im to skończyć razem w łóżku. Reed wstał i ubrał się. Sprawdził broń. Ciężko było mu ukryć Colta przed Jenny. Z drugiej strony dziewczyna była zaaferowana śmiercią swojego pracodawcy. W zasadzie dlaczego? Przecież ludzie umierali. W różnych zamachach. Mało kto był związany ze swoim pracodawcą do tego stopnia.
Cicho wymknął się z mieszkania. Chciał pobiegać. Ale jeansy i skórzana kurtka się do tego nie nadawały. Skończyło się na szybkim spacerze do sklepu. Po drodze kupił też świeże latte. Nie umknęło mu, że Jenny nie miała w domu ekspresu.

Dochodziła siódma gdy kończył smażyć jajecznicę na bekonie. Włączył radio.
Dziewczyna przyczłapała się rozczochrana w szlafroku. Uśmiech pojawił się na jej twarzy gdy poczuła świeżą kawę i jajecznicę. Jack nałożył jej słuszną porcję. Sam też zaczął jeść. Jego organizm był wycieńczony po wczorajszym. Praktycznie od doby nic nie jadł. Nie rozmawiali już o tym co się stało wczoraj. Jack nie chciał grać na jej emocjach. To nie miało sensu. Zamiast tego napisał maila z informacją o urlopie na żądanie. W mailu do zarządu prosił o możliwość wykorzystania całego zaległego urlopu. W kadrach zgłosił też chęć porozmawiania z firmowym psychologiem. Był bardzo zżyty ze swoim przełożonym.
“Tak, kurde. Wyliśmy razem do księżyca. Polowaliśmy na Fomory.”
Jenny skłamał, że musi iść. Kilka słów o tym, że ona też powinna iść do pracy. W końcu mają masę niedokończonych spraw. Ucałował ją wyszedł.
W drodze do domu kupił sobie jeszcze kilka hot-dogów, które spałaszował ze smakiem. Naprawdę nie powinien się tyle głodzić, jeśli mieli tropić wampiry. Właśnie ścierał z twarzy sos gdy dostał SMS od Małej.
Cytat:
Apel 22:00 dziś caern. Potem polowanie. Jedziemy hammerem?
Krótka odpowiedź:
Cytat:
Ok, będę o 20:00 po Ciebie.

Jack miał dziwną manierę stosowania w SMSach pełnej interpunkcji. Nawet pamiętał gdy kiedyś chciał zrobić kawał Lesterowi i podszyć się pod dziewczynę, która mu się podobała. Kupił numer na kartę i wysyłał zaczepne SMSy. W końcu po całym dniu zabawy dostał wiadomość o treści:
Cytat:
Jack i tak wiem ze to ty nikt nie uzywa przecinkow w smsach
Jack używał. Zabawne, że myślał właśnie o tym w chwili, w której Mała wzięła się za apel. Widać wzięła sobie do serca fakt, że to ona musi być teraz Teurgiem watahy. W takim razie on musiał zostać alfą. Wsiadł na motocykl i ruszył do domu.


7 listopada 2016 r., godzina 11:00, dom Jacka Reeda
Zaczął od prysznica. Długiego, gorącego prysznica. Rana na nodze nadal dokuczała. W końcu wyszedł z kabiny i wytarł swoje umięśnione ciało. Przeszedł kompletnie nagi do sali treningowej. Jedno z większych pomieszczeń w domu było wypełnione lustrami. Przykląkł i skupił się na swoim odbiciu. Poczuł jakby szarpnięcie w bok, gdy przeszedł wprost do świata duchów. Lubił swój dom w tym świecie. Był taki “poukładany”. Pajęczyna tkaczki oplatała niemal wszystko. W całym domu pływały strumienie danych. Tutaj - w umbrze - Jack mógł niemal czuć zapach danych w powietrzu. Mięśnie Reeda zaczęły rosnąć. Na głowie pojawiły się błękitne włosy, a z dolnej szczęki wysunęła się para kłów. Rana na nodze zarosła i zmieniła się w siniak pokrywający sporą część nagiego uda. Przystąpił do medytacji. Czuł wprawdzie jak pod skórą pulsuje wzbierający gniew, jednak tu, w umbrze ciało nie miało znaczenia.

7 listopada 2016 r., godzina 17:00, Umbra
Czas płynął powoli. Wilkołak zbierał myśli. Czuł to przyjemne mrowienie w karku, gdy duchy były blisko. Czuł wypełniający go gniew. Czuł, pieczenie w bliźnie pozostawionej przez żywiołaka elektryczności wtedy, gdy starał się o dar.



Wtedy tatuaż się rozświetlił. Karaluch się zbliżał. Przyszedł do orkopodobnego stwora. Czułki insekta poruszały się.
Jak masz być alfą, skoro nie umiesz rozmawiać z Totemem?
Myśli kłębiły się w głowie wojownika. Skupił się w sobie. Zaczął wewnątrz siebie szukać umiejętności, która pozwoli mu porozumieć się z Duchem Karalucha. Czułki poruszyły się.
Znajdziesz ich. Ona ci pomoże. Znajdziesz ich i pomścisz me dzieci
W umyśle Jacka rozległ się głos.
- Jak to możliwe, że Cię słyszę?
Gdy mścisz się, za śmierć moich dzieci, staję się silniejszy. Zyskuję nowe umiejętności.
Jack pokiwał głową ze zrozumieniem. Zacisnął dłoń i powstał.
- Zatem, gdy z nimi skończę, będziesz najsilniejszym spośród duchów
W głowie Reeda rozległ się śmiech.
Idź już. Pożegnaj ich jak należy.


7 listopada 2016 r., godzina 20:00, dom Małej Mi.

Spotkanie z Luisem nie było łatwe. W zasadzie rozmawiali rzucając tylko lakoniczne wypowiedzi. Dwaj twardziele. Jeden stracił miłość swojego życia. Drugi najserdeczniejszą przyjaciółkę. W zasadzie obydwaj chcieli uniknąć tej rozmowy, a gdy już nie udało się uniknąć dążyli do tego, żeby jak najszybciej ją skończyć.
- Wiesz, że musimy ich znaleźć i ich pomścić.
- Wiem -
policjant spojrzał na schody, przy których toczyła się rozmowa. - Jedźcie już na ten apel. - Luis znał świat wilkołaków. Wiedział co czeka jego córkę. Ale to nadal była jego córka. Martwił się o nią, czego głośno nie powiedział.
- Najpewniej prosto z Caernu pojedziemy do Kennewick. To ja czekam w samochodzie.
Luis nie odpowiedział. Ciężko dziwić się ojcu, którego jedyne dziecko ryzykowało życiem. Tymczasem Jack idąc do samochodu patrzył w księżyc. Idealnie równe ciemna i jasna połowa. Bezstronność. Symbol Filodoksa. Andrews był filodoksem. Jack wyjął telefon i zadzwonił do Jenny pogadać jak minął jej dzień. W zasadzie krótka gadka o niczym. Nie chciał jej mówić, że wyjeżdża z miasta. W życiu dziewczyny sporo się namieszało ostatnio.
 
__________________
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.

”Ludzie nie chcą słyszeć twojej opinii. Oni chcą słyszeć swoją własną opinię wychodzącą z twoich ust” - zasłyszane od znajomej.
Mi Raaz jest offline  
Stary 12-12-2016, 18:45   #10
 
Aiko's Avatar
 
8 listopada 2016., godzina 1:30, Boise National Forest - caern

Mała Mi po dłuższej chwili powróciła do formy homida. Dopiero teraz obejrzała się na Gniew Nieba.
- To co wujaszku, czas zapolować na kilka pijawek? - Na jej twarz wypłynął dobrze znany Jackowi uśmiech.

Reed powoli przyjął formę człowieka. Stał kompletnie nagi wpatrując się chwilę w twarz Samanthy.
- Wiesz, gdybyś jeszcze jedną rzecz dla mnie machnęła?
Całkowicie bez skrępowania podszedł do żółtej terenówki, wyjął torbę z ubraniami.
- Potrzebuję spodnie, gacie, i koszulkę. Wiesz… to jest męczące gdy zostaję bez ubrania po przemianie. Możesz to ze mną związać?
Patrzył na stojącą na przeciw rozebraną dziewczynę. Dziwnie się czuł. Choć musiał przyznać, że pod wieloma względami była podobna do swojej matki, to jednak niski wzrost powodował, że Jack odruchowo traktował ją jak dziecko. To co widział przed sobą nie przypominało ciała małej dziewczynki.

Mi podbiegła do auta i sama też sięgnęła do torby. Na całym ciele miała gęsią skórkę. Jednak był listopad. Szybko wcisnęła się w bieliznę i narzucała kolejne warstwy.
- Nie ma problemu, ale wolałabym by księżyc wyszedł z kwarty. - Szybko wcisnęła się w kurtkę i chwilę tarła dłońmi o ramiona. - Będzie mi prościej. Wytrzymasz jeszcze jeden dzień bez spodni?
Dziewczyna wyszczerzyła zęby. Po chwili sięgnęła po telefon i sprawdziła lokalizację czerwonego vana.

Jack założył bieliznę, a po chwili wciągnął na siebie resztę ubrań.
- Przyznaj, że to pretekst, żeby pooglądać mój tyłek.
Poczochrał przy tym włosy dziewczyny.
- Dobra, wskakuj, jedziemy się zdrzemnąć i wyruszamy z rana.

Mi wskoczyła do auta teraz jeszcze bardziej doceniając podgrzewane fotele. Sięgnęła po leżący na tylnym siedzeniu laptop i go odpaliła.
- Skoro tak stawiasz sprawę… - Jej uśmiech się poszerzył. - To najwygodniej będzie mi dokonać tego, jakże złożonego, rytuału za cztery dni.

Jack zagryzł zęby. Cóż, wszystko zapowiadało zew wolności.
- Za jakieś dwie godziny będziemy w Ontario. Znajdź nam proszę pokój ze śniadaniem.
Hummer ruszył bezszelestnie przez las, aż dojechał do utwardzonej nawierzchni. Gdy tylko Jack przyspieszył do silnika elektrycznego dołączył silnik spalinowy. Zaowocowało to potężnym warkotem.

Mi już zabrała się za poszukiwanie ich zagubionych pijawek. Wolała nie odwlekać dojazdu do Kennewick, ale to Gniew Nieba prowadził i to on decydował o spaniu. Szybko namierzyła swoje ulubione autko i przerzuciła Sniffera na sprawdzanie jego trasy i wyszukiwanie kto wsiadał i wysiadał z vana. Musiała odtworzyć losy samochodu z dwóch ostatnich dni i miała nadzieję wyłapać choć kilka z twarzyczek jego pasażerów. Gdzieś musieli zalec na dzień i ona chciała wiedzieć gdzie.
- Nie ma problemu wujaszku. - Coś w tonie głosu Małej Mi, nawet tak nienawykłej do kontaktów z ludźmi jak Jack osobie, mogło sie wydać niepokojące. Sytuacji nie poprawiał też ten dziwnie szeroki uśmiech gdy “wyszukiwała” hotel. Nie minęło 5 minut jazdy i zaczęła cicho nucić. - “hear the call behind the dark…”
Postanowiła troszkę się rozruszać po przerwie. Włamała się do danych hotelu korzystając z kompa hakera, który ją ostatnio wkurzał i wpisała swoje dane w rezerwacji z wczorajszą datą. To było lekkie łatwe i przyjemne. Sprawdziła dane ich banku. Odpaliła kilka zombiaczków, które po wpisaniu kilku komend zaczęły wykonywać transakcje przez serwer banku, korzystając z tej okazji zrobiła przelew z konta córki właściciela hotelu na ich nocleg. Uśmiechnęła się widząc, że konto było spięte z kontem ojca. Troszkę grzebania w kodzie i transakcja oficjalnie była zaksięgowana na wczoraj. Przelew nazwała “spotkanie ze słodziaczkiem”. Grzecznie wycofała się sprzątając po sobie ścieżkę. Na pożegnanie wyczyściła komputer Bl4n0w1_63 i spaliła mu procesor.
Po chwili w nawigacji Jacka pojawił się adres i nazwa hotelu.


8 listopada 2016., godzina 3:37, Best Western Inn, 51 Goodfellow St, Ontario



Gdy tylko zajechali pod wskazany adres Mi radośnie wyskoczyła z auta wraz z laptopem i wydobyła z bagażnika torbę z ubraniami. Z tego co Jack zdążył zauważyć chyba wybrała najdroższy hotel w okolicy, na szczęście tuż przy trasie.
- Zaczekam na ciebie w środku!

Jack odstawił Hummera na hotelowy parking. Ziewał przy tym. Gdy wszedł do loggi hotelu sięgnął po kartę, żeby uiścić opłatę. Jednak jak się okazało pokój został opłacony przez internet przy rezerwacji. Na szczęście ospały łysielec zdawał się roztargniony i stwierdził, że widocznie zapomniał. Mi poprowadziła go radosnym krokiem do pokoju, który szybko okazał się być dwupokojowym apartamentem.

- Na prawo jest sypialnia. - Wskazała palcem na jedne z drzwi prowadzących z przedsionka, sama przeszła do czegoś w rodzaju salonu. Kurtkę rzuciła na barek, a sama rozsiadła się z lapkiem na podłodze. - Wyśpij się.

- Nie możesz zarywać nocki. Musisz być sprawna. Pijawki nie będą wyrozumiałe. Pamiętaj o tym. - Ruszył pod prysznic. Z łazienki wyszedł wprost do łóżka. Mi była pewna, że minęło mniej niż pięć minut od momentu opuszczenia przez Jacka łazienki, do chwili, w której rozległo się ciche pochrapywanie

Dziewczyna uśmiechnęła się słysząc chrapanie i wyjrzała przez okno. Pozwoliła sobie na głębszy oddech i już poważniejsza spojrzała na laptop. Sniffer usuwał nagrania ich auta z kamer, na trasie, którą przyjechali. Rozsiadła się wygodniej i spojrzała na zegarek.
- Do wschodu jeszcze ponad 4 godziny… prześpię się w aucie. - Przetarła oczy i zaczęła wyszukiwanie kolejnych farm, które mogłyby by jej pomóc.
Gdy program rozpoczął pracę podeszła do okna i skupiła swój wzrok na znikającej tarczy księżyca. Z jej ust popłynął cichutki hymn ku chwale Luny. Nie pamiętała kiedy ostatnio to robiła, ale teraz, ta święta pieśń, którą matka śpiewała jej gdy była bała, wydała się jej dziwnie bliska i potrzebna.

8 listopada 2016., godzina 9:40, Best Western Inn, 51 Goodfellow St, Ontario

Budzik w smartfonie zadzwonił o 9:30. Jack odruchowo przesunął go o dziesięć minut. Musiał przyznać, że nawet się wyspał, choć kilka godzin z pewnością by mu pomogło. Niestety, jak w wielu hotelach, tak i tutaj śniadania serwowali do godziny 10:00. Szybko się ubrał i ruszył do części restauracyjnej. Jadł niemal w biegu. Wypił dwie kawy niemal jedna po drugiej. Poprosił też o spakowanie dwóch solidnych porcji kanapek “na wynos”, co oczywiście miało zostać doliczone do rachunku za hotel. Jack zastanawiał się przez moment któż za sprawą Samanthy sponsorował ich nocleg i śniadanie. Po chwili postanowił poprosić o trzecią porcję kanapek na wynos. Wrócił do pokoju, przysiadł na podłokietniku kanapy, podsunął pod nos Mi kanapkę, a na stole położył kawę w papierowym kubku.
- Mówiłem, żebyś nie zarywała nocki. Zjedz coś. Pakujemy się i jedziemy dalej.

Mi przeciągnęła się i podeszła do stołu. Z uśmiechem upiła kawy.
- Jeśli nie chcemy być pożywką dla pijawek, któreś z nas będzie zarywało nocki. - Mrugnęła do mężczyzny i odstawiła kawę. - Na razie zanosi się na to, że nadal są w Kennewick. - Zdjęła sweter i już chciała zacząć zdejmować spodnie, gdy coś ją tknęło. - Wezmę prysznic i możemy jechać. - W ubraniu przeszła do łazienki.

- Uważasz, że są w stanie nas tak szybko zlokalizować? Przecież to relikty przeszłości. Mają po dwieście, trzysta lat. Większość pewnie nie umie nawet telefonu komórkowego obsłużyć.
Jack spakował swoja wojskową torbę podróżną.
- Lecę do samochodu. Nie ma co się ociągać. Za jakieś trzy i pół godziny będziemy w Kennewick. Wiesz gdzie śpią te skurwiele? - Reed sprawdził naboje w bębnie swojego Colta.

Dziewczyna zatrzymała się w drzwiach łazienki i obejrzała na starszego wilkołaka.
- Matka nauczyła mnie przede wszystkim tego, że wróg zawsze może być o krok przed nami. Sniffer jeszcze pracuje. Na razie wiem gdzie jest ich auto.
- Weszła pod prysznic zamykając za sobą drzwi… może odrobinę za mocno.

Jack schował broń do kabury. Mała miała rację. Ktoś powinien czuwać w nocy. Cóż, to nie miało znaczenia w tym momencie. Teraz jechali zniszczyć kolejne leże Żmija.
Wyszedł z hotelu i wciągnął głęboko powietrze. Zapach asfaltu i spalin. Pajęczyna Tkaczki oplatała coraz większą część świata. Naturalny porządek rzeczy. Łysielec siedział w samochodzie i stukał w kierownicę. Słuchał wiadomości w radiu. Sprawdzał maile i wiadomości od Jenny. Miał chwilę, zanim Samantha wyjdzie z hotelu.

Mi wyszła z łazienki tym razem w samej bieliźnie. Powoli ubierała się oglądając dane wyrzucone przez Sniffera. Program zauważył, iż ulubione autko Małej zatrzymało się przy szkole Southridge High School, gdzie nauczycielem był jeden z przyjaciół Córki Sierpu, Fianna imieniem Jason Rosemary. Z samochodu wysiadły trzy wampiry, a przynajmniej tak to wyglądało. Dwójka od razu wskoczyła do kanałów, a trzeci, ten najbardziej paskudny, z tatuażami na twarzy, wsiadł z powrotem do vana i odjechał.


Przespał się w Brentwood Apartments, a w nocy wyskoczył na trasę do Spokane. Podczas pobytu w Brantwood, spotykał się kilka razy z młodą kobietą, która przychodziła do niego wyłącznie po zmroku i zostawała tam.


Nazywa się Maria Ramirez, jest z pochodzenia meksykanką, do stanów przyjechała pięć lat temu. Nie pracuje od jakichś trzech, śpi w Brentwood Apartments od dwóch, jeździ Fordem Shelby GT, za wszystko płaci gotówką. Brak jakichkolwiek podejrzeń ze strony policji co do handlu narkotykami, brak powiązań z półświatkiem. Jedynie ten dziwny koleś... nazywający się Kenndrick Ty’chon, przynajmniej w dokumentach. Imigrant z Europy, brak jakiegokolwiek zatrudnienia i źródła dochodów, nawet nie ma podanego miejsca zamieszkania...

Mi zgarnęła szybko swoje rzeczy i wybiegła do samochodu, rzucając tylko klucze na ladę recepcyjną.
Wskoczyła do hammera i postawiła laptop na desce rozdzielczej. Swój bagaż wrzuciła na tylną kanapę. Po drodze już ustawiła MyMy adres, więc gdy tylko znalazła się w aucie jej telefon podpiął się do nawigacji i ustawił trasę.
- Jedziemy do Kennewick. Gaz do dechy staruszku, mam nadzieję, że zdążymy. - Szybko opowiedziała Gniewowi Nieba o Jasonie i wampirach.
Jack powoli wytoczył żółtego potwora z parkingu. Dopiero po wjeździe na międzystanową 84 pozwolił sobie docisnąć.
- Masz jakiś kontakt do tego Jasona? Może warto go ostrzec? Jakby nie patrzeć my mamy jeszcze kilka godzin drogi. Wprawdzie słońce jest wysoko, ale nie powinniśmy ich lekceważyć.
Ton Reeda był inny niż dotychczas. Jakby poważniejszy.

- Jeszcze nie. - Mi włamała się na konto z kontaktami swojej matki. Będzie musiała opróżnić jego zawartość, ale teraz… nie nadal brakowało jej sił. Po kilku sekundach wybierała numer Jasona.

- Taaak? - usłyszała ospały głos w słuchawce. - Kto dzwoni?

- Samantha… Nosząca Czerwień. - Mi szybko odnalazła sygnał i wpisała Snifferowi kilka komend by zaczął wyszukiwać wilkołaka. - Córka Isabelli Williamson... - Przez dłuższą chwilę niemal starała się z siebie wypchnąć prawdziwe imię matki. - Córki Sierpu.

- Witaj, Samantho. - usłyszała w słuchawce. Głos był lekko zdezorientowany, trochę smutny. - Słyszałem, co się stało. Moje kondolencje... - Jason był szczery, to Mi mogła wyczuć.

- Dziękuję. Tak się składa, że jestem teraz na małych łowach w związku z tym co się stało. - Dziewczyna cały czas miała obawy. Czy wilkołak może być na podsłuchu… na ile rzeczywiście jest zagrożony. - Kilka pijawek, które ścigam jest w twojej okolicy. - Opisała to co widziała. - Chciałam cię tylko ostrzec.

- Rozumiem. - usłyszała tylko krótkie, żołnierskie stwierdzenie. - Jeżeli dobrze rozumiem, będziesz przejeżdżać przez Kennewick? Chcesz sprawdzić ten trop?

- Tak. Bardzo mi zależy by ich nie wybito nim tam się pojawię.

- Akurat to mogę ci zagwarantować. Moja wataha to głównie młodziki, brak im doświadczenia potrzebnego, by walczyć z wampirami. - Jason również nie brzmiał jak wojownik. - No a ja mam zajęcia do trzynastej trzydzieści. Ale myślę, że będę mógł ci jakoś pomóc... - ostatnie zdanie wypowiedział lekko niepewnym tonem. - O której będziesz w Kennewick?

Mi zerknęła na GPS
- 3-4 godziny. Będę się kontaktować.
- Jasne. Do zobaczenia. - Nim się rozłączył, usłyszała jeszcze, jak mówił coś o trójkącie pitagorejskim.

Dziewczyna zakończyła rozmowę i odetchnęła.
- Będzie na nas czekał z jakąś pomocą. Brzmiało jakby nie byli to wojownicy. - Mi przerzuciła spowrotem Sniffera do wyszukiwania danych o Danielu Artmanie i tym Baccobie. Mymy gdy już udało się jej na zlokalizować wampira w tatuażach i tamtych dwóch cały czas nadzorował okoliczne kamery. Przez chwilę uważnie przyglądała się procesom upewniając się czy nie powinna podpiąć kolejnej farmy.
- Zająć się związaniem tych twoich ciuszków? - Pytanie padło znikąd i było o tyle dziwne, że dziewczyna uznała to za doskonały moment na wpisanie kilku kolejnych komend. Zaangażowała kilka zombiaczków i włamała się do dwóch kolejnych farm, gdy się tym zajmowały rozdzieliła Sniffera na bliźniacze programy i narzuciła bliźniakowi wyszukiwanie sygnału w podziemiach Kennewick w okolicy szkoły.

- Teraz nie mamy czasu. Mówiłaś że za kilka nocy się tym zajmiemy. Może wtedy?
Jack wskoczył na skrajne lewy pas i przyspieszył. Żółta bestia wyświetliła ostrzeżenie o zwiększonym zużyciu paliwa. Wilkołak wybrał z przycisków na kierownicy opcję ignorowania komunikatu. Potem z listy wybrał uruchomienie muzyki z podłączonego zdalnie telefonu. Po chwili z głośników rozległ się dźwięk skrzypiec.
muzyka
Gniew nieba musiał przyznać, że go to uspokajało. Potrzebował wychłodzić swój umysł. Wiedział, że nie spocznie, póki ich wszystkich nie wybije. Wiedział, że musi zebrać jeszcze sporo wampirzych kłów zanim zemsta się dopełni.
W międzyczasie zadzwoniła komórka. Jenny. Reed jedynie zagryzł zęby. Nie miał ochoty z nią rozmawiać. Miał obowiązki. Czas nie działał na ich korzyść. Pijawki szybko mogą się zorientować co planują. Mogą w końcu zastawić pułapkę
- Dopadniemy ich za dnia. W kanałach. Może tym razem uda nam się uzyskać jakieś odpowiedzi.
Jack jedynie co jakiś czas odwracał się, żeby zobaczyć wychwycone i wyostrzone kadry z kamery, które przedstawiały kolejne poszukiwane wampiry. Lub prawie wampiry.

Mi odstawiła laptop pod nogi i usiadła po turecku na fotelu pasażera.
- Żartowałam sobie z tymi kilkoma nocami. - Mrugnęła do Gniewu Nieba mimo, że nie mógł tego zobaczyć. Kazała MyMy zablokować powiadomienie o rozpiętych pasach i dopiero wtedy je odpięła. Po kilku głębszych oddechach objęła się ramionami i przymknęła oczy. Szept słów rytuały przeplatał się z dźwiękiem skrzypiec.

Mrugnęła kontrolka przy kierownicy.
- Nie hakuj proszę tego samochodu. - Powiedział Jack - Moje pokolenie wyłączało takie rzeczy manualnie.

Mi nie odpowiadała dłuższą chwilę. Nie przerywała szeptu, a gdy skończyła jakby się otrząsnęła. Przeciągnęła się, kładąc nogi na desce rozdzielczej.
- Dzięki niech będą dobrej Gai… - Spojrzała na wilkołaka jakby właśnie coś do niej dotarło. - Za twoich czasów nie było czego hakować. To jak wujaszku?

- Prehakowaliśmy - rzucił tylko bez wyjaśnień.

- Tak, tak… młotkiem i śrubokrętem. - Mi sięgnęła po telefon i zerknęła na pracę programów. - Na pewno nie związać z tobą ubrań, nie to że nie lubię oglądać twojego tyłka wujaszku, ale słyszałam że pijawki są często gejami.

- Jeżeli się da, bez angażowania w to zbytniej uwagi i nie opóźni to naszego dojazdu na miejsce, to możemy spróbować. - rzekł z powątpiewaniem.
Nie znał się na rytuałach. Jako Alfa, powinien się znać. Zagryzł zęby.

Mi uśmiechnęła się i odłożyła telefon. Nim zdążył zareagować wgramoliła się mu na kolana siadając tak by mógł widzieć drogę.
- Mama by zrobiła to bez takich akcji, ale wiesz ja, a “Ona”. - Ostatnie słowo zaintonowała dziwnie, zupełnie jakby kogoś cytowała. Mi chwyciła go za kurtkę. Momentalnie spoważniała. - Muszę mieć kontakt z tym co wiąże.
Przymknęła oczy i po chwili z jej ust znów popłynęły ciche słowa rytuału.

Choć Jack miał siebie za poważnego faceta, to i tak nie umiał ukryć rumieńców gdy mijali żółty autobus szkolny, a szereg nastolatków obserwował jak siedząca przodem do niego dziewczyna wsuwa mu ręce pod ubranie. Chciał… starał się skupić na jeździe. Jednak wizja nastolatków przyklejonych do szyb bardzo go rozpraszała.

Tak jak wcześniej Mi po dłuższej chwili otrząsnęła się, jakby się wybudzając. Lekko zmęczona oparła się o jego ramię.
- Ok… - Chwilę siedziała tak po czym wyprostowała się i spojrzała na niego. - To ja się prześpię na tylnej kanapie. Obudzisz mnie jak będziemy blisko?
Nim zdążył odpowiedzieć zeszła mu z kolan i chwytając telefon przeszła między fotelami na tył. Nagle okazało się, że będąc tak małym, można korzystać z hummera niemal jak z domu. Dziewczyna rozłożyła się prawie prostując nogi i momentalnie zasnęła.

- Obudzę cię Mała, nie martw się - powiedział już bardziej do siebie, niż do zasypiającej wilkołaczycy.
 
Aiko jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:02.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168