Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-10-2016, 20:39   #1
 
Corrick's Avatar
 
[Łowcy] Polowanie

19 października 2016, godzina 0:55
prywatny apartament, Chicago


Obudziła się z krzykiem, siadając na łóżku. Oddychała płytko, łapiąc z trudem powietrze, obserwowała otoczenie. Wszystko było tak, jak w momencie, gdy kładła się spać. Podeszła do okna, podziwiając panoramę miasta.


Wiatr delikatnie poruszał zasłonami przez szparę między oknem a futryną. A może to wcale nie był wiatr? Może tam ktoś był? Mogła przysiąc, że jest sama w pomieszczeniu, ale czy miała tego pewność?
- Svetlano… - usłyszała za sobą. Odwróciła się raptownie, wpadając w ręce wampira…

* * *

Zerwała się z łóżka i wyjęła nóż spod poduszki. Jej ciężki, urywany oddech zdradziłby jej położenie nawet głuchemu, cóż dopiero wampirowi. Fotokomórka wychwyciła ruch i system automatycznie zapalił światło. Była sama w pokoju, a cała sytuacja była tylko złym snem…

Nadezhda nie wypuściła noża z dłoni i pomimo dobrego widoku na rozświetlone pomieszczenie jeszcze raz rozejrzała się, a po tym jeszcze raz... i ostatni raz tak dla pewności. Padła ponownie na poduszkę, wciąż trzymając nóż. Leżała tak dłuższą chwilę wpatrzona w sufit jakby miał dać jej odpowiedzi na najbardziej egzystencjalne z pytań, po czym zakryła oczy jedną dłonią (drugą wszak musiała wciąż trzymać nóż) i warknęła słabo przecierając oczy.

Czy ona jeszcze pamiętała co znaczy spokojny, odprężający sen bez koszmarów? To było zbyt dawno, aby nie być już legendą...

Westchnęła i odwróciła głowę na bok, aby spojrzeć na godzinę wyświetlaną przez budzik. Prawie trzecia... trzecia... w nocy...? Po prostu świetnie... Co ona wciąż robi w łóżku? Czy powariowała? Rozejrzała się (jeszcze raz!) dziękując w duchu sobie, że swój piękny apartament ma jednopokojowy, a nie jakiś większy, z zakamarkami i całą resztą przyjemności... a w takich zakamarkach lubią przebywać... koszmary...

Uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Może jeszcze dalej sama będziesz się zamęczać, czemu nie! Jakby ci było mało tego wszystkiego, chrzaniona masochistka, którą każdy by posądzał o zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i dziką paranoję, a to wszystko to tylko zdrowy rozsądek, z powodu którego wciąż ma się skórę tam, gdzie trzeba...!

...ale może sprawdźmy to pomieszczenie jeszcze raz... tak dla pewności... noc jest...

Kiedy przeszła całość apartamentu jeszcze raz i dzięki temu trochę się uspokoiła, ruszyła do lodówki, w której trzymała drugą najważniejszą z rzeczy swego życia. Otworzyła lodówkę, aby spotkać się z prawie pustym wnętrzem (kto by zamawiał to żarcie robione na szybko, nie uchodzi), ale posiadające wciąż jedyną ważną dla siebie zawartość. Nadezhda wyciągnęła butelkę, czegoś co od lat potrafiło chociaż trochę ukoić jej nerwy, płynne bogactwo, jakiego prawdziwa siła i szlachectwo zostało tak zrównane z błotem, że teraz każdy pijaczyna tapla się w tych pomyjach dumnie zwanych wódką. Bezwiednie wręcz przysunęła do siebie kieliszek stojący na ladzie kuchennej i nalawszy do cna wódki wypiła ją szybkim ruchem rozkoszując się palącym uczuciem rozchodzącym się w jej gardle, zmierzającym ku żołądkowi. Chciała już nalać dalej z tej resztki pozostałej w drogiej butelce, jednak zatrzymała rękę.

Nie... Nie teraz... Przecież zaraz jej się skończy...

Była zła na siebie, że nie zaopatrzyła się w więcej tej świętości, ale z drugiej strony zrobiła to umyślnie, jako że nie miała wystarczającego poczucia bezpieczeństwa, aby pozwolić sobie na całkowite rozluźnienie, chociaż pragnęła tego, och, jak pragnęła... Odstawiła z ciężkim sercem mizerną resztkę wódki, za której wartość wyżywiłaby się niejedna rodzina przez miesiąc i podeszła do drzwi apartamentu nasłuchując uważnie... wciąż z nożem w ręku, chociaż nie miała pojęcia po co, skoro był żałosną bronią przeciw temu wszystkiemu.

Wyciszyła swój oddech mając nadzieję, że brzuch nie postanowi zaburczeć, bo w sumie nie pamiętała kiedy coś konkretnego w niego wrzucała, a to i tak wymagałoby teraz wyjścia w noc, jako że zazwyczaj dnie przesypiała… o ile w ogóle postanowiła spać.

Całkowita cisza postawiła ją w dosyć niepewnej sytuacji. Usłyszała kroki na korytarzu. Takie, których dźwięk kojarzył się z mocno okutymi stopami w opuszczonej posiadłości gdzieś, dawno temu, w zamierzchłych czasach… Potrząsnęła głową i wsłuchała się ponownie w ciszę. Czyżby umysł płatał jej figle?
Usłyszała dźwięk windy, która zatrzymała się na tym piętrze. Wyszły z niej dwie pary stóp - jedna w szpilkach, idąca szybciej, druga w adidasach, trochę wolniejsza, za to dysząca zdecydowanie szybciej. Po chwili ucichły obydwie…

Spokój, spokój, spokój, nie rób z siebie jakiegoś dzieciaka Malkava, proszę cię. To był tylko koszmar, które powinny być ci równie znane co rodzona matka. Nic się przecież nie dzieje, zupełnie nic, zupełnie... Może jednak przydałoby się trochę więcej wódki…

Potrząsnęła głową wciąż zła na siebie, że nie obudziła się przed zachodem słońca. Siedzenie samej w ograniczonej przestrzeni apartamentu po zmroku nie działało dobrze na jej nerwy, które i tak w swoim mniemaniu miała dość konkretne… w końcu wciąż trwała przy zmysłach i miała się dobrze, prawda? Prawda?

Oparła się ciężko o ścianę oddychając miarowo, jak najciszej. Czemu się bała? Czy to nie jej powinni się bać…? Nadezhda skrzywiła się z parodii uśmiechu z tego mało śmiesznego żartu. Pff, ona się nie bała. Po prostu miała bardzo wyczulony zmysł samoprzetrwania, trochę za bardzo, i to wszystko. Każdy rozsądny powinien taki posiadać w tych czasach… Ech, kiedyś było o wiele łatwiej…

"Nie odrzucaj strachu… On pomaga przetrwać" powiedział jej kiedyś jeden z tych, którzy dokładnie wiedzieli o czym mówi, mający wtedy większe doświadczenie w tym wszystkim…kiedy jeszcze żył. Niestety, nawet największa paranoja nie daje całkowitej pewności przeżycia wszystkiego kiedy śnieg zasypuje ci oczy, a strach… jest trochę jak wódka. W zbyt dużej, niekontrolowanej ilości przyćmiewa umysł pozostawiając cię osłabionym...

...ale paranoja (której oczywiście jakiejś szczególnie wielkiej nie miała) to już inna sprawa.

Padła spać, oczywiście, w ubraniu, trochę ze zwykłego przyzwyczajenia, trochę z praktyczności tego rozwiązania, bo przecież nigdy nie było wiadomo kiedy będzie trzeba reagować… bardzo… szybko… Jeżeli chciała wyjść stąd to musiała mieć ze sobą kilka damskich rzeczy, a jeżeli chciała zostać… to tym bardziej. Tak więc po chwili miała już w kaburze przy pasie swoją strzelającą zabawkę, z drugiej strony przy ścianie ustawiła mało uroczy kawałek ostrego metalu zwanego dumnie szpadą (tak go reklamowali w sumie, co było wielkim nadużyciem tego słowa i jeszcze większym poniżeniem dla prawdziwych egzemplarzy), który niestety był na tyle niemożliwy w próbie ukrycia na zewnątrz, że Nadezhda długo się zawsze zastanawiała się czy (chociaż byłoby to pożądane) i jak (co było problematyczne) zabrać go ze sobą. Żałowała, że nie ma nic lepszego, ale najpewniej potrzebowała by kogoś, kto zrobiłby coś takiego na zamówienie, co oczywiście zabrałoby czas, który był, ironicznie, limitowany…

...chociaż czy teraz już przestał być tak bardzo ograniczony…?

W rosnącej złości poszukiwała trzeciej, arcyważnej rzeczy, którą w końcu znalazła pod łóżkiem. Musiała się stoczyć podczas jej snu, jako że z uporem maniaka starała się ją trzymać w pobliżu. Umiejscowiła na swoim miejscu niczym najświętszą relikwię drewniany kołek. Kobieta obędzie się bez kosmetyczki, ale bez tego się nie da...

Przewiesiła przez bark swoją nieocenioną, kobiecą torbę. Musiała stąd wyjść, w końcu wyjdzie, bo jeszcze trochę i zwariuje… tylko chwila…

Ponownie ustawiła się nieopodal drzwi opierając się plecami o ścianę, ale tym razem nie tylko nasłuchując. Biorąc głębszy oddech skupiła się na tym, czego w tym momencie potrzebowała najbardziej. Musiała sprawdzić czy jakiś komar nie lata gdzieś w okolicy… tak dla uspokojenia swojej paranoi, przecież po nic innego!

Kto by się koszmarem przejmował, kiedy ma takowe rozrywki bez przerwy?

Wyraźnie wyczuła jego zapach. Był niedaleko, może nawet na korytarzu. Śmierdział krwią, ściekami i czymś, co można by było określić jako zapach kiszonych ogórków. Nie był dalej od niej niż 50 metrów, tego była pewna…

Przeklinałaby, ale to nie było w jej stylu, więc ograniczyła się do bolesnego skrzywienia i oskarżania świata o to wszystko, a w szczególności okrutnego Boga, który karał ją za nie jej grzechy. Złapała za szpadę rozważając bardzo szybko, zupełnie jak wtedy, gdy musiała improwizować w jednej chwili, aby zapewnić sobie względne bezpieczeństwo… od najgorszego przynajmniej.

Zostać? Wyjść? Jeżeli zostanie to będzie w pułapce, oczywiście w momencie, gdy śmierdziel postanowi ją odwiedzić. Jeżeli zaś wyjdzie to może i będzie miała bardziej otwartą przestrzeń, jednak, no, wyjdzie do niego. .. I jak tu wybrać, skoro nawet przez okno nie da się wyjść, bo za wysoko nawet jak na jej standardy?

Zacisnęła zęby. Pięćdziesiąt metrów to sporo, ale jeżeli ta cholera znajdowała się bliżej to już gorzej. Wyjść czy zostać, zostać czy wyjść? To jest samo czy sprowadziło kumpli? Czy ON tam jest? Jak jest to, jak to mówią w tych skretyniałych grach komputerowych dla dzieci - Game over, ale… Przecież nie podążyłby tak daleko za nią! Nie podążyłby, nie mógł! Na pewno. Niemożliwe. Został w Europie, a to wszystko to tylko jakiś senny wymysł. Bzdura.

Cóż, nawet jeżeli to sen to lepiej wiać, tak dla pewności… jak każdy porządny łowca powinien, prawda?

A jeżeli tego jest tam więcej…? Dobra, nie ma co robić sobie problemów na zapas, zostawmy resztę na później. Jeden… problem… na raz…

Najciszej jak tylko była pozwalała jej paranoja i cała reszta przewag jakie posiadała wyuczonych przez te wszystkie radosne lata, schowawszy szpadę pod płaszczem (na ile to było możliwe) uchyliła drzwi rozglądając się z dziką desperacją poradzenia sobie z tym, co się zbliżało, żeby po zamknięciu tych cholernych drzwi (może najpierw połasi się sprawdzić apartament, bo kto przy zdrowych zmysłach by wyłaził z tej klatki) i jak najszybciej oraz jak najciszej (chociaż połączenie tych dwóch było ciężkie) dostać się do schodów przeciwpożarowych z nadzieją, że ktokolwiek się połasi na nią nie będzie skory włazić tyle pięter w górę (a to byłaby niezła przeprawa), może na pewnym poziomie zyskując na tyle pewności, aby przemknąć do windy… a może nie…? Ktoś w końcu może oczekiwać na nią na dole przy niej...

Modliła się, chociaż nie miała pojęcia do czego, więc uznała że ogólnie do Wszechświata, nawet już nie polegając na nadziei (bo to mało przyjazna suka)... w sumie czy na czymkolwiek albo kimkolwiek można było polegać bardziej niż na samym sobie?

Wymknąć się, ewentualnie uciszyć śmierdziela, przywitać się ze ścianą, do schodów z włączoną paranoją (chociaż czy kiedykolwiek miała ją wyłączoną?), a później na dół czy coś… Byle dalej stąd, ewentualnie korzystając z przewagi, której możliwie się nie spodziewano… chyba. Może. Możliwie. Miejmy taką… nadzieję…?

Zacisnęła jeszcze silniej zęby.

A jeżeli czas i miejsce (bo nie miała czasu tu się w to bawić) pozwolą na jakąkolwiek zmianę w rysach (posiłkując się niewielkim lusterkiem schowanym w torbie, jako ze to takie kobiece) to oczywiście nie ma co się powstrzymywać… Czasem zmiana jest kusząca i bardzo, ale to bardzo pożądana i nieważne co inni by powiedzieli nie miała zamiaru tego porzucać, nieważne kto by chciał. Po prostu nie, bo to jakby porzuciła bardzo ważny element swojej przewagi czyli w sumie oddała się losowi, który i tak nią rzucał jak chciał, a pewne osoby dawno wymyśliły sobie jego niekoniecznie radosny jego bieg dla niej.

A nawet jeżeli to fałszywy alarm to i tak zabrakło jej wódki.

Śmierdziel był samotnie. W obrębie zmysłów, rozciągając je do granic możliwości, nie dało się wyczuć nikogo innego mającego tak charakterystyczny zapach. A ten był wyjątkowy. Nadezhda już wcześniej go czuła… Zapach szaleństwa, geniuszu, ten mdlący swąd ogórków… Tak mogli pachnieć jedynie…

Malkavianie.

Nadezhda rozejrzała się (to już jak jakiś tik nerwowy zaczynało się robić). Umysł wrzeszczał "WIEJ!", serce mówiło "Postaw się, nic ci nie zrobi!", ciekawość "Sprawdźmy to!", a zdrowy rozsądek się załamywał tymi głosami. Cofając się ostrożnie w stronę schodów, walcząc z własnym sercem i ciekawością (która nigdy do niczego dobrego nie prowadziła) poszła na kompromis, jednocześnie wciąż mając na uwadze zdanie umysłu. Próbowała wczuć się czy na pewno nic tu nie ma przytłumionego tym komarem, tak na wszelki wypadek… Co to było za cholerstwo, czego chciało, o ile chciało czegokolwiek od niej, a nie tylko krążyło po tym miejscu tropiąc swój cień czy jakąś jasność umysłu, którą zgubiło…

Krok za krokiem zbliżała się do schodów jak każdy prawdziwy łowca stający naprzeciw zagrożeniu tych, których miejsce było od dawna w grobie.

* * *

18 października 2016r., godzina 22:11
Kwatera Stowarzyszenia Leopolda, Chicago.


David siedział w przedsionku, czekając jak na skazanie. Właśnie ważyła się jego sytuacja jako Condotierre, Bożego żołnierza. Słyszał, jak w pokoju trwa zacięta dyskusja nad jego losem. Kilka osób oponowało, ktoś się przekrzykiwał, ktoś wchodził komuś w zdanie, aż nagle wszyscy zamilkli. Drzwi się otwarły, ukazując mu wnętrze komnaty.


Jego oczy ujrzały pokrytą półmrokiem salę, na środku której stał olbrzymi stół. Z jednej jego strony siedziała śmietanka Inkwizycji w Stanach, w większości nieznane mu osoby. Znajomy kapłan, z którym rozmawiał ostatnio skinął mu głową, by wszedł do pomieszczenia.
- Dawidzie… Postanowiliśmy dać ci szansę obrony. Odpowiedz nam na kilka pytań, byśmy mogli podjąć decyzję ostateczną. - powiedział siwowłosy Inkwizytor w wieku około pięćdziesiątki. - Kim jest dla ciebie Nadezhda Dmitriyevna Vyazemska? - zapytał bez ogródek.
Leopoldian był zaskoczony znamienitością zgromadzonych. Ranga i tak poważnej sytuacji prawie go uderzyła i mężczyzna został jeszcze bardziej onieśmielony. Przestąpił próg i skromnie ukłonił się zebranym.
- Eminencjo… - zbiorczo powitał tak trybunał inkwizytorów. Zakładam, że trybunał go teraz wysłuchiwał i osądzał. On sam był może i prosty, ale wychowany.
Zerknął jeszcze na Prowincjała, spojrzeniem de facto prosząc o pozwolenie, by mógł podejść i ucałować różaniec gospodarza. Nim zacznie odpowiadać na pytania…
Prowincjał skinął głową, zezwalając aby David podszedł bliżej. Gdy tylko mężczyzna uczynił to, co wypadało i wrócił na swoje miejsce, ten powtórzył.
- Odpowiedz na pytanie, które ci postawiono. - David powrócił już bardziej… dumnie, z przyzwyczajenia, nie natury. W niewielkiej sali przesłuchań i sam na sam czuł się prawie jak w konfesjonale, albo u terapeuty. Przed zgromadzeniem tak znaczących ludzi, do głosu doszły przyzwyczajenia sprzed lat. Stanął na baczność z dłońmi za plecami i skierował neutralne spojrzenie prosto na Ekscelencję.
- Rosjanka jest kontaktem Schleswiga sprzed lat. W trakcie mojego nowicjatu pod jego nadzorem… po wstępnym oddelegowaniu od lancy zdarzyło się, że poprosiła go o protekcję przed istotami nocy. Obowiązek ten przypadł mnie. - pomimo prostego zachowania, rozważał na raz wiele rzeczy.
Przede wszystkim, dlaczego ze wszystkich możliwych padło akurat to pytanie. Z Rosjanką spędził kilka tygodni… prawie pięć miesięcy? Człowiek z Gladius Dei kazał mu zachowywać się wobec niej jak drogiemu ochroniarzowi, choć musiał polecić ich wspólną służbę z Reitnauerem, żeby się zgodziła.
W tym czasie dowiedział się nieco o ekstrawaganckiej kobiecie ze starego kontynentu, która za hobby ewidentnie postanowiła przyjąć polowanie na wampiry. Jemu samemu płaciła za ochronę znaczne kwoty, które w większości szły mniej więcej po równo na Caritas i Stowarzyszenie Leopolda.
I fakt, że został zapytany o tę akurat kobietę mógł oznaczać tylko jedno - w jakiś sposób zwróciła uwagę Inkwizycji, a to na pewno nie było dla niej dobrze. Może nawet na tyle źle, że postanowili ją zwerbować.
- Rozumiem… - westchnął inny siwobrody mężczyzna. Jego twarz wyrażała trzymane krótko znużenie i poirytowanie, które wespół z grafitowym garniturem sugerowały raczej że jest prawnikiem, politykiem, biznesmenem w pośpiechu, niż inkwizytorem. - Jak się domyślam, wszystko to było robione “w imię Boże”? - głos rozmówcy był lodowaty. - Charytatywnie?
- Nie, Ekscelencjo. - Europejczyk nawet nie drgnął - Pani Vyazemska wiedziała kim byłem wcześniej, od Schleswiga właśnie i dlatego zdecydowała się na moją ochronę, ale sama polowała na umarłych. Ze mną nigdy przesadnie się nie liczyła, ale nie zadawała wielu pytań a płaciła sowicie, z czego większą część przekazywałem do austriackiej gałęzi Stowarzyszenia… Reszta… - na chwilę butny młody człowiek speszył się - Faktycznie przeznaczona została na inicjatywy charytatywne.
- Jasne. - powiedział ten sam mężczyzna. - Nie zadawała żadnych pytań i płaciła sowicie? I uważa pan, panie Reitnauer, że panu uwierzymy w tak oczywiste kłamstwo? - wyjął kilka kartek z teczki. - Tu są wyciągi z pańskiego konta. - rzucił je Davidowi pod nos. - Pozycja czwarta. Wyraźnie napisane “informacje”, data piąty sierpnia tego roku. Przelew przychodzący. - powiedział ostrym głosem. - A tutaj wychodzący, “kokaina i dziwki”. Dwa dni później. Jak pan to wytłumaczy? - reszta zebranych osób siedziała w milczeniu, obserwując twarz Condotierre. David ani nie drgnął, pozwolił sobie tylko by oczy przesunęły spojrzeniem na wyciągi. Głównie dyscyplinie zawdzięczał to, że nie dygotał teraz pod świdrującymi spojrzeniami szeregu z najgroźniejszych ludzi w Stanach. W myślach wezwał imię Pańskie, by dodało mu otuchy.
- Nie wytłumaczę. - odpowiedział po prostu, patrząc w oczy oskarżycielowi, nie dlatego, że miał przesadną ochotę, ale dlatego, że tak go nauczono, gdy odpowiadał przełożonym - Ponieważ nie wykonałem tego przelewu. Nie mam doświadczenia, ale wątpię też, by faktycznie istniał jeden dostawca obydwu usług i życzył sobie takiego tytułowania przelewów od klientów. - oskarżony mówił spokojnie, choć w głosie słychać było, że jest poddenerwowany, i prawie komicznie rzeczowo biorąc pod uwagę z czego i w jaki sposób się tłumaczył. - Jedyne więcej, co mogę założyć, to że ktoś dostał się na moje konto. Ale nie kłamię, Ekscelencjo. Nie ze strachu przed trybunałem, choć lękam się w tej chwili. Nie kłamię, bo to by oddaliło mnie od Ojca. - dokończył, ze spokojem wywalczonym tylko przez głęboko pokładane zaufanie w Boga…
Cokolwiek się stało… Albo On to odwróci, albo to wydarzenie ma posłużyć czemuś co zaplanował.
Starszy Inkwizytor pokiwał ze zrozumieniem głową. - Dobrze, bracie. Nie mam więcej pytań. - odsunął się na krześle, ustępując miejsca innym w rozmowie. Po chwili ciszy, padło pytanie od innej osoby przy stole - jedynej kobiety.


- Czy utrzymuje pan kontakt z panią Vyazemską? - głos rozmówczyni był cichy i szorstki w obejściu. Kobieta była nawykła do wydawania rozkazów, nie do negocjacji.
- Nie. - odparł po żołniersku David.
- Chcemy, byś go odnowił, bracie Davidzie. - powiedziała zakonnica. - Podejrzewamy, że ktoś czyha na jej życie. Wampir. - ostatnie słowo poniosło się echem po pomieszczeniu…
- Jeśli taki jest rozkaz Trybunału, tak się stanie. - powiedział po prostu, kwestie szczegółowe zostawiając na później: gdyby oni chcieli znać szczegóły, lub już na rozmowę z Prowincjałem.
Na pewno Rosjanka nie będzie prosta do odnalezienia, pamiętając jej paranoję… sam Condotierre nie miał też doświadczenia ani zdolności by to zrobić.
Frank albo Sophie nie mieliby z tym problemu, przeszła mu bolesna myśl przez głowę. Ale żal nie był dlatego, że nie miał ich umiejętności do dyspozycji.
Czekał na dalsze decyzje trybunału, mając drobną nadzieję, że skoro wiedzą o Vyazemskiej, może też będą umieli dać mu wstępne informacje jak ją znaleźć.
- Wąpierz, który poluje na panią Vyazemską, jest… - zaczęła zakonnica. - Dziwny. To szaleniec o wielu twarzach i osobowościach. Rosjanin, Sasha Ivchenko. A przynajmniej takim paszportem się posługuje. Nasze źródła podają, że ma trop, gdzie ukrywa się pani Vyazemska. A my wiemy, gdzie znajduje się on. Dzięki niemu odnajdzie pan Vyazemską. - kobieta miała ton, jakby rozmawiała o sobotnim spacerze. - Proszę go śledzić i unieszkodliwić w odpowiednim momencie, Condotierre.
- Deus lo vult. - przyjął rozkaz Condotierre. W jego głowie w tym czasie przebiegał szereg myśli.
Czy Prowincjał, albo ojciec Robert przekazali jego raport Trybunałowi?
Czy to był ten wampir, na wspomnienie o którym Vyazemska zachowywała się jak paranoiczka w tamtych tygodniach?
Czy to była kara? Misja samobójcza?
A potem uspokoił się, ponieważ nie miało to znaczenia.
Miał rozkaz, nie - misję, a gdy będzie miał do dyspozycji również szczegóły, nie pozostanie nic innego jak ją wypełnić…

* * *

18 października 2016r., godzina 23:17
kawalerka na obrzeżach Chicago.


Aaron obserwował obraz z kamer ruchu ulicznego, chcąc doszukać się pewnych nieprawidłowości, które zauważył wśród tutejszych wampirów. Wpatrywał się w ekran monitora już od trzech godzin, ale na próżno szukał czegokolwiek - nie dopatrzył się żadnej anomalii. Rzucił okiem na drugi monitor, gdzie z nudów grał w Counter Strike’a - właśnie jakiś typek wsadził mu heada… Westchnął, odsuwając się od komputera i idąc do lodówki po sok.
Gdy wrócił, CS został wyłączony, na ekranie zaś widział zdjęcie, które kojarzyło mu się tylko z jedną osobą - Aki.


Odebrał video połączenie i zobaczył uśmiechniętą twarz Azjatki.
- [i]Hej, co tam?[.i] - zapytała, robiąc kwaśną minę na widok syfu w pokoju. - Znowu nie posprzątałeś? Ech… - westchnęła. - Mam dla ciebie ciekawą informację, pytanie co możesz dać mi w zamian?
Arcanista uśmiechnął się.
- Moją wdzięczność na tydzień i poczucie dumy, że wspierasz szczytny cel, pozyskiwania wiedzy o supernaturalnych stworzeniach.
- Ech… - Aki wzruszyła ramionami. - Chyba będziesz musiał się bardziej postarać, Aaron. - puściła mu oczko.
- Mogę ci przesłać moje nagie fotki, jeżeli jesteś tak chętna. A tak. to mogę zaoferować tylko kasę, albo zabrać cię zjeść coś co nie przynoszą ci do domu.
- Nagie fotki brzmią fair. - posłała mu rozbrajający uśmiech. - Mamy super gościa w Chicago. Pani Vyazemska. - podniosła brew dość znacząco. - Dwa ciekawe fakty. Ktoś na nią poluje. Podobno dzisiejszej nocy ma być nalot na jej apartament. Drugi jest jeszcze ciekawszy, ale chyba cię na niego nie stać. - mrugnęła do niego, uśmiechając się.
- Vyazemska? Brzmi rusko… to Tzimisce? Podaj cenę i wtedy powiem, czy mnie na to nie stać. - Aaron zaczął przeglądać swój komputer w poszukiwaniu czegoś co by mogło zaciekawić jego rozmówczynię.
- Wakacje na Bali i dostęp do baz Arcanum. - kobieta założyła ręce na piersi.
- Haiti, sex ze mną i załatwię ci randkę z bardziej wylewnym członkiem organizacji? - Aaron uśmiechnął się do Adeptki.
- Może być. - odpowiedziała z uśmiechem. - Ale masz być przy tych rozmowach, ok?
- Jasne, nie mogę mu pozwolić, aby powiedział ci za dużo. Więc, co to za ciekawa informacja?
- Nasz super gość znajduje się pod tym adresem. - na ekranie monitora pojawił się adres. - Jest potężnym wampirem. Widziano ją kilka razy w czasie dnia.
Aaron gwizdnął na tą informację.
- Methusalem. Trochę za wysokie progi jak dla mnie, wiadomo kto się na nią rzuci?
- Wysokie, wysokie. Ale taki cel jest łakomy dla kilku stron. Interesuje się nią Inkwizycja, a obecnie szuka jej jeden Malkav. Podobno ma uderzyć dziś w nocy.
- Najwyżej wrócę na jedną noc do obserwowania ptaków. Czy coś jeszcze?
- Kiedy to Haiti? - zapytała ze śmiechem.
- Dam ci znać jak przeżyję tą noc. - uśmiechnął się - Jeżeli nie to poszukaj mojego Vana pod tym adresem, pewnie znajdziesz w nim jakieś zabawki dla siebie.
- Tak zrobię. Udanych łowów, panie Black. - posłała mu buziaczka i zakończyła połączenie.

* * *

19 października 2016, godzina 0:17
prywatny apartamentowiec, Chicago


Van Aarona zaparkował pod budynkiem. Mężczyzna zlustrował okolicę czujnym wzrokiem, szukając potencjalnych wampirów. Nic jednak nie widział, przynajmniej dotychczas. Apartament Vyazemskiej mieścił się na szesnastym piętrze budynku, jakieś dwie minuty jazdy windą od niego…
Arcanista włączył dyktafon i rozpoczął zbieranie sprzętu.
- Raport Aarona Blacka, data 19 października 2016 roku, mój kontakt skierował mnie na adres, w którym ponoć zamieszkuje pokaźnej siły samica wampirów. Mam zamiar ją przesłuchać pokojowo, ale zabiorę uzbrojenie na wszelki wypadek. - przyjrzał się jednemu plecakowi opartemu o ścianę - Zabiorę miotacz ognia, zważając, że widziano ją w świetle dnia. - z tymi słowami zarzucił ciężki plecak skrywający kanister z paliwem i wylot miotacza - Oraz kołkownicę. - zamontował kuszę w wewnętrznej stronie płaszcza - Okaz potencjalnie może należeć do klanu Tzimisce więc ryzyko jest duże…. - szybko przejrzał notatki, które zebrał na temat tego klanu - "Gościnni… dary…. trzy dni bezpieczne..." na wszelki wypadek, zabiorę ze sobą dar, który może zaciekawić okaz na tyle, aby chciał rozmawiać. - z tym sięgnął po pojemnik na organy, który włożył do torby dostawców pizzy, po czym ruszył do budynku.

* * *

19 październik 2016r., godzina 1:01
prywatny apartamentowiec w centrum Chicago


Nadezhda

Kobieta poruszała się cicho niczym kot, wyćwiczonym, zgrabnym ruchem. Trzymany w ręku miecz lekko pogarszał jej sytuację, ale nie miało to większego znaczenia - korytarz był pusty. Jedynie lekko mrugające światło na jego końcu, przy klatce schodowej wydawało się być nie na miejscu. Usłyszała ciężkie kroki na schodach wzbogacone dodatkowym sapaniem.
Nadezhda zatrzymała się gwałtownie i przylgnęła plecami do ściany gotowa do walki o wszystko co dla niej święte, czyli o nią samą… albo do ucieczki. Tak, to było lepsze rozwiązanie. Jednocześnie starała się monitorować poruszanie się tego cholernego wampira…

David

Nie udało mu się zdążyć na windę, ponieważ jakiś dziwny koleś z plecakiem (wyglądał, jakby wrócił właśnie z wycieczki) nie miał na tyle kultury, by poczekać na kolesia w prochowcu - bo tak teraz jawił się Condotierre. Biegł po schodach, kierowany sygnałem GPS, który przyczepiono do telefonu wampira. Szesnaste piętro budynku… Przystanął na klatce, zdyszany, podnosząc w lewej dłoni w rękawiczce lokalizator. Zerknął na numer piętra.
Młody Europejczyk był bardzo sprawny, ale niekoniecznie należał do największych twardzieli (na pewno w skali Stanów), nie tego wymagała jego poprzednia służba, na pewno nie obecna. O włos nie zaklął w myślach, aż mu się zrobiło wstyd. Upewniwszy się, że lokalizator nie wskazuje na przemieszczanie ani nic innego co mogłoby niepokoić, zwolnił nieco.
Biegł, bo nie chciał, żeby ktokolwiek potem go skojarzył w budynku, ale skoro poza gościem z plecakiem nikogo nie widział, a wampir nie opuścił jeszcze mieszkania…

Aaron

Wyglądając czując się niczym deratyzator (wszak miał ukrytą butlę w plecaku…), wsiadł do windy. Widział wbiegającego do budynku gościa w długim płaszczu, ewidentnie ukrywającego pod nim gazrurkę. Nacisnął przycisk zamykania drzwi kilka razy, by upewnić się, że nie zdąży dobiec do windy. W myślach odliczał piętra… 14, 15…
16. Kiedy drzwi windy się otworzyły spokojnie wyszedł, ale trzymał jedną rękę na kołkownicy. Bacznie rozglądał się za potencjalnym zagrożeniem. Musiał przyznać, jak na kryjówkę Tzimisce, mało… organiczny wystrój wnętrz.

Wszyscy

Po dwóch stronach korytarza pojawili się dwaj mężczyźni. Jeden z plecakiem i ręką w kieszeni, drugi w prochowcu… z długim przedmiotem dyndającym między nogami. Sytuacja Nadezhdy nie wyglądała ciekawie… Choć tego w prochowcu już znała! Natomiast oczom mężczyzn, ukazała się kobieta z mieczem w dłoni, co samo w sobie mogło wyglądać dziwnie...
Wzmocniła uchwyt na mieczu zastanawiając się kogo atakować, ale ten jej już znany był podejrzany szczególnie… Przecież nie mógł się nagle tutaj pojawić ten Szwajcar! Cofnęła się o krok, ale zaraz zdała sobie sprawę, że tam jest ten drugi… Spojrzała na faceta z walizką i postarała się wyglądać jak najgroźniej… Drugą dłonią wyjęła pistolet, celując w faceta z walizką, chociaż szansa, że i tak nie trafi była monstrualna… Dobrze, że nie było ich więcej w tym momencie, bo nie ma trzech rąk…
Aaron spojrzał na gościa w prochowcu. Musiał przyznać, że szybki skurczysyn. Spojrzał na kobietę, która właśnie w tym momencie wycelowała w niego broń. Uniósł wolną dłoń.
- Spokojnie, nie mam złych zamiarów, chcę tylko porozmawiać.
- Ale ja nie chcę, trochę się śpieszę. - zerknęła na Szwajcara - To nie jest zabawne… - uśmiechnęła się, chyba, nerwowo, bardzo nerwowo, nie wiedząc już gdzie iść.
David wymienił spojrzenie z gościem z plecakiem po drugiej stronie, i bez słowa omiótł scenę wzrokiem ignorując na razie Nadezhdę - nie bez zdziwienia.
Sięgnął wolną dłonią pod płaszcz, po pistolet, szukając kogoś kto też już jest uzbrojony lub jak to w przypadku potworów po prostu groźny.
Świetnie, a on nie wziął spluwy…. Aaron jednym zgrabnym ruchem sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego coś… co przypominało trochę duży pistolet na wodę z rurką sięgającą do plecaka. Kolejnym prostym ruchem delikatny płomień pojawił się na końcu "pistoletu".
- Więc, jak to załatwiamy?
Nadezhda wyglądała na dość podłamaną, ale fakt, że ten drugi miał taką zabawkę trochę podniósł ją na duchu. Ruszyła powoli w jego stronę, wciąż jednak celując do niego, raz patrząc na tego, raz na tamtego, po czym syknęła do Szwajcara:
- Nawet nie waż się zbliżać, bo dostaniesz ogniem po twojej paskudnej aparycji… - zerknęła na szybko na tego z ogniem i wróciła spojrzeniem do znanego jej Szwajcara… o ile to był on - Mówię poważnie.
Ten zgłupiał. Pistolet lufą był skierowany wciąż w podłogę, ale nie wątpił, że mógłby tamtego człowieka po prostu zastrzelić. Cóż nie mógłby, jeżeli nie jest to…
Na pewno nie mający nawet trzydziestki młody facet w prochowcu o prawie wojskowej fryzurze wyglądał trochę, jakby właśnie wypuszczono go z więzienia. Zmrużył oczy na słowa Nadezhdy, po czym jedną ręką wyjął lokalizator, zerknął nań, i zerknął na tych dwoje, czekając co zrobi Rosjanka.
Nie był na razie jej nic winien, ale nie miał wątpliwości, że mówiła poważnie.
Amerykanin spojrzał na pozostałą dwójkę. Nie miał w tej chwili pojęcia co się dzieję, kobieta na pewno doskonale wiedziała do czego służy jego broń, a mimo wszystko wciąż podchodziła. Oznaczało to, że Aki najpewniej sprzedała mu trefne informacje. Tyle co do Haiti. Postanowił zaryzykować i spojrzał na urządzenie, które trzymał Szwajcar próbując je zidentyfikować.
Spojrzała jeszcze raz na dwójkę, na pobliskie schody, którymi wszedł Szwajcar i zdecydowała. Wcisnęła pistolet do kabury rzucając do gościa z miotaczem ognia:
- Tam gdzieś, blisko, za blisko jest wampir, nie oszczędzaj tego! - spojrzała jeszcze na Szwajcara idąc szybko w jego kierunku… a raczej w kierunku schodów - Przesuń się. - syknęła rozglądając się w obie strony.
- Oui. Il est. - potwierdził kobiecie młody mężczyzna, co wyglądał jakby się urwał z filmu noir. Lokalizator GPS znów spoczął w kieszeni, on sam zaś posłusznie odsunął się z drogi Nadezhdy…
Przypomniał sobie Rockeford.
- Czekaj. - powiedział z twardością, z jaką mówi ochroniarz do swojego klienta, gdy przejmuje odpowiedzialność za życie. Nie wycelował w nią… ale w oczach widziała gotowość.
- Skąd wiem, że ty to ty, Nadezhda? - zapytał nagle, komplikując sytuację o rząd wielkości,i nie wyglądał, jak gdyby zamierzał po prostu pozwolić jej odejść.
- I to nie ona jest wampirem? Zaraz… ty jesteś…. ech, później. Na dole jest czarny van z czerwonym paskiem. Możemy się przy nim schronić, albo nawet zwiać, jeżeli obiecacie niczego nie dotykać. - Aaron zaczął się rozglądać - Z ciekawości, z którego klanu ten inny wampir?
Gdy tylko padło imię Rosjanki, otwarły się jedne z drzwi po stronie windy, prawie dokładnie te naprzeciw apartamentu kobiety. Wyszedł z nich elegancko wyglądający mężczyzna.

 
Corrick jest offline  
Stary 29-10-2016, 20:41   #2
 
Corrick's Avatar
 
- Zdrastujtie. - powiedział, wyciągając spod płaszcza pistolet. Wycelował go w Nadezhdę i pociągnął za spust, posyłając w jej stronę kulę… która minęła ją o włos, wbijając się w futrynę. Wampir zaklął i uderzył umysłem w Aarona, wydobywając dziwne cienie z jego pamięci… Cienie, które zaczęły go atakować.
- Co do…!? - Aaron odskoczył i odbił się od ściany za nim. - Odsunąć się! - najwyraźniej miał zamiar wystrzelić z miotacza.
Nadezhda skoczyła w kierunku Szwajcara i stanęła za nim.
- Zashchiti menya! Zapłacę ci! - nie przejmowała się, że ten nie zna rosyjskiego i spojrzała w drugą stronę, jakby spodziewała się, że i z tej zaraz ktoś wyjdzie.
Jeszcze zanim się odezwała, Leopoldian instynktownie przesunął się gdy go minęła by zasłonić kobietę sobą, jak wytresowany ochroniarz.
Nie tracił jednak czasu na konwersację, tylko podniósł własną broń do oka i wystrzelił raz-drugi-trzeci w głowę wampira-dżentelmena, skupiony na jednym.
Nadezhda też wyjęła broń, ale nie wiedziała w sumie po co… zawsze jednak może wyglądać groźniej, a podejść nie miała wielkiej chęci.
Aaron natomiast nacisnął spust swojej broni i wypełnił korytarz ogniem, pochłaniając miał nadzieję cienie w słodkim, ciepłym płomieniu.
Kule wypuszczone przez Davida odrąbały wampirowi kawałek ucha, ranę, która normalnego człowieka powaliłaby po kilku minutach z powodu utraty krwi. Wampir jednak syknął tylko, odskoczył i wystrzelił, trafiając Szwajcara w udo. Jednak pech chciał, że wskoczył prosto w strumień ognia, który wypuścił Aaron, jego płaszcz zajął się od płomienia. Zerwał go z siebie i skoczył do pokoju.
Teraz to David nie zwlekał, syknąwszy gdy kula przeszła przez mięsień uda. Zerknął tylko przelotnie na ranę (i tak nie umiejąc jej ocenić) i nabuzowany adrenaliną wyszarpał renesansowy długi nóż z pochwy przy ranionym udzie, biegnąc do drzwi, nie chcąc dać wampirowi uciec.
Wiedział, że Rosjanka wie, dlaczego.
Jej ochroniarz ruszył za wampirem, a Nadezhda miała dwie opcje - uciec od tego wszystkiego, i od swojego ochroniarza albo poleźć za tym, który robił za tarczę mięsną… Spojrzała na Aarona i syknęła:
- Rusz się z zabawką. - podbiegła do drzwi, ale dała Szwajcarowi pierwszeństwo wejścia, jako mężczyźnie.
- Jasne. - Aaron ruszył za dwójką, miotacz ciągle wycelowany w stronę wampira - Erm, te cienie co mnie atakowały. Też je widzieliście?
- Podziękuj temu psiemu, bękarckiemu synowi. Może jak poprosisz go ładnie to coś poradzi na nie. - spojrzała na Szwajcara oczekując jego akcji. Ten jednak nawet nie zwolnił i nie czekał na nich.
Mieli przewagę, która w sekundę mogła się ulotnić.
Nadezhda pchnęła przodem miotacz ognia, sama trzymając się początkowo ściany, aż w końcu wskoczyła do pokoju za Szwajcarem, pozwalając mu pierwszemu zaatakować, woląc nie trenować strzelania w jego okolicy, bo mogłoby to się skończyć dziwnie. W razie czego zawsze był miotacz ognia i jej własna szpada, prawda?
Aaron ciągle się rozglądał za cieniami i za wampirem. Zastanawiało go, czy fakt, że wie, że moc wampira mami jego umysł jakoś zmniejszy potencję iluzji.

W tym czasie Condotierre wpadł do niewielkiego pomieszczenia, prawie od razu na dogaszającego tlące się na ubraniu ogniki nieumarłego. Ten podniósł rękę do strzału, ale bardzo wprawnym gestem Reitnauer chwycił długim nożem jak hakiem jego nadgarstek i ją wykręcił. Kolejne strzały rozbrzmiały na korytarzu apartamentowca, z pewnością budząc śpiących ludzi.
Wychowany wampir przez chwilę siłował się jedną ręką, po czym po prostu drugą sprzedał oponentowi cios w twarz, z całą siłą nieumarłego. Łowca aż zatoczył się, gdy krew polała się z kącika jego ust. Widząc to, wampir drgnął jednym, krótkim spazmem, jakby chcąc skoczyć ku niemu i powstrzymał się sekundę za późno, by skorzystać z uzyskanej przewagi.
Nadezhda widząc co się wyrabia postanowiła, chociaż w razie śmierci Szwajcara nie musiałaby płacić, pomóc swojej mięsnej tarczy. Sama dopadła do wampira, którego obecność tak zszargała jej nerwy (a to niewybaczalne), i "przesunęła" mu mieczem po słodkiej twarzyczce tak, że wręcz zahaczyło ostrze o kość.
- Lozh'! - warknęła do niego, zadowolona, że przerwała mu jego zamiary. W wolnej od pistoletu ręce pojawił się kołek, z którym już się nie rozstawała i wykorzystując swoją siłę, zupełnie nie tak jak delikatna kobieta powinna, wbiła mu go z pewną furią w serce, po czym puściła go jak kukłę.
- Posłuszny komar. - spojrzała na Szwajcara - Żyjesz?
Pytanie trafiło do Davida gdy Leopoldian gotów już był rzucić się całym ciałem na broń w ręku ich znieruchomiałego przeciwnika. Skrzyżował spojrzenie z kobietą, opierając się boleśnie o ścianę i wycierając rękawem krew z twarzy.
- Niepotrzebnie ryzykowałaś. - powiedział tylko, o wiele spokojniej - Kim jest ten drugi? - miał oczywiście na myśli Aarona.
Rosjanka spojrzała za siebie i wzruszyła ramionami.
- Człowiekiem z miotaczem ognia, a to dobrze. Co zaś do ryzykowania… - wyszczerzyła się - Zdenerwował mnie.
Pomimo krwawiącego uda i obicia, Szwajcar spojrzał tylko na nią ponuro i z nożem w ręku i bronią palną w drugiej wyszedł ku nieznajomemu z plecakiem i miotaczem ognia.
- A jaka jest twoja historia, nieznajomy. - zapytał, przekraczając próg pokoju. Twarz wciąż miał napiętą.
- Aaron Black, Arcanum. Znajoma Maginii dała mi cynk, że...
- Tak naprawdę nie mamy czasu na historię. Policja już pewnie jedzie. - przerwał mu bez ogródek nieznajomy o ni to francuskim, ni to niemieckim akcencie. Broń palną schował do kabury.
- Mówiłeś coś o vanie. Jeśli twoja oferta jest aktualna… będziemy zobowiązani. Potem będzie czas rozmawiać.
Nadezhda kopnęła od niechcenia unieruchomionego Malkavianina i spojrzała na Davida.
- Pora komara dobić, bo będzie latał za mną, a ja nie mam środka na ugryzienia. Czyń honory… jak było ci na imię?
- Erm, możemy zabrać go ze sobą? Cokolwiek mi zrobił, nie zniknie po tym jak go zabijemy, a nie chcę spędzić Bóg wie ile, odganiając omamy.
- Chyba nie ma na to czasu, no możesz nam dać kluczyki, brać go na plecy. My weźmiemy vana, a ty będziesz próbował nie dać się złapać z nim.
Szwajcar przez sekundę patrzył na Aarona faktycznie współczująco, ale zdecydowanie zaważyło w młodym mężczyźnie.
- David. Chodźmy, pani. Nikt po drodze nie może nas zobaczyć. - powiedział do Nadezhdy, delikatnie próbując ją skłonić aby ruszyła, sam już ruszył szybko ku schodom. Pozostawił w gestii jej lub Aarona… los nieumarłego.
- Jeden, nikt nie dotyka mojego Vana prócz mnie. Dwa, mogę pożyczyć miecz? Zawsze chciałem tak wykończyć umarlaka. Trzy… nie, to wystarczy.
- Nie gadaj już. - podała mu szablę - Masz oddać. - zerknęła na Aarona - I licz się ze słowami. To jest SZABLA. SZABLA, nie zapominaj lepiej, dzieciaczku. Później o tym jeszcze porozmawiamy. - ruszyła do wyjścia rzucając jeszcze - I zabierz korek. - po czym pobiegła za Davidem.
Aaron ujął oburącz MIECZ i wykonując kilka przymierzeń zgrabnym ruchem odciął wampirowi głowę. Zabrał z popiołu kołek po czym ruszył za dwójką.

* * *

Po 16 piętrach trójce ukazała się piękna maszyna Czarna niczym noc, przekreślona rzeką najprawdziwszego ognia. Aaron wyłączył alarm swojej zabawki i wsiadł spokojnie do środka.
-Włazić.
- Może grzeczniej? - kobieta skrzywiła się i spojrzała na samochód z niechęcią - To nie jest ideał piękna…
- Au contraire. - David krzywił się i szedł z coraz większym trudem. Winda czy nie winda, nawet jeśli nie musiał pokonać schodów szesnastu pięter z powrotem, kawałek mieli do przejścia. Jedną dłoń trzymał cały czas przy udzie, nieskutecznie próbując zahamować niegroźne, ale mogące pozostawić ślady krwawienie. Ból to inna historia.
- Jest tak piękna, że może nawet zapaść ludziom i ktoś kiedy może ją rozpoznać. - wypowiedział swoje spostrzeżenie, ale bez dalszych słów i z dziwną nie szarmancją, ale zachowaniem prawie kamerdynera podszedł otworzyć drzwi. Pomimo trudności z chodzeniem samemu, podał dłoń kobiecie by łatwiej jej się było wspiąć na fotel pasażera imponującego samochodu.
Nadezhda przyjęła dłoń najwyraźniej zadowolona z tego gestu i zgrabnie wsiadła to jakże pięknej maszyny.
- Jak się trochę stąd oddalimy to zajmę się twoją nogą, ochroniarzu.
- Może zróbcie to na tyle auta? - zasugerował Aaron - Jest tam duża kanapa, jeżeli trzeba go położyć, lub stół jeżeli chcesz narzędzia. Nie mam skalpeli, ale mam nici. A i jeżeli zobaczycie, że miga jakiś guzik tam z tyłu, to go nie naciskajcie.
- Na razie musimy stąd odjechać, a ja nie będę się zajmowała jego raną jeżeli będzie szarpało. Znaczy… Mogłabym, nie takie warunki się miało, ale skoro możemy się kawałek dalej zatrzymać to… - zerknęła na Szwajcara - Wytrzymasz jeszcze chwilę?
Ten z pewnością zauważył, że głównie indygnacja powstrzymywała kobietę przed udzieleniem mu pomocy, ale w jakiś sposób sprawnie działający Europejczyk w czasie ich rozmowy już otworzył boczne drzwi i wsiadł do środka, wzdychając gdy mógł wyprostować nogę na fotelu.
- Oui. - potwierdził. - Dziękuję za pomoc. Ruszajmy.
Aaron przekręcił kluczyk w stacyjce, samochód posłusznie odpali i w mgnieniu oka odjeżdżali od "miejsca zbrodni". Z tyłu mógł usłyszeć w trasie bardzo cichutko szeptane słowa w obcym języku, chyba po łacinie. Zatrzymał się po jakiś pięciu minutach wjeżdżając w jedną ciemną alejkę.
- Tu powinno być dobrze.
Nadezhda przesiadła się na tylne siedzenia obok Davida przyglądając się przez chwilę jego nodze, po czym spojrzała na niego wymownie i mruknęła:
- Nie zrozum mnie źle, ale ...
- Wiem. - westchnął po prostu, już zdjąwszy płaszcz i zaczął bez słowa zdejmować spodnie, by dać kobiecie dostęp do rany na udzie.
Kobieta wyciągnęła ze swojej, och jak kobiecej torby zawiniątko, w którym jak się okazało miejsce znalazło sporo ostrych przedmiotów, które były wyraźnie dostosowane do korzystania z nich na żywej tkance. Prócz tego David zobaczył także to, co będzie służyło za szycie na nim, a także…torebkę na krew? Bez słowa zajęła się najpierw pierwszym zadaniem. David mógł być mile zaskoczony szybkością i obeznaniem, z jakim usunęła pozostałą w ranie kulę, jakby to było dla niej normalne zajęcie, chociaż nie siliła się jakoś bardzo na delikatność…
- Teraz zajmijmy się oczyszczeniem… - to powiedziawszy wyciągnęła z torby piersiówkę.
- Może teraz, panie Black. - oczy Szwajcara skupiły się z powątpiewaniem na piersiówce - Opowie pan swoją historię. Dla zabicia czasu.
- Jestem z Arcanum. Znajoma Maginii dała mi namiar, że pani Vyazemska "niezwykle poteżny wampir, bo widziano ją jak chodzi w świetle dnia", pomieszkuje w tym budynku, gdzie się spotkaliśmy.
Nadezhda odkręciła zamknięcie piersiówki i ku możliwemu zniesmaczeniu mężczyzn pociągnęła z niej solidny łyk, co najwyraźniej sprawiło jej jakąś ulgę, bo uśmiechnęła się błogo.
- Miałem nadzieję - kontynuował Aaron -, że uda mi się z nią porozmawiać, wziąłem nawe... - chwila milczenia podczas, której źrenice Aarona się zmniejszyły - AAAAAAAAAAAAAAA! Ręka Lupina! Zostawiłem ją tam!
Nadezhda spojrzała na Aarona kręcąc głową.
- Naprawdę… - mruknęła nie precyzując o co jej chodzi i bez ostrzeżenia, oraz bez mrugnięcia okiem, wylała trochę wódki na ranę Davida. Twarz tego ostatniego skrzywiła się, czy to na alkohol czy wieści.
- Cokolwiek masz na myśli, teraz już raczej po to nie wrócimy… - stęknął tylko.
Aaron uniósł brew na praktyki medyczne Nadezhdy, po czym westchnął.
- Tak czy inaczej, to w skrócie moja historia. A wasza dwójka? Czemu mój informator uważał panią medyk za pijawkę?
Nadezhda powoli, skrupulatnie zaczęła szyć ranę Szwajcara, jednocześnie odpowiadając krótko:
- Potomu chto on ne znal, chto on govorit. Taka prawda. - mruknęła nie zwracając uwagi na możliwą nieznajomość rosyjskiego.
- Wybacz, ale nie rozumiem języka ojczyzny wódki.
Kobieta posłała Aaronowi lodowate spojrzenie i wróciła uwagą do rany Davida.
- Nevezhda.
- Erm… założę, że mnie obraziła.- Aaron spojrzał na operowanego - Więc… David, tak? Co cię łączy z tą kobietą? Ponad to, że właśnie wylała ci alkohol na otwartą ranę.
- Płaci mi za ochronę. - pomimo, iż nie widzieli się od… w zasadzie lat, powiedział to jak gdyby był to naturalny stan rzeczy, krzyżując spojrzenie z Aaronem za pomocą lusterka wstecznego. - Chociaż tej nocy spodziewałem się znaleźć tylko tego, kto na nią zapolował.
- Yhym, a wasze koneksje z wampirami, mumiami, wilkołakami itp.?
- Krótkie. - tym razem proces medyczny wydawał się być trochę delikatniejszy… na tyle, na ile szycie może takie być. Przynajmniej się nie śpieszyła…
- Z mumiami…? - zdębiał Europejczyk, jak gdyby nie był pewien, że to jakiś styl poczucia humoru, czy szczere pytanie.
- Wampiry i Magowie istnieją, więc naprawdę sądzisz, że inne bestie z tak zwanej "fantazji" nie istnieją? Raz przeprowadziłem wywiad z Fae… ciągle czasem czuje smak fioletu.
Rosjanka na chwilę przerwała szycie rany, a kiedy wydawało się, że chce coś powiedzieć, jedynie ponownie upiła łyk wódki z piersiówki wzdychając ciężko, po czym powróciła do zabiegu.
- Mówisz o dziwnych rzeczach i to chyba za wiele dla mnie na ten wieczór. - stwierdził operowany pacjent - Ale wierzę ci na słowo. Z mojej strony… widziałeś co robię.
- To nie odpowiedziało na moje pytanie, skąd wiecie o wampirach?
- I ty też nie opowiedziałeś swojej historii, tylko skąd wiedziałeś o pani Vyazemskiej. Szanuję to. - skinął mu głową Szwajcar z przyjaznym i trochę krzywym uśmiechem.
- Wydaje mi się, że wspominałem, że jestem z Arcanum. - Aaron zastanowił się chwilę - Myśl o nas jak o badaczach, którzy pewnego dnia odkryli "Hej wampiry i wszystko inne, co jest uznawane za fikcję są prawdziwe. Sprawdźmy jak działają", chociaż większość moich kolegów preferuje oglądać pasożyty przez lornetkę.
Gdzieś w momencie, gdy Aaron mówił "Sprawdźmy jak działają" David poczuł trochę mocniejsze ukłucie igłą.
- To… nowe dla mnie. - szczerze wyznał rozmawiający z Aaronem młody mężczyzna. - Wiedzieć, że jest jakaś grupa ludzi… badających istoty niszczące życia i żerujące na niewinnych. Arcanum? - zapytał, jak gdyby chciał zapamiętać nazwę.
- Och, wampiry robią dużo więcej. Więc ty jesteś z…. inkwizycji? Czy po prostu odkryłeś je i postanowiłeś, że "ludobójstwo" to najlepsze rozwiązanie?
- Pomidor. - odpowiedział David, zerkając na stan swojej nogi. - Wybacz przyjacielu, doceniam otwartość z jaką mi to wszystko mówisz, ale jestem z Europy i może dlatego czuję się trochę przytłoczony…
- Z tego co wiem w Europie też macie wampiry i wilkołaki. Mniej od czasów Drugiej Wojny Światowej, ale wciąż. I nie wciskaj mi, bez urazy, że przytłacza cię to wszystko. Nie przejąłeś się faktem, że musiałem "dobić" człowieka z kołkiem w sercu. Wiesz dokładnie co to wampir, wiesz dokładnie, że żywią się ludzką krwią. Po prostu tyle ci wystarczy, prawda? Bez urazy, typowy inkwizytor.
David zauważył, że Nadezhda zaprzestała szycia na samym końcu i nieśpieszno jej było dokończyć, jakby na coś czekała,
- Skończył pan, panie Black? - zapytał ochroniarz Rosjanki, ewidentnie powstrzymując mniej uprzejme słowa, lub po prostu większą wylewność. Na jego twarzy o dziwo widać było nie nasrożenie wywodem badacza, ale jakiś zwalczany ból, nie mający nic wspólnego z zaszywaną raną.
- Przepraszam, po prostu nie cierpię, kiedy ktoś zakłada, że to my jesteśmy "tymi złymi". Poza tym, jeżeli jesteś od Leopolda, to twoi wiedzą o nas. - Aaron spojrzał na Nadezhdę - Czy doznam zaszczytu poznania twojej historii, pani?
- A co tu jest do opowiadania? Nie należę do żadnej szacownej organizacji jak wy, radzę sobie sama. Lubię polować na komary. - wykonała ostatni ruch, kończąc szycie.
- A jak się o nich dowiedziałaś? Towarzysz Putin jest ghoulem jednego i jakoś dał po sobie poznać?
- A mówiłaś, że ja jestem grubo ciosany… - rzucił Szwajcar.
Nadezhda posłała Davidowi spojrzenie, które miało mordować, zabezpieczając jednocześnie szycie opatrunkiem.
- To prawda, że zupełnie nie interesuje mnie moja możliwa przynależność do kogokolwiek z tych zgromadzeń. Wolę podróżować na własnych zasadach, a dowiedziałam się jeszcze w Rosji, ale nie z powodu Putina. Ta cała Maskarada komarów jest bardzo dziurawa, a i oni nie potrafią poradzić sobie z tuszowaniem ubytków w niej… w moim wypadku chodziło o zajęcie się tak czy inaczej nieoczekiwanym świadkiem. - westchnęła - Może i nie poszłam do telewizji, bo jak teraz sądzę, to pewnie tam mają zabezpieczony niechciany przepływ informacji, a do tego mogłabym szybko trafić do zakładu zamkniętego ze ścianami obszytymi poduszkami i doktorem Malkavem dbającym o moją poczytalność. - skrzywiła się - Wtedy byłam wystarczająco wystraszona tym wszystkim, że odpuściłam, zmieniłam miasto (bo oczywiście w innym nie będzie tych potworów) i udawałam, że wszystko jest w jak należytym porządku… - skrzywiła się ponownie.
- W każdym dużym mieście są pijawki, w każdej wsi są kundle.
- Mogłeś mi to wtedy powiedzieć, teraz nie musisz.
- Fakt. Więc… - Aaron zatarł ręce - Co teraz?
- Teraz mam do porozmawiania z moim pacjentem. - Nadezhda spojrzała twardo na Davida - Główna sprawa - Co to za straszliwy zbieg okoliczności, że się pojawiłeś tak daleko od domu, akurat w momencie, gdy i ja postanowiłam dalej zwiedzać świat?
- To istotnie zbieg okoliczności. Oglądacie wiadomości? Słyszeliście pewnie o strzelaninie w Rockford, w Katedrze Świętego Piotra… tu w Illinois, może… Tydzień… - zmrużył oczy, faktycznie próbując stwierdzić dokładny czas. - ...temu?
Strzelanina była niewielka; w nocnych godzinach w otwartej katedrze mężczyzna, który okazał się szanowanym pastorem zastrzelił dwójkę przebywających akurat wiernych - parę z Europy, po czym popełnił samobójstwo.
W ustach Szwajcara oczywiście samo wspomnienie sytuacji nabierało nowego wymiaru. Spojrzał wpierw na Nadezhdę, potem przez lusterko na Aarona chcąc stwierdzić, czy któreś śledziło wiadomości.
- Wybacz, że teraz ja się okażę ignorantką, ale byłam zajęta przemieszczaniem się w celu odnalezienia najlepszego miejsca dla siebie, a że to wszystko jest nowe, to trochę zajęło.
- Tak słyszałem o tym, wybacz ale staram się nie szukać powiązań z wampirami w każdym zdarzeniu na świecie. Już głowa mnie boli jak wiem, że zmiany w trendach mody mogą być efektem zawiści dwóch Toreadrów.
- Rozumiem. W każdym razie… to był poprzedni zespół, z którym współpracowałem. - powiedział po prostu bez emocji, odpowiadając Rosjance - O okolicznościach opowiem wam może innym razem. Wciąż nie podjęliśmy żadnych decyzji.
- Cóż, przyda się nam gdzieś ulokować. Każdy idzie w swoją stronę? Ja znajdę sobie miejsce w jakimś hotelu, przeżyję, chociaż to dopiero jak się noc skończy.
- Mam mieszkanie kilka ulic stąd. Jeżeli jednak nie ufamy sobie jeszcze tak bardzo, mogę was podwieźć gdzie potrzebujecie.
- Każde z nas zostało w jakiś sposób zaskoczone tej nocy. To oczywiste, że nie ufamy sobie w pełni, ale możemy przynajmniej wspólnie napić się kawy. - skinął głową - Proszę wybaczyć mi, panie Black… po prostu ewidentnie mamy inne podejście do wielu spraw. Ale nie odmówię ci gościnności i pomocnej dłoni, mam tylko nadzieję, że będę miał jak spłacić dług. - sam zaś zwrócił twarz do Nadezhdy, przyglądając jej się bardzo uważnie - Pani zaś przyda się chociaż jedna noc spokojnego snu, lub dzień.
- To niemożliwe, ale dziękuję za troskę, mój panie. - przymknęła oczy i odpowiedziała - Dobrze, można tak zrobić, tylko nie mam nic na podziękę. - otworzyła oczy i spojrzała na Aarona -W ramach uprzejmości za gościnność.
- No cóż, jeżeli kiedyś oberwę to może uda ci się mnie poskładać. Bez wódki tylko, mam tak słabą głowę, że pewnie zacząłbym śpiewać gdybyś mnie potraktowała jak swojego pacjenta. - z tymi słowami Van ruszył w stronę mieszkania, które wynajmował Aaron.
- Tylko… - dodała kobieta - Znajdźmy jakiś całodobowy monopolowy, hmm? Przyda się coś dla rozluźnienia i przełamania… lodów. Byle mieli tam alkohol wysokiej jakości, na tyle, na ile się da.
- Przez "wysokiej jakości" masz na myśli Polską i Ruską Wódkę? Poszukamy czegoś. - po kilku minutach zatrzymali się przy jakimś sklepie z nazwą w dwóch językach.
- Chcecie coś konkretnego dla waszego podniebienia? - zapytała Nadezhda gotowa już wysiąść.
Przez chwilę Szwajcar patrzył na obydwoje jak na szaleńców. Zaczął z powrotem podciągać zakrwawione spodnie.
- Kawy. Raczej też nie będę chciał spać tej nocy.
- Piwo może…. Budwiser. Niestety, coś ponad soczek najpewniej zwali mnie z nóg, albo sprawi, że będę zbyt odważny.
- Piwo? - kobieta spojrzała na Blacka, jakby był niepoważny, ale zaraz wzruszyła ramionami - Wasza strata.

* * *

Kiedy powróciła z tych małych zakupów okazało się, że przyniosła same skarby. Aaron dostał nie tylko Budwisera (w ilości za dużo), ale też inne piwo, które na pewno było drogie jak na piwo i mocne jak na piwo, zaś David otrzymał chyba najlepsza kawę w asortymencie tego sklepu. Nadezhda natomiast trzymała jeszcze w torbie dwie, kunsztownie wykonane butelki rosyjskiej, sądząc po etykietach, wódki.
Gdy tylko otworzyła drzwi, powitało ją pytanie siedzącego przy szybie i bacznie obserwującego ulicę Leopoldiana.
- Słyszeliście kiedyś o koncepcji monitoringu miejskiego?
- Słyszałeś kiedyś o tym, że są rzeczy ważne i ważniejsze? - mruknęła Nadezhda wsiadając do vana.
- To twoja pierwsza noc w Chicago? Grupa ludzi ucieka z domu, w którym strzelano? Inne informacje dnia: Deszcz jest mokry, trawa zielona, a wampiry nie istnieją naprawdę.
Szwajcar ponownie nie odezwał się. Zerknął tylko na Nadezhdę uszczęśliwioną, jak może być tylko osoba uzależniona z kolejną porcją, po czym skupił się ponownie na ich otoczeniu.
Kilka zakrętów dalej Van zatrzymał się i Aaron wyszedł z samochodu.
- Przy okazji, postaram się ją powstrzymać, ale może się zdarzyć, że dość ładna azjatka wyskoczy z mojego komputera… nie panikujcie, ona tak czasem robi.
- Jeszcze nie piliśmy… - odparła zdziwiona kobieta. Reitnauer natomiast skinął po prostu głową, ewidentnie akceptując jako fakt życia, że nie zdoła nadążyć za myślotokiem, składnym lub nie, ich gospodarza. Ostatni wydostał się z samochodu.

* * *

Mieszkanie, do którego wprowadził ich Aaron nie było niczym specjalnym. Kilka ubrań walało się po podłodze, oraz pustych pudełek po pizzy. Kilka warstw talerzy zaczynało się łączyć w zlewie. Nie widzieli robactwa, ani niczego takiego.
- Sorry, za bałagan. Bycie kawalerem na ogół powoduje zatracenie zdolności dbania o dom. - szybko zaczął sprzątać swoje sanktuarium.
Nadezhda stanęła ja wryta, powoli obserwując z jednego miejsca to, co się działo w tym mieszkaniu. Zamknęła oczy, z całej siły starając się nie urazić niczym gospodarza, chociaż było to bardzo, ale to bardzo ciężkie.
- Tak, ale… Może… Przydałoby się chociaż raz na jakiś czas… Wynająć kogoś… Do sprzątania…? Tak, aby poprawić jakość życia…
- Nie narzekam na jakość życia. Natomiast "osoba do sprzątania" to ryzyko, kiedy ma się w domu kończyny supernaturali, książki o okulcie, czy znajomego maga, który potrafi się zjawić bez zapowiedzi. Paradoks to niemiła rzecz.
- Czy my wciąż mówimy w języku angielskim? - zapytał David, dotychczas lustrujący pomieszczenie z drobnym uśmiechem jak gdyby miejsce wyglądało z powodu przyczyn znajomo - Potrzebujesz pomocy? - zapytał go jeszcze, zerkając na ich dystyngowaną towarzyszkę i widząc, jak prawie namacalnie cierpi z powodu burdelu panującego u Aarona.
- Byłby ze mnie kiepski gospodarz, gdybym prosił was o posprzątanie mojego bajzlu. Otwórz okno jeżeli możesz, świeże powietrze się przyda. Tak z ciekawości Davidzie. Ile wiesz o istotach nocy?
Nadezhda omijając ubrania, pudełka po pizzy i całą resztę walających się po podłodze rzeczy weszła na środek pokoju, niepewnie stawiając na pustym kawałku podłogi siatkę, ale sama nigdzie nie siadając.
Aaronowi udało się pozbyć większości złomu z podłogi wokół Nadezhdy i podał jej krzesło kuchenne. - Przepraszam…- szczerze, teraz było mu wstyd sytuacji w swoim mieszkaniu. Po chwili wniósł również niewielki stół i puste szklanki i kieliszki - Zacznijcie, jak skończę to dołączę.
- Nie, nie martw się, to naprawdę nic wielkiego… - postarała się uśmiechnąć przepraszająco - Zawsze… Jeżeli byś potrzebował jakiś… rad… w tej kwestii… To mogę pomóc, ale teraz… przepraszam, że się wcięłam, rozmawiajcie.
- Nie szkodzi. Porozmawiamy, jak trochę ogarniemy. - odpowiedział trochę nieobecnie najmłodszy z trójki, zgodnie z radą uchylając okna na ogranicznikach, jak gdyby chcąc za wszelką cenę znaleźć sobie zajęcie.
Po kilku minutach graciarnia znalazła się w dużym worku czarnym worku, którego Aaron się szybko pozbył. Wróciwszy przyniósł krzesła dla Dawida i siebie, po czym usiadł zapraszając Leopodiana, aby również usiadł.
- Więc… no ja was zarzucałem pytaniami całą noc. Chyba teraz wasza kolej.
- Widzieliście kiedyś wcześniej tego komara, czy wiecie coś o nim? - zapytała Nadezhda.
- Patrząc po tym numerze, który mi wyrządził… Malkav. - z tymi słowami Aaron szybko zgiął się i wstał z krzesła wyraźnie poddenerwowany - Mam nadzieję, że to się niedługo skończy. Ciągle widzę… rzeczy, które mnie atakują. Trudno jest je ignorować.
- Może powinieneś poszukać czegoś, co przyniesie ci ukojenie. My sobie poradzimy. - zaproponował David ze szczerą troską, która nijak nie przystawała do prawie żołnierskiego zachowania i zdecydowania w apartamentowcu - Odpowiadając na twoje pytanie, nie wiem wiele, na pewno nie tyle, by ich rozróżniać, a tym bardziej wiedzieć co cię spotkało. Jedyne co, to wiem jakim paszportem się posługiwał.
Aaron w tym czasie ruszył do laptopa, będzie musiał wygarnąć Aki, te trefne informacje.
- akim? - zaciekawiła się Nadezhda - I skąd masz takie informacje?
- Sasha Ivchenko. Twój rodak… i umie zmieniać twarze… - od razu po tym słowie Szwajar niemo wymówił jakieś inne - Co do moich źródeł informacji… Pamiętasz, jak się poznaliśmy?
- Tak… To były dość… szalone miesiące. - zamrugała nagle zdając sobie sprawę z wydźwięku słów i postarała się ukryć rumieniec wstydu - Rozumiesz...
- Schleswig nie bez przyczyny wycofał się z aktywności. Jego przyjaciele powiedzieli mi, że Ivchenko poluje na ciebie.
- ...to… niespodziewane… - spojrzała niepewnie na rozmówcę - Wiesz może czemu na mnie polował?
Pokręcił przecząco głową.
- Jeżeli mogę się wciąć. - zerknął na nich Aaron - Jesteśmy łowcami, może zabiłaś jego dziecko, rodzica, sojusznika?
- Bardzo prawdopodobne. - przychylił się do tej obserwacji jej ochroniarz, by po chwili zreflektować się - Dziecko…? Rodzica? - zmarszczył brwi i spojrzał pytająco na obydwoje.
Nadezdha w totalnym zaskoczeniu spojrzała na Szwajcara, aż nalała sobie trochę wódki do szklanki.
- Ty… Nie wiesz jak to działa? - zapytała wręcz nie wierząc - Dziecko to określenie na młodszego wampira, który został przemieniony właśnie przez swojego Rodzica. Taka zależność.
- Teraz wiem… - zawahał się David - Może wy podyskutujcie, a ja się po prostu będę przysłuchiwał. Wyniosę… coś więcej w ten sposób.
Nadezdha złapała za szklankę z niewielką ilością wódki i wypiła jej zawartość.
- Tak, to mogło być tak. Musiało. - zgodziła się z opinią Aarona - Nie pytam każdego komara o drzewo rodzinne od tej martwej strony, żeby wysłać kondolencje i przeprosić. Ach… I chciałabym odzyskać moje bronie. - nalała sobie wódki, tym razem do kieliszka, która jednak długo tam nie zagościła, jako że została szybko wypita przez kobietę. Nadezhda odetchnęła głęboko zupełnie jakby to sprawiało jej jakąś ulgę.
- Została w Vanie. Daj mi chwilkę. - Aaron zniknął na kilka minut, po czym wrócił z szablą pod płaszczem. Spokojnie oddał kobiecie broń oraz kołek.
Nadezhda spojrzała na swoją broń i westchnęła.
- Komar musiał zabrudzić… - Aaron zobaczył, że nalewa sobie kolejny kieliszek wódki - Powiedz mi… Czy masz jakieś ukryte miejsca w tym domu?
Aaron skrzywił się.
- Nie pomieszkuje tu dostatecznie długo, aby wprowadzać modyfikacje. Mam kilka schowków w Vanie, a tak to nie.
- To gdzie ty chowasz miotacz ognia? Trzymasz pod łóżkiem?
- Van.
- Tylko wiesz… Jeżeli by wpadła policja, to pewnie by przetrząsnęła twój pojazd, nie sądzisz?
- Nigdy nie miałem sytuacji jak dzisiaj. Wybacz, że nie przygotowałem się na wampira, który nie jest wampirem, z ochroniarzem inkwizytorem, oraz wampirem, który jest wampirem, który chce zabić wampira, który nie jest wampirem. - Nadezhda zauważyła, że młodzian wypowiedział tę formułkę na jednym oddechu.
- Zadusisz się… - spojrzała na swoją broń - Jednak przydałoby się to gdzieś dobrze ukryć, jak i broń Davida, jeżeli jednak miałyby być kłopoty. Ciężko tłumaczyć zakrwawione szable, kołki, pistolety, z których strzelano i miotacz ognia, który pozostawił ślady w korytarzu.
Aaron wyciągnął spod łóżka kilka walizek.
- Dajcie tu swoją broń, schowam ją w samochodzie. Tam przynajmniej mam, jakieś skrytki.
Kobieta westchnęła.
- I pozostaniemy bez broni, co? I tak źle, i tak niedobrze… - skrzywiła się i zamyśliła - Zanim ewentualnie nas znajdą powinien wstać świt i komary pójdą spać po krwawych bajkach. Teraz jednak jest niebezpiecznie póki słońce nie wstanie… Nie wiadomo co komarom w końcu do tych niewielkich móżdżków przyjdzie, jak się dowiedzą o rozróbie z miotaczem ognia w roli głównej i prochową sup bystrogo prigotovleniya.
- Co do miotacza ognia, nie ma żadnych prawnych ograniczeń co do posiadania takowego. Poza tym, całkiem możliwe, że Cammarilla się zajmie całą sprawą i zamiecie to pod dywan. Dosłownie.
- W to nie wątpię, przecież ich dragotsennym Maskarad nie może zostać naruszona przez jakiś wariatów z zamiłowaniem do ognia. Są uroczy w tym.
- Więc na razie nie panikujmy. Więc, teraz mam pytanie. Masz jakiś pomysł CZEMU, ktoś mógłby cię uważać za wampira?
- Ja nie panikuję. To niezdrowe. Ja dbam o dobre życie. - wzruszyła ramionami na pytanie Aarona - Mało teorii spiskowych krąży, które dotykają też postronnych, niezwiązanych z tym? Pojęcia nie mam czemu ktoś uważałby mnie za komara. Nie gryzę ludzi, nie mam uczulenia na słońce, nie panikuję przed zapalonym papierosem i zakładam, że kołek w serce wykonałby inną robotę niż sparaliżowałby… chyba, że mówimy o wiecznym paraliżu.
- Więc…. heh, pewnie jakieś wampki starają się utrudnić ci życie. No dobrze, teraz chyba twoja kolej na pytanie.
- Uwierzyłeś w to całe "Ona jest wampirem" bez wcześniejszego upewnienia się?
- Byłem sceptyczny, ale w mojej pracy nie można zakładać, że ktoś NIE jest wampirem, jeżeli przejawia odpowiednie…. tendencje. Mogłem zakwestionować fakt, że miałaś być tak potężna, że potrafiłaś chodzić po słońcu, ale no cóż… najwyżej zrobiłbym z siebie idiotę.
- A nie martwi cię, że jednak mogłam być potężnym wampirem, co skończyłoby się dla ciebie bardzo niemiło? Chociażby zacząłbyś błagać mnie o trochę mojej krwi?
- Oprócz miotacza ognia miałem też kołkownicę. I miałem nadzieję cię przekonać na rozmowę, po to była ręka lupina.
Nadezhda uniosła brew.
- A po co ręka lupina? Miałeś nią straszyć?
- To zabrzmi trochę rasistowsko, ale… myślałem, że możesz być Tzimisce i to mogłoby cię… przekupić… wiesz trochę ciekawego materiału do dodania do stołu.
- Cóż… Wydaje mi się, że Tzimisce wolałby sprawdzić czy członkowie Arcanum działają dosłownie tak jak inni, a zawsze można skusić się na części zamienne. Do tego… - spojrzała trochę zdziwiona ignorancją Aarona - ...osobiście nie próbowałabym iść do Tzimisce, chcąc zrobić z nim wywiad.
- No cóż, nie jestem jeszcze tak obeznany z wszystkimi. Staram się unikać Malkavów i Tremere. O Tzimisce słyszałem dwie rzeczy: Potwory bez serca… ale niezwykle uprzejme i cywilizowane.
- Raczej badacze bez granic.
- Ale wciąż uprzejmi?
- Oczywiście, to będzie bardzo uprzejma zmiana w rozumny fotel, a i nie radzę naruszać ich domeny. To terytorialne ublyudki. Dziwię się, że jako łowca tego nie wiesz…
- Tzimisce nie są tak częste w Ameryce jak u was w Wschodniej Europie. Cieszę się, że masz większą wiedzę o nich, może kiedyś porównamy informacje.
- Dam ci radę, skoro nie są ci tak znani. - spojrzała uważnie na Aarona oceniając jego reakcję - Jeżeli natrafisz na jakiegoś nie próbuj robić z nim wywiadu, a najlepiej się oddal mając nadzieję, że nie naruszyłeś jego terenu swoim niezapowiedzianym wtargnięciem.
Aaron wyciągnął niewielki notes i zanotował słowa Nadezhdy.
- Dzięki, zapamiętam i przekaże dalej.
Nadezhda spojrzała nie wierząc w niewiedzę obu mężczyzn.
- A nie myślałeś kiedyś żeby może spróbować zrobić wywiad z jakimś ghulem, a nie narażać się wampirowi?
- Ghule Tzimisce są tu równie częste co ich panowie, ghule boją się mniejszej ilości rzeczy niż ich pan, albo przynajmniej nie boją się rzeczy, które przekonają ich do mówienia. Jedyną szansą są wyzwoleni, ale nie wiem czy istnieją tacy od Tzimisce.
- Wątpliwe, zważając że tak naprawdę ghule Tzimisce, z tego co mi wiadomo, raczej… mało przypominają coś, co powinno istnieć i wciąż działać. Nie chodzi mi jednak o ghule tych pozbawionych jakiejkolwiek moralności naukowców, a o ghule komarów z innych Klanów.
- Ponieważ klany bronią swoich tajemnic. Raz starałem się przesłuchać ghula jednego Nosferatu. Dostałem odpowiedź typu "Pan mi zabronił rozmawiać z obcymi".
- Patrząc po twoim sposobie działania… - skrzywiła się - To pewnie byś chętnie poszedł do Elizjum ze swoim miotaczem ognia, jeżeli byś wiedział gdzie jest lub przeprowadził wywiad z samym Księciem, mylę się?
- Poszedłbym pod Elizjum, ustrzelił jednego kołkiem, zabrał do ciemnej, wilgotnej piwnicy, przypiął mocnymi pasami do czegoś solidnego, wyjął kołek i pokazałbym mu opcje: Odpowiesz mi na kilka niegroźnych pytań, albo wsadzę ci miotacz ognia w jedną z twoich wielu dziur i nacisnę spust. Na ogół działa, staram się co prawda również unikać Brujah. Co do księcia… staram się nawiązać z nim rozmowę listowną podając się za dalekiego "krewnego".
Nadezhda skrzywiła się na słowa o wsadzaniu miotacza w pewne miejsca.
- Aaronie, proszę… Nie bądź wulgarny. - po czym spojrzała na niego jak na fascynujący okaz… tylko nie wiedziała czego - Wysyłasz listy… do Księcia… Listy… A on jest z Klanu…? I za kogo się podaje? Na pewno te listy idą do niego, a nie do biednego śmiertelnika, który zastanawia się czy nie wezwać kogoś ze szpitala psychiatrycznego, po tym jak detektyw odnajdzie tego, co wysyła te listy? - mina Nadezhdy sugerowała, że to się jej mało podoba, a i jakoś nie była w stanie dać wiary słowom tego człowieka - Powiedz chociaż, że nie podajesz adresu zwrotnego.
- Oczywiście, że podaję. Razem ze swoim zdjęciem, planem dnia i ulubionym narzędziem tortur. - Aaron uśmiechnął się - Nie mam pojęcia kto jest Księciem, szczerze nie wiem czy w Chicago jest Książę..
- Bajkoland dla komarów… - mruknęła Nadezhda - Maskarada musi tu być biedna.
- No na razie nic się nie wymknęło w wiadomościach. Może Anarchiści trzymają wszystko w ryzach.

Nadezhda nie odpowiedziała od razu, ale gdy się odezwała zupełnie zignorowała wdrażanie się w temat Anarchistów.
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że wiesz o Anarchistach, ale nie wiedziałeś, że nie włazi się do Tzimisce, aby przeprowadzić z nim wywiad?
- Camarilla, Sabat i Anarchiści. To są trzy najgłośniejsze tematy w sferze Kainitów… szczególnie po tej akcji w Rosji.
Kobieta szybkim ruchem wypiła swoją wódkę, dając sobie czas na nasycenie się nią.
- Powinieneś wypić to piwo. - Aaron nagle usłyszał przeciągły jęk brzucha Nadezhdy, która skrzywiła się na to - Wybacz.
- Spokojnie, jak chcecie mogę coś upichcić, albo zamówić do domu. Noc jeszcze młoda pewnie uda mi się sprowadzić coś niezdrowego.
- Zamówione… Niezdrowe… Jedzenie… - przetarła oczy - Ja podziękuję, naprawdę.
Aaron wstał i poszedł do kuchni, po drodze odskakując w bok i przywierając do ściany.
Kiedy dotarł do lodówki spokojnie otworzył drzwi.
- Hm… Jajka, bekon, coś zielonego, chyba sałata, jogurty, masło… zjesz kilka jajek na bekonie?
- Jeżeli byłbyś tak miły, gospodarzu, to chętnie się uraczę. - spojrzała na Davida - Ty też coś zjesz?
 
Corrick jest offline  
Stary 29-10-2016, 20:41   #3
 
Corrick's Avatar
 
- Obydwoje podchodzicie do tego wszystkiego bardzo beznamiętnie. - odparł ten, dotychczas milcząco się przysłuchując. Chociaż patrzył na noc za oknem ledwo widocznym przez moskitierę, Nadezhda wiedziała dobrze, że mógłby przytoczyć jeden z fragmentów ich rozmowy i zacytować jakby co najmniej robił notatki.
- Dla ciebie od zawsze wiedziałem, co to znaczy. - rzucił do Rosjanki - Ale zarazem próbujesz bronić się… przed takimi zajściami jak dzisiejszej nocy. I gorszymi rzeczami. I wiem, że nie masz wyboru, lub tak myślisz... Ale ty? - uniósł brwi, zwracając się teraz do Blacka - Mówisz mi, że jestem “typowym inkwizytorem” bo nie godzę się na żerowanie umarłych i potępionych na żywych, ale w imię swoich badań gotów jesteś pochwycić i torturować, upadłego, śmiertelnego, wszystko jedno? - wstał - Myślę, że nie zdeponuję broni w vanie, dziękuję. - mówiąc to spokojnie wyjął pistolet, z którego wysunął magazynek i pociągnięciem zamka wyładował nabój z komory, w locie łapiąc go w rękawiczkę i wrzucając do głębokiej kieszeni płaszcza.
- Dzisiejszej nocy nic już pani nie grozi. - zwrócił się do ghoula, a z jego oczu ulotniła się dezaprobata… co do której jednak wiedziała, że dalej gdzieś się tam kryje - Ja muszę się chyba przespacerować, pomiędzy sarkazmem, nieostrożnością, nonszalancją, odejściem upadłej duszy z tego świata, wywiadem z użyciem strachu i gościną. Wybacz, gospodarzu, ale słuchanie o “Tzimisce”, z tego co wymieniliście, w konktekście twoich sposobów zbierania wiedzy i twojej gościnności…
Zerknął na Aarona, chociaż bardziej był zmieszany niż gniewny. Koniec końców mężczyzna udzielił im schronienia. Ostatecznie młody mężczyzna podszedł, już nie kuśtykając, po płaszcz.
- Nie jestem inkwizytorem, więc muszę się przewietrzyć.
- Przyganiał kocioł garnkowi… - mruknął pod nosem Aaron - Nie będę cię uczył historii twojej organizacji Davidzie.
- Cicho już. - przerwała Aaronowi Nadezdha - Aaronie, możesz się napić mojej wódki, poprawi ci to nastrój. Mnie poprawia. - spojrzała na Davida - Wyjdę z tobą, bo musimy porozmawiać, dobrze? Ważna, bardzo ważna, sprawa. - zerknęła na gospodarza - Wrócę niedługo, bo w sumie nie pamiętam kiedy jadłam coś poza wódką.
- Wydawało mi się, że wam rosjanom to wystarczy. - rzucił przez ramię, ale nie zatrzymywał dwójki.
Nadezhda tylko westchnęła i mruknęła coś pod nosem po rosyjsku.

Szwajcar skinął tylko głową, narzuciwszy płaszcz na ramiona jak pałatkę o chowając dłonie do kieszeni. Nawykiem odsunął się od wejścia, pozwalając kobiecie wyjść pierwszej. Rozejrzał się jeszcze, odpasając kaburę z pistoletem wyglądającym na wojskowy model oraz pochwę z długim jak całe przedramię nożem o charakterystycznej, renesansowej rękojeści i rzucił je na pobliski mebel.
Nadezhda natomiast nie rozstała się ze swoim pistoletem i przez chwilę zastanawiała się czy nie zabrać kołka, ale z bolącym sercem zrezygnowała z tego zamysłu, wychodząc pierwsza z domostwa Aarona. Jej ochroniarz zamknął za nimi drzwi, przypatrując jej się uważnie.
Biorąc pod uwagę wiek Europejczyka oraz wygląd Nadezhdy wyglądali raczej jak para młodych ludzi wychodzących na skręta podczas domówki, niż Łowcy.
Kobieta zatrzymała się patrząc na niego poważnie.
- Powiedziałeś komuś o mnie?
- Po naszym ostatnim spotkaniu? - Szwajcar zachowywał profesjonalne nieporuszenie, ale kobieta mogła zapamiętać drobiazgowość, perfekcjonizm i schludność, nie przystające zupełnie do obecnej sytuacji. Facet wyglądał, jakby go na tydzień zamknęli i przed chwilą wypuścili - Nie, ale i tak są tacy co wiedzieli.
- Kto? - rozejrzała się z jakiegoś dziwnego tiku nerwowego.
- Kontakt pana Blacka, co oznacza może członków tego… Arcanum. - zauważył z miejsca - Oraz Stowarzyszenie Leopolda.
- Arcanum najwyraźniej myśli, że jestem komarem. - mruknęłą i spojrzała na Davida, który zobaczył w tym spojrzeniu dawkę nerwowości - Oni wiedzą? Oni wiedzą kim jestem? Po co tu tak naprawdę jesteś?
- Po kolei. Pan Black powiedział, że “magini” przekazała takie informacje na twój temat. Sam nie wygląda, jakby co tydzień jeździł na posiedzenia, może wcale ta grupa o tobie nie wie. - znowu zauważył precyzyjnie David. Chociaż nie grzeszył górnolotnymi rozważaniami, obserwacje zazwyczaj miał dość celne.
Zawsze.
- Stowarzyszenie natomiast zdaje się świadome, kim jesteś. Nie powiedzieli mi. Chcieli, żebym odnowił z tobą kontakt, a przy okazji unicestwił tego, kto na ciebie polował. - młody człowiek przejechał dłonią po krótkich włosach, odruchowo próbując zachować chociaż pozory schludności, ale mówił tonem jak gdyby nie miał ochoty na tę rozmowę - Ale nie zakazali mi o tym mówić. - wzruszył ramionami - Więc jestem. - dokończył rozbrajająco szczerze.
-I tak nie musisz się martwić, bo mnie zupełnie nie obchodzą sprawy twojego Stowarzyszenia. Chcę tylko, aby mnie zostawiono wreszcie w spokoju… - skrzywiła się - Ale fakt, że nie wiem o co tu chodzi wcale a wcale mnie nie raduje. Nie stanowię żadnego zagrożenia dla żyjących. - westchnęła - Do tego naprawdę nie mam pojęcia o co chodziło z dzisiejszym napadem na mnie.
- Jeśli chcesz spokoju, dlaczego wciąż polujesz? - przewrotne pytanie Davida dzięki skupieniu przeszło przez środek dygresji kobiety.
Nadezhda spojrzała zaskoczona i chwilę zajęło zanim odpowiedziała na to pytanie.
- Czemu poluję? Czemu poluję? - nabrała dużo powietrza - Czy to jest aż takie dziwne, że nie mam zamiaru się poddać niesprawiedliwej śmierci?
- Spotkało cię wiele niesprawiedliwych rzeczy w życiu, ale śmierć po prostu jest. - odpowiedział jej David.
- Nie poddałam się tyle czasu, pomimo tego wszystkiego, to i nie poddam się teraz. Mam uciec w objęcia śmierci? - parsknęła - Nie po to przetrwałam to wszystko.
- To już w twojej gestii, czy jesteś gotowa żyć za wszelką cenę. - oparł się plecami o ścianę, dłonie trzymając w kieszeniach dla ochrony przed chłodem gdy oddechy zamieniały się w parę październikowej nocy. - Ale biorąc pod uwagę, kim jesteś i co przeszłaś… dopóki choć jeden umarły kroczy po ziemi, nigdy nie zaznasz spokoju.
To arystokratka miała paranoję, ale to ochroniarz nie patrzył na nią, tylko cały czas na otoczenie. Jednak spokojnie i pewnie. Na chwilę tylko pozwolił sobie przenieść spojrzenie na ghoula, kobietę, która i tak żyła już tak długo.
- A to błędne koło, prawda?
- Mój los został i tak spisany dawno przez innych zanim zaczęłam naprawdę żyć. Zawsze to inni rzucali mną jak popadnie. - skrzywiła się na chwilę odwracając wzrok - Bo każdy walczył z każdym o stołek boga, czy to żywy, czy umarły.
- Kiedy ostatnio ktoś decydował za ciebie? - znowu zapytał spokojnie Condotierre, znając odpowiedź.
- Przecież znasz odpowiedź, więc czemu pytasz, Davidzie?
- Mówisz zgorzkniała, jak gdybyś nigdy nie miała wyboru, ale ciężko mi sobie wyobrazić, żeby ktoś mógł cię do czegokolwiek zmusić przez ostatnie pięćdziesiąt lat.
- Może i nie skaczę na każde zawołanie z uśmiechem na ustach przyjmując wszystko, ale czuję się zmuszana do ciągłej zmiany miejsc, nie mając domu. - spojrzała głęboko w oczy rozmówcy.
Ten ewidentnie nie był przekonany, nie dlatego, że kobieta nie była przekonująca, ale dlatego, że widział gdzie zaczyna się ta okrężna logika. Jednak tak jak w przypadku dwóch już rozmów z Aaronem, uznał, że nic wartościowego nie wyniknie z tej dyskusji i nie odpowiedział.
Kobieta wypuściła powietrze obserwując jak jej oddech uwidacznia się w powietrzu.
- Wciąż muszę oddychać i wciąż mogę oddychać, a to jest ważne. - pokręciła głową - Wybacz mi, ale muszę się napić. Potrzeba mi trochę spokoju dla duszy.
- Nie krępuj się. - odpowiedział tylko, odsuwając się od drzwi - Teraz śmiało możesz.
Kobieta ruszyła do drzwi, ale zanim przez nie przeszła zatrzymała się jeszcze przy Davidzie i nie patrząc na niego, tylko w przestrzeń przed sobą, powiedziała cicho:
- Dziękuję za uratowanie mi życia. - po czym zniknęła w środku domostwa.
- Za to mi płacisz. - westchnął do zamkniętych drzwi, obracając twarz bokiem i opierając na ścianie by na nie spojrzeć. Słysząc dwójkę pozostałych w pomieszczeniu, wyjął z głębokiej kieszeni telefon i wystukawszy “Wykonano. Znalazłem ją.” nacisnął “wyślij” i z powrotem schował komórkę, wyłączywszy.
Po chwili znów obserwował noc.

* * *

7 listopada 2016r., Poniedziałek, godzina 8:36,
Chicago, kawalerka Aarona.


W telewizorze leciały poranne fakty.


- Minionej nocy miał miejsce wybuch bomby w Bagdadzie. Zamaskowany napastnik został plecak-bombę tuż przy szpitalu wojskowym. – powiedziała pani z nijakim wyrazem twarzy. – Z rzeczy bardziej nam bliskim, miał miejsce napad w szpitalu dziecięcym w Salt Lake City. Około piętnastu uzbrojonych napastników weszło z bronią półautomatyczną do budynku i wszczęli strzelaninę. Wśród ofiar znajduje się prawie sześćset osób, w większości dzieci i personel szpitala. Do akcji włączyli się miejscowi antyterroryści... – pani ze smutnym wyrazem twarzy zakomunikowała tę wiadomość. Na ekranie pojawiło się zdjęcie innej kobiety.


- Rzecznik prasowy miejscowej policji, Amanda Taylor, twierdzi, że sytuacja została zażegnana dzięki szybkiej interwencji zespołu antyterrorystów. Wsparcie najnowszej technologii w postaci dronów pomogło naszym dzielnym funkcjonariuszom w opanowaniu sytuacji. Straciliśmy tej nocy wielu ludzi, taka sytuacja jest tragedią. Większość naszego zespołu jest ciężko ranna, kilku zginęło podczas odbijania szpitala. Od

Wizerunek rzeczniczki prasowej policji w Salt Lake City zniknął z ekranu, zastąpiony przez krótki filmik z zespołem antyterrorystów wbijających do szpitala po linach.


Chwilę później pojawił się filmik w którym samochód wznosił się w powietrze i przelatywał dobre piętnaście metrów, wbijając się w latarnię. – Zjawiska paranormalne, które się tam pojawiły, są w dalszym ciągu w toku wyjaśniania. Utworzona została specjalna komisja, która zajmie się tą sprawą. Póki co, wiemy jedynie, że w całą sprawę jest zamieszany ktoś, kto identyfikuje się pseudonimem „Boccob”, choć pojawiły się również takie pseudonimy jak „Vselovod” i „Haquim”. Gdyby ktoś był w posiadaniu jakichkolwiek informacji, prosimy o kontakt z SLCPD...

Dawka wiadomości, które podano z telewizora z całą pewnością dowodziła jednego – poniedziałek nie mógł być dobrym dniem...
 
Corrick jest offline  
Stary 31-10-2016, 23:39   #4
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
7 listopada 2016r., Poniedziałek, godzina 8:37,
Chicago, kawalerka Aarona.



Ostatnie tygodnie wymusiły na Aaronie zmiany trybu życia… na zdrowszy, ku jego odrazie. Musiał ciągle sprzatać, codziennie się myć i pilnować swoich rzeczy. Pozytywna strona to, że udało mu się w końcu zmontować warsztacik. Jego nowi towarzysze, szybko mogli zauważyć zamiłowanie Arcanisty do "gadgetów". Dni Aarona były spędzane na próbach miniaturyzacji dronów, aby mógł zmontować drono-pilot, na razie bez skutku. Kilka razy słyszeli jego rozmowy z "Maginią", ale na razie nie spotkali się z nią osobiście. Dziś bawił się jakąś mieszanką chemiczną i radził, aby nie podchodzić do niego z ostrym światłem.

Młodszy z jego gości wysłuchał go z uwagą i skinął głową z taką samą powagą jak wszystko co zdawał się robić i nie było wątpliwości, że posłucha. Zapytawszy o możliwość skorzystania z sanitariów wczesnym rankiem, siedział teraz oglądając wiadomości na wczoraj przystawionym do stołu krześle. Skoro sam już był idealnie czysty - silny kontrast z więziennym wyglądem ostatnich dni - i ogolony, teraz siedział z miską z mieszanką wody i płynu do mycia naczyń, gąbką higieniczną i rozmontowanym na części pistoletem na stole, który metodycznie, cierpliwie, mechanicznie polerował, na sucho lub na mokro, jak gdyby robił to codziennie od wielu lat.
Wymagało to na tyle niewiele uwagi, że równocześnie od czasu do czasu skakał po kanałach telewizora. Wczorajsze pytanie o bycie na bieżąco z wiadomościami ewidentnie nie było przypadkowe. Aaron sarkastycznie i rozsądnie zauważył, że nie ma sensu korelowanie wszystkich wydarzeń z nadnaturalną aktywnością istot nie będących ludźmi…
A jednak Europejczyk zdawał się być skłonny choćby ewaluować nawet pospolite lokalne i federalne informacje, jak gdyby uznawał, że we wszystkim można czegoś się dopatrzeć. Tego ranka jednak nic szczególnego nie zaprzątało jego atencji aż do wiadomości o szpitalu.
- Mein Gott… - wymsknęło mu się prawie szeptem, gdy w telewizji nadawano informację o szpitalu. Odstawił kubek z dawno wystygłą kawą i na chwilę przerwał czyszczenie broni, słuchając tragicznych wiadomości, które kojarzyć by się mogły bardziej z zamachami sprzed lat w Indiach i Rosji, niż z czymś do czego może dojść w Stanach Zjednoczonych.
Aaron przykrył ciemnym materiałem swoją zabawkę i ruszył do Dawida.
- Cholera… No to, będą kolejne miesiące wzmożonej nienawiści do Muzułman… Haquim, Haquim… jakoś to kojarzę. - ruszył szybko do swojego komputera i zaczął przeszukiwać coś w internecie.

Nadezhda przez cały czas pomieszkiwania u Aarona była niespokojna, jakby przebywanie tak długo w jednym miejscu działało źle na jej nerwy. Jadła bardzo niewiele, ale za to piła sporo wódki, chociaż nigdy tyle, aby na nią mocno wpłynęła, jednak to najwyraźniej przynosiło jej jakąś ulgę. Z drugiej strony także była bardzo niepewna, gdy musiała iść spać (a spała niewiele i początkowo tylko w dzień), a Szwajcar mógł być już zmęczony ciągłym pytaniem go, jak tylko na chwilę wyszedł, czy wszystko na pewno jest dobrze. W końcu jednak te ataki paranoi się uspokoiły na tyle, że nie była zauważalna… ale z jej pobudkami było inaczej.

Nadezhda mogła obudzić śpiących nagłym krzykiem, z którym dość często się przebudzała, a zawsze była po pobudce roztrzęsiona, czasem mogli, jeżeli jeszcze nie spali, usłyszeć jak przez sen wypowiada jakieś niezrozumiałe dla nich słowa najpewniej po rosyjsku, a tej nocy David usłyszał, że tuż przed dramatyczną pobudką wyszeptała: "Lyosha…" i przebudziła się drżąc ze zdenerwowania. Raz nawet zdarzyło się, iż spadła z sofy rzucając się po niej, co na pewno obudziło tego, kto spał w tej kawalerce. Nie mówiła nic o tym, co się stało podczas jej odpoczynku, jednak mogli mieć wrażenie, że nie wypoczywa ona bardzo dobrze.

Raz wyszła w dzień tak, aby gdzieś pójść sama, a kiedy wróciła wyglądała na dość… zadowoloną? Także pewnego razu, zapewne ku pewnemu zdziwieniu gospodarza, uparła się, aby sama iść w nocy. Wróciwszy natomiast wyglądała na bardzo, ale to bardzo, ale to bardzo ukontentowaną.

Siedziała właśnie patrząc apatycznie na nietkniętą kawę i tylko od niechcenia spoglądając na wiadomości przewijające się w telewizorze, po raz setny mieszając łyżeczką w kawie, którą wreszcie puściła, aby napić się z kieliszka przygotowanej wódki. Do pewnego momentu oglądała zupełnie beznamiętnie, ale mniej więcej w momencie, gdy mówiono o zamieszaniu w to wszystko jakiś osób zdarzyło się coś, czego można było się nie spodziewać po Rosjance.

Zakrztusiła się wódką.

Kiedy odzyskała w końcu oddech i powrócił jej głos zaczęła chusteczką ścierać ze stolika trochę wódki, którą wykasłała.
- Wybacz… - przeprosiła acz nie spojrzała na Aarona, tylko była wpatrzona w swoje "sprzątanie", a gdy skończyła jej spojrzenie ponownie utkwiło w telewizorze.
- Tak… To straszna tragedia, naprawdę.

Aaron po kilku chwilach spojrzał na pozostałych.
- "Haquim…. założyciel jednego z klanów Wampirów…" tylko tyle mam. Więc teraz to chyba komary. - wrócił do przed telewizor - Cholera… tyle bezsensownej śmierci.
- Hakkim to bardzo powszechne imię. - zauważył Reitnauer, wstając i podchodząc do telewizora. Przykucnął z twarzą blisko ekranu, jak gdyby nie widział zbyt dobrze, albo nie chciał by jakikolwiek szczegół mu uciekł. Szybko jednak wstał, ale nie odwrócił spojrzenia od napisów z informacjami u spodu ekranu.
- Ale to nie muzułmanie. Już by to powiedzieli. Zawsze kogoś chociaż podejrzewają. I powiedziała napad, nie atak. - uniósł brwi - Pozostałe imiona…. - podkreślił drugie słowo - ...też nie brzmią arabsko… w ogóle cała ta transmisja chyba nie jest autoryzowana przez policję. Nie powiedzieli nic o liczbie zabitych i ranionych napastników. Nie ostrzegli też, że ktoś mógł uciec i nie apelowali o ostrożność. I nigdy nie mówią o pseudonimach napastników w takiej sytuacji. - chwilę milczał, trawiąc własne spostrzeżenia.
- Wygląda prawie jakby ktoś chciał komuś przesłać jakąś wiadomość. Może jakieś słowa klucze, których nie rozumiemy. - Aaron spojrzał na Nadezhdę - Jakieś pomysły?
Nadezhda zapatrzyła się w wiadomości, które już zmieniły temat i dopiero chwilę później spojrzała na Aarona.
- Wybacz. Pomysły? Cóż… Może nie ma tej całej autoryzacji, liczb i tak dalej, bo sprawa jest zamiatana pod dywan? Z jednoczesnym "delikatnym" sposobem dania do zrozumienia zainteresowanym i wtajemniczonym o co chodzi, a my najwyraźniej się do takich nie zaliczamy.
- Albo jest to coś tak nieprzewidzianego, że nie było jak powstrzymać którychś z mediów. Na pewno media społecznościowe pękają w szwach od… nagrań, wszystkiego… - zastanowił się Szwajcar - Piętnastu uzbrojonych… na szpital dziecięcy… dobry Boże. - mężczyzna schylił głowę i spod koszuli wydobył różaniec, na sekundę dosłownie, by ucałować krzyż. Nawet nie myślał jak mogą to odebrać inni, chowając symbol wiary.
- To nie napaść. To rzeź niewiniątek. Ale ciebie to nie ruszyło. - odwrócił się wreszcie do Nadezhdy, z tym samym obserwacyjnym tonem - Zachłysnęłaś się jak usłyszałaś imię... “Vselovod”. - powiedział po prostu, z naleciałościami germańskiego akcentu.
Nadezhda spojrzała na niego dłużej pijąc powoli zimną kawę, którą szybko odstawiła krzywiąc się.
- Paskudne… - znowu zwróciła wzrok na Davida - Nie muszę wyjmować symboli wiary i modlić się za dusze, aby okazać, że mnie coś ruszyło, nie sądzisz? - w momencie, gdy Szwajcar wyjął różaniec mógł zauważyć, iż Nadezhda patrzy na niego z pewnym pobłażaniem - A zakrztusić się wódką każdy może, prawda? Taki moment po prostu, przypadek. - oparła się plecami o tylne oparcie krzesła.
- Twoje pytania retoryczne nijak nie mają się do tego co powiedziałem, a nie wierzę w przypadki gdy Rosyjska łowczyni przyjmuje na chłodno taką wieść... - dotknął palcami ekranu - ...i jedyny raz jak widzę jej takie zachowania... Przypada na rosyjskie imię. W chyba nienaturalnej sprawie. Jednak tylko spostrzegam, pani. Nie chciałem wnikać. - skinął tylko głową, przyjmując z rezerwą jej odpowiedź. Ewidentnie wiadomości wstrząsnęły ochroniarzem, skoro pozwolił sobie na taki ubytek profesjonalizmu. Wrócił do krzesła, siadając ciężko, a po spojrzeniu widać było, że wiele myśli krąży mu po głowie.
Aaron odchrząknął.
- Davidzie nie zrozum tego źle, ale w tym interesie powoli zaczynasz… tracić kontakt z wieloma rzeczami. - Aaron przełknął ślinę zastanawiając się jak najlepiej przedstawić swoje następne słowa - Rozmawiałem z kilkoma weteranami i opowiadali mi, że z czasem takie rzeczy jak 11 Sierpnia czy Strzelanina w Bostonie, nie robią na nich wrażenia ponad "Co Wampiry czy inne paskudztwo chciało tym osiągnąć?". Najwyraźniej nie siedzisz długo w zajęciu Łowcy, ale zobaczysz pewnie o wiele gorsze rzeczy zanim stuknie ci trzydziestka. - Aaron spojrzał na Nadezhde - Ma rację, co prawda. Imię Vselovod jakoś cię poruszyło.
- Obaj jesteście paskudnie uparci. - skrzywiła się kobieta - Co zaś się tyczy tego, co się stało w szpitalu dziecięcym… - odwróciła wzrok i nie skończyła zdania.
Reitnauer wysłuchał słów Aarona uważnie. Ewidentnie myślał inaczej, ale mimo to - z jednej strony kurtuazyjnie, z drugiej jak ktoś kto stara się chłonąć wszystko, prawie jak dziecko. Nie skomentował ich jednak i spojrzał na Nadezhdę.
- Może coś co widzieliście w ostatnich dniach. Coś nietypowego... może rzucić jakieś wnioski na tę sprawę.
- Czyżbyś planował coś z tym zrobić? Jak na razie jesteśmy w Chicago. - przypomniała Nadezhda - I tak jakby i tak nie mamy żadnego tropu, a ja nic nie widziałam.
- Mogę poszukać, popytać, ale na razie nic mi nie przychodzi do głowy. Cała sytuacja mi śmierdzi, nie pasuje do tego jak normalnie zachowują się Wampiry… zbyt…. glośne. - Aaron wrócił do komputera i zalogował się do hunter-net.org patrząc czy pojawiają się jakieś informacje o tym zdarzeniu.
- Teraz chronię panią, więc raczej nie… z drugiej strony dotyczy to ciebie, nawet jeśli nie chcesz tego potwierdzić. - wzruszył ramionami - W zakresie moich obowiązków jest próbować przewidzieć, kto i dlaczego ci może grozić. Nawet jeśli nie ułatwisz sprawy. - zerknął na Aarona, a na twarzy miał wymalowane jakieś rozdarcie.
- Ja spotkałem… coś nietypowego. W nocy strzelaniny w Rockford. Gdy moi… towarzysze broni zginęli.
Aaron spojrzał znad komputera.
- Zdefiniuj "nietypowe". Jesteśmy Łowcami, widzieliśmy, albo przynajmniej słyszeliśmy o, sporo nietypowych rzeczy.
- Byliśmy na tropie wilkołaka. Lupina. Dokonał w okolicy miasta i w Illinois kilku… może kilkunastu morderstw na przestrzeni czterech miesięcy. W naszej grupie była była detektyw. Nieustraszona kobieta. Śledziła go pewnego razu w pełni i widziała, jak się przeistoczył. - spokojnie relacjonował Reitnauer, w dość militarnym stylu. - Podczas kolejnej pełni trzymaliśmy się blisko. Od tamtego czasu śledziliśmy go i nie nastąpiło żadne morderstwo, trzymał się swojego terenu przy podmiejskim slumsie, prawie go nie widzieliśmy. Ale wczesnym wieczorem przyuważyliśmy jak się przemieszcza. Poszedł do katedry. - westchnął Reitnauer.
- Kiedy weszliśmy do środka, myśleliśmy, że już go nie ma. Frank, który był pastorem wymienionym w wiadomościach, spanikował trochę i słusznie. Zaczęliśmy na wszelki wypadek szukać go, w środku prawie nikogo nie było, martwiliśmy się o rzeź duchownych. W pewnej chwili… zauważyłem, że jeden inny facet który się tam modlił to był on. Był tak samo ubrany. Tak samo na nas nie patrzył jak gdy raz czy dwa Sophie udało się go nagrać. Po prostu wyczułem, że to on. I zwrócił się do mnie.
- Okazało się, że po tym ostatnim miesiącu to on się zorientował co do nas i nas tam zwabił na rozmowę. Byliśmy uzbrojeni, mieliśmy srebro, ale się nie bał, bo to nie był wilkołak. To był wampir. Był oczywiście… niepoczytalny. Uznawał, że wyświadcza nam przysługę i chciał nas zmusić do wysłuchania go. W dużym skrócie zabił jedno z nas, a potem nie było już odwrotu i… i… - Reitnauer na chwilę zapatrzył się gdzieś w pustkę - Na moich oczach przeistoczył się w coś. Nigdy nie widziałem wilkołaka, ale pewnie po rozmiarze można by pomylić… tylko… to było odrażające. Groteskowe.
Chwilę milczał, pogrążony w myślach.

Nadezhda milczała całą opowieść, ale najwyraźniej słuchała uważnie wpatrzona półotwartymi oczyma w zimną kawę.
- ...jak groteskowe? Odrażające? - zapytała trochę ciszej.
- To… były ścięgna i mięśnie i… kości. - nieobecnie zrelacjonował młody łowca - Nigdy nie widziałem niczego takiego. I on nas nabrał. On nas zwabił. Nie byliśmy przygotowani na wampira… na nic takiego.
Przez całą opowieść Davida Aaron wertował swoje notatki, oraz otworzył kilka ksiąg.
- Spotkaliście Tzismice… silnego z tego co mówisz. - pow
- To było, jak gdyby nie lękał się kul, ani świętej ziemi… on spostrzegł nas i on zagrał nami. Ale w całej swej wypaczonej… perspektywie… - rozważał David - Nie ściągnął nas tam by nas zabić. On nas ściągnął, by nas ostrzec przed czymś gorszym.
- Przed czym? - zapytała Nadezhda bezwiednie wciskając paznokcie w dłoń i nie patrząc na łowców.
- I to, dlaczego go od razu nie spostrzegłem… i nie zadziałałem, jak do mnie zaczął mówić… - Reitnauer ciągnął, pomimo pytania Nadezhdy, jak gdyby jeszcze nie do końca wrócił do rzeczywistości. Jedno ze źródeł jego stresu ostatnimi dniami stało się oczywiste - To że się modlił. Moi towarzysze by nie uwierzyli, ale jestem tego pewien. Chociaż… Może gdybym nie czekał… może by wciąż żyli. - dopiero upił łyk kawy z kubka i jak gdyby przez to się ocknął.
- Przepraszam. Zadała pani pytanie.
Łowczyni pokiwała głową wpatrzona w swoje dłonie, a na jednej zobaczyli, że jeden z jej paznokci przebił skórę.
- Przed czym was ostrzegał?
Szwajcar jak zahipnotyzowany patrzył na drobną, a groteskową deformację jej palca.
- Nie wiem. Nim się dowiedzieliśmy… zgaduję, że nigdy tak naprawdę nie mogliśmy się dowiedzieć.
Aaron przez chwilę milczał po czym położył dłoń na ramieniu Davida.
- Nie powinieneś się winić. W momencie kiedy poznaliśmy prawdę, wszyscy, i zdecydowaliśmy się walczyć z nimi… każdy na swój sposób, musieliśmy brać pod uwagę, że nie zawsze wygramy. - Arcanista przysiadł do reszty.
W tym momencie Nadzehda wstała, a czuć było od niej tłumioną dawno złość.
- Co ty możesz wiedzieć, który siedzi i robi wywiady z nadnaturalami, spisuje wszystko i gromadzi o nich wiedzę? - warknęła w nagłej złości, która do niej nie pasowała - Ty nichego ne znayu.
- Dziękuję, że masz mnie za idiotę, który nie rozumie zagrożenia. Przyznam ciekawość i żądza wiedzy często przyćmiewa mi instynkt samozachowawczy, ale ja nie szukam wiedzy o nich, dla samej wiedzy. - Aaron westchnął - Najgorsze jest to, że nie wiem CZY powinno się je wybić.
- Znalazł się przeklęty miłośnik. - podeszła bliżej Aarona i nachyliła się nad nim patrząc mu głęboko w oczy - Może i rozumiesz zagrożenie, ale za nic go nie znasz.
- Bo rozważam swoje cele. Na ogół. I nie jestem miłośnikiem. "Rodzina" i jej konflikty jest tak zmieszana z polityką, modą, technologią, ŻYCIEM śmiertelnych, że nie wiem czy ludzkość jest w stanie funkcjonować bez nich. Dziecko, które 6000 lat było skierowane, nie da sobie rady samo z dnia na dzień.
Nie nadeszła werbalna odpowiedź od Nadezhdy, ale zdarzyło się coś innego. Kobieta bez ostrzeżenia spoliczkowała Aarona z siłą… która sprawiła, że spadł z krzesła i zaczął się zastanawiać czy ma wszystkie zęby. Zanim jednak coś zrobił złapała go za fraki i uniosła z podłogi przysuwając go do swojej twarzy, jakby dla upewnienia się, że patrzy jej prosto w oczy.
- Nic. Nie. Wiesz. Naczytałeś się książek, dziecko, i myślisz, że już doświadczyłeś wszystkiego przez swoje… badania...
Reitnauer zrzucił z siebie melancholię. Błyskawicznie był na nogach, ale nie przysunął się o krok. Zerkał to na jedno, to na drugie… gotów interweniować gdyby Black chciał się odwinąć…. albo co gorsza, kobieta poszła za daleko.


Aaronowi chwilę zajęło zebranie myśli po pierwszym szoku, ale szybko pozbierał dobrą odpowiedź.
- A ty skąd jesteś tak bardziej doświadczona ode mnie? Jesteś młodsza, a zachowujesz się jakbyś żyła z Nimi już od stuleci i wiedziała o nich wszystko co można wiedzieć.
Aaron nawet nie zdążył się zorientować kiedy z całej siły jaką miała kobieta, a miała jej straszliwie dużo jak dla niego, uderzył w stojący nieopodal stolik, rozbijając sobie głowę oraz czując bolesne uderzenie w kręgosłup… jednak na tym się nie zakończyło, bo Nadezhda po prostu rzuciła się na niego… najwyraźniej nie mając zamiaru poprzestać na tym, a w jej oczach było widać jedynie czystą wściekłość i coś, czego Aaron bał się zidentyfikować…
- Zdejmij ją ze mnie! - krzyknął Aaron jednocześnie starając się zrzucić. lub odkopać Nadezhdę od siebie, zanim zrobi mu jakieś poważniejsze szkody.
Szwajcar zareagował bez zwłoki i zawahania. Po chwili doskoczył od tyłu do kobiety, stosując jakiś chwyt by możliwie zablokować jej ruch ramion i wykorzystał przewagę wzrostu by unieść ją nieco nad ziemię, nie bacząc zanadto że zapewne w furii będzie skłonna wściekle kopać.
Zrobił to, bo bał się, że zaparta o ziemię po prostu go przewróci i obierze za nowy cel.
Zaczął tyle własną siłą (która mogła co najwyżej jej dorównać) i bardziej techniką (w której wiedział, ile ma przewagi) odciągać ją do tyłu, równocześnie szepcząc coś cicho, uspokajająco w pobliżu jej ucha.
Na działania Szwajcara kobieta wydawała się tylko wściec. Zaczęła kopać wściekle i szarpać się próbując oswobodzić. Jej kopnięcia były nieokiełznane, a szarpiąca się Nadezhda trudniejsza do opanowania niż powinna.
Aaron szybko podskoczył na równe nogi i ruszył pomóc Davidowi. Chwycił nogi Rosjanki i starał się utrzymać je między jedną swoją ręką a korpusem.
- Co w nią wstąpiło?! To było zwykłe pytanie!
- ODSUŃ SIĘ! - warknął na Aarona jego gość, próbujący utrzymać kobietę, nie z jakiejś złości ale żeby gospodarz się posłuchał - Jest ghoulem, złamie ci kopnięciem rękę! Znajdź coś na uspokojenie! - przekrzykiwał wściekle walczącą Rosjankę.
Aaron puścił nogi kobiety jak oparzony.
- Ghoulem!? I dopiero teraz mi to mówisz!? Co mam jej niby dać?! Wódki?!
- Ty jesteś znawcą! - odpowiedział mu David, który poświęcił na ułamek sekundy uwagę by się rozejrzeć, prawie nie tracąc kontroli nad ghoulem.
- Nie mam krwi wampira na sobie!
- Kajdanki! W kieszeni płaszcza!
- To ją na pewno uspokoi… - Arcanista rzucił się do płaszcza i po kilku chwilach wyciągnął z nich kajdanki.
Nadezhda niepomna na zmęczenie szarpała się wciąż wściekle, a może nawet bardziej, podświadomie chcąc najwyraźniej zmęczyć Davida, aby zwolnił trochę uścisk.
Mężczyzna faktycznie opadał z sił, tym bardziej próbując utrzymać kobietę odrobinę nad ziemią, walcząc jeszcze z grawitacją.
- To się odbije na pensji… - wyszeptał pod nosem grobowy dowcip, po czym typowo ochroniarskim ruchem (ale zazwyczaj zarezerwowanym dla napastników) przewrócił i kobietę i siebie, tak aby ona pierwsza upadła i aby mógł przygwoździć ją swoją masą. Leżąc bokiem na jej plecach obydwoma rękoma uchwycił jeden z jej nadgarstków.
- Skuwaj! - krzyknął do badacza, mając wielką nadzieję, że w tym krytycznym momencie ten zadziała zdecydowanie.
Bez zastanowienia Aaron zatrzasnął jeden kajdan wokół nadgarstka kobiety - Dawaj drugi!
W tym momencie kobieta szarpnęła się naprawdę silnie i udało jej się trochę odwrócić tak, że David miał teraz naprawdę duże trudności z utrzymaniem jej w miejscu.
- Poradzisz sobie! - odkrzyknął mu Reitnauer z nadzieją, szarpiąc się z Nadezhdą.
Aaron szarpnął za kajdanki zmuszając Nadezhdę do zblizenia obu dłoni, po czym zamknął kajdan na drugim nadgarstku.
- Zrobione.
W tej chwili Nadezhdzie udało się w końcu zwalić z siebie Davida i mając zmniejszone pole do popisu udało się jej tylko zatopić zęby w jego dłoni, gryząc do krwi. Mężczyzna z trudem powstrzymał się przed urwanym krzyknięciem z bólu. Zamiast tego, wiedząc co za chwilę może się zdarzyć, podniósł się tylko na tyle, by przyklęknąć - przygniatając jednym kolanem jej tors. Nie wyrywał dłoni ghoulowi.
Zamiast tego…
- Sancta Maria,
ora pro nobis…
- zaczął litanię, rozedrganym ale pewnym głosem, przymykając powieki.
Było mu o tyle ciężko, że skuta ghoulica wciąż się szarpała i co chyba najgorsze - wciąż wbijała zęby w jego dłoń.
- Mam nadzieję, że to zadziała. - bez ceremonii Aaron sprzedał solidny cios pięścią w policzek kobiety.
To najwyraźniej w jakiś sposób zaskoczyło ghoulicę, ale sprawiło, że zagryzła mocniej dłoń Davida, jednak jednocześnie w końcu puściła jego krwawiącą rękę i spojrzała z nienawiścią na Aarona sapiąc i próbując zrzucić Szwajcara.
Ten mając wolną dłoń, na której widniał paskudny ślad po zębach zagryzających z wielką siłą aż do kości, z krwią cieknącą swobodnie, położył jednak bez strachu dygotającą dłoń na jej czole. Pewnie i spokojnie, w pewien sposób też osłaniając jej twarz przed powtórzeniem takiego zachowania przez Aarona.
- Sancta Dei Genitrix,
Sancta Virgo virginum,
Mater Christi,
Mater divinæ gratiæ…
- ciągnął spokojnie. Jego twarz była zbolała, otworzył oczy i patrzył prosto na twarz ghoula, jak gdyby liczył że pochwyci jej spojrzenie.
Było coś dostojnego, jakiś spokój i zrozumienie w zachowaniu Davida; jedyne co, to że zachowywał się jak lunatyk.
Po chwili poczuł, że szarpanie się trochę zmalało na sile, chociaż wciąż w jej oczach widział coś na wzór… żądzy krwi…?
- Uspokoiła się? - Aaron zdołał wydusić z siebie tylko takie ciche pytanie.
- Mater purissima,
Mater castissima,
Mater inviolata,
Mater intemerata,
Mater amabilis,
Mater admirabilis,
Mater boni consilii,
Mater Creatoris,
Mater Salvatoris,
Virgo prudentissima,
Virgo veneranda,
Virgo prædicanda,
Virgo potens...
- przerwał Reitnauer, widząc w oczach unieruchomionej kobiety znów… Nadzieję. Umilkł, przeżegnał się i wstał.


Nadezhda leżała wciąż oddychając głęboko, z rozszerzonymi źrenicami i przeniosła spojrzenie na Davida… Zerknęła na jego krwawiącą dłoń, okrutnie potraktowaną, zerknęła na plamy krwi na swojej bluzce, poczuła jej smak na języku. Utkwiła wzrok w suficie i w tym momencie wyglądała na absolutnie przerażoną.
Aaron powoli przysunął krzesła dla trójki łowców.
- Pomożemy jej usiąść? Wydaje mi się, że mamy kilka spraw do obgadania.
Reitnauer nie odpowiedział. Milcząco, trzymając ociekającą krwią dłoń przed sobą (by niczego nie zabrudzić) sięgnął tę drugą po kluczyki w kieszeni płaszcza i przykucnął przy kobiecie, rozkuwając kajdanki. Tak samo, okazując bezkresny, psychotyczny wręcz profesjonalizm jaki bardziej odpowiadałby może tylko agentom Secret Service chroniącym prezydenta, podał jej szarmancko zdrową dłoń by delikatnie pomóc kobiecie wstać.
Kobieta bezwiednie przyjęła dłoń Szwajcara i opadła na krzesło rozglądając się po obu mężczyznach jak spłoszone zwierzę. Schowała twarz w dłoniach powtarzając tylko "Ne, ne, ne, ne…".
Aaron pobiegł do łazienki i przyniósł kilka bandaży, gaz i środków odkażających dla Davida.
- Siadaj, zajmę się tym ugryzieniem… myślisz, że może nie miała swojej dawki już jakiś czas?
- Dziękuję… myślę, że raczej poruszyłeś delikatny temat. - wyszeptał bardzo cicho do Aarona, po czym zwrócił się miękko do swojej klientki.
- C’est passé, mademoiselle.
- Ne khotel proshchat'... - jęknęła Nadezhda - Nie chciałam… Nie… - po czym zerwała się na równe nogi - Ja… Ja… - uderzyła pięścią w ścianę, po czym przytuliła do siebie bolącą dłoń.
W tym momencie Aaron czuł się potwornie, wiedział, że jego drążenie tematu doprowadziło kobietę do tego stanu, ale nie wiedział co teraz zrobić. Westchnął, wstał i podszedł do Nadezhdy.
- Przepraszam… za moje słowa… - wyglądał jak ośmiolatek, którego mama przyłapała na łamaniu zakazu - Najwyraźniej różnie podchodzimy do tej sprawy. - spojrzał na kobietę - Mogę zobaczyć tą dłoń? Jeszcze okaże się, że zrobisz sobie więcej szkody niż mi…
Nadezhda tylko odwróciła się od niego, najwyraźniej czując żal do siebie i straszliwy wstyd.
Ochroniarz patrzył na nią przez chwilę bez wyrazu, po czym zwrócił się do Aarona, samemu też przyciskając obandażowaną sprawnie dłoń do piersi.
- Nie przejmuj się. Takich rzeczy nie sposób przewidzieć. Ale to ironiczne potwierdzenie tego, co pani Vyazemska ci wytykała. - uśmiechnął się krzywo, ale nie by w jakikolwiek sposób ubliżyć rozmówcy… raczej ze zrezygnowaniem - Jest przepaść między wiedzą a doświadczeniem.
Aaron z trudem zdusił prychnięcie śmiechu.
- Wolę się trzymać wiedzy, jeżeli doświadczenie oznacza "Kobieta wyciera tobą podłogę."

Nadezhda odwróciła głowę w stronę Davida i z wahaniem ruszyła w jego stronę idąc strwożona. Gdy tylko podeszła, młody mężczyzna wstał z szacunkiem, prawie na baczność. Stanęła przed nim bardzo wyraźnie nie wiedząc co zrobić, aż w końcu… uklękła przed nim.
- Wybacz…
Szwajcar teraz jeśli był zaskoczony nie dał tego łatwo po sobie poznać.
- Aristocrate ne pas mettre a genoux devant un Suisse. - odpowiedział obojętnie, patrząc przed siebie jakby czekał, aż Nadezhda z powrotem wstanie… i zapewne był zbyt skrępowany choćby spojrzeć na klęczącą kobietę.
- Je ne suis pas un aristocrate… - odparła Nadezhda nie wstając.
- Nie ma to jak być Amerykaninem. Moglibyście przestać rozmawiać w nieistniejących językach? Mówcie jak ludzie, po amerykańsku. - miał szczerą nadzieję, że zrozumieją dowcip.
Nadezhda jednak nie odpowiedziała Aaronowi, a jedynie zgięła się niżej najwyraźniej kopiując stare przyzwyczajenia i zwróciła się do Davida:
- Excusez-moi monsieur…
Przez twarz Davida prawie przebiegł uśmiech na słowa Aarona, ale opanował się w porę. Przyklęknął na jedno kolano naprzeciwko kobiety, wpatrując się teraz w jej twarz.
- Zapytałaś mnie kiedyś, czy zginę chroniąc cię jeśli zajdzie potrzeba i zginę. Wiesz dobrze, kim jestem. Proszę, nie klękaj przede mną, teraz ani nigdy. Wiesz, że to dla mnie ujma. To… - uniósł nieco pogryzioną dłoń od ciała - ...tylko ryzyko zawodowe.
- ...powiedz im, że ci uciekłam… - szepnęła - Odejdę, nikomu nie sprawiając problemów…
- Nie mogę. Również dlatego, że nie jesteś groźna, gdy jest w pobliżu ktoś zdolny cię uspokoić. - wyjaśnił spokojnie - I też zasługujesz czasem na dobry sen, nie jak w nocy, z nożem pod poduszką. Prześpij się. Pozwól sobie odpocząć. Ja porozmawiam jeszcze z Aaronem, dobrze? - pozwolił sobie porozmawiać z nią nieco bardziej po ludzku niż wcześniej.
- Nie jestem potworem… - szepnęła - Przez pięćdziesiąt lat sobie radziłam bez nadzorcy. - uniosła się powoli - Nie jestem potworem… ale twoi tego nie zrozumieją.
- Je ne suis pas un surveillant. Je suis un Suisse, et les Suisses ne cours pas. - odpowiedział parafrazując jej własne słowa, znowu delikatnie podając dłoń by wstała. Zerknął na Aarona.
- Znajdzie się coś bardziej komfortowego niż sofa albo materac?
- Mogę leżeć i na podłodze... - szepnęła.
- Moje łóżko jest dostępne. Może tam odpocząć. - odparł Aaron.
- Znalazłaby się w zapasie czysta pościel? - Europejczyk zapytał, wykazując się perfekcjonizmem, przewidywaniem oraz taktem.
Aaron powstrzymał się przed zakręceniem oczami i wyciągnął zestaw świeżej pościeli, którą zaniósł na łóżko zrzucając dotyczasowy zestaw. David świadomy stanu swojej klientki delikatnie przywiódł ją obok, zostawił na chwilę, po czym kamerdynersko skinął głową w podziękowaniu gospodarzowi i zaczął rozkładać świeżą pościel.
- Wybacz, że tak cię wykorzystuję… ale nalałbyś jej jeszcze wódki. Na sen. - wyszeptał jak akurat podszedł walczyć z posłaniem.
- Davidzie… - odezwała się ghoulica, ale to było wszystko.
Aaron po chwili wrócił z ćwiartką szklanki wódki. Widział ile ta kobieta pije, miał nadzieję, że to nie za mało. Jej ochroniarz w tym czasie dość sprawnie pościelił jak na jednorękiego bandytę, wykazując w tym koszarowe doświadczenie. Zadowolony ze swojego dzieła odstąpił o kilka kroków, zerknął na Aarona, a potem na Nadezhdę.
- Odpocznij. Potrzebujesz wytchnienia.
Zanim Nadezhda ruszyła się położyć spojrzała smutno na Davida i powiedziała cicho.
- Nie mów nic im, proszę, nie mów…
- Nie powiem. - obiecał tylko, cierpliwie czekając czy kobieta coś jeszcze chce wyjaśnić.
Ghoulica zrobiła kilka kroków w stronę łóżka Aarona, ale zanim położyła się odwróciła się jeszcze do obu mężczyzn i wahając się przez chwilę w końcu powiedziała:
- Vselovod… a raczej Vsevolod… - odetchnęła głęboko - To mój pan.
Aaronowi opadła szczęka, ale szybko się pozbierał.
- Erm… jasne, pogadamy o tym później. Na razie odpocznij.
Stojący de facto na baczność ochroniarz spojrzał tylko na badacza z wdzięcznością za wstrzymanie ciekawości na tę chwilę. Sam nic nie powiedział.
Nadezhda odwróciła się i wypiwszy na raz wódkę, zrzuciła tylko buty i padła tak, jak stała na łóżko, po czym nakryła się cała kołdrą.


Szwajcar na ten znak zasłonił jeszcze roletę w oknie, po czym ruszył z powrotem do stołu i krzeseł przestawionych wcześniej przez Aarona.
- W imieniu mojej klientki przepraszam za zajście. Jeżeli coś zostało zniszczone, na pewno zapłaci. - powiedział, gdy tylko oddalili się poza zasięg jej słuchu, zapewniając spokój - I masz rację, powinienem był ci powiedzieć… chyba liczyłem, że nie będzie potrzeby.
Aaron wciągnął powietrze i powoli je wypuścił.
- To. Było. SUPER! W życiu się tak nie bałem! Cisnęła mną przez pół pokoju! Widziałeś ten stół!? Ciągle bolą mnie plecy… i to ugryzienie! Nic ci nie będzie? Lepiej to zdezynfekuj! - mężczyzna zaczął zbierać resztki stołu - To tylko mebel, a ile się dowiedziałem. Ghoul. W moim domu! Tyle możliwości, tyle pytań! Jak długo jesteś Ghoulem? Jak smakuje krew? Czemu już z nim nie jesteś!? Muszę kupić notesy, i długopisy… i stół! Dasz sobie radę na razie sam? Mam dużo do zrobienia.
- Nie ma to jak doświadczenie, co? - zapytał Szwajcar, a na jego twarz wstąpił srogi grymas, ale jako że szedł nieco przed Aaronem i ten pochłonięty był pasją poznania, nie sądził, że zostanie dostrzeżony. Uspokoił się jednak szybko. - Poradzę sobie, tylko posłuchaj… nie uważasz, że mając dziesiątki lat tego typu doświadczeń… jak sam poczyniłeś spostrzeżenie, że doświadczenia i czas nas zmieniają… Bardziej przydałby się jej terapeuta niż dociekliwy naukowiec?
Aaron zatrzymał się i ponownie wciągnął i wypuścił powietrze.
- Wiesz, że Malkavianie trzęsą przytułkami dla umysłowo chorych? A ona by tam pewnie trafiła, gdyby zaczęła opowiadać terapeucie o wampirach.
- Tylko sugeruję… że mógłby pan zaprząc swoją wiedzę i nadprzeciętny intelekt, panie Black, i spróbować czegoś co bardziej by jej pomogło… lub może zna pan właściwą osobę, obeznaną z tym co kroczy ulicami w nocy.
- Nie "panuj" mi tu. Nigdy nie byłem niczyim i nie mam zamiaru. - Aaron spojrzał na drzwi do swojego pokoju - Wiesz co to Ghoul? Tak dokładniej?
- Wiem tylko to, co widzę. - przyznał David, siadając i opierając zranioną dłoń na stole - Wiem, że to po prostu ludzie, zniewoleni krwią umarłych… która niszczy boski dar wolnej woli. Są jak uzależnieni… czasem mają pewne talenty swych Stwórców. Z waszej dyskusji o Tzimisce i dzisiejszych wiadomości wiem… skąd ona umie zmieniać twarze. - spojrzał poważnie na Blacka - I nie tylko.
- Ja pier… ona zna klanową moc Tzmisce… niedobrze… i cudownie, ale bardzo niedobrze. Co do ghouli, to nie tylko to robi z nimi ta krew umarlaków. Tak jak oni, ghoule muszą walczyć o swoje człowieczeństwo inaczej zmienią się w zwierzęta, które spełniają tylko swoje podstawowe żądze.
- Cóż, widziałem tylko raz taki szał u niej. Domyślałem się źródła, teraz już coś wiem. - uśmiechnął się smutno - To musi być… traumatyczne.
- Musi być przerażona… jeżeli potrafi robić to co jej pan, to pewnie chce ją zabić. Ta umiejętność jest dla Tzimisce świętsza niż Papież dla ciebie.
- Czy jest? - zapytał z dziwnym uśmiechem David.
- Wiesz o co mi chodzi. Czy ona ciągle mu służy, czy się wyzwoliła?
- Ucieka przed kimś przynajmniej pięćdziesiąt lat. Dopiero teraz się dowiedziałem, przed kim. - spojrzał na reklamę zdrowych płatków śniadaniowych w telewizorze, ale widział tam wciąż poranne wieści - Musi być takich raczej niewielu… chyba nie ma mowy o pomyłce.
- Pięć, pięć, pięć….dziesiąt!? To ile ona ma lat? Dobra nieważne. Pytania później, jeżeli ten Vsevolod jest w okolicy i SZUKA jej, to może nie być tu bezpieczna.
- Zgaduję, że dopóki poluje na nieumarłych, to nigdy nigdzie nie będzie bezpieczna. - zauważył spokojnie ochroniarz - A jak widać, po dostatecznie wielu latach zaszedł za nią i do Stanów, chociaż wcześniej wiem, że ukrywała się gdzie indziej.
- Dobra, to dużo do przetrawienia. Rozpuszczę wici w sprawie tego Vsevoloda, może ma jakieś inne tytuły. Przy okazji zapytam Aki, czy któryś z jej czaroklepów nie zajmuje się głowologią. Ty… zrób coś z tą ręką.
Szwajcar chyba nie zrozumiał, bo opierając pogryzioną dłoń na stole, wrócił do czyszczenia komory zamkowej broni jednorącz…
 

Ostatnio edytowane przez Zell : 01-11-2016 o 21:27.
Zell jest offline  
Stary 09-11-2016, 01:05   #5
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
7 listopada 2016r., Poniedziałek
Chicago, kawalerka Aarona.


Od czasu przebudzenia (z typowym dla siebie zdenerwowaniem po przebudzeniu), Nadezhda nie odzywała się do żadnego z mężczyzn, a prawdę powiedziawszy unikała kontaktu z nimi. Zabrała swoją torbę i poszła do łazienki, aby przemyć twarz kilka razy, wypłukała smak krwi z ust, zmyła z siebie każdą jej kroplę. Kiedy wyszła miała na sobie inną bluzkę w szarawym kolorze, bez żadnego nadruku, chociaż u dołu miała naszytą łatkę mniej więcej w tym samym odcieniu, wyraźnie coś zakrywającą.

Zabrała zwiniętą, poplamioną bluzkę ze sobą i tylko narzucając na siebie płaszcz mruknęła coś o tym, że zaraz wróci, po czym opuściła kawalerkę Aarona. To "zaraz" trwało relatywnie długo, jednak kiedy kobieta wróciła miała niezbyt pocieszoną minę. Spojrzała na swojego ochroniarza i jego zabandażowaną dłoń i westchnęła.
- Pokaż mi ją. Pomogę ci.
Szwajcar większość tego czasu milcząco zajmował się rzeczami, które miał ze sobą. Płaszcz był doskonale złożony i położony na sofie (wobec braku wolnej przestrzeni wieszakowej), mężczyzna sam doprowadził się do porządku, również z bandażem na dłoni. Zgodnie z mieszanką męskiego zgrywania twardzielstwa i ignorancji jednak dłoń nawet nie została zdezynfekowana, tylko przebandażowana.
Od tamtej pory siedział wciąż przy stole na krześle. Przed sobą miał wiele domowo zorganizowanych przyborów do czyszczenia i polerowania, obok…

[media]https://s21.postimg.org/rwvmyyzpz/Schweizerdegen_replica.jpg[/media]

...w tej chwili natomiast z wielką starannością polerował zdecydowanie groźniej wyglądającą broń, również z minionej epoki - szablę, którą Nadezhda wciąż była w stanie zabierać ze sobą.

[media]http://nord-crown.com/wp-content/uploads/2014/02/shashka_kav_IMG_2661.jpg[/media]

Zabandażowaną dłonią trzymał za rękojeść, mogąc od góry patrzeć na sfatygowaną czasem stal, czubek klingi pod kątem spoczywał spokojnie oparty o koniuszek buta Szwajcara, jak gdyby nie chciał dopuścić by sztych się stępił. Spojrzał na kobietę pytająco, jak gdyby przez chwilę nie wiedział o czym mówi, po czym z namaszczeniem odłożył znalezioną do polerowania ścierkę i dwudziestowieczny pałasz na blat.
- Dłoń. - powiedziała Nadezhda - Pomogę ci z raną, skoro nie chcesz żadnych przeprosin. - skrzywiła się prawie niezauważalnie.
David spokojnie wyciągnął zabandażowaną dłoń przed siebie, pozwalając kobiecie robić co miała w planach.
Nadezhda zdjęła bandaż patrząc na ranę i mruknęła.
- Dezynfekowaliście to chociaż?
Leopoldian wzruszył ramionami.
- Pan Black coś robił. Ja tego nie uznałem konieczne.
Ghoulica westchnęła zrezygnowana.
- Naprawdę? Nie mów mi, że modlitwą chcesz sobie przywrócić amputowaną rękę, co? - ponownie sięgnęła po resztkę drogiej wódki, ale tym razem nie napiła się, a jedynie polała paskudną ranę alkoholem i niepomna na reakcję Szwajcara powiedziała do niego:
- Teraz bądź dzielny, niewinny chłopcze. Obiecujesz? - mruknęła obserwując w skupieniu obrażenia z każdej strony.
- Cieszę się, że sarkazm pozwala pani poczuć się lepiej. - odpowiedział ochroniarz jak gdyby pytanie Nadezhdy spłynęło po nim. Czekał cierpliwie, aż ghoul zrobi swoje.

Nadezhda wydawała się nawet już nie zwracać uwagi na słowa Davida. NIe wzięła jednak narzędzi jakimi się posługiwała, aby zająć się raną na udzie Leopoldiana, a jedynie przysunęła dłonie do jego rany. Czy tego się spodziewał Szwajcar czy nie - nie miało to żadnego znaczenia. Zobaczył jak ghoulica dotykając rany zaczyna… cóż. Ruchy jakie wykonywała mogłyby przypominać ruchy wprawnego rzeźbiarza uginającego glinę wedle swojej inwencji, gdyby nie to, że robiła to na żywej tkance… a nie należało to do najprzyjemniejszych uczuć, zaś po chwili David i Aaron zauważyli, że rana… jakby narastała… tkanką? Czy coś takiego…?
Oboje usłyszeli głuchy dźwięk narzędzia uderzającego o stół. Aaron siedział wgapiony w rękę Davida z rozdziawionymi ustami. Reitnauer nie zareagował na reakcję Amerykanina, tylko siedział z ewidentnym napięciem na twarzy, ale zareagował ponad to. Jego ziejące w tej chwili dezaprobatą oczy, niewątpliwie dezaprobatą dla siebie samego że godzi się na to - śledziły każdy ruch delikatnych palców Rosjanki, w miejscu których gdy się przesuwały wici żywej tkanki lub złuszczony gdzie indziej płat skóry lub jeszcze inny drobny cud...
...drobna abominacja...

...ustępowała obrazowi zdrowej ręki, nie jak po chłodnym dotyku skalpela, lecz po dotyku cudotwórczyni.
Której moc zrodziła się z życia pełnego koszmaru i klątwy Boga.
Nie sposób było stwierdzić, co Szwajcar myślał sobie w tej chwili, ale ewidentnie nie był nadto zaskoczony. Zgorszony, ale nie obrzydzony. Lub maskował to starannie.
Obaj zobaczyli w końcu, jak to, co kiedyś było raną, a pozostało tylko pozbawionym ochrony mięsem narasta skórą, żeby po chwili zasklepić się bez śladu. Nadezhda zaprzestała swojego "rzeźbienia" i obejrzała jeszcze raz dłoń w poszukiwaniu niedoskonałości, ale najwyraźniej będąc ukontentowana z wyniku odsunęła swoje dłonie. Przypatrywała się przez chwilę Davidowi.
- Nie mów, że i to ci się nie podoba? - mruknęła krzywiąc się - Przeprosiny - nie, leczenie - nie?
Mężczyzna cofnął dłoń, ale po jego twarzy należało wnosić, że nie zamierza dziękować. Rozprostował palce, jak gdyby chcąc sprawdzić jak się czuje po operacji. Po chwili po prostu znów sięgnął po shashkę i odwróciwszy nieco krzesło i oparłszy płaz o czubek buta, bez słowa powrócił do polerowania.

Aaronowi w końcu wróciło głos.
- Ty potrafisz Vi..Vici...Vicivisitivitude?
Nadezhda nie odpowiedziała Aaronowi od razu wpatrzona w zupełnym zgłupieniu w Davida, które przeistoczyło się w irytację, a później… zbolałą złość? Złapała ochroniarza za szczękę odwracając jego głowę w swoją stronę i spoliczkowała go - może nie tak mocno, jak Aarona, jednak wciąż było to bolesne. David mógł zobaczyć w jej oczach sporą dawkę żalu.
- Czego ja się spodziewałam? - prychnęła - Jestem przecież potworem wstrętnym wzrokowi Boga, a potwory potworami zostaną niezależnie od wszystkiego. - to powiedziawszy odwróciła się od Davida i usiadła nieopodal Aarona.
Na zadane jej przez gospodarza pytanie jedynie skinęła głową.
Aaron przełknął ślinę.
- Słyszałem, że ghoule potrafią… odziedziczyć coś od krwi swojego… dobroczyńcy, ale…. no przynajmniej mam wytłumaczenie czemu cię goni. - Aaron spojrzał na Davida - Jak rozumiem nie jesteś otwarty na pomysł "użyj broni wroga przeciwko niemu?"
- Nie jestem zwolennikiem pomysłu, że… - chwilę Szwajcar zastanawiał się nad ujęciem swoich myśli - Wydawanie swej duszy, nawet jeśli uznać że na dobre cele, ma swoją cenę. Prędzej niż później.
- Beschuvstvennyy ublyudok… - uniosła spojrzenie na Davida - Potwory bez uczuć mają czelność uważać mnie za potwora, kiedy im pomagam? Co ja tu jeszcze robię? - Nadezhda była zdenerwowana, ale było to jednocześnie inne zdenerwowanie niż w stosunku do Aarona. To jawiło się przepełnione goryczą.
David pokręcił głową na Davida.
- Dlatego nie przepadam za twoją organizacją Davidzie. Zbyt chętnie wrzucacie wszystkich do jednego wora z chęcią podpalenia go. Nie rozumiesz, że ona najpewniej NIE wybrała, aby zostać ghoulem. Pijawki manipulują śmiertelnymi, najpewniej jej "pan" zrujnował jej życie, albo wykorzystał chwilę "słabości". Teraz jest jak - bez urazy - ćpun, do którego strzelają dilerzy.

Szwajcar spokojnie polerował broń, dając obydwojgu chwilę na ochłonięcie. Spokojnie odłożył szmatkę na kawałek gazety obok kubka z mieszanką płynu do mycia naczyń i płynu do płukania, obok której stała butelka oliwy z oliwek. Uniósł nieco oręż, opierając klingą na zgięciu łokcia teraz wolnej ręki jak do parady, albo jak bezpiecznie łapiąc dziecko. Puścił rękojeść zaszytej dłoni, i tę samą dłoń oparł na rannym udzie, przesuwając trochę krzesło by być frontem do Blacka. Nie wyglądał na specjalnie szczęśliwego, nie wyglądał natomiast też na poruszonego.
- W rodzinnym domu uczono mnie, że grzecznością jest unikać tematów co do których ludzie nigdy się nie zgodzą, zamiast szafować swoje zdanie. Zgaduję, że jeśli nie podtrzymam dyskusji, uzna pan panie Black, że nie mam nic do odpowiedzenia, ani nic do powiedzenia? - o dziwo, w ogóle nie odniósł się do słów Nadezhdy.
- Sądzę, że unikasz tematu bo nie masz do powiedzenia niczego co by nie konfliktowało z twoją wiarą. Jednak boli mnie, że ludzie, którzy twierdzą, że są pełni miłości, zrozumienia i tolerancji, potrafią od tak odrzucić ofiarę czyjegoś okrucieństwa, bo to sprawiło, że jest inna.
Nadezhda nie odezwała się jedynie wpatrzona we własne dłonie próbując stłumić własny żal, który był dla niej po prostu poniżający.
David wysłuchał go spokojnie.
- Wie pan, panie Black, ma pan rację co do jednego. Jestem powiązany ze Stowarzyszeniem Leopolda, nawet jeśli absurdalnym założeniem byłoby, że jestem inkwizytorem. - wyjaśnił spokojnie - Oczywiście, to zupełny strzał. Nie zawsze tam byłem. I po raz pierwszy zobaczyłem rzeczy kryjące się pośród ludzi zanim to nastąpiło. I reakcją większości normalnych ludzi jest… uciec. Próbować zapomnieć. Ale później, gdybyśmy mieli ocenić, ilu próbuje walczyć z tym co nam zagraża, co na nas żeruje, a ilu to badać, zastanawiam się, co jest normalną ludzką reakcją. - zerknął przelotnie na Nadezhdę, jak gdyby i ją uważał za kogoś kto ludzkie reakcje mógł kiedyś przejawić. Szybko jednak znowu skupił się na gospodarzu. - Więc to jednak absurdalne założenie. Nie bardzo było na czym je poprzeć. Mogę sobie wyobrazić, że i w przeciętnej osobie, jak zobaczy diabła… uwierzy w Boga. Ja miałem bardzo podobnie. Ale nie o tym teraz rozmawiamy.
Spokojnie sięgnął po kubek z kawą i upił łyk, zbierając myśli. Pomimo spokoju, widać było, że David na liczne słowa Aarona był więcej niż wzburzony, ale bardzo chciał panować nad tym, zapewne z przyczyn przyzwoitości, wychowania, ale też przekonań. Może wiary.
- Sytuacja jest taka, że jestem Szwajcarem i może słyszał pan co nieco o moim narodzie. Co więcej i ważniejsze, jestem zawodowym ochroniarzem na tym naszym niszowym rynku, bardzo ceniącym sobie i cenionym za profesjonalizm, i jestem związany przez kontrakt, choćby wyłącznie słowny, z moją klientką. I nie na miejscu dla mnie jest prowadzić dyskusje o moralności, etyce, miłości, zrozumieniu, tolerancji w formie komentarza do zachowań i obranych aktywności mojego klienta. Jeśli nie przyjmuje pan moich przekonań dotyczących skromności, może to może pan przyjąć.
Odstawił kubek i przez chwilę jeszcze przyglądał się Aaronowi, od czasu do czasu zerkając na Nadezhdę, jak gdyby chcąc potwierdzić, czy któreś jednak chcę jeszcze spróbować go wciągnąć w ideologiczną dysputę nim wróci do dbania o stan ich stali.
Nadezhda milczała cały ten czas najwyraźniej bardzo, ale to bardzo dotknięta, nie patrząc w ogóle na Szwajcara, a kiedy w końcu się odezwała jej głos był rozchwiany i przepełniony od dawna tłumionym żalem.
- Nie ma co ciągnąć tematu… Mamy inne rzeczy do dyskusji… - spojrzała na stojącą obok butelkę z resztką wódki - Święci pozostaną świętymi, potwory potworami, a jak wiadomo ci drudzy nie zasługują na nic, nawet na miłość, więc dajmy sobie spokój. - wyrzuciła z siebie najwyraźniej nie mogąc zdusić tego w sobie.
Aaron podążył za wzrokiem kobiety, po czym wstał wziął butelkę wódki i szklankę po czym napełnił naczynko trunkiem gdzieś do połowy i podał Nadezhdzie,
- Jeżeli moje słowa są cokolwiek warte. Nie uważam cię za potwora.
Nadezhda nie uśmiechnęła się, a jedynie wlała w siebie tyle wódki, ile była w stanie.
- Dajmy temu spokój. To już bez znaczenia. Cieszę się, że ustaliliśmy chociaż trochę między sobą. - zamknęła oczy - Mówcie lepiej do jakich wniosków doszliście, gdy ja… spałam.

Reitnauer chwilę ich obserwował, znowu układając szablę kobiety do czyszczenia. Taktycznie uciekł od nich wzrokiem na śniedziejącą stal i sięgnął po ścierkę i już po chwili znowu polerował.
- C’est chair et os. Il ne vaut pas une petite fraction de votre âme. - powiedział cicho nie podnosząc wzroku, ale od razu wrócił na angielski - Na razie żadnych. Czekałem na powrót pana Blacka, może ze swoją siecią kontaktów dowiedział się czegoś ciekawego.
- Niestety nic ciekawego, magowie nie mieli nic wspólnego z tą sprawą w szpitalu. Internet jest pełny teorii spiskowych, ale nic co by wskazywało na naszych kolegów po fachu, jako źródła. Ach, znalazłem jednego lekarza, o którym rozmawialiśmy, Davidzie, w Phoenix. - Aaron zamyślił się chwilę - I wykopałem trochę o Vsevolodzie. Nic konkretnego: Rosyjskie legendy i tytuł "Pan Uralu".
Usłyszeli tylko ciche.
- Mon âme est brisée ... au-del' de la réparation.
Szwajcar spojrzał na nią pusto, ale mówił do Aarona.
- W kwestii lekarza… jeśli to nie problem, byłbym zobowiązany gdybyś ty się tym zajął. Z mojej strony… - odszukał wzrokiem płaszcz. Odłożył przybory do czyszczenia i czyszczony przedmiot i wstał, podchodząc do okrycia. Ze środka wyjął widziany wczoraj lokalizator GPS, namyślając się.
- Broń użyta w napadzie… - westchnęła Nadezhda - ...pochodziła od Sashy. Tego wampira, co chciał mnie zabić. - uniosła wzrok na mężczyzn - Jaki lekarz?

- Katolicka sprawa. - rzucił tylko w odpowiedzi Reitnauer, dając do zrozumienia, że nie chce powiedzieć. Po chwili natomiast dotarły do niego jej słowa i prawie oniemiał.
- ...w takim razie… cóż, myślałem, że dowiemy się więcej o polowaniu na panią… bo przypomniałem sobie, że właśnie on miał telefon komórkowy przy sobie.
- Naprawdę? Pewnie jak praktycznie wszyscy w tych czasach… - mruknęła.
- Nie masz przypadkiem ze sobą tego telefonu, prawda? - rzucił Aaron.
- Nie. Bezsensowny błąd. Pewnie policja go zabezpieczyła… ale… - uniósł lokalizator - Wciąż mam lokalizację GPS jego numeru i sam numer. Gdyby go włączyli.
- Rzeczona broń… - kontynuowała ghoulica - ...po przeprowadzeniu przez granicę wylądowała w Nowym Yorku, skąd ją przewieziono na miejsce… a odbiór był na zamówienie.

- Podaj numer, może uda mi się coś zrobić. - Aaron ruszył do laptopa. Szwajcar odczytał numer i odłożył lokalizator, pozostawiając urządzenie uruchomionym na wypadek, gdyby ktoś uruchomił telefon nieumarłego, którego ich gospodarz zamienił w popioły.
- Jeśli możesz coś zrobić… w świetle tych wieści jest to podwójnie ważne. - powiedział po trosze do Aarona a po trosze do siebie, zakładając ramię na ramię.
Aaron uruchomił swe wyuczone zdolności i podążając za numerem, próbował dostać się na serwer sieci, która go obsługiwała. Była szansa, że zachowali tam SMS-y, nagrania rozmów i inne ciekawe dane. Blackowi udało się włamać na serwer, ale wszystko zostało już wyczyszczone. Profesjonalna robota, widać, że ktoś znał się na rzeczy - ślady były zamazane przez piętnaście różnych hostingów, ale jeden pozostał wyraźny. Coś jakby podpis autora - “Ratboy_777”. Kończył się na serwerze w Utah, a komputer z którego się podłączono miał IP zgodne z tym, jakie nadawano departamentowi policji w Salt Lake City. Aaronowi nasunęły się dwa wnioski. Wewnętrzna robota albo robak podpinany z zewnętrznej pamięci…
- Iiii dupa. Wyczyścili serwery, albo pijawy się za to zabrały, albo ktoś miał niezłą paranoję.
- Zupełnie nic nie zostało? - mruknęła Nadezhda patrząc jakoś dziwnie na Davida.
- Haker się podpisał… jeżeli to pijawa to pewnie Nosek, Ratboy_777, chyba ma bazę w Utah.
Nadezhda spojrzała zaskoczona na Aarona.
- Ratboy… 777? Co te siódemki mają znaczyć?
- Nie za bardzo, jeżeli jesteś hakerem starasz się, aby jak najtrudniej było cię znaleźć. Dlatego przybierasz. w sieci fałszywe imię, dodanie cyferek na końcu, może nie doświadczonych zmylić, że jest programem.
Ghoulica przez chwilę po prostu patrzyła na Aarona jak na jakiś dziw, po czym odparła jedynie:
- Co?
- Długo by tłumaczyć laikowi. Cyfry mają zmylić potencjalnych poszukiwaczy.
Nadezhda otworzyła usta, aby wyraźnie coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła rezygnując z pomysłu.
- Komu nuzhny eti ... komp'yutery… - mruknęła tylko pod nosem.
- Rozumiem, że technologia nie jest twoim konikiem? No cóż, jeżeli kiedyś będziesz chciała to mogę nauczyć cię podstaw.
- Żyłam w czasach, które nie potrzebowały tych zabawek dla dzieci… - uniosła oczy ku sufitowi - Co za lata…
- No cóż, nie zostaliśmy w nich, świat poszedł do przodu, na ogół dobrze jest za nim podążać, komary na pewno to robią.
- A są tak jak kiedyś wrażliwe na kołek w serce, słońce, ogień… - mruknęła wciąż wpatrzona w sufit.
- Tak, ale czasy kiedy można było zorganizować tłum z pochodniami i widłami minęły, przynajmniej w większej części świata. - Aaron delikatnie się uśmiechnął - Teraz szyjogryzy mogą zaspokajać swoją paranoję kamerami, alarmami itp.
- Mhm. - mruknęła tylko Nadezhda - Jakieś wnioski? - zwróciła spojrzenie na Davida - Niewinny chłopcze?
- Albo przygotowali się na porażkę, albo była to samobójcza misja, albo działają jeszcze... - rozważał na głos Szwajcar, nie przerywając sobie w konserwacji jej szabli - ...inni. Ale od razu zareagowali na porażkę, więc wykluczyłbym cały trop związany z umarłym Rosjaninem. Zastanawia mnie natomiast wciąż… ta rzeź w szpitalu. - spostrzegał na głos.
- Och, na pewno nie byłoby trzeba niczego wykluczać gdyby ktoś nam wcześniej dał ten przeklęty numer telefonu… ale nie było przecież potrzeby, jak i nie było potrzeby zabrać samego telefonu Malkava. - Nadezhda nawet nie spojrzała na Szwajcara utkwiwszy wzrok w pustce. Ten przerwał na chwilę polerowanie broni, prawie unosząc wzrok.
- Popełniłem zdecydowany błąd. Przebieg wydarzenia i obecność pana Blacka zbiły mnie z tropu. Następnego razu nie będzie.
- Nie masz co się przejmować, każdy popełnia błędy, nie ma sensu od razu wymówek szukać, to przecież… ludzkie. - przymknęła oczy - Niemniej odbije się to na wypłacie.
Szwajcar uniósł brew.
- Byłem przekonany, że płacisz mi pani za ochronę twojej osoby, nie polowanie na wampiry.
- Ale jest możliwość, że tym "błędem" sprowadziłeś zagrożenie na moją osobę, a to chyba kłóci się z jej ochroną?
Przez chwilę Szwajcar się dogłębnie zastanawiał.
- Masz rację. - przyznał jej rację i rozwiązawszy kwestię, skupił się z powrotem na żołnierskiej czynności sprzed co najmniej wieku.
- Zachowujecie się jak stare małżeństwo… - mruknął Aaron znad laptopa.
- Za bycie moim mężem jeszcze mu nie płacę. - odparła Nadezhda. David na uwagę westchnął, ale jakoś spłynęło to po nim.

- Dobrze, odchodzimy od meritum, prawda? - znowu spojrzała na obu mężczyzn - Rzeź w szpitalu? Ja tylko wiem o broni, która została tam wykorzystana i być może byłabym w stanie prześledzić gdzie dokładnie została dostarczona, bo do kogo - mniej więcej wiem.
- Gdy dzieją się takie rzeczy… pozornie bez celu, który może zrozumieć człowiek, rzeczy, na których nikt nie mógł skorzystać… - zastanowił się David, przerywając na chwilę i patrząc na obydwoje - Albo próbują odwrócić od czegoś uwagę… albo dzieje się coś bardziej złowrogiego. Więcej niż nienaturalnego…
- Czasem ludzie to skończone dupki i nic z tym nie zrobisz, powinniśmy też wziąć pod uwagę możliwość, że Malkav był Malkavem i być może ten atak był efektem jego szaleństwa. - Aaron wzdrygnął się na tą myśl.
Nadezhda spojrzała straszliwie lodowato na Aarona i wycedziła.
- Aaronie Black, byłabym rada gdybyś powstrzymał swój język przed używaniem takiego słownictwa, jak użyłeś teraz i jakiś czas temu, co puściłam płazem. Mój pan, jeżeli ghoul powiedział coś, co było mu nie w smak, w najlepszym wypadku łączył jego język z podniebieniem, a w najgorszym… - skrzywiła się - ...jesteś za młody na to, jak sądzę. Co zaś się tyczy Malkavów, to tylko głupcy każde ich działanie będą zrzucać na ich szaleństwo, które może być tylko pozorne w swej nieszkodliwości i braku logiki.
Zajęło Aaronowi kilka sekund, żeby przetrawić co mu powiedziała kobieta, dreszcz przeszedł jego ciało i szybko pokręcił głową, aby przegonić obraz, który malował się w jego głowie.
- Zapamiętam. Jednak na razie nie ma sensu/powiązania między atakiem na ciebie i atakiem na szpital.
- To tylko jedna i ta sama osoba była odpowiedzialna za atak na mnie, jak i za dostarczenie broni, którą wykorzystano w tej rzezi w szpitalu. - westchnęła ciężko - Zero powiązania.
- Logicznego, miałem na myśli. Może sprawy nie są ze sobą powiązane, ponad tego kto jest za nimi. Niektórzy potrafią myśleć o więcej niż jednej rzeczy na raz.
- Przypadki nie istnieją, ale to chyba słyszałam niedawno, prawda? - zerknęła na Davida - A jeżeli, badaczu - wróciła spojrzeniem do Aarona - lubisz zakładać, że coś jest przypadkowe, to tak, jakbyś lubił zapach swojej krwi obryzgującej białą ścianę wraz z kawałkami twojego mózgu przyklejonego do niej. Uwierz mi - nie jest to estetyczne.
- Nie zakładam, że to przypadek, ale też wolę nie uważać, że wszystko się kręci wokół mnie.
Nadezhda wzruszyła ramionami.
- Więc byłbyś fatalny w moje klocki. Szkoda, a do tego… - wychyliła się w stronę Arkanisty - ...wydawało mi się, że wchodził tu w grę także szpital?
- Z mojej strony nic nie wychodzi. Mogę jeszcze poszperać, ale nic nie obiecuję.
- A ty, niewinny chłopcze? - spojrzała na Davida - Co ty na to powiesz? Zawsze byłeś mało rozmowny, ale potrafiłeś dodać dwa do dwóch. Zakładam, że to się nie zmieniło, a fakt iż kwestia tego szpitala szczególnie cię poruszyła zapewne wróży, że masz zamiar się… wgryźć… w temat.
- Mogę zapytać Stowarzyszenie. Czy ktoś śledzi sprawę. - stwierdził lakonicznie ochroniarz, nie patrząc na nich.
- Tak, to byłoby dobre. Jednocześnie możesz im napomknąć, że okazałeś potworowi pełnię pogardy na jaką zasługuje. Docenią. - uśmiechnęła się, ale w nieprzyjemny sposób - Niemniej co mamy robić? Grać w ruletkę, aby umilić sobie wieczność, która nas czeka w oczekiwaniu na zbawienie, jakie nigdy nie nadejdzie?
- Wymyśliłem grę dla zabicia czasu jakiś miesiąc temu. "Najgorsze uzależnienie Ventrue." - Aaron szybko otarł dłonie - Zasady są proste. David ty pewnie nie wiesz to wyjaśnię najszybciej jak mogę. Istnieją wampiry, które z jakiegoś powodu potrafią pożywiać się tylko ograniczonym rodzajem ludzi: Lokaje, politycy, kobiety frywolnego zawodu. Więc, zastanawiałem się, czy jest szansa, aby taki wampir mógł się pożywiać tylko czymś, czego jest niezwykle niewiele. Powiedzmy… Latynos z Irlandzkim akcentem. Z tego zrodził mi się pomysł tej zabawy. Wymyślamy najdziwniejsze, najzabawniejsze możliwości ofiar Ventrue. Ten kto rozśmieszy pozostałych wygrywa.
- Ja mam pomysł, który zamknie grę. - odparła Nadezhda wciąż wpatrzona w sufit - Arystokracja rosyjska.
- Ha, ha, ha? - odparł Aaron - Miałem na myśl coś na poziomie Walijski karzeł sumo, ale dobrze.

- Dobra, zabawy zostaw dla kolegów zbieraczy plotek. Powiem szczerze, że źle się czuję siedząc tyle czasu w jednym miejscu. Jestem typem zapalonego turysty. Tak więc dobrze by było gdybyście zdecydowali co chcecie robić, byleby nie siedzieć tutaj jak kołki na wampiry. Oczywiście nie miałabym nic przeciw gdybyście tu zostali, a ja bym sobie poszła gdzieś, to też jest opcja.
- Jeżeli nie chcesz zapuszczać korzeni, możemy zmienić miasto. Mamy kilka spraw do załatwienia w Pheonix.
- To załatwiajcie, nikt wam nie broni. - spojrzała dłużej na Davida, później na Aarona. Skrzywiła się, walcząc sama ze sobą - Mam lepszy pomysł. Może wy ruszycie do Salt Lake City żeby obadać sprawę dla spokoju ducha, hm? A ja… może… Jeszcze się zastanowię? - znowu zamilkła na chwilę - I w końcu… jeżeli… on… - wyraźnie wyglądała na rozbitą.
- Nadezhda. - w końcu odezwał się ochroniarz ze zmrużonymi powiekami - Rassemblez-vous. Vous pouvez me haïr tout ce que vous voulez, mais je suis ici pour vous protéger. Nous ne partageons pas. Skończyłem. - zakończył, wytarłszy na sucho po raz ostatni klingę i schował do pochwy, odkładając na stół i wstając.
- Rozumiem, że wobec ostatnich wydarzeń jesteśmy skłonni współdziałać. Ktoś dokonał masakry szpitala dziecięcego przemyconą bronią. Zamieszani są nieumarli, ich cel nieznany. Twój niedoszły zabójca jest powiązany. - stwierdził, podchodząc do swojego płaszcza, by czegoś w nim jeszcze poszukać.
- Mamy nick hackera, komputer z którego oczyszczono bazę danych, dziwny przekaz medialny. Ktokolwiek odpowiada za tego zabójcę (a możemy na podstawie twoich słów założyć że morderca służył twojemu panu) jest powiązany z tą masakrą. A najwięcej o masakrze będą teraz wiedzieć służby federalne. - dokończył, zarzucając płaszcz.
- Twoje życie jest zagrożone. - rzucił do Rosjanki, po czym zwrócił się do Amerykanina - Twoje też. Możesz próbować zasłaniać się cynicznymi uwagami, ale jeśli umarli mają na to wpływ, śledztwo w związku z Sashą poprowadzą ludzie tacy jak ja, nie jak ty. Metodyczni. I nie przeoczą twojego vana, i nie uznają naszej trójki za uciekających przed strzelaniną, gdy jedna z tych osób zajmowała apartament, który został porzucony.
Przerwał na chwilę, zwieszając głowę, by ochłonąć i zebrać myśli.
Nadezhda spojrzała zaskoczona na Davida, gdy ten zwrócił się do niej po imieniu, a kiedy jego ostatnie słowa przebrzmiały sama odezwała się cicho:
- Si vous ne me méprisez pas comme un monstre, si vous me voyiez comme quelqu'un de plus... - uniosła głowę - Ja… Nie wiem czy chcę tam jechać… skoro on tam jest, ale… - przetarła oczy - Uciekałam przed nim tyle lat, kosztowało mnie to wiele, a teraz? Mam się sama udać w jego lodowate objęcia? Czy on może znowu zrobić komuś krzywdę? Może da sobie spokój? Musi dać sobie spokój, prawda? - wydawało się jakby ghoulica zaczynała się zapętlać w tym wszystkim - To takie… bez sensu.
- Oni nie są już ludźmi. Nie można oczekiwać, że co ma sens dla ich wykręconej latami i rozkładem duszy będzie do pojęcia przez nas. Ale ty jesteś specem, panie Black. Może ty jesteś w stanie to wytłumaczyć… lub chociaż powiedzieć, czy pasuje to do wzorów, które Arcanum zaobserwowało u… Tzimisce.

Ghoulica nagle wstała, a z jej oczu wyzierała jakaś złość pomieszana z desperacją.
- Co może wiedzieć ktoś, kto tylko radośnie bada panów, kto nie wie nic konkretnego o nich, kto nie zaznał ich zachowania, kto nie poczuł ich gniewu i strzępów łaski? Nic. - machnęła ręką tak, że przewróciła szklankę po wódce, która kiedy spotkała się z podłogą rozbiła się na części - Wierzę od dekad, że da mi spokój, ale on jest ogarnięty jakąś obsesją, chęcią zemsty, nienawiścią, wściekłością… A teraz to? Powiem coś wam, bo przez te wszystkie lata, gdy znosiłam z uśmiechem na ustach każdą rzecz, która mnie spotykała na tym przeklętym lodowym pustkowiu obdzierającym ze wszystkiego co ludzkie, poznałam swojego pana lepiej niż każda inna z jego własności, bo one umarły przede mną - cokolwiek on robi, na pewno robi to przemyślanie, kalkuluje każdy swój ruch, bo nawet jeżeliby duszę dawno przehandlował za siłę to w niczym by mu to nie przeszkadzało. - wzięła głębszy oddech patrząc z jakimś smutkiem na nich, a szczególnie na Davida, a ten w jej oczach zauważył coś na wzór strachu - Czemu się w to wszystko ładować, skoro na końcu czeka nie śmierć, a wieczne cierpienie?
Aaron wzdychnął kiedy dwójka zaczęła rozmawiać ze sobą po europejsku, ale pozwolił im się wygadać.
- Nic na tym padole nie jest wieczne. - wtrącił Szwajcar - Ale nie jestem pewien, czy rozumiem. Próbujesz odwieść nas... - skinął głową w stronę Aarona - ...od polowania na Vsevoloda?
- Och, nie jest wieczne… - prychnęła - To lepiej cierpieć prawie wiecznie? - spojrzała po mężczyznach - I tak nie dacie mu rady, nigdy, a jedynie sami oddacie się w "objęcia" pana, a uwierzcie mi - wtedy żadne błagania już wam nie pomogą, próbowałam.
- Jest szansa, że zwróci uwagę którejś z sekt i oni spróbują go zniszczyć. - zaproponował Aaron - Wojnę można prowadzić na kilka sposobów.
- Nie bądź głupi. Myślisz, że pan się boi tych dwóch dziecinnych igraszek? Naprawdę? Z tego co wiem to są poniżej jego uwagi.

- Były.
Nadezhda spojrzała nie zrozumiawszy najwyraźniej o co chodzi Aaronowi.
- Co "były"?
Aaron uniósł brwi.
- Pan były. Ciągle jak o nim mówisz nie zwracasz uwagi na to, że się od niego uwolniłaś.
- Semantyka. - mruknęła - Nic nie znaczące słowa. Tak, oczywiście że były, przecież nie aktualny. Nie mam pana.
- …Jasne. - Aaron spojrzał przez chwilę na Davida po czym wrócił do kobiety - Tak czy inaczej, najwyraźniej wie, że jesteś w tym mieście. Bezpiecznie chyba będzie je zmienić.
- ...tylko nie wiem czemu chciałby akurat mojej śmierci, a nie czegoś innego… i na dodatek z ręki drugiej osoby… - szepnęła Nadezhda i spojrzała na Davida - Jeżeli zaczniecie na niego polować to jeżeli nie umrzecie wystarczająco szybko, traficie w ręce tego, którego czyny wywołują jedynie okrutny śmiech każdego z bogów.
- Noc zrodziła gorsze istoty. - stwierdził tylko Leopoldian, wcale nie poruszony tym wywodem - O wiele bardziej bałbym się wiecznego potępienia duszy, gdybym nic nie zrobił. - pokazał w stronę ekranu telewizora, mając na myśli niedawną rzeź - No i tak płacisz mi za ochronę, więc nie widzę dla szczególnego wyboru. - skwitował z ironicznym uśmiechem.
- To może przestanę ci płacić po prostu i będziesz mógł dbać o swoją, och jak ważną, duszę? To pewnie byłoby miłe dla ciebie, co? Mieć wolną rękę na dbanie o czystość swojej duszy i spokojny czas na leżenie krzyżem w kościele? - parsknęła.
- Wynajęłaś mnie, bo jestem na nasze standardy maszyną do zabijania, i bo wiesz że jako Szwajcar jak trzeba, zginę. - odparł bezpośrednio i bez jakiegokolwiek katolickiego wstydu - Możesz mnie zwolnić, wówczas poproszę bractwo od razu o pozwolenie, by za nim ruszyć. Ale nie wiem, czy znajdę go, nim on znajdzie ciebie… - przeniósł spojrzenie z telewizora na Nadezhdę, jak gdyby wyrywając się z zamyślenia - I oczywiście, jak stwierdziłaś, mała szansa że mu podołam. - wzruszył ramionami z jakoś tak nietypowo przyjaznym uśmiechem.
- I nie wątpię, że pana też nie da się odwieść, panie Black…
- Odwieść od czego?- Aaron najwyraźniej ciągle trawił słowa Nadezhdy dotyczące jej byłego pana.
- Jeśli mój kontrakt kończy się dzisiaj, będę miał bardzo dużo czasu na rękach. Uważam, że to byłaby nienajgorsza współpraca… odnaleźć go, i dalej. - stwierdził spokojnie Reitnauer, podchodząc do krzesła by znów w nim oklapnąć. Oparł łokieć na blacie i podbródek na łokciu - Nigdy nie oczekiwałbym, że ryzykowałbyś tak jak udając się na wywiad… Ale mogę tylko zgadywać,że to byłoby bardzo pouczające i kto, może jeden raz czy dwa udałoby się zapobiec tragediom… jaka miała miejsce w szpitalu.
- Heh… dziuganie mnie w sumienie, co? Słuchaj, Nadezhda ma też trochę racji, Nie wiemy nic o tym Vsevolodzie… w sumie mogłabyś nam coś przybliżyć. Jak daleko mu do Caine'a, ile ma lat już kroczy po tym padole?
Nadezhda wyglądała na poirytowaną.
- Myślisz, że nam, ghoulom, z czegokolwiek się spowiadał? Wystarczyło mi zawsze to, co robił z innymi komarami, jacy postanowili wtargnąć na jego teren i domagać się jego posłuszeństwa w tej czy w innej sprawie. Ile ma lat? Zakładam, że kilka setek na pewno, a ile? Kto go tam wie…
- Jeżeli jednak nie jest w Sabacie… - Aaron westchnął - Przynajmniej Starszy. Nie wiem czy mielibyśmy szanse w starciu z nim Davidzie… chyba, że masz armię z bronią nuklearną.
- Starszy… tyle to i ja wiem. Mówiłam wam - to samobójstwo szukać go i chcieć go zniszczyć. NIGDY wam się nie uda. - Nadezhda spojrzała w stronę telewizora, ale nic więcej nie powiedziała.
- Może tak. Może nie. Może jeśli wierzysz w mumie, nie jest dla ciebie zbyt wiele uwierzyć, że może w chwili naszej potrzeby… rzeczy mogą potoczyć się po naszej myśli, jeśli tak Niebo zaplanowało. Chociaż nie łudzę się ani do jednego, ani drugiego. - wzruszył ramionami - Nie oczekuję, że pomógłbyś mi z nim walczyć. - Szwajcar z pełnym spokojem zdawał się ignorować ostrzeżenia Nadezhdy - Jedynie go znaleźć.
- I mieć cię na sumieniu? Taa jasne. - Aaron westchnął - Davidzie masz serce na dobrym miejscu, ale radziłbym ci dobrze mierzyć siły na zamiary, jeżeli chcesz żeby tam zostało. - Spojrzał jeszcze na swoje księgi - A co do mumii… to nie, że ja w nie wierzę. Są dowody na ich istnienie.
- Są również dowody na wpływ Pana na nasz świat i nasze życia. - zauważył Szwajcar.
- Są? Dobra nie wdawajmy się w dysputy teologiczne. Tak dla ciekawości, jak zabrałbyś się za zabicie tego Vsevoloda?
- ...za dnia. - odparł bez krztyny wstydu David.
Na te słowa Nadezhda jedynie roześmiała się gorzko.
Aaron spojrzał na nią wzrokiem "Cicho, staram się mu coś wyjaśnić".
- Dobrze, powiedzmy że ominiesz jego ghoule, pułapki i pewnie agresywny dywan. Co teraz?
- Obudzę go, poproszę o autograf i odtańczymy Gangam Style. Dobrze wiesz co sie robi ze śpiącym wampirem i dobrze wiesz, że teoretyczny plan nigdy nie dzieje się jak przyjdzie do działania. - nieco zniecierpliwił się młody ochroniarz - Mamy asortyment sprawdzonych broni. Ty jesteś uczony, znasz słabości wampirów tak jak i ja i może wiesz coś jeszcze cennego odnośnie Tzimisce. Być może Stowarzyszenie uznałoby to za na tyle istotne, by również wspomóc nas doświadczonymi łowcami, ale jeżeli chodzi o Condotierre, nie inkwizytorów a tych stawiających czoła temu z czym “żaden człowiek nie ma szans” jestem dość egzemplarycznym przykładem… i mam nieco więcej szczęścia. - zerknął na swój renesansowo wyglądający długi sztylet, spoczywający obok szabli Nadezhdy na stole - Sam mnie pouczałeś o historii Inkwizycji. Nie wiem o tym prawie nic ponad przeciętnego zjadacza chleba, bo Stowarzyszenie Leopolda to nie jest Święte Oficjum, wciąż funkcjonujące w Watykanie. Ale wiem jedno. To umarli kryją się za... Maskaradą.
Nadezhda spojrzała zupełnie zaskoczona na Davida, gdy wypowiedział pierwsze słowa, jakby nie wierząc, że to właśnie od to powiedział.
- Za Maskaradą, której i tak nie mogą rozgryźć chociaż nie jest to takie trudne. - parsknęła kobieta - Wiecie co? Wiecie czemu nie chcę nikogo ze sobą? To niebezpieczeństwo, kiedy tropi cię zmiennokształtny Kainita, mogący przybrać postać każdego z twoich kompanów. - machnęła ręką - Może to będzie dla was szok, ale mój pan to jedyna osoba i rzecz jakiej się naprawdę boję. Jedyny wampir, którego nigdy więcej nie chciałabym spotkać. Inny Tzimisce? Niech będzie, ale on?
Aaron spojrzał na Davida - Ominęło cię kilka trendów od 2012 roku… Nie zastanawiałeś się czemu niektóre wampiry żyją tak długo? Pomimo Inkwizycji, Łowców i Technokracji? Bo są rzeczy, których się nie atakuje. Do tego te naprawdę stare są bardzo dobre w unikaniu wyżej wymienionych. Jedyną szansą jak sądzę, żeby go złapać to użyć Nadezhdy jako przynęty, a mam nadzieję, że tego nie rozważałeś.
- Wykluczone. Jestem też pewien, że gdybyś w pełni uwierzył w to przedsięwzięcie, coś byśmy wymyślili. Klucz kryje się w tej tragedii i wszystkich jej pozostałościach, które jednak nieumarli z każdą chwilą eliminują. - postukał palcami po blacie, wzdychając - Nie wiem czym jest Technokracja, ale Stowarzyszenie nie wstrzymuje się od atakowania wampira, który wyraźnie wystawi głowę. Jest potężniejszy oręż na nich niż kule i ostrza. Jeżeli o mnie chodzi, jeżeli miałbym choćby iść na niego i wygrać w jednym przypadku na tysiąc, jeśli przez to będzie jednego mniej, mniej takich tragedii, mniej setek czy tysięcy ofiar jego przeklętego głodu na przestrzeni dekad, jeżeli ma nie skrzywdzić Nadezhdy lub kolejnej osoby po niej w taki sposób, jeżeli ma nadejść kres jego podróży… - David wziął głęboki oddech. Przestał stukać palcami o blat, sięgnął palcem wskazującym do leżącego ołówka, mimowolnie zaczynając się nim bawić.
- "Ofiar głodu"? Przecież wampiry przeważnie nie zabijają swoich ofiar.- Aaron szybko pokręcił głową, aby wybić ten tor myślenia z głowy - Dobrze wracając do tego "gdybyś w pełni uwierzył itd.", zawsze chciałem to wiedzieć. Przekonaj mnie..
- ...wybacz mi na moment, panie Black. Uważasz, że ten oto, kilkusetletni wszechpotężny nieumarły, który nie ma czego się lękać, nie ma problemu z uczestnictwem w takim czynie jak szpital, nie ma problemu z uczynieniem cokolwiek czyni swoim ofiarom stosuje oświecone, zdrowe, humanitarne nawyki żywieniowe? Co to w ogóle znaczy, “nie zabijają swoich ofiar”? Ktokolwiek pytał te ofiary o zdanie? Ktokolwiek sprawdzi, kiedy umarły mogący trwać, lecz nie żyć bez końca, nie podda się swojemu Szałowi jaki widzieliśmy choćby u Nadezhdy? Wtedy nie zabije? Nawet jeśli, to ich intrygi nie zabiją równie pewnie… świadków, lub tych, którzy po prostu stoją im na drodze do statusu?
David wyglądał na dość mocno poruszonego… nie do końca wściekłego, po prostu poruszonego.
- Widziałem umarłych, którzy walczyli ze swoją klątwą. Zbłąkane dusze, które nie chciały krzywdzić nikogo. Lecz trwając nie miały wyboru, a toku lat zapewne i wpływu. Ich czas nadszedł. Żal mi ich, tak jak żal ofiar wypadków samochodowych, śmiertelnych chorób a nawet śmiertelnych nałogów… bo to nałóg. Widziałem to w ich oczach. Ale ich trwanie może tylko pogrążyć ich w spirali, czy dla mnie oddać ich dusze Szatanowi, czy dla ciebie z czasem zepchnąć ku coraz niższym odruchom i standardom moralnym… Gdy będą mieli setki lat, czym będą? Czym był Vsevolod w nocy swego przebudzenia?
David drżącą dłonią, która kilka godzin temu była poszarpana poszarpana jak ochłap mięsa puścił ołówek i nerwowo zgarnął kubek na kawę, wstając i ruszając do czajnika.
- Przepraszam… muszę się napić. Liczyłem, że nigdy nie wdamy się w tę dyskusję.
- Jednak wdaliśmy. - odpowiedział Aaron - I teraz, czy chcesz, żebym spróbował odpowiedzieć na część twoich pytań i stwierdzeń?
- Tak. Wysłucham wszystkiego, ale od razu mówię, jakkolwiek do tego się ustosunkuję… - przystanął na chwilę - A wiesz, że zwłaszcza w czymś takim dla mnie jest różnica między doświadczeniem a wiedzą… szanuję cię, nawet jeśli moim zdaniem pomijasz w swoich obserwacjach ważne rzeczy. Co to ja? Chciałem powiedzieć, że wysłucham cię, ale nie będę ciągnął tej dyskusji, czego bym sobie nie pomyślał, ani jeśli się zgodzę z częścią.
Z tymi słowy Szwajcar ruszył wstawić wodę na czajnik, ale wyglądał od samego tematu zdecydowanie mniej stoicko niż zazwyczaj.
 

Ostatnio edytowane przez Zell : 09-11-2016 o 01:29.
Zell jest offline  
Stary 09-11-2016, 01:24   #6
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
- Aaronie… - odezwała się w końcu Nadezhda - Daj sobie spokój. Nie przemówisz do rozumu komuś, kto zaślepiony jest tym, co mu naopowiadali w kościele, a jedyna prawda zgromadzona jest w księdze bajek, którą uważa za podstawę wiary. - pokręciła głową i z zamkniętymi oczyma odezwała się z jakąś niepewnością - Ale dobrze, ruszmy do tego przeklętego miasta. Mój pan nigdy wcześniej nie krzywdził ludzi… niepowiązanych… ze mną. Więc… - ponownie odwróciła się w stronę telewizora.
- Również cię szanuje Davidzie, nawet jeżeli nie szanuję twoich poglądów. - Aaron odchrząknął - Zacznijmy więc po kolei. Czy Vsevolod oszczędza swoje ofiary? Tak, przynajmniej sporą część, jeżeli chce dalej mieć czym się żywić. Pomimo, że Rodzina uważa się za drapieżców są tak naprawdę pasożytami, a takie stworzenia starają się utrzymać swoje źródło pożywienia jak najdłużej.


- Dobrze, mnie tego wystarczy. - Nadezhda podeszła do swojego płaszcza i przerzuciła go sobie przez ramiona, zabierając po drodze swoją torbę - Dyskutujcie o wierze, moralności, teoriach dotyczących Kainitów, waszych mniemaniach i poglądach. Będę się raczyć świeżym powietrzem. - to powiedziawszy bez ceremoniału wyszła zamykając trochę za mocno drzwi.
- A z nią co…? - wrócił myślami do Davida - Co do pytania ofiar o zdanie… no trudno nazwać ofiarą kogoś, kto się godzi na ugryzienie. . na to mówią "trzoda". Nie powiem, czy wampir nie może się zapomnieć przy żywieniu, bo pewnie jest to możliwe. Chociaż ponownie, nie rozsądnie jest zabijać swoje jedzenie, jeżeli potrzebujesz je żywe. - Aaron westchnął - Nie chcę poruszać sprawy ich intryg i tego co robią ze śmiertelnymi, bo śmiertelni też nie mają problemu robić sobie podobnych rzeczy. - Aaron otworzył kolejne piwo, upił i skrzywił się kiedy odkrył, że jest ciepłe - Co do "żal mi ich jak ofiar uzależnienia". Źle chyba patrzysz na co są uzależnieni. Oni nie piją ludzi bo sprawia im to frajdę, oni to robią, aby przetrwać. - kolejny raz upił piwa, tym razem pokaźniejszy łyk - Ty wiesz, że oni sądzą, że są dziełem Boga? Tego twojego. Według nich znamię i to "ten co cię zaatakuje oberwie siedem razy mocniej" to nie wszystko co Bóg zrobił z Kainem. Ich wiek nie ma znaczenia co do ich standardów moralnych, tu chodzi o podejmowanie decyzji. Jeżeli dalej chcą żyć wśród ludzi, tak żeby się nie wyróżniali, to pewnie byś nie zauważył różnicy. Są istotami nocy, krwiopijcami i wielkimi manipulatorami. Jednak wszyscy zaczynali jako ludzie, po prostu zaczęli dokonywać wyborów, które sprawiły, że przestali nimi być. Hitler był śmiertelnikiem, ale dokonał większych potworności niż… no spora część wampirów.
- Niewątpliwie Hitler się wyróżniał na tle ludzkości. Co do reszty musimy się zgodzić, że się nie zgadzamy. - ponuro powiedział Reitnauer, a jakiś wyćwiczony, wydrylowany instynkt sprawiał, że wychodzącą Nadezhdę odprowadził wzrokiem i jeszcze długo intensywnie się wpatrywał w nie jak gdyby… uważnie słuchał swojego rozmówcę, ale zarazem nasłuchiwał odgłosów spoza apartamentu.


- Niezależnie, czy Nadezhda uzna to za właściwe działanie, i co naprawdę się kryje za to masakrą, bo raczej nie jeden Tzimisce… masz ochotę na wycieczkę do Salt Lake?
- Jeżeli naprawdę sądzisz, że powinniśmy… - Aaron westchnął - Pojadę, a w sumie może się tam jeszcze czegoś dowiem, prawda? - spojrzał na kobietą - Tylko co z nią?
- Nie zdoła przed nim uciekać zawsze i o tym wie. Jest świetnym łowcą. Ale jeśli zdecyduje się mnie zwolnić dla mojego własnego dobra, nie będę narzekał. Swoje przeżyła. - Szwajcar zalał kawę wsypaną do kubka prosto z pudełka, prawie jak gdyby odmierzył miarką - Ale nie będzie wolna dopóki Vsevolod wciąż stąpa po ziemi.
Z zewnątrz doszedł ich odgłos zderzenia metalu z czymś twardym i kolejne metaliczne dźwięki. Ochroniarz na chwilę znieruchomiał, nasłuchując, ale nim sekunda dobiegła końca uniósł kubek do ust, jak gdyby nic się nie stało.
- Poradzi sobie.


Minęło trochę czasu zanim Nadezhda wróciła do mieszkania Aarona z kwaśną miną i padła na fotel mrucząc pod nosem coś po rosyjsku.
Aaron był w trakcie pakowania rzeczy, kiedy spojrzał na kobietę.
- Czy ten kosz jest do odratowania? Czy mam zostawić właścicielowi na nowy?
Ghoulica spojrzała na Aarona i mruknęła.
- Nic mu nie będzie. Nic nie zniszczyłam. - warknęła - Co najwyżej zapłać za sprzątanie.
Mężczyzna westchnął.
- Jasne… wyżyłaś się trochę?
Nadezhda spojrzała niechętnie na Aarona.
- Jeżeli chcesz to tak nazwać. - kobieta westchnęła - Dobrze, zróbmy ostatnie zakupy i ruszmy się w końcu stąd. Do Salt Lake City?
- Myślałem, że w końcu ruszamy do Pheonix. David, ty jesteś trzeci, jak głosujesz?
- Ślad w Salt Lake jest świeży, musimy tam jechać… i nie nieprzygotowani. Nie spodoba wam się to… - zauważył na głos Szwajcar, po czym upił kawę w kilku łykach na raz, jak gdyby kiedyś ćwiczył picie na czas. Odstawił pusty kubek, sięgając po ręcznik papierowy i przecierając twarz odwrócił się do nich, siadając/opierając o kredens.
- Nie jestem potrzebny w Phoenix…. Chociaż Pan Black ma najświeższe informacje. W każdym razie trasa do Salt Lake to przynajmniej doba. Gdyby tam pojechać, samolotem do Phoenix i dalej do Salt Lake, i jeszcze kilka godzin na miejscu… I tak byście obrócili szybciej ode mnie. Może załatwili trochę sprzętu na miejscu, pamiętam, jak pani załatwiła mi… uposażenie poprzednio. - skonstatował, wpatrzony w starannie składany jego dłońmi kawałek papieru. Złożył go w kwadracik i wyrzucił go do śmieci.
-- Ale… - wtrąciła Nadezhda - PO CO mamy się udawać do tego Phoenix? Na co? I czemu akurat ty nie jesteś tam potrzebny? - spojrzała na Davida.
- Zanim odpowiem na pytanie, chciałbym zapytać czy wciąż jesteś w stanie pozyskać broń i sprzęt z taką łatwością jak poprzednio gdy dla ciebie pracowałem. Sztylet i pistolet może wystarczyć na młodego wampira wziętego z zaskoczenia, ale czuję się dość bezradny, gdybyśmy natrafili na tych piętnastu morderców z automatami.
- Jasne, sądzę że się uda, czemu nie. - wzruszyła ramionami - A twoi znajomi z Inkwizycji ci pomóc nie mogą, że musisz mnie o to prosić?
- Jako condotierre mam dostęp do broni jedynie w trakcie wypełniania misji dla Stowarzyszenia Leopolda, to jest gdy chronię kogoś ze Stowarzyszenia. - wyjaśnił profesjonalnie.
- Wydawało mi się, że twoje świętoszki mnie lubią i nie chcą, aby mi się krzywda stała, hmm? - uśmiechnęła się złośliwie - Czy może się mylę?
- Może nie lubią cię aż tak jakbyś chciała, biorąc pod uwagę, że wysłali mnie samego i nieprzygotowanego na Saschę. - odparł grobowo Reitnauer, dając do zrozumienia, że w pewnym sensie misja przydzielona mu była zwycięstwem dla Stowarzyszenia niezależnie od wyniku…
Bóg dopomoże swoim, Ci, którzy podołają ewidentnie cieszą się jego łaską.
- W każdym razie procedura to procedura, obowiązuje mnie tak samo jak w armii. A Ty nie przynależysz do stowarzyszenia. - “jeszcze” jak gdyby zostało połknięte przez Szwajcara.
- I cieszę się niezmiernie oraz będę robiła wszystko, aby to nigdy nie uległo zmianie! - spojrzała na Davida z dziwnym błyskiem w oku - Co zaś się tyczy twojej misji… Może to nie tyle, co mnie za bardzo nie lubią co… ciebie?
- Może. Efekt jest taki sam, potrzebuję wojskowego sprzętu w Salt Lake.
- Dobrze, dobrze. Twoi przyjaciele cię nie lubią, to nic nie dostaniesz, ale ze mną jest odwrotnie. - uśmiechnęła się nieprzyjemnie - A teraz… Po co do Phoenix i dlaczego ty tam się nie udajesz, a ja mam? W końcu to jakieś sprawy twoje i Aarona, mnie nic do tego, ja polecę do Salt Lake, wy sobie jedźcie na wakacje do tego Phoenix.
- Salt Lake jest w tej chwili zbyt gorące, by pani pojechała tam sama na więcej niż kilka godzin. Co do Phoenix… jakby to ująć.
Ochroniarz o anielskiej cierpliwości roztropnie zignorował jej sarkazm.
- Pomysł jest mój… - wziął na siebie odpowiedzialność, zerkając na Aarona - ...ale myślę, że pan Black o wiele lepiej wyjaśni w czym rzecz.
Nadezhda spojrzała to po Blacku, to po Davidzie niepewna ich zamiarów.
- Dobrze, o co chodzi? Co przede mną ukryliście, a czego najwyraźniej TAK boicie się mi powiedzieć? - zmrużyła oczy - Co wyście wykombinowali jak spałam? Myślałam, że ważniejsze są dla was masakry w Salt Lake?

Aaron westchnął.
- Zaznaczam, że to był pomysł Davida, ale całkowicie go wspieram. Zważając na ten twój… atak, stwierdziliśmy, że twoja przeszłość… musiała cię naprawdę "dotknąć". Więc popytałem w kręgach swoich znajomych, czy nie ma kogoś kto… pomaga osobom takim jak ty.
- ...co? - Nadezhda mruknęła lodowato - Co. To. Ma. Znaczyć?
- W Pheonix jest lekarz, który pomaga osobom po traumatycznych przejściach i uważamy, że nie zaszkodzi ci się z nim spotkać.
Cisza zaległa w pomieszczeniu, a Aaron poczuł okropne zimno, gdy ghoulica tak… patrzyła… na niego. Trwało to chwilę, zaś gdy minęło…
- CZY WAS KOMPLETNIE COŚ UDERZYŁO? CIĘŻARÓWKA? CHCECIE MNIE WYSŁAĆ DO PSYCHIATRY?!
- Psychologa.- poprawił ją amerykanin - Nie powiesz mi, że lata spędzone u Tzimisce były usłane różami, uśmieszkami i ciepłym kakao. I widać, że odbiło to swoje piętno na tobie. - Aaron zobaczył, że Nadezhda wyraźnie zaczęła się irytować jego słowami i krzywiąc się wyraźnie stukała palcami o poręcz fotela - Czasem… pomaga… z kimś porozmawiać?
- Nie jestem wariatką. - warknęła - Nie potrzebuję psychologów, psychiatrów, lobotomii, terapii grupowych i innych takich.
- Ech wspaniałe lata, kiedy każdy kto chodził do psychologa to od razu wariat. Słuchaj, jeżeli jesteś mi w stanie teraz powiedzieć, że to co się stało ostatnio, już nie będzie miało miejsca, odpuszczę sobie. Jednak, jeżeli sama przed sobą nie potrafisz przyznać, że wszystko w porządku, to chyba mogłabyś poszukać pomocy.
Nadezhda parsknęła i przeniosła uwagę na Davida.
- To teraz tak? Teraz jestem nie tylko potworem, ale także wariatką? - znowu spojrzała na Aarona - To, czy będzie miało miejsce, czy nie, to moja własna sprawa, a wam nic do tego.
- Chyba, że będzie wymierzone w nas… - mruknął Aaron - Nie sądzimy, że jesteś wariatką. Nie wszyscy, którzy chodzą do takich lekarzy są wariatami. Spora część, to osoby, które przeżyły coś…. no nie podobnego, ale swój własny odpowiednik, tego co ty przeszłaś. I tacy lekarze pomagają im pozbierać się po tym.
- Jeżeli już to i tak pięćdziesiąt lat za późno na to, a nawet powiedziałabym, że sporo więcej. Do tego… - spojrzała po mężczyznach - Wy NIE wiecie CO tam się działo, więc z łaski swojej nie wtrącajcie się w to. A ty? - zwróciła się ponownie do Szwajcara - Masz zamiar mi uświadomić jak potrzebna mi spowiedź czy inna bzdura? A teraz może skupimy się na tym co jest… ważne?

Reitnauer spokojnie odczekał aż Black spróbuje, zanim Rosjanka skupiła na nim swoją wściekłość.
- Nie śpisz. Nie wypoczywasz. Zachowujesz się cały czas jak osoba na skraju. Zapijasz to. Cały czas masz niezdrową paranoję, za to nie zachowujesz zdrowej ostrożności. To wszystko są ważne rzeczy i dlatego poprosiłem pana Blacka o kontakt, nie do jakiegoś psychologa czy psychiatry, lecz kogoś umiejącego pomóc osobom takim jak ty. - spokojnie jej odpowiedział, stojąc na baczność z dłoniami splecionymi za plecami - Nie wiemy co tam się działo, dlatego zakładamy najgorsze co możemy sobie wyobrazić, a to nadto by zostawić traumę, traumę, która wpływa na ciebie. Niezależnie od tego, co odezwało się w tobie przez plugawą krew jaką się karmisz jesteś ofiarą, i jak ofiara potrzebujesz pomocy. Przyznasz, że trzeba zwiększyć nasze szanse przeciw temu, którego tak się lękasz. Ale może to jest sposób by ten lęk odszedł, i została tylko chłodna ocena. - stwierdził mrużąc oczy, nie ustępując kobiecie na chwilę w swoim wywodzie.
- Daję sobie sama radę, dziękuję. - prychnęła - Nie jestem na skraju, a jeżeli jestem to jestem od dekad, a jak widzisz jestem teraz tu z wami. Dlaczego niby moja paranoja jest niezdrowa? I to w sumie nie jest paranoja, tylko wyostrzenie zmysłu odpowiadającego za ostrożność.
- Mam nadzieję, że skończyłaś, bo to nie jest prośba ani petycja, tylko mój kontraktualny warunek.
- Co? Coś ty powiedział? Jaki znowu warunek? Ty mi nie możesz stawiać warunków, to ja ci płacę!
- Jeszcze nie zobaczyłem ani centa, ale to mało ważne. Jeśli umowa jest taka jak poprzednio, nie ingeruję w twój styl życia o ile nie ma wpływu na twoje bezpieczeństwo. Zgadnij co? - uniósł brew David spokojnie taksując wzrokiem rozemocjonowaną kobietę, to alhokol na stole, to miejsce w którym ledwie powstrzymał ją przed… skrzywdzeniem ich gospodarza, to sypialnię do której trzeba było ją odprowadzić po wszystkim jak była zbyt roztrzęsiona by się pozbierać… na końcu bystre oczy ochroniarza znowu skrzyżowały się z jej własnymi.

- Nie zrobię już nic takiego. - mruknęła niepocieszona - Każdemu może się zdarzyć i nie biega się z nim od razu po jakiś lekarzach od nerwów. Nie zagraża to mojemu bezpieczeństwu.
Reitnauer powoli i spokojnie podszedł do kobiety (starszej o kilka dekad, zapewne zdolnej go zabić byle dotykiem i Bóg wie co jeszcze) nachylając się nieco z góry.
- Nie przekonam cię słowami, więc pozwól, że poczynię pewną obserwację. Zgodzisz się, że bywam spostrzegawczy?
- Tak… - spojrzała nieufnie na Reitnauera mrużąc oczy.
Ten zwrócił się do Aarona, wskazując go.
- Nasz gospodarz, pan Aaron Black. Cholera wie, skąd dorósł i jak narodziła się jego pasja. Jesteśmy ugoszczeni w jego mieszkaniu, otoczeni masą sprzętów. Zdolny do włamania jako hacker, przynależny do jakiegoś chorobliwego bractwa obserwatorów rzeczy żerujących na ludzkości. - zrobił pauzę - Do nieumarłych istot o nieznanej potędze chodzi na wywiady uzbrojony w podarunek w postaci ręki czegoś co żyło (a jest prawie równie potworne) oraz miotacz ognia. Dla niepoznaki jeździ najbardziej charakterystycznym samochodem jaki widziałem w życiu i udaje pizzera. Właśnie po ugoszczeniu dwójki nieznajomych gotów jest z głodu wiedzy i innych, niejasnych przesłanek ruszyć z nimi do Salt Lake, być może wejść w drogę bytowi, co do którego na pewno ma większą niż ja wiedzę jak jest groźny. - Reitnauer cofnął się o krok, by nieco zrównać z Nadezhdą i nachylił by coś powiedzieć, wstrzymał tylko gdy Aaron zaczął coś mówić.
- Mam jakieś dziwne wrażenie, że właśnie zostałem obrażony… - mruknął Aaron.
David uśmiechnął się nieco. Krzywo.
- Twoim zdaniem, człowiek zdrowy na umyśle? Czy wariat? - zapytał cicho Nadezhdę.
- Ktoś, komu słowa "zdrowa dawka paranoi" kojarzą się tylko z reklamowanymi w telewizji zdrowymi płatkami owsianymi.
- Nie o to pytam.
Nadezhda westchnęła.
- Ciężko to określić w ten sposób. Peut-être tout simplement stupide... - spojrzała w oczy Szwajcara - Ale na pewno całkowicie równo nie ma. - mruknęła bardzo, ale to bardzo niepocieszona.
- No pewnie, że nie ma równo pod sufitem. Ale głupim bym go nie nazwał, to ewidentnie bardzo inteligentny człowiek, nawet jeśli wariat z nikłym instynktem samozachowawczym. Bez obrazy. - ostatnie słowa skierował do Aarona, przeprosinowo skinąwszy głową.
- Hej, ty jesteś gościem, który wierzy w brodatego, wszechmocnego tatuśka na chmurce, który zezwala na to wszystko. Mnie wolno być trochę szalonym.
- Mumie są ok biorąc pod uwagę to wszystko, ale Bóg to już za wiele, co?
- parsknął najmłodszy z łowców.
- Na mumie są dowody, na Boga... ech znowu wracamy do tego. Jedna sprawa: Bóg: Wszechmocny, Wszechdobry, Wszechwiedzący… wyjaśnij mi teraz Wampiry, z kimś kto zesłał powódź na cały świat.
- Bóg jest Wszechmocny, Wszechdobry, Wszechwiedzący, mniejsza o wampiry. Jak mógł dopuścić by w ogóle było tyle zła na świecie? Albo zło w ogóle? Nie ograniczaj się, pomyśl. Wrócimy do tego. - David odwrócił się do Nadezhdy - Ale skoro pan Black już zaczął, dobrze, oceniajmy dalej. Ja sam. Może ty pomożesz. Co o mnie wie pani, Vyazemska?
- Jesteś bogobojnym, liżącym buty Inkwizycji mordercą wszystkiego, co zagraża temu, kto ci płaci. A, i jednocześnie jesteś dobry w tym co robisz. Nie we wszystkim, ale w głównych punktach, a to najważniejsze. - odparła dość lekko.
- Nie musisz mi słodzić,wiem dokładnie ile jestem warty. - skonstatował uprzejmym tonem, ale nie słowy - Cztery lata temu miałem obiecującą karierę i cieszyłem się życiem, nie mając pojęcia że istnieje coś takiego jak wampiry lub cokolwiek jeszcze innego. A teraz jestem nie dość, że condotierre, dla inkwizycji najmniej wartym żołnierzem, który ma zginąć aby nie zginął nikt ważny, to teraz chronię ciebie, z twoimi nawykami, twoimi przekonaniami, twoim sarkazmem i podejściem i twoimi wrogami. Ewidentnie, jestem szalony.
- Sądzę, że odpowiednie słowo na ciebie to jeleń. - Aaron się uśmiechnął - Hm… no trochę widzę, że jest spięcia między wami. Chcecie jeszcze coś może wyrzucić z siebie?

- Ktoś tu mnie nie lubi. Dobrze. - oparła się wygodniej w fotelu - Dekady temu miałam dom, bogactwa, prestiż, męża i dzieci, miłość, przyjaciół, rodzinę o wielkich tradycjach i pochodzeniu. Nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak wampiry lub cokolwiek jeszcze innego. A teraz jestem tu z wami i zastanawiam się po co ja tu jeszcze siedzę.
- Bo nie możesz doczekać się spostrzeżenia. Skoro wiemy już, że dwie osoby są niepoczytalne, przyjrzyjmy się trzeciej. Może pan chciałby, panie Black, podzielić się obserwacjami na temat tego, że Nadezhda w przeciwieństwie do nas nie jest wariatką? - przez chwilę gdy wspominała co miała w życiu, prawie mogła dostrzec w oczach Szwajcara współczucie.
Prawie.
- Nie jest wariatką w sensie, który ona używa. Czy jest "nienormalna"? To ghoul na litość boską, do tego ghoul od Tzimisce, do tego ghoul od Tzimisce, który zwiał panu, a wyżej wymieniony chce ją w najlepszym wypadku zabić. Fakt, że jeszcze ze sobą nie skończyła świadczy o masywnym optymizmie, lub że ma jaja jak struś.
Na te słowa Nadezhda jedynie westchnęła głęboko i przetarła oczy jakby ją głowa rozbolała.
- To teraz posłuchaj dobrze, mademoiselle. - wciąż z zacięciem ciągnął jej ochroniarz - Nie chcę, żebyś otrzymała pomoc bo od iluś dekad polujesz na wampiry dla krwi, co czyni cię istotnie osobą o wątpliwej poczytalności, ani dlatego, że budzisz się z krzykiem. Pójdziesz zobaczyć, co może ci zaoferować ten specjalny terapeuta, ten dar od losu, ponieważ zrobiłaś się zbyt przemęczona, zbyt znerwicowana by sobie powiedzieć “faktycznie to może zwiększy moje szanse”... a zamiast tego w jakiejś dzikiej pysze zacietrzewiasz się, że nie może ci to pomóc, na chwilę nim obejrzysz się za plecy na nieruchome cienie. To, albo nie podejmę się ochrony, bo jak mam wówczas liczyć, że gdy zrobi się naprawdę niebezpiecznie, będziesz potrafiła przez chwilę się dostosować? - chwilę oceniał ją wzrokiem - Jeżeli twoja duma przezwycięża nawet twoje chorobliwe pragnienie nieśmiertelności, nie jestem w stanie ci pomóc.
- A co powie twoje Święte Stowarzyszenie, jak zostawisz mnie, hm? - patrzyła teraz na Szwajcara z niepewnością.
- Nie wiem, ale ja powiem, że działałem zgodnie z sumieniem. - odpowiedział bez zawahania David.
- I oczywiście, że będę potrafiła się dostosować… Czemu sądzisz, że nie? Poluję na wampiry, mieszam im, ukrywam się przez pięć dekad przed Starszym Tzimisce. Czy to nie znaczy, że umiem dać sobie radę?
- Lecz teraz jest blisko, bliżej niż był od dekad, nieprawdaż? - zagaił spostrzegawczy Szwajcar.
- Na początku był bardzo blisko, ja nie wiedziałam skąd wziąć krew, jak się odnajduje wampiry, nie miałam nic swojego, nawet tożsamości… Bałam się każdego zaułka, każde...
- Sssz. - Szwajcar przyłożył palec do swoich ust w jednoznacznym geście.
- Możesz to powiedzieć temu, który będzie umiał ci pomóc. Nie ma potrzeby byś powiedziała coś teraz, a później żałowała że akurat nam powiedziałaś. - wyjaśnił bez emocji młody ochroniarz.
Wtedy Nadezhda wyraźnie się zezłościła, chociaż nie było pewne na kogo tak naprawdę. Wstała odpychając od siebie Davida, i to nawet nie szczególnie mocno, bo zakładała, że ten i tak się odsunie.
- Nic mu nie powiem. Nie powiem mu co tam przeżyłam, nie powiem mu jak do tego doszło, nie powiem mu co się działo przed tym, a co się działo po uwolnieniu ani jak ono przebiegło. Nigdy, NIKOMU nie mówiłam tego i nie mam zamiaru tego zmieniać. Takie to trudne do zrozumienia?

Reitnauer faktycznie się odsunął, czekając aż kobieta ochłonie.
Nadezhda stanęła tyłem do mężczyzn i dopiero po chwili odezwała się grobowym tonem:
- Nie wiem po co, ale jeżeli tak straszliwie ci na tym zależy to pójdę tam, abyśmy się sobie popatrzyli głęboko w oczy. To bez sensu, zważając że beze mnie broni nie dostaniesz, ale skoro tak się upierasz to niech i już ci będzie. Wygrałeś. Zadowolony? Mam ci narysować plakat z gratulacjami? - zamilkła na moment - I zmniejszam ci pensję. Znowu.
- Jeszcze nic nie dostałem, więc jak coś zobaczę, to uwierzę. W drodze możecie omówić jak planujecie podejść do śledztwa… ja i tak się na takich rzeczach nie znam. - zerknął na Blacka z wdzięcznością i przeprosinami wypisanymi w oczach - O ile pan się zgadza, panie Black. I nie ma zapotrzebowania na sprzęt, który można zdobyć za pieniądze, a który mógłby pomóc.
- Przykro mi będzie zostawić maszynkę… sporo czasu i pieniędzy w nią włożyłem. Ech… poproszę Aki, aby się nim zaopiekowała. Co do sprzętu… - Aaron się zamyślił - Narzędzia.. laptop..., miotacz ognia pewnie się nie przyda…. kołkownica… fałszywe dokumenty.. . też może będziecie chcieli?
- Fałszywe dokumenty? Mam takie i mogę sobie i tak nowe załatwić. - wzruszyła ramionami Nadezhda.
- Jasne. Erm.. no to wszystko jeżeli o mnie chodzi. - dodał Aaron.
- Przynajmniej na tego nie będzie trzeba wydawać… - mruknęła pod nosem Rosjanka.
 
Zell jest offline  
Stary 21-12-2016, 03:11   #7
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
7 listopada 2016r., Poniedziałek,
Phoenix, późny wieczór, lotnisko


Nadezhda i Aaron przeciskali się przez tłum ludzi na lotnisku. Arkaniście cudem udało się zabukować ostatnie dwa bilety na lot do Phoenix, niestety, bez większego bagażu. Znajomi Nadezhdy potwierdzili, że zamówienie zostało przyjęte i pojawi się jutro w umówionym miejscu. Całość zamówienia nie kosztowała ją dużo, raptem jakieś trzydzieści tysięcy...
Aaron spojrzał na telefon. Do miejsca, gdzie mieli spotkać się z uzdrowicielem dusz, New Hope Community Center, mieli jakieś pół godziny jazdy. Kiwnął na taksówkę gdy tylko wyszli z terminala i ruszyli w drogę.

* * *

New Hope Community Center, Phoenix,
22:11


Taksówka zaparkowała pod budynkiem, zajeżdżając jednym kołem na chodnik.
- To będzie pięćdziesiąt dolców. - facet uśmiechnął się do Nadezhdy. - Chyba, że załatwimy to jakoś inaczej, co lalka? - w radiu mówili, że Clinton prowadzi póki co w sondażach. Całe Stany żyły jutrzejszymi wyborami…
Wybory w Stanach nie mogły już bardziej być obojętne ghoulicy niż były… chociaż czy jakiekolwiek wybory nie były takie dla niej? Nic ciekawego…
Nadezhda spojrzała nieprzychylnie na taksówkarza krzywiąc się… jak zwykle.
- Standardy wychowania już nie istnieją… - wyjęła pieniądze i dała je mężczyźnie, po czym spojrzała jeszcze na Aarona zanim wysiadła okazując pełnię jakiegoś szlacheckiego zgorszenia - Oddajesz mi te pieniądze. - mruknęła do arcanisty.
- Jasne. Chciałem ci powiedzieć zanim wysiadłaś, że facet cię chyba naciągnął. Tak czy inaczej to tu. - wskazał na budynek - Teraz PROSZĘ cię. Daj szansę temu wszystkiemu.
- Och, świetnie. Ale obiecuję, że jeżeli tylko spróbuje coś mi zrobić w imię mojej 'terapii" to ja zastosuję na moim MOJĄ terapię. - prychnęła.
- Lobotomie i trepanacje czaszki wyszły z mody jakieś… czterdzieści lat temu. Więc tego się nie musisz obawiać. Najwyżej przepisze ci jakieś lekarstwa…. z którymi nie będziesz mogła pić, więc to odchodzi jak sądzę.
- Nawet gdybym mogła to nie dam się napychać niczym. - odwróciła głowę oburzona.
Arcanista westchnął.
- Kto wie… może ci się spodoba rozmawianie z nim.
Kiedy Nadezda na niego spojrzała poczuł się, jakby patrzyła na niego jak na skończonego idiotę, ale nic nie powiedziała.
- No co? NIGDY nie spotkałaś osoby, którą polubiłaś?
Nadezhda znowu nie odpowiedziała.

Aaron tylko westchnął po czym podał ramię kobiecie.
- To… idziemy?
Ghoulica przyjęła ramię i z jakąś wyniosłością powiedziała;
- Zaskakujące.
- Że mam w sobie trochę kultury? - zaczął prowadzić kobietę.
Nadezhda znowu nie odpowiedziała, a jedynie dość apatycznie pozwoliła się wprowadzić do budynku.

* * *

Placówka New Hope Community Center wyglądała nieco jak... budynek sekty. W środku pachniało jakimiś kadzidłami, ludzie chodzili w białych togach i bambusowych kapciach (!), wszyscy byli uśmiechnięci i radośnie witali innych. Aaron podprowadził Nadezhdę do czegoś, co wyglądało jak recepcja, gdzie przemiła i uśmiechnięta pani zapytała:

[media]http://healthathomes.com/wp-content/uploads/bb_florida-ent-doctor.png
[/media]

- Tak, słucham?
- Witam, nazywam się Aaron Black, to jest pani Nadezhda Vyazemska. Byliśmy umówieni na spotkanie. - Aaron uśmiechnął się do rozmówczyni. Miał nadzieję, że jego towarzyszka nie zacznie pluć ogniem na recepcjonistkę po pierwszym pytaniu.
- O, pan Black. - uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Pan Andrei już czeka na panią Vyazemską, zaś pan, panie Black, jest proszony do pana Juliana w dość... delikatnej sprawie.
- Och, mogłaby pani powiedzieć coś więcej?
- Pan Julian jest szefem tego ośrodka. Obecnie zwolnił nam się informatyk, a pan Andrei powiedział, że jest pan jednym z najlepszych. - uśmiechnęła się szeroko.
- Roozumiem. No dobrze, postaram się pomóc. - zastanawiało go SKĄD pan Andrei wiedział o jego zdolnościach.

* * *

Nadezhda u doktora

Ktoś, wyglądający jak pielęgniarz poprowadził kobietę przez korytarz, otwarł drzwi przed nią i gestem zaprosił do środka. Na bambusowej pufce siedział mężczyzna, który wyglądał na lekarza.


[media]https://s3-eu-west-1.amazonaws.com/znanylekarz.pl/doctor/30197f/30197f36009995e518afa508ba4200b2_large.jpg
[/media]

- Witaj, Nadezhdo. - uśmiechnął się do niej, wyciągając dłoń na powitanie.
Nadezhda westchnęła w duchu, ale bądź co bądź nie było sensu być w tym momencie nieuprzejmym, bo jeszcze ten cholerny Szwajcar się dowie i zechce zerwać umowę…
Przez ledwo ułamek sekundy wahała się czy aby tak powinna się witać, ale zaraz podała dłoń w iście kobiecym geście, wierzchem dłoni ku górze.
- Witaj…
- Zacznijmy może od początku... - spojrzał do karty. - Cóż Cię do mnie sprowadza?
- To proste. Taki mój znajomy zagroził mi, że jeżeli tu nie przyjadę to zerwie znajomość, więc nie chcąc musiałam się zjawić… - skrzywiła się - Niekomfortowa sytuacja, ale może zakończymy to po prostu szybko?
- Nadezhdo. - westchnął. - Jednym z wymogów mojej terapii jest to, że musisz chcieć w niej uczestniczyć.
- Co ja mogę poradzić na to, że uczepiono się jakbym miała jakiś problem i musiała uczestniczyć w terapii? Przecież nic mi nie jest…
- A jak to odbierają pani znajomi? - zapytał po chwili.
- Są przewrażliwieni. Dla nich każdy kto miewa złe sny, jest ostrożny i czasem się poirytuje to już kandydat na terapię. - mruknęła - Tak to już jest z dziećmi. Łatwo je zmartwić.
- Z dziećmi, tak? - zapisał coś w kajeciku. - Może pani rozwinąć tę myśl?
- Semantyka. - wzruszyła ramionami - Żaden z nich nie rozumie życia, a na pewno nie ten tam z komputerem.
- Aaron, tak? - zapytał, nie oczekując odpowiedzi. - Opowiedz mi o swoich snach, Nadezhdo.
- Dlaczego?
- W końcu po to tu przyszłaś, prawda?
- Poprawka. Zostałam w pewnym stopniu zmuszona do tego, a zgodziłam się, bo już mnie głowa bolała od ich jęczenia. - spojrzała doktorowi w oczy - Moje sny? Nic ciekawego. Ot, takie jak zapewne mają wszyscy, te z kolekcji "Mało przyjemne".
- Ech, rozumiem. - westchnął. - Nie masz na to ochoty, prawda?
- Sądzę, że mało kto by miał. Jestem dorosła, radzę sobie idealnie. - westchnęła - Dobrze, ale oni chyba nie dadzą mi tak łatwo spokoju, co? Jakbym już nie miała na głowie ogarniętego dzikimi żądzami natręta.

- Natręta? Czyżby to był powód twoich lęków, Nadezhdo? - oczy spojrzały na nią przenikliwie. Czy on mógł coś wiedzieć...?
- Och, tak. Coś jak uporczywy wielbiciel, który wytapetował sobie pokój twoimi zdjęciami, ale czy powód lęków… - wzruszyła ramionami - Nie powiedziałabym. Raczej jest na tyle męczący, na ile męczący może być komar bzyczący wokół ucha, gdy chcesz spać, a zanim go rozsmarujesz po ścianie to trochę zajmie. - Nadezhda starała się wyglądać na zupełnie wyluzowaną, chociaż gdzieś w głębi spięła się na reakcję doktora.
- Rozumiem. Nadezhdo, myślę że wiem już wszystko. - uśmiechnął się do kobiety. - Jeśli jesteś zainteresowana dalszą terapią, możemy się spotkać jutro, gdzieś koło dwudziestej. Co ty na to?
- Zastanowię się jeszcze. - wstała z miejsca - Nie lubię podejmować decyzji… zbyt szybko.
- Rozumiem. W takim razie, życzę miłego wieczoru, Nadezhdo. - uśmiechnął się do niej. Czy to były kły? Wampirze kły?! Nie była tego pewna, a sam uśmiech trwał zbyt krótko…

Zamorduje tego Szwajcara, znowu mu odejmę z pensji! To wszystko JEGO wina!
- Tak, owocnego, ale jutro i tak ma być piękny dzień to nie ma co myśleć o wieczorze… Słoneczny, jak nie o tej porze roku. - spojrzała jeszcze raz na, hmm, swojego kochanego doktora i z wyuczoną w sobie paranoją, ostrożnie ruszyła w kierunku drzwi jednocześnie wyczulając się na zagrożenie…
- Do svidaniya.
- Do widzenia. - posłał jej ciepły uśmiech.

* * *

Aaron i bardzo prywatne SMSy
Mężczyzna ruszył korytarzem, obserwując odchodzącą Nadezhdę. Urocza pani z recepcji poprowadziła go krótkim korytarzem, potem przez bambusowe drzwi. Po chwili stanął przed dość młodo wyglądającym mężczyzną - zapewne, panem Julianem.

[media]http://archiwum.kontrowersje.net/sites/default/files/resize/remote/bba41233069e6e289cc3d7445d9d6997-288x211.jpg
[/media]

- A, pan Aaron! - ucieszył się na jego widok. - Pan Andrei opowiadał mi o panu w samych superlatywach... Mamy tutaj delikatną sprawę. - zniżył głos do szeptu. - Prawdopodobnie mamy kilka robaków w systemie, które uniemożliwiają nam pracę…
Aaron uniósł brew. Też zniżył głos do szeptu.
- A przez robaki rozumiemy?
- Mamy jakiegoś upierdliwego wirusa w systemach. - uśmiechnął się przepraszająco. - Ale to pan jest specjalistą, prawda?
- Yhym, no dobrze. Proszę pokazać mi jakiś zainfekowany komputer i postaram się coś z nim zrobić.
- Serwer. - poprawił go Julian. - Proszę tędy. - zaprowadził go do pomieszczenia, gdzie mieściła się serwerownia.
Aaron podążył za panem Julianem.
- Więc, kiedy pojawiły się przesłanki o wirusie? Dni? Tygodnie?
- Jakoś trzy dni temu, jak zwolnił się nasz informatyk. Podejrzewam, że to jego robota.
- Rozumiem. - Aaron rozejrzał się po serwerach - Tak czy inaczej, potrzebuje komputera, aby podłączyć się do serwera. Postaram się załatwić to szybko.
- Proszę, tam jest laptop. Proszę czuć się jak u siebie. - uśmiechnął się. - Jeśli pan pozwoli, zajmę się innymi rzeczami, dobrze?
- Oczywiście. - Aaron zasiadł przy laptopie i zaczął przeglądać serwery - No dobrze robaczku, gdzie jesteś?

Arcanista bez problemu wszedł na serwer i zaczął przeszukiwać biblioteki z danymi. Po dwudziestu minutach trafił na pierwszy trop - szyfrowana wiadomość przychodząca, którą ktoś tutaj otwarł, pewnie uwalniając coś do wnętrza sieci.
- Oczywiście…- Arcanista wyizolował wiadomość i przyjrzał się kodu wiadomości jak i samej treści.
Wiadomość była sprzed trzech dni, od kogoś, kto przedstawił się jako Boc. “Zbieraj graty, działamy w SLC”. I tyle… W tym czasie, zawibrował telefon Aarona, zwiastując nadejście smsa.

“Info od moich. W Phoenix - New Hope Community, lokalny szef powiązany z nadnat. 75% pijawka. Może ślad do ogarnięcia? Jadę do Was. W Salt Lake ponoć gorąco.”


Serce Aarona zatrzymało się na chwilę. Szybko odpisał.
"Jesteśmy w New Hope, Nadez ma tu terapię. Ostatni informatyk przeniósł się do Salt Lake, najpewniej też nadnatural."
Teraz musiał pomyśleć, najpierw sprawdził czy drzwi do serwerowni były otwarte. I były.
Arcanista odetchnął, Nawet jeżeli to są pijawy nie znaczy, że od razu muszą chcieć ich zabić. Camarilla mogła odwracać uwagę przed drobnymi wypadkami, a nie przed "Przychodnią, która morduje klientów". Martwił się trochę o Nadezhdę, ale mógł też sporo ryzykować robiąc scenę z tego wszystkiego. Postanowił wrócić do serwera i znaleźć wirusa, oraz wszelkie informacje, które mogłyby potwierdzić, czy pan Julian powinien otrzymać akt zgonu.
Bez problemu odnalazł kilka robaków w systemach, usunął je. To nie wyglądało na jakikolwiek atak z zewnątrz, wirusy zostały podłączone z pendrive’a... Jego telefon ponownie zawibrował, oznajmiając przybycie kolejnego smsa.

“Normalnie nie zawsze wiadomo, ale kazali mi sprawdzić. To nie żarty. N. z tobą?”


Aaron odpisał szybko:

"Nie. Zaraz do niej wracam. Staram się być na dobrej stopie z Julianem. Dam znać jak wyjdziemy."

“wydost N z budynku” nadeszła odpowiedź po niecałych 10 sekundach. A potem “ASAP” nim doczytał zdanie.

Aaraon zamknął laptopa, po czym wyszedł z serwerowni. Zaczął wracać do miejsca gdzie ostatnio widział Nadezhdę, miał nadzieję, że skończyła już "leczenie duszy".

* * *

Kuszenie przed budynkiem


Aaron spotkał Nadezhdę czekającą na niego przed samym budynkiem.
Kobieta zobaczył, że ewidentnie ulżyło Arcaniście kiedy ją zobaczył.
- Martwiłem się o ciebie. David wysłał mi wiadomość. Ponoć szef tego przybytku, to komar.
Nadezhda uśmiechnęła się grobowo.
- Naprawdę? Skąd taka pewność? Swoją drogą… Mam uderzyć ciebie czy Szwajcara, a może obydwu?
- To nie pewność. Twierdzi, że na jakieś 75%. Możesz obu. Ja muszę pogadać z Aki o tym miejscu.
- Wyciągnij go i sprawdzimy. Jak przeżyje kołek w serce to znaczy, że komar.
- Praktyczne, ale z konsekwencjami jeżeli się mylimy i nie. Na razie zostawmy ich, nikomu chyba nie szkodzą. - spojrzał na kobietę - Więc… jak było?
- Pouczająco i mam nadzieję, że moje słowa dotrą do kogo trzeba. - mruknęła - Gdzie ten Szwajcar? - spojrzała w stronę kliniki - I może chodźmy stąd. Ugryzienia może i są świetne, ale tym razem się obejdę.
- Poważnie? Aż tak przyjemne? - Arcanista wyciągnął rękę wzywając taksówkę.
- Następnym razem jak będziesz przeprowadzał swoje wywiady to poproś, aby rozmówca cię ugryzł, a wierz mi - doznasz ekstazy jakiej jeszcze nie doznałeś, co w twoim przypadku nie jest trudne do osiągnięcia.
- Hej. Co to niby miało znaczyć?
- To tylko takie drobne słówka, nie masz się co przejmować. - spojrzała mu w oczy i ściszyła głos - Zanim jednak sobie polecimy musimy… zatrzymać się gdzieś, gdzie będzie miło, przytulnie i… - ostatnie słowo wyszeptała mu do ucha - ...prywatnie.
Aaron uniósł brwi.
- Erm… dobrze. Czy mam wynająć coś lepszego, czy potrzebujesz miejsca gdzie nikt nie zwróci uwagi na moje krzyki, kiedy postarasz się pokolorować mną ściany?
- Bardzo prywatnego. Nie musi być lepsze, byleby… prywatne. - szepnęła mu do ucha Nadezhda - Spodoba ci się, jestem… doświadczona.
Aaron szczerze wątpił, aby kobieta miała te same myśli co on. Udało mu się zawołać taksówkę i po kilku chwilach byli w drodze.

***

Zabawy dorosłych w miejscu prywatnym i przytulnym

Dziesięć minut później Aaron wynajął im pokój w trójgwiazdkowym motelu.
- No to proszę. Cicho i prywatnie.
- Świetnie. - zawyrokowała Nadezhda i wskazała na łóżko - Kładź się. - powiedziała rozpinając płaszcz.
Aaron spokojnie również zdjął kurtkę i położył się na łóżku, patrząc na kobietę.
Ghoulica podeszła do niego, nachyliła się i zaczęła delikatnie gładzić opuszkami palców twarz Aarona.
- Ok, na poważnie. Co planujesz? Chcesz zrobić mi rogi? Skleić powieki?- w głosie Arcanisty był słyszalny niepokój.
- Cii… Nie bój się. - obserwowała jego twarz z niewielkim zainteresowaniem… nie większym niż przykłada się do masy, z której można stworzyć rzeźbę - Nie krzycz głośno. Najlepiej nie podnoś w ogóle głosu.

- Erm… co? Mogę się nie zgodzić na to? Czy możemy chociaż ustalić jakieś "safeword"?
- Safe… co? - delikatnie pociągnęła mu skórę policzka - Dać ci coś do zagryzienia?
- Nie ucieknę od tego prawda?
- Możesz próbować. - mruknęła Nadezhda skupiona na rysach Arcanisty - Ale chyba lepiej im zakręcić w tych łebkach, hmm? - spojrzała w oczy Aaronowi wzrokiem… dziwnie… cóż. Profesjonalnym? - To jak z tym do zagryzienia? Nigdy tego nie robiłam na innych, więc nie wiem jak będzie… ale zawsze można się nauczyć czegoś nowego.
- Jeżeli mam być cicho… ból i alkohol nie jest czymś co znoszę dobrze.
Nadezhda rozejrzała się po pomieszczeniu, ale nie widząc niczego konkretnego, wzięła ze stolika niezbyt czysty materiał służący najwyraźniej za serwetę i podała go Aaronowi.
- Proszę. Nie będę teraz szukać dalej. Postaraj się nie zasłaniać nią zbytnio twarzy. Problem jest taki, że nie znam progu bólu innych osób, a pewnie się różni od mojego. - nachyliła się ponownie nad Arcanistą - I nie rzucaj się, będzie mi to przeszkadzać.
Aaron tylko delikatnie kiwnął głową, zagryzł materiał i zamknął oczy.
Nadezhda podeszła jeszcze do okien i zasłoniła je szczelnie firanami, żeby nikt nie podglądał ich w tej bardzo… intymnej… chwili.

Rosjanka wróciła do leżącego mężczyzny. Usiadła obok jego głowy i przez chwilę przypatrywała się jeszcze Aaronowi, ale zaraz zabrała się do… pracy.
I nie należało to do najprzyjemniejszych odczuć w jego życiu… a raczej do tych szczególnie nieprzyjemnych.
Nadezhda wiedziała co robić, ale nigdy wcześniej nie robiła tego na kimś innym. Tak jak powiedziała Arcaniście, nie znała innego progu bólu prócz swojego samego. Na sobie przeprowadzała podobne "operacje" z większą pewnością, co było paradoksalne, jako że modyfikując swój wygląd musiała się posiłkować jakimś lustrem najchętniej, a tutaj… tutaj miała przed oczyma żywy okaz. Niemniej nie miała zamiaru umyślnie sprawiać bólu mężczyźnie acz liczyła się z tym, iż może on jakiegoś doświadczyć. Cóż…

Aaron poczuł najpierw uszczypnięcie, a później… uczucie nie było porównywalne z czymś, co czuł kiedykolwiek, zupełnie jakby kawałek skóry jego policzka zaczął szczypać jak przy zbyt mocnym nacisku, a później został pociągnięty zbyt mocno, jak dla Aarona. Kiedy na chwilę ważył się otworzyć oczy, zobaczył skupioną Nadezhdę, wpatrzoną w jego policzek, trzymającą w palcach jednej dłoni rozciągniętą skórę zbyt nienaturalnie, aby można było to uznać za coś zdrowego, zaś drugą "masującą" resztę jego twarzy… i wtedy przyszedł ból.

Wolał nie otwierać oczu, a wręcz nie chciał tego robić. Wystarczyło mu to, co czuł, a chociaż Nadezhda starała się być jak najdelikatniejsza to przychodziły momenty, w których Arcanista musiał zacisnąć mocno zęby na materiale. Nie wiedział i wolał nie wiedzieć co tak naprawdę się z nim dzieje, a mówiąc szczerze - zapewne nic, co by mu się spodobało.

W pewnym momencie poczuł jakby palce Nadezhdy nieznacznie wsunęły się pod jego skórę przy lewym oku. Z bólu wypluł materiał i chciał krzyknąć, ale krzyk został zduszony przez dłoń kobiety.
- Cii… Spokojnie. Już kończę, wytrzymaj jeszcze chwilę. - poczuł delikatne pogładzenie włosów i zaraz materiał znowu został podstawiony pod jego usta - Zaraz to minie…

Aaronowi wydawało się, że ta chwila trwała wieczność, chociaż tak naprawdę chwilą była, a kiedy wszystko ustało, poczuł nieopisaną ulgę.
- Poszło szybciej niż przypuszczałam… Zobacz się. - to usłyszawszy poczuł jeszcze jak Rosjanka mierzwi mu włosy - Nie jest idealnie, ale jakoś jest.

Kiedy otworzył w końcu oczy zobaczył, w trzymanym przed nim przez Nadezhdę niewielkim lusterku, swoje odbicie. Było… inne. Starsze i… po prostu inne.


- Jeżeli bardzo bolało to wiedz, że nie miałam tego w zamiarach. Muszę jeszcze coś z sobą zrobić… - ghoulica spojrzała uważnie na Arcanistę i przysunąwszy się bliżej jego twarzy szepnęła mu do ucha, zaś w jej tonie było coś z pogranicza prośby a czegoś mniej miłego - Tylko nie mów Szwajcarowi, że bolało, bo jego nastawiony na Biblię móżdżek tego nie pojmie... dobrze?
Aaron był delikatnie otępiały bólem, ale w końcu kiwnął głową.
- Czemu to robimy? I czemu po prostu nie powiedziałaś co zamierzasz?
- Przecież ci mówiłam czemu - aby namieszać w głowach komarom. - wzruszyła ramionami - I nie chciałam przecież cię zawczasu zbyt martwić oraz prowadzić do spięć, kiedy byś oponował. Do tego… zapewne i tak byś nie pojął, bez urazy dla ciebie… ale chyba nie było tak źle?
- To… było nie do opisania. Takiego bólu jeszcze nie czułem, nie to że był niewyobrażalnie silny… po prostu… dziwny.- Aaron zaczął przyglądać się sobie w lustrze - Możesz to cofnąć, prawda?
- Hmm… - Nadezhda udała zamyślenie - To zależy ile jesteś skory zapłacić.
- Ha… - odparł sucho - Przynajmniej nie zmieniłaś mnie w czarnego…
- Wszystko przed nami. - odparła lekko.

Aaron pokręcił głową.
- Davida też tak urządzisz?
- Myślisz, że można tu gdzieś kupić sznury do przywiązywania łodzi?
Aaron spojrzał podejrzliwie na kobietę.
- Czemu?
- Pytałeś czy Davida też tak urządzę, prawda? - wyszczerzyła się - Nie ma sprawy, tylko potrzebuję najpierw tych sznurów i czegoś odurzającego. To drugie łatwo zdobędę.
- Wódka trochę zajmuje, aby odurzyć. Chyba, że wstrzykniesz mu ją prosto w żyły… Więc, chcesz wrócić do tej lecznicy?
- Najpierw niech ten bezużyteczny Szwajcar tu się pojawi… i muszę się zająć swoim wyglądem. Jeżeli chodzi o środek odurzający, to kto mówi o wódce?
- Twoje rosyjskie korzenie.
- Nie zasłużył na nią, a do pacyfikacji może posłużyć wiele innych specyfików, które nietrudno mi zdobyć. - odparła lekko.
- Skąd?
- Od przyjaciół.
- Myślałem, że nie posiadasz takowych.
- Jak to wy mówicie… hmm… to chyba było tak - friends with benefits.

Aaron przekrzywił głowę.
- Znajomi, którzy uprawiają ze sobą seks bez zobowiązań?
Nadezhda skrzywiła się lekko, ale odpowiedziała z miną sugerującą, że chyba do końca się nie zrozumieli.
- Nie wchodzę w ich życia prywatne, ale na pewno to robią z innymi, spoza ich kółka, właśnie bez zobowiązań. Mnie chodziło, że benefits odnosi się do korzyści jakie dzielę z nimi.
- Lepiej nie korzystaj z tego określenia. Współcześnie oznacza to co ja powiedziałem. Więc, kim są ci przyjaciele, którzy od tak mogą załatwić ci środki odurzające?
- Czyżbyś był zainteresowany?
- Może… kto wie co jeszcze mogą załatwić. Więc? KGB? Rosyjska mafia? Yakuza? Kolumbijski kartel narkotykowy? Giovanni?
- A ty co - pies policji, że się tak dopytujesz? Ważne, że mogłabym coś załatwić tylko musisz mi powiedzieć w jaki stan ma cię to wprowadzić, z jaką siłą i ile jesteś w stanie zapłacić, a popytam.
- Gdybym trzymał z Ekstatykami to może, mnie bardziej chodziło o elektronikę.
- Nigdy nie rozpytywałam o elektroniczne zabawki… ale może… Pewnie mają jakiegoś… dłużnego im… jak to dobrym znajomym… sprzedawcę. - zamyśliła się - Ale to i tak będzie kosztować. Na pewno nie chcesz tych środków? Będą z dobrej półki, nie jakieś odrzuty. Nie pożałujesz, jak mi wiadomo.
- Wolę nie. Te rzeczy niszczą mózg, a to jedyny organ, który do czegoś mi się przydaje.
- Nie wątpię. - odparła, ale po jej uśmieszku Aaron wnosił, że właśnie wątpi - W razie czego - pytaj. Postaram się coś załatwić, a teraz wybacz, ale znudziła mi się już ta twarz. Ty natomiast ponapawaj się moją rzeźbą, dotknij jej. Lusterko? - wyciągnęła dłoń i kiedy mężczyzna oddał je, zajęła się swoim wyglądem.

Aaron dotknął swojego nowego policzka.
- Ał… Ech, miałem pogadać z Aki… Dobra wyłączę kamerkę i wyjaśnie zanim mnie zobaczy.
Nadezhda nie słuchała już zbytnio, tylko usiadła tyłem do Aarona wpatrzona w lusterko.
- Napisz temu Szwajcarskiemu Stróżowi, żeby się z łaski swojej pospieszył i nie patrz teraz na mnie. Jestem wstydliwa.
- Że co proszę? Wstydliwa? Właśnie zmieniłaś mi twarz, to jedno z bardziej intymnych doznań jakie mogę sobie wyobrazić. - Arcanista sięgnął po komórkę i wysłał wiadomość do Davida.
"Wyszliśmy, Nadezhda coś mi zrobiła z twarzą. Planujemy wrócić do New Hope chyba. Dam znać gdzie się zatrzymamy."
- Jeżeli to jedno z bardziej intymnych doznań… to musisz mieć smutne prywatne życie. - stwierdziła kobieta odwrócona od Arcanisty - Ach, tak. Nie masz żony.
- Dziewczyny, z którymi spędziłem noce, nie wsadzały mi palcy pod skórę twarzy. Jeżeli tak wygląda TWOJE życie prywatne… to w Rosji naprawdę wszystko jest inne.
- Tak i jeszcze ciekawiej. - mruknęła Nadezhda - Do tego… Spędzałeś noce z różnymi dziewczynami? Wieloma? Bez ślubu? Kto cię wychowywał? Jacyś z klasy robotniczej?
- Jeden: Ameryka, kraj wolności. Dwa: Ojciec był górnikiem, a matka pielęgniarką.
“poczekajcie. nie ufaj jej, miej na oku” - przeciągłe piknięcie smatfona, brzmiące jak akompaniament jego mało imponujących początków, powiadomiło Aarona że otrzymał odpowiedź.
- Górnikiem… - mruknęła Rosjanka, a kiedy rozległ się sygnał komórki westchnęła - Czy już zabito tego kota? - Aaron nie widział jej twarzy, ale był pewien, że kobieta musiała się skrzywić - Odpisał?
- Tak, napisał, żebyśmy czekali na niego.


Minęło trochę czasu nim Nadezhda zakończyła swoje zabiegi kosmetyczne...

Kiedy Arcanista spojrzał na odwróconą tyłem kobietę, zobaczył jak rozplata sobie włosy, które miały już inny kolor. Nie były blond, a jasnobrązowe. Kiedy zaś Nadezhda odwróciła się do niego zobaczył zupełnie inną twarz.

[media]https://img1.goodfon.ru/wallpaper/big/3/fc/devushka-milaya-volosy-vzglyad.jpg[/media]

Wyglądała jak około dwudziestolatka, o brązowych włosach, wpadających w zieleń oczach i delikatnych, niezniszczonych wiekiem rysach. Dziewczyna jeszcze raz skupiła uwagę na odbiciu w trzymanym lusterku, po czym wstała. Kiedy jednak się odezwała Aaron zorientował się, że…

- Musimy poszukać innego miejsca, aby przeczekać zanim ten Obrońca Niewinnych się tu zjawi.

...jej głos był inny, bardziej pasujący do dopiero co wyrosłej dziewczyny...

- Skaranie losu z tym durniem.

...ale tak, to wciąż była Nadezhda.

- Jasne… mogę zadać pytanie natury… prywatnej?
- Zależy, ale spróbować możesz. - odparła Nadezhda przeczesując dłonią włosy.
- Jak daleko poszłaś ze zmianą wyglądu? Zmieniłaś kiedyś płeć?
- Dlaczego pytasz? - kobieta spojrzała na niego niepewnie.
- Czysta ciekawość? Zastanawia mnie… zakres twoich możliwości.
- Jak złamiesz nogę to ci jej nie naprawię. - odparła niepocieszona - Po prostu nie mogę.
- Nie odpowiedziałaś na pytanie. - uśmiechnął się trochę zaczepnie Aaron.
- A co, brakuje ci piersi, że tak wypytujesz?
Aaron zastanowił się głęboko.
- Nie odmówiłbym… chociaż, wolałbym żeby miały wyłącznik. Ech, przyznam, że zazdroszczę czasem kobietom ich ciał.
- Wiesz, żeby dobrze i przekonująco zmienić płeć przydałoby się też popracować nad niektórymi kośćmi czy takimi tam… Czy udawałam kiedyś mężczyznę? - uśmiechnęła się słodko - Nie potwierdzam, że nie próbowałam go trochę bardziej przypominać… z twarzy przynajmniej.
- Musiało być trudno. Wy.. słowianki jesteście takie ładne. Ciężko pewnie zmienić coś takiego w mężczyznę.
- Jesteśmy najładniejsze, szczególnie jeżeli chodzi o Rosjanki. - odparła jakoś głucho Nadezhda - Przynajmniej większość.
- Zakładam, że ty przodowałaś wśród ładnych. - Aaron uśmiechnął się - Zważając na twój charakterek.
- Co to ma niby znaczyć? - Nadezhda zmarszczyła brwi.
- Ładne kobiety przeważnie mają paskudne charaktery, aby lepiej wykorzystać walory swej urody.
Nadezhda tylko prychnęła.

- Więc? Jak wyglądałaś przed tym wszystkim z ghoulowaniem i Vicissitude? Opisz się. Kolor włosów, kolor oczu itp.
- Mojemu mężowi się podobałam. - włożyła lusterko do torby - Musimy już stąd iść. Nie wiem gdzie przeczekamy, ale coś się znajdzie. Jeżeli będzie można tam coś kupić do picia czy jedzenia - ty płacisz.
Aaron kiwnął głową.
- Jasne. Nie znam się na mieście, ale chyba coś znajdziemy.
 
Zell jest offline  
Stary 25-12-2016, 20:06   #8
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
7 listopada 2016r., Poniedziałek, 18:30,
Chicago, kawalerka Aarona.

Telewizor rzucał na całe pomieszczenie zmienną łunę kolorów wobec braku innych źródeł światła. Brak było jakichkolwiek nowych informacji na temat ataku w SLC, mówili ciągle o sondażach przedwyborczych i spekulacjach kto zostanie nowym prezydentem USA. David klęczał za kanapą z zamkniętymi oczyma i dłońmi złożonymi do bezgłośnej modlitwy. Noszony zazwyczaj na szyi krzyż teraz łańcuszkiem opleciony był wokół jednej z nich. Nie sposób było określić od jak długiego czasu od chwili odjazdu taksówki Nadezhdy i Aarona. Zadzwoniła jego komórka. Nie również zabezpieczony Android, ale Blackberry powierzony przez bożych szaleńców, jak on sam. Dzwonił ktoś z góry, z amerykańskiej gałęzi Inkwizycji, pod czyją był pieczą…
Otworzył oczy i przeżegnał się, sięgając po telefon i zerkając odruchowo na ekran jeszcze nim wstał z klęczek. Oczywiście, nie widział od kogo dokładnie połączenie.
Ale można było się domyślić.
- Macie nowy przydział, Condotierre. - usłyszał w słuchawce.
Wrzucił telefon do kieszeni na piersi wykrochmalonej koszuli. Podłączył tylko zestaw słuchawkowy, zakładając go na głowę i zerkając na przygotowane do podróży torby schlezingerowe. Raptem trzy, biorąc pod uwagę skromne wymagania Aarona.
Doradził mu jednak, żeby miotacz ognia rozłożył na bardziej utylitarne, proste do wyjaśnienia policji części i zapakował.
- Przyjąłem. - potwierdził że czeka na instrukcje, po kilku chwilach ciszy wynikłej z podłączania do telefonu kabla. Równocześnie zaczął chodzić po mieszkaniu i gasić światła.
Taksówka z Aaronem i Nadezhdą ruszyła na lotnisko, z którego polecą do Phoenix, raptem godzinę temu. On sam był prawie gotów zamknąć mieszkanie na cztery spusty i jechać prosto do Salt Lake jako William Kreuss, dzięki uprzejmości ich gospodarza, który ewidentnie potrafił powielić ich tożsamości…
To że Nadezhda miała kilkanaście paszportów to inna historia, ale on sam był wdzięczny za możliwość zyskania na anonimowości.
Tymczasem nie przerywając sobie w ostatnich przygotowaniach do podróży zastanawiał się, co inkwizytorzy mieli w planach… miał szczerą nadzieję, że chodzi o tymczasową zmianę planów. Nie widział sensu mówić im o tym, jakie trudności sprawiała zmiana planów teraz - musieli wiedzieć, więc albo to błahostka, albo pilny problem...
- Zapewne słyszeliście o szpitalu w Salt Lake City, Condotierre? - usłyszał po chwili. - Z tego, co nam wiadomo, w całą sprawę są zamieszane byty nadnaturalne. Całością sprawy zajmie się jednak inne zespół. Waszym zadaniem będzie sprawdzenie pewnej placówki, mamy bowiem przypuszczenia, że działają tam wampiry. - był w stanie wreszcie rozpoznać głos rozmówcy. To była ta siostra zakonna, z którą rozmawiał niedawno...
- Mowa cały czas o Salt Lake, prawda? - upewnił się Leopoldian.
- Niekoniecznie. Mowa o Phoenix. - usłyszał w słuchawce.
- Proszę o priorytet z zadaniem ochrony Vyazemskiej. - powiedział, chcąc doprecyzowania co jest w tej chwili najważniejsze - Ona jest w drodze do Salt Lake. Będzie polować. Wyruszyła z człowiekiem z organizacji o nazwie… Arcanum. - powiedział, wahając się by nie przekręcić - Wybaczcie siostro… wiem, że to nie chwila na raport, po prostu mam do nich dołączyć na miejscu poruszając się autostradą.
Długo w słuchawce słyszał wyłącznie ciszę. Jednak po kilku minutach, dobiegły go takie słowa.
- Arcanum i Vyazemska? Condotierre, z tego co wiem, widziano ich wsiadających do samolotu do Phoenix. - głos był twardy.
- Tak jest. Będą tam kilka godzin, następnie lecą do Salt Lake. Zakładam, że nasze ustalenia są dość pewne, bo powierzono mi kluczyki do jego samochodu. - nie tracił czasu na wyjaśnienie, że samochód był potrzebny do przetransportowania broni i dyspozycyjności na miejscu. Podobnie było w zespole Franka.
Stowarzyszenie miało swoje opracowane metody, a cokolwiek sobie myśleli badacze z Arcanum, logistyka to podstawa działania takiej organizacji. Logistyka, dyscyplina i wiara.
- W takim razie, macie szansę spotkać się tam z nimi, Condotierre. New Hope Community Center, mówi wam to coś?
- Chrześcijańska organizacja non-profit, z placówką w zasadzie we wszystkich stanach. Niewiele więcej. - przyznał Szwajcar, pakując ostatnie rzeczy i wyłączając wszystko co podłączone do prądu.
- Jej szef w Phoenix, Julian, jest mocno związany ze światem nadnaturalnym. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, jest wampirem.
- Przyjąłem. Czekam zatem na instrukcje i pozwolenie na uprzedzenie mojego klienta.
- Macie pozwolenie, Condotierre. Dajcie znać, jak zbadacie sprawę. - rozmowa urwała się tak nagle, jak zaczęła.
- … - chciał jeszcze o coś zapytać… ale nie było to jego miejsce. Phoenix… usiadł ciężko w fotelu. Nie była to Europa, nie wiedział, czy otrzyma jeszcze drogą tekstową wiadomość z uszczególnieniem pewnych kwestii, ze spisanymi instrukcjami, ale miał dość by działać i wiedział o tym. Zerknął na zegarek. Stwierdził, że wyśle wiadomość do Blacka i Nadezhdy jak już wylądują w Phoenix, i tak zagrożenie dla nich było incydentalne skoro jechali do jakiegoś znajomego Aarona. Założył skórzaną kurtkę na bawełnianą koszulę, rękawiczki i zebrał bagaże. Miotając się z nimi - bo kto by się nie miotał z trzema torbami schlezingerowymi i plecakiem - wydostał się jakoś przez drzwi na zewnątrz apartamentu, i obejmę plecaka wziął w zęby. W ten sposób mógł zamknąć mieszkanie na klucz i objuczony z trudem wyruszyć w stronę parkingu…




8 listopada 2016r., Wtorek, 14:16,
Phoenix, przygody Nadezhdy i pieniędzy Aarona.

To nie był dobry dzień dla finansów Aarona. Od razu zrozumiał czemu wciąż nie poszukiwał innego związku niż przelotne znajomości bądź te siedzące większość czasu w Internecie… dosłownie.

Kobiety po prostu były drogie w eksploatacji.

Po opuszczeniu motelu, w którym ghoulica przeprowadziła na jego twarzy bardzo niepokojącą i całkowicie niekomfortową operację, Rosjanka zażyczyła sobie zatrzymanie się w hotelu o konkretnym standardzie. Arcanista nie miał pojęcia w jaki sposób Nadezhdzie udało się przekonać, najwyraźniej, swoim czystym osobistym wdziękiem, mężczyznę zajmującego się hotelem o tak późnej godzinie, żeby zrobił wyjątek i pomimo zamknięcia miejsca na późną noc wynajęto im jeden z dwuosobowych, małżeńskich pokoi, w którym szybko się rozgościli. Ku irytacji Rosjanki posiadał on tylko jedno łóżko, ale ku rozpaczy Aarona także znalazła w nim miejsce kanapa. Kobieta szybko ustaliła zasady - ona zajmuje wielkie łóżko, zaś skazany na wygnanie Black musi się zadowolić kanapą.

Dumna Rosjanka nie zgodziła się bowiem za żadne skarby dzielić z nim łóżka, mówiąc że nie są na takim poziomie zażyłości… i nigdy nie będą.

Nie zasnęli dopóki nie wzeszło słońce, a aby się upewnić, iż mężczyzna nie postanowi spać, Nadezhda (w momencie, gdy ten poddawał się potrzebie snu) potrafiła rzucać (i to dość celnie) rzeczami w Arcanistę. Początkowo były to elementy posłania, jednak gdy te się skończyły postanowiła użyć mniej delikatnej i mniej lekkiej torby mężczyzny, jaka trafiwszy go boleśnie w klatkę piersiową skutecznie go rozbudziła… szczególnie gdy ghoulica usadowiona wygodnie na łóżku, zagroziła że następnym razem będzie celować w głowę. Uwierzył jej.

W międzyczasie mało odzywała się do Arcanisty, skupiając się na jakiś kartkach, a gdy mężczyzna zapytał o nie, stwierdziła jedynie "I tak nie zrozumiesz, Amerykaninie", co było szczerą prawdą, bo ten zdołał zauważyć, że były one zapisane znakami wszelkich diabłów, w większości nie przypominających niczego, co można by nazwać literą, ale mając obeznanie z Google zrozumiał, że to musi być sposób zapisu Rosjan. Wiadomo, w końcu w Rosji wszystko stoi na głowie to dlaczego nie miałby też stać alfabet?

W trakcie oczekiwania na wschód Nadezhda wysłała SMSa ze swojej komórki do drogich jej sercu przyjaciół, który zawierał taką wiadomość:

"Potwierdzam odbiór, ale to chwilę zajmie zanim się zjawię. Zawirowania własne. Belaya."

Następnym bólem dla Arcanisty było śniadanie zjedzone w hotelu. Nadezhda najwyraźniej miała delikatne podniebienie i chociaż nie pochłaniała jedzenia tonami, to jednak wybierała raczej te… droższe… kąski. Można było się zastanawiać jak ona się żywiła podczas tych mało bogatych dni swojej ucieczki, nie mówiąc już o tym, że raczej jako ghoul zniewolony krwią Tzimisce nie była żywiona tym, co tylko Rosja wyrzuciła z siebie najdroższego.

A następnie przyszła pora na zakupy...

Rosjanka uparła się, że muszą zakupić inne ubrania, co miało swoje racje, ale jednocześnie Aaron wiedział kto za to będzie płacił… Na szczęście Nadezhda nie była bardzo wybredna czy droga w tym zamiarze. Kupiła (a raczej Arcanista jej kupił), nowy płaszcz o ciemniejszym odcieniu grafitu, białą bluzkę o czarnych ze srebrnym napisem "Brave New World" z lewego boku, szarą, delikatnie za dużą bluzę, jeansowe spodnie i soczyście zieloną apaszkę. Do tego dokupił także materiałową torbę w ciemnozielonym odcieniu, szczególnie pojemną oraz wysokie, czarne buty z syntetycznej skóry (te były najdroższe). W to wszystko przebrała się w dogodnym miejscu, a stare ubrania schowała do otrzymanych toreb zakupowych. Jednakże na tym się nie skończyło, bo kazała także i jemu załatwić sobie nową, niezbyt kosztowną, tak jak i jej była, garderobę… Ku zaskoczeniu i bólowi Arcanisty postarała się, aby płaszcz nie wyglądał na całkowicie nowy, delikatnie go ubrudzając pyłem ziemi, jak i zrobiła to z butami, szczególnie że mogła jednocześnie umorusać je w brudnej wodzie zalegającej na ulicach. Podobnie kazała postąpić Aaronowi...

Ona naprawdę miała dziką paranoję…

Później pozostało oczekiwanie (ale najpierw konkretny obiad w hotelu). Zdobyła od mężczyzny numer do Davida i zakazała mu jakiegokolwiek kontaktu ze Szwajcarem twierdząc, że sama wszystko załatwi. Dla pewności nawet zabrała mu komórkę obiecując, że odda niedługo…

Czekając dalej uraczyli się jeszcze kolacją, a Nadezhda nawet zamówiła wino wielce zadowolona, iż znalazła znaną jej markę. Tym razem jednak, z dobroci serca, sama zapłaciła za tą przyjemność…

W trakcie oczekiwania wysłała do Davida ze swojej komórki SMSa, podając miejsce spotkania i dodając:

"(...)i pospiesz się z łaski swojej. Płacę ci za coś."

Oczywiście, w swojej paranoi, załatwiła sobie także nową kartę do komórki, bo jak wszystko, to wszystko… a Aaron zaczął rozumieć czemu ciężko z nią nawiązać dłuższą znajomość.

* * *

9 listopada 2016r., Środa, 00:41,
Phoenix, bar "Avangarda", zaułek.

Kiedy nadszedł ustalony czas Nadezhda zobaczyła Davida zbliżającego się do umówionego miejsca pod jednym z barów obserwując Szwajcara z pewnym znużeniem, przestępując z nogi na nogę i pamiętając, że jej ostatni SMS brzmiał:

"Czekam na zewnątrz. Bądź przekonujący, dostosuj się do mnie."
I nie wspomniała w nim nic o Aaronie.

A poleciła mu pozostać w hotelowym pokoju (chociaż oddała mu komórkę, na wszelki wypadek, jednak powiedziała, aby wciąż nie kontaktował się z Davidem) i nie wychodzić z niego, aby, jak to określiła, "mogła utrzeć nosa razdrazhaya Shveytsarskiy", cokolwiek miało to znaczyć… i Aaron był trochę zaniepokojony…

...bo Nadezhda najwyraźniej miała plan, a to nie wróżyło dobrze.

Młody mężczyzna natomiast mimo braku jej talentów dość dobrze wpasowywał się w obraz młodzieży zamieszkującej stolicę stanu Texas, obecnie parami lub małymi grupami lub solo migrującej do pubów i barów i klubów we wszelakich stylach od nowoczesnego do bardziej kowbojskiego. Populacją dopiero zmierzającą tu do trzydziestki, tam do czterdziestki - Rosjanka widziała ochroniarza, co wyglądał trochę jakby dostał na dziś wieczór przepustkę z Fort Bliss (co podkreślał musztrowy krok) i desperacko chciał się zapomnieć na wieczór. Jeansy, bawełniana koszula; skórzana kurtka i rękawiczki - gdyby nie to, że co drugi tak tu wyglądał, nietrudno byłoby stwierdzić, że Leopoldian to właściwie drifter. W sumie nie było to dalekie od prawdy… tylko jakoś krzyżyk noszony na szyi nie pasował. Za to do Texasu jak ulał.

Zatrzymał się na chwilę pod jednym z barów - to jest pod wybranym miejscem - i sterczał tak z dłońmi w kieszeniach kurtki, lustrując podkrążonymi oczyma wszystkich naokoło.
Nadezhda wyglądająca na poirytowaną, ruszyła szybkim, zdecydowanym krokiem w stronę Szwajcara, zupełnie się nie przejmując tym, że wygląda inaczej. Zatrzymała się przed nim i mogło się wydawać, że buzuje w niej złość, po czym wyrzuciła z siebie:
- Znowu? Znowu się spóźniłeś! Zawsze się spóźniasz! Co robiłeś tym razem? Pewnie się z nią spotkałeś, prawda? - złapała go za rękawy kurtki - To MNIE kochasz, prawda? Prawda?!
Reitnauer obrał kobietę wzrokiem na cel gdy tylko obrała kurs kolizyjny na niego i twarz miał jakoś tak bez wyrazu. Złapany za rękawy stał wmurowany jak posąg, wciąż z dłoniami w kieszeni. Teraz sekundę lustrował wzrokiem twarz “nieznajomej” i nie od razu ją rozpoznał, a wypatrywał kłopotów. Po coś ewidentnie miał dłonie w kieszeni. W końcu jednak zmrużone oczy zajaśniały zrozumieniem.
- Gdzie jest Aaron? - pytanie zadane niewinnie nie burzyło konwencji narzuconej przez jakąkolwiek gierkę, w jaką grała Nadezhda… ale od tonu głosu Szwajcara kilkoro przechodniów zainteresowanych najpierw histeryzmem “dziewczyny” “przepustkowicza” teraz zdecydowało się uprawiać wścibskość z nieco większego dystansu.
Nadezhda puściła jego rękawy i skrzyżowała dłonie na piersi.
- Zaczynasz to kolejny raz? Ile mam ci tłumaczyć, że NIC mnie już z moim byłym nie łączy, a twoja zazdrość jest okropna. - skierowała spojrzenie w inną stronę - Boli mnie ona.
- Boli mnie. - bez zażenowania poprawił ją David.
- Boli mnie ta zazdrość, a co myślałeś? - spojrzała rozeźlona - I co teraz? Zamierzasz mnie przepraszać, jak zawsze to robisz?

Przez długą chwilę Reitnauer wpatrywał się w nią z tym samym tępym, acz zdeterminowanym wyrazem twarzy, nim w końcu jego niechętny grymas zdawał się mówić “Skoro tak stawiasz sprawę…”
- Zależy, mała, co z Aaronem. Nie wierzę ci już w ani jedno słowo, chcę sam z nim pogadać jak facet z facetem. Jak nie, to między nami koniec.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy.
- Co? Koniec? - spojrzała na Davida w przestrachu - Nie możesz! Nie wiem, gdzie jest Aaron, przylazł do mnie to go wyrzuciłam za drzwi! Pewnie teraz błąka się po swoich panienkach, czy tam szuka dealerów, u których jeszcze długów nie ma. Nie obchodzi mnie to w ogóle, a ty… - wydawało się, że jej oczy zaszły łzami - Nie rób mi tego! Ja cię kocham!
- Mówisz, Naddy? - zapytał w odpowiedzi, wyciągając swój prywatny telefon, którym komunikował się z Aaronem, niby bez szacunku coś w nim przeglądając gdy równocześnie mówił. - Bo ja znam całkiem inną historię. Zda mi się… - odwrócił ekran w jej stronę, wyświetliwszy właściwą wiadomość od Aarona - ...że wykorzystałaś dżentelmeństwo naprawdę równego gościa. Mogę się z nim nie zgadzać do rzeczy, ale jak trzeba było, nie zawiódł. - nie pozwoliwszy jej nawet dotknąć ekranu, schował telefon z powrotem do kieszeni.
- I generalnie widzę, mała, że twoja terapia tak sobie idzie. Ale nie jestem po trzydziestu godzinach drogi i nie mam ani siły ani ochoty słuchać, że się spóźniłem, ani twoich bzdur, ani niczego innego. Pytam ostatni raz, gdzie Aaron. Możesz mi powiedzieć i pojechać ze mną do niego, albo iść w cholerę i czekać aż sam go znajdę.
Reitnauer spokojnie wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. Wcześniej Nadezhda ich nie widziała, prawdę rzekłszy, Szwajcar nigdy nie pokazał po sobie żeby palił. Z drugiej strony poznała go na tyle by wiedzieć, że musiało to mieć jakiś głębszy sens, nie był człowiekiem, który pod wpływem stresu sięgałby po używki. Po modlitwę tak, nie po używki…
Nie przerywając mówienia, i co powodowało o wiele większy dyskomfort, ani na chwilę nie przerywając kontaktu wzrokowego, młody mężczyzna wyjął jednego szluga. W dziwny sposób zapalił go i dopiero włożył do ust.
- Na razie żałuję, że zaproponowałem posłanie was razem, skoro wiem na co cię stać. Założyłem, że sobie poradzi, ale koleś to same książki, zero doświadczenia, wiesz o czym mówię? - dopiero zaciągnął się i zakaszlał. Nieprzyzwyczajonym do dymu tytoniowego płuca.
- Teraz pytanie, czy sobie zmanipulowałaś go żeby nie odpisywał na moje liczne wiadomości, czy zostawiłaś takiego, że nie jest w stanie. - chociaż opisywany był wizerunek Aarona jako delikatnego nerda, nie było wątpliwości co do podejrzeń jej ochroniarza.
- Jak napiszę odpowiednią wiadomość, to może przekonamy się tu i teraz?
- Nic ci nie odpowie. - fuknęła dziewczyna i złapała Davida za rękaw - Nic. A. Nic.
Paczka papierosów i zapalniczka z powrotem wylądowały w kieszeniach, których Szwajcar niezależnie od ubioru zdawał się mieć bez liku. Zrobił wydech bardziej by się uspokoić niż wypuścić dym z płuc, na chwilę skanując całe otoczenie wzrokiem, zanim wrócił do dyskusji.
- Mam założyć najgorsze? - zapytał po prostu.
Nadezhda popatrzyła długo w jego oczy, po czym mruknęła:
- Porozmawiajmy może na uboczu, co? Nie muszą okoliczni mieszkańcy słyszeć jakim frajerem i… dupkiem jesteś.
- Zmęczona swoją kolejną gierką? - niby obojętnie zapytał.
- Nigdy. - David zauważył w jej oczach jakiś niepokojący błysk.
- Możesz być najlepszą aktorką w szkole teatralnej… ale jak nie będziesz zwracać uwagi na widownię i tych co za kulisami mozolnie dopinają wszystko na ostatni guzik, i tak polecisz. - z tymi słowy odwrócił się i zaczął odchodzić.
Chwilę zajęło nim zorientowała się, że tylko po to by zgasić niedopałek i wyrzucić do śmietnika.
- Prowadź. - skinął jej głową, wróciwszy.

***

Problemy w konkubinacie

Nadezhda ominęła go i wyglądając na obrażoną, zaprowadziła Szwajcara dwie ulice dalej, skręcając przed nim w jeden z zaułków. Ten spokojnie podążył za nią.
- Urokliwe miejsce. - skwitował z parsknięciem, chociaż trzeba było przyznać, że najbrudniejszy zaułek w Phoenix był obrazem schludności w porównaniu z najczystszym z Chicago.
Kobieta nagle pchnęła Davida na ścianę budynku, aby po prostu oparł się o nią plecami, a sama wsparła się tak po drugiej stronie.
- Podróż była męcząca?
Szwajcar w ostatniej chwili w jakimś odruchu tylko jeszcze wyciągnął ręce na boki i też nimi zamortyzował uderzenie, ewidentnie zapomniawszy o sile kobiety. Jak już zadała pytanie zastygł tak z koncentracją zastępującą zmęczenie w spojrzeniu. Ewidentnie dostał zastrzyku adrenaliny. Nic nie mówił, tylko obserwował ją uważnie.
- Jak sobie wolisz milczeć - odezwała się po chwili - to milcz, a pomilczymy razem. - uśmiechnęła się wrednie.
- Gdzie jest Aaron? - zapytał tylko Szwajcar.
- A ty wciąż jak zdarta płyta. - westchnęła Nadezhda - Nie ufasz mi czy jemu?
- Jeśli wszystko z nim w porządku, dlaczego do cholery po prostu nie powiesz?
- A co zrobisz jeżeli powiem, że nie jest całkowicie tym samym człowiekiem, którego zapamiętałeś?

Przez najdłuższą z ulotnych chwil milczenia Reitnauer przyglądał się kobiecie ze szczerym gniewem, zanim jego spojrzenie zmiękło. Złagodniało. Spojrzał na nią z jakimś dystansem i smutkiem. Odsunął się nieco od ściany i wyciągnął przed siebie rękę, gestem wskazując Nadezhdzie by podeszła, mimo, że nie dzieliło ich więcej niż może metr.
Zauważył w jej oczach czystą, wręcz paranoiczną nieufność.
- Czego chcesz?
Leopoldian zerknął na wejście do zaułka, po czym spokojnie, z widocznymi dla kobiety rękoma i bez gwałtownych ruchów podszedł niekomfortowo blisko, pochylając się nad nią i opierając dłonie na ścianie za nią. Przybliżył twarz płynnym ruchem do jej ucha.
- C'est la seconde fois que ma naïveté a provoqué la mort. Vous êtes seul, mademoiselle. - wyszeptał w całości po francusku.
Odsunął się od kobiety, trzymając wzrok na niej raczej z odruchu, jakim jest nie spuszczanie z oczu kogoś nieprzewidywalnego i potencjalnie niebezpiecznego i widać było, że teraz naprawdę idzie z zaułka.

Szukać tego co pozostało z Aarona.

Nadezhda przez cały monolog Szwajcara patrzyła na niego z jakąś obawą, a gdy ten powiedział ostatnie zdanie wypowiedzi po francusku wyraźnie zamarła. David nie zrobił wielu kroków, gdy usłyszał jej dość apatyczny głos:
- Nic mu nie jest. Nie zrobiłam mu krzywdy, a jedynie pomogłam, chociaż mnie to też kosztowało… - parsknęła - Siedzi w hotelu, cały i zdrów, ponieważ wyobraź sobie, że wbrew twojemu zapatrywaniu nie jestem potworem.
Szwajcar przystanął, ale nie odwrócił się.
- Nigdy nie mówiłem, że jesteś. Ale jak widać, dopiero się przekonamy. - jak gdyby z przyzwyczajenia lustrował wzrokiem wyjście z zaułka - W jakim hotelu?
Nadezhda milczała dłuższą chwilę.
- Wiesz po co to całe przedstawienie? - syknęła przez zęby - Bo sobie na nie zasłużyłeś sposobem, w jaki do mnie podchodzisz, który jest skryty pod tymi wyważonymi, uprzejmymi słowami i zachowaniem. Po prostu zasłużyłeś, ale… - nastąpiła pauza, bo znowu na chwilę zamilkła zanim dokończyła zdanie - ...nie zostawiaj mnie teraz.

Szwajcar odwrócił się z uśmieszkiem niedowierzania, który idealnie komplementował jego słowa, albowiem nie dowierzał sytuacji w jakiej się znalazł.
- Tak dla odmiany ci wierzę. Inna sprawa, że po trzydziestu godzinach jazdy do miasta, do którego dostaję cynk od Stowarzyszenia, że jest pełne wampirów, gdy wy akurat jesteście zagrożeni i mam taką informację… - machnął ręką z rezygnacją.
- To ostatnie czego potrzebuję. - skrzywił się - W zasadzie jaki jest twój problem, kobieto?
- Taki, że nie mogę żyć własnym życiem i za dużo osób mówi, jak powinno ono wyglądać, a część z nich to wymusza. - spojrzała w oczy Davidowi - Ty zaś nawet nie chcesz mojej pomocy, bo co?
- Chwila, chwila, chwila - wtrącił - Proszę zapomnieć na teraz o pomocy, zaliczam się do tej grupy osób? Bo chyba ostatnim razem miałem szereg przyjemności, ponieważ powiedziałem, że moje miejsce mówić jak powinnaś żyć. - przez sekundę ton Davida sugerował że jest wściekły… ale w sekundę widać było, że teraz jest praktycznie rozbawiony absurdem sytuacji.
- Powinnam przestać pić krew, bo już się nażyłam, i umrzeć w przeciągu kilku lat, prawda? Nie wiem co ci twoi chcą ode mnie, co ci dokładnie kazali w mojej sprawie, ale to jest wręcz… obrzydliwe, mówić o miłosierdziu i tolerancji, a jednocześnie temu zaprzeczać.
- Świetnie. Moglibyśmy rozwinąć temat i mogłabyś podać jakieś konkrety, ale naprawdę nie czas na to, ani ja nie jestem księdzem czy popem by naprawiać pani spapraną relację z bogiem. - wzruszył ramionami Reitnauer - Więc ustalmy kilka rzeczy. Płacisz mi, przynajmniej w założeniach, za to żebym cię chronił. Za to, żebym realizował pewien standard. Za to, żebym nie uprzykrzał ci się. To za co mi nie płacisz, na co nie ma dość pieniędzy w świecie… - zmrużył oczy - To żebym APROBOWAŁ to co robisz. A tego pani naprawdę brakuje… żyjesz swoim własnym życiem. Nikt nie decyduje za ciebie. Nie Aaron, ani ja, nie mówimy jak powinno wyglądać, więc nikt nie mówi. Nie wiem kto wymusza, bo to pani chce dalej polować. - znowu wzruszył ramionami - Cokolwiek. W moim prywatnym odczuciu… największym darem boga jest wolna wola. Dobrze dla pani, że ją egzekwuje. Nie oznacza to, że robi to w sposób, który musi mi się podobać. Ale hej, nie mam co narzekać, dzięki temu mam pracę. - skwitował kwaśnym uśmiechem.
- Możesz się nie zgadzać, ale nie pogardzaj mną jak mnie nie znasz, a coś takiego właśnie odczuwam z twojej strony. Może i nie mogę tego kupić, ale nie to mi tłumaczono za młodu. - mruknęła mało radośnie.
- Nie gardzę tobą. - odpowiedział po prostu.
Nadezhda parsknęła.
- Jasne. W sumie czegokolwiek bym nie zrobiła, z jakąkolwiek intencją, nawet najlepszą, nie będzie to tym samym, co tobie widzi się dobrem, szlachetnością i innymi pięknymi określeniami.
- Dlaczego nie? - zapytał szczerze i bez jakiejkolwiek urazy - Każdy jest zdolny do dobra, nawet najbardziej oddalony od światła boga grzesznik. Wierz mi… tobie daleko do takiej pozycji. - powiedział David z jakimś dziwnym przebłyskiem w oku, mogło być tylko wspomnieniem. Otrząsnął się zeń jednak szybko - Nie gardzę tobą, ani nikim innym. Wiesz czym jestem i że mam… szorstką powierzchowność, która wygładzana jest nakładką manier. Nie mogę sprawić żebyś uwierzyła, tylko zapewnić jak jest.
Nadezhda odwróciła spojrzenie, wpatrzona w ścianę naprzeciw, której jednak zdawała się nie zauważać.
- To spróbuj chociaż nie dawać mi odczuwać inaczej.
- Nie rozumiem. - nadeszła szczera odpowiedź.

Ghoulica znowu spojrzała na Szwajcara.
- Nie ładujcie się w to. - powiedziała, nie odnosząc się do słów mężczyzny - Nie gońcie za nim, niech każdy z was sobie gdzieś pójdzie i nikomu nic nie będzie. To nie wasza walka.
- Nie mam prawa mówić za Aarona… - Condotierre zbierał myśli, na chwilę szukając czegoś wzrokiem w zaułku. Dłonią w rękawiczce przeczesał ciemię ukryte pod militarną fryzurą - ...ale każda ofiara… każdy zabity mężczyzna czy kobieta czy dziecko, każde zaginięcie, każda trauma bez wyjaśnienia, każda chwila koszmaru i cierpienia ściągniętego przez umarłych… dusza każdego z nich, który po przebudzeniu z osoby którą był zostanie… - szukał długą chwilę właściwego słowa - ...potępiony przez sytuację, w której się znajdzie, nim finalny kres skieruje do piekieł zamiast zaświatów… walka z każdym jednym sprawcą, co go nie może sięgnąć ludzka sprawiedliwość, jest moją walką.
- To walcz z innymi. Jest ich dużo, znajdziesz sobie wroga, ale nie ładuj się w to, w co w jakimś chorym zamyśle pragniesz się władować. Daj temu spokój. - powiedziała, nie unikając kontaktu wzrokowego z rozmówcą - On i tak pogoni za mną, zostawiając tych, co będą dalej, a ja mogę uciekać i całą wieczność. W końcu można się po prostu do tego przyzwyczaić, a ja powiedziałam sobie kiedyś, że nigdy nie ustanę w trudzie sprawienia, aby nie poczuł smaku satysfakcji z osiągnięcia celu swej nienawiści - albo on się znudzi, albo nigdy mnie nie złapie i tak będzie się ta gra ciągnęła. Rozumiesz?
Zaczepił kciuki o brzegi kieszeni kurtki, w namyśle.
- Doceniam twoją troskę. Naprawdę. - zapewnił.
Teraz to Nadezhda spojrzała zaskoczona i najwyraźniej z jakiegoś powodu zła na siebie.
- Odejdź, tyle mogę ci powiedzieć, odejdź, bo za mną się ciągnie tylko niebezpieczeństwo. Posłuchaj mnie… - coś w jej oczach mówiło jednak, że najwyraźniej wizja samotności w aktualnej sytuacji nie jest jej miła.
Reitnauer pokręcił przecząco głową.

- Świetnie… ale ja nie wezmę na siebie waszych śmierci jako kolejnego ciężaru. Decydujcie sami. - przymknęła oczy - Mam obawę, że mógł zacząć działać w Salt Lake dzięki temu, że w ogóle jestem w Stanach. Po co - nie wiem, ale zazwyczaj nie rozumiem dlaczego on coś robi i jak to ma go przybliżyć do celu.
- Może nasz uczony towarzysz niedoli będzie umiał rozwikłać tę zagadkę. Musisz przyznać, że w tym zdaje się być dość dobry… - uśmiechnął się nieco Reitnauer, wyciągając kluczyki z kieszeni kurtki w jednoznacznym geście - Idziemy… mademoiselle?
Nadezhda pokiwała głową.
- Tylko nie zdziw się, jak go zobaczysz, bo jemu też załatwiłam sprawę wyglądu, jako że nas już widzieli. Tak było najlepiej.
- Skoro się zgodził… - pomimo uśmiechu, grobowo powiedział Leopoldian - Łap - i rzucił jej kluczyki. - Zaparkowałem tuż obok…
Kobieta złapała je zręcznie, ale spojrzała niepewnie na Szwajcara.
- Chyba nie chcesz, abym ja prowadziła?
- Nie wybaczyłbym sobie zrujnowania pani planów życia wiecznego przez zaśnięcie za kółkiem.
- To będzie ciężkie… - westchnęła kobieta prowadząc Davida do samochodu. Wiedziała już, że czeka ją nie lada przeprawa…i bez prawa jazdy, z jej nowym wyglądem. Gdy już ruszyli, Szwajcar zasnął w fotelu pasażera natychmiast, dobrze wiedząc, że jego klient w razie kontroli przegada dowolnego drogówkarza.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest offline  
Stary 25-12-2016, 20:09   #9
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
9 listopada 2016r., Środa, 02:18,
Phoenix, hotel "Golden Nook".


[media]http://grandpiano.vn/public/files/khachhang/jrcfwba3.jpg[/media]

David poczuł w końcu jak jest budzony ze swojego snu, w który zapadł na siedzisku pasażera w vanie Aarona, jaki prowadziła Nadezhda. Zajęło im całkiem długo dotarcie do hotelu,, gdzie ulokowała się z Arcanistą, z powodu kiepskiej umiejętności prowadzenia jakiegokolwiek samochodu i braku znajomości topografii Phoenix. Jechała więc dość powoli, starając się nie rozbić po drodze, niemniej w końcu dojechali.

Nie baczyła na senność Szwajcara, chciała jak najszybciej znaleźć się w pokoju hotelowym. Była zaskoczona, że jej ochroniarz wciąż, pomimo otumanienia snem, najwyraźniej utrzymuje trzeźwość umysłu, rozglądając się uważnie po otoczeniu, nie z paranoją jak jego klientka, a z czystym profesjonalizmem. Dawało to jej pewne poczucie bezpieczeństwa...

David zobaczył przed sobą wysoki budynek, którego sam wygląd świadczył o tym, że zajmowanie w nim pokoju musiało kosztować konkretne sumy. Jednocześnie miał niejasne wrażenie, iż wie kto wyłożył pieniądze za takie zakwaterowanie… Sam budynek był biały, oświetlony kulami światła uczepionymi jego fasady, z wejściem sporych rozmiarów i oszklonym szybem windy. Praktycznie wszystkie okna pokoi były pozbawione poświaty świetlnej, co nie dziwiło zważając na porę. Nadezhda została bez problemów wpuszczona do środka, a po krótkim wyjaśnieniu obecności Davida i jemu nie czyniono problemów.

Po przejechaniu windą dziesięciu pięter (a ta podróż szybko zaczęła usypiać przemęczonego ochroniarza) dotarli pod odpowiednie drzwi, które otworzyła z otrzymanego, drugiego klucza i wprowadziła Davida do środka, a powitało ich ciche chrapanie.

Nadezhda skrzywiła się na to i pokręciła głową. Przekazała Szwajcarowi, aby poszedł na małżeńskie łóżko, po czym podeszła do leżącego na kanapie Arcanisty, śpiącego w najlepsze.

- Skaranie z tymi domorosłymi, pseudo łowcami, nie mającymi żadnego doświadczenia… - mruknęła niezadowolona zachowaniem mężczyzny, jak nauczycielka zirytowana kolejną niezdaną klasówką krnąbrnego ucznia - Milcz teraz i obserwuj, a zobaczysz coś ciekawego. - szepnęła jeszcze do siedzącego na łóżku Davida.

Skrzyżowała ręce na piersi i wypowiedziała głośniej imię śpiącego, a gdy to nie przyniosło rezultatu, zabrała walającą się na podłodze torbę Arcanisty, uniosła ją nad niego i bez wahania upuściła ją na klatkę piersiową Aarona.

- Wstawaj, głupcze. Mamy komary w hotelu. Doktorek powiadomił swoich. - warknęła.

David zorientował się, iż faktycznie, ten mężczyzna na kanapie jest zupełnie innym człowiekiem z wyglądu niż prezentował się jeszcze niedawno…

Oboje musieli przyznać, że Arcanista był relatywnie szybki, w chwilach stresowych. Momentalnie przerzucił sobie torbę przez ramię i ruszył do drzwi. Niestety chwile stresowe najwyraźniej odbierają Aaronowi również zdolności koordynacji ruchowej. Odbił się trzy razy od zamkniętych drzwi i dwa razy od otwartych zanim ruszył przez korytarz. Wrócił dopiero po kilku sekundach, kiedy najwyraźniej adrenalina z niego zeszła. Spojrzał na Nadezhdę i na Davida.
- Cześć David… - ziewnął - Ona sobie ze mnie jaja robiła, prawda?
- Ta. - odmamrotał mu ochroniarz już z pozycji śpiąco-śniącej, zajmując jego miejsce sprzed minuty na kanapie. Tylko skórzana kurtka została na hotelowym wieszaku wraz z rękawiczkami - Dajcie mi dwie godziny… ustalcie… co z NHopeC… - na koniec jeszcze poruszał ustami i mówił jakieś słowa, ale były zupełnie niezrozumiałe.
Obydwoje zobaczyli dziwną zazwyczaj niewidzianą rzecz, to jest jednoznacznie zarejestrowali moment w którym Szwajcar jeszcze nie spał i moment od razu potem gdy już całkiem odpłynął.
Nadezdha spojrzała na śpiącego Davida i z pewnym wahaniem wzięła zrzucony na podłogę koc przez spanikowanego Aarona. Jednym ruchem rzuciła na go na Szwajcara tak, aby przynajmniej po części go nakrył.
- Ty… - zwróciła się do Arcanisty, siadając na łóżku - ...jesteś zwykłym tchórzem i nigdy nie będziesz prawdziwym łowcą.
Aaron ziewnął.
- Dziewczyno, budzisz mnie w środku nocy, opowiadasz wcześniej co to ten twój Vsevolod nie potrafi i teraz DZIWISZ mi się, że obecnie zakładam, że jak mamy kłopoty pod tytułem "Pijawki", to musimy zmienić lokację.
- Jesteś tchórzem. - powtórzyła Rosjanka zrzucając z siebie płaszcz - Twoją pierwszą reakcją jest paniczna ucieczka. Myślisz, że budzenie cię w środku nocy podczas której, będąc SAM, spać nie powinieneś, to coś dziwnego? Czy ty sobie wyobrażasz, że komary nie przyjdą, bo będą dbały o twój dobry sen? Uciekałeś bez opamiętania, nawet nie wiedząc GDZIE dokładnie mogą oni być i co będzie z resztą nas. Może wróg czaił się już za drzwiami? - skrzywiła się - Jeżeli to twoje Arcanum posiada w swoich szeregach tylko takie osoby jak ty - to nie powinniście nazywać się Łowcami.
- No cóż, nie powstrzymywaliście mnie. Poza tym ucieczka, nawet paniczna w przypadku zagrożenia nie jest tchórzostwem. Jest nim na przykład chowanie się za innymi, samemu ratując skórę. Ponownie, nie jesteśmy Łowcami, tak jak ty to rozumiesz. Eksterminacja supernaturali nie jest naszym celem, więc w większości nas ignorują. Poza tym, tak sobie pomyślałem. Skąd wiesz, że ja to ja?
Nadezdha przez moment milczała, aby w końcu uśmiechnąć się nieprzyjemnie.
- Nie jesteś komarem, a już na pewno nie jesteś moim panem, ale dla pewności… - sięgnęła pod poduszkę wyjmując kołek i wstała z łóżka - ...przekonajmy się.
-Wątpię, aby twój ochroniarz na to przystał.
- Widzę, że twoją jedyną umiejętnością obrony to kryć się za innymi, jak sam określiłeś,
Aaron uśmiechnął się.
- Tylko, gdyby tobie nie zależało na jego opinii, moje słowa nie miałyby znaczenia.

Nadezdha parsknęła z rozbawieniem.
- Nie dość, że nie wiesz o mnie nic, to jeszcze jesteś parszywym tchórzem, który nie widzi nic poza drogą swojej ucieczki. Jak się tak boisz to nie idź z nami dalej ponad dowiezienie nas i sprzętu do Salt Lake. Będzie ci ciepło, przytulnie i bezpiecznie przy tym twoim komputerze.
- O ta, bo pozwolę ci zwiać po tym co mi zrobiłaś z twarzą. Przestań próbować mnie obrażać, bo ci nie wychodzi. Jaki plan mamy na razie? Jedziemy bezpośrednio do Salt Lake, czy jednak chcecie coś zrobić z New Hope?
- New Hope jest ważne, a po tej zabawie w motelu powoli robię się głodna… - spojrzała twardo na Aarona - I ja cię nie próbuję obrażać. Ja tylko mówię prawdę.
- Wątpię czy znasz znaczenie tego słowa. - Aaron westchnął - Więc idziesz na własne polowanie, czy masz gdzieś butelkę z dawką?
- David i tak będzie chciał zająć się tymi komarami, a ja po prostu przy okazji zajmę się jednym z tych zbiorników Vitae, gwarantując sobie nie tylko szybką przekąskę, ale także prowiant na drogę.
- Więc dajmy Davidowi odpocząć. - Aaron się przeciągnął - A do tego czasu co ty chcesz robić?

- Zakładam, że ty dalej byś pospał? Droga wolna, ja poczytam, bo ciężko mi spać póki słońce nie wstanie, a ktoś musi czuwać nad tym, aby nie wybili całej trójki. - wzruszyła ramionami - Szwajcar mówił, że ponoć ty mógłbyś posłuchać jednej zagadki i powiedzieć co o tym myślisz, a skoro jeszcze trochę do powitania słoneczka to mogę ci i powiedzieć. - mruknęła - Mój pan od dziesięcioleci bawi się w tego berka, ale nadużyciem byłoby stwierdzenie, że nie było go pięćdziesiąt lat w jego pięknej domenie, więc większość czasu raczej wysyłał w pogoń wszystko, co tylko tam się dało… ale kto docenia upartość ghoula? Chociaż z drugiej strony mój staż u niego mógł dać mu trochę do myślenia… - machnęła ręką - Sprawa jest taka, że teraz najprawdopodobniej ruszył się AŻ do Stanów i wątpię, aby było to przypadkowe, skoro ja właśnie też tutaj się pojawiłam. Salt Lake City? Jakiś szpital? O co chodzi? Jego NAPRAWDĘ przez cały czas jak tam byłam nie interesowała zabawa dzieci, na co to właśnie wygląda, a i wątpię, aby nagle obudził się w nim duch podróżnika, który go wyciągnął z Europy, z dala od Rosji. Nie wiem jednak co on ma zamiar tym zyskać, jeżeli wciąż mu chodzi o mnie, a jeżeli nie, to jego pojawienie się wraz ze mną byłoby zbiegiem okoliczności na miarę światową, a jeżeli jednak to coś skierowane jest we mnie, to… JAK on ma zamiar zrealizować swoje plany, jakiekolwiek dokładnie one nie są? Jaki jest zamysł mojego pana?
- Byłego pana… - upomniał ją Aaron - Może to nie on stoi za sprawą ze szpitalem. Znaczy, brał w tym udział, ale nie on jest dyrygentem. Być może robi komuś przysługę, aby później mieć pomoc przy złapaniu ciebie. - Arcanista ziewnął - Zastanawiam się co mu zrobiłaś, że goni cię tak długo? Ucieczka ghoula to nic co by zmusiło tak starego wampira do pogoni przez dekady. Co do tego co go zmusiło do przybycia tutaj… rodzina? Wiem, że jest stary, ale może jego stwórca się tu pojawił… albo stwórca jego stwórcy. Słyszałem, że niektóre pijawy są w stanie odczuć niestrawności tych co są starsze.
- Szczerze, wręcz bardzo szczerze, wątpię aby Stwórca mojego BYŁEGO pana, albo jego Stwórca, jeszcze bytowali, na pewno patrząc po tym najstarszym, ale nigdy nie usiedliśmy przy wódce porozmawiać o więzach rodzinnych. A mój pan… Czy robiłby komuś przysługę? On może być na to za dumny, jak to każdy dziad, chociaż z tym to nie wiadomo. Nie wiem też czy pozwoliłby sobie na bycie dyrygowanym, skoro nawet dawał po łapach Sabatowi, jak jego entuzjaści przyłazili do niego z roszczeniami. I uciekali w najlepszym wypadku, gdy pan był w łaska...wszym nastroju. Lub po prostu chciał by coś tych kretynów pogoniło.
- Może pijawy odkryły jakiś artefakt Tzimisce? Wiem, że jest trochę okultystycznych bibelotów, które potrafią sprawić, że Tremere poczuje mrowienie gdzie dawno go nie czuł. Może Tzimisce, też mają coś takiego. Przepis na dwudziestometrowego ghoula, który słucha się i może ci robić za mobilny dom…
- Nic nadzwyczajnego, a raczej większość ciekawych rzeczy dla Tzimisce to Europa Wschodnia pewnie zawiera. Będę pamiętać, że kiedy dojdzie do zjazdu towarzyskiego z moim panem to muszę zapytać go o powód jego przybycia.
- "Wiesz, stwierdziłem, że ten okres męczenia psychicznego i fizycznego, które u mnie przeżyłaś musiały być okropne, ale odkąd znalazłem się w Bogu nie mogłem przestać myśleć o tym, żebyś mi przebaczyła." - Aaron starał się brzmieć jak najbardziej "Rosyjsko".

Nadezhda nie uśmiechnęła się nawet delikatnie, a Aaron mógł sobie zdać sprawę, że jeszcze nigdy nie widział, aby uśmiechała się szczerze rozbawiona czy szczęśliwa.
- A ja w ramach przeprosin za wszystko, błagając o wybaczenie win, sprezentuję was, jako nowe obiekty do badań. Piękny plan.
- Słyszałem gorsze. Trafił mi się kiedyś w ręce dziennik jakiegoś zmarłego Łowcy. Tak jak ty, spijał pijawy, aby walczyć z nimi dłużej. Ostatni wpis wyglądał "Schodzę do ścieków, znaleźć gniazdo Obrzydliwych. Jest dzień, więc będą się chować." Najwyraźniej uważał, że słońce dochodzi do tuneli kanalizacji.
- Powinny spać i tak, ale od czegoś i oni mają ghoule. Niemniej, jestem w szoku, że on w ogóle był w stanie spić choć jednego będąc takim kretynem. Może komary tylko się z nim bawiły? To nie takie trudne, jak się wydaje…
- Ta słyszałem teorie, że "tolerują" istnienie Łowców, bo to dla nich źródło rozrywki. Mam jeszcze jedną teorie co do tej afery ze szpitalem w Salt Lake. Nie planowaliśmy się tam udać, dopóki nie usłyszeliśmy o tym… co jeżeli on zakłada, że BĘDZIEMY na tyle głupi, aby iść do oczywistej pułapki? Wiesz, odwrócona psychologia.
- A jeżeli zakłada, że my zakładamy, że on zakłada, że my będziemy głupi i tak dalej? - parsknęła - Do tego czemu mówisz w liczbie mnogiej? Wy tu jesteście na doczepkę, ja łażę sama, wstępując po przekąski.
- No to może skończyły mu się pomysły i zrezygnował z subtelności. - wzruszył ramionami Aaron - Jedyne co dla mnie ma sens, to to, że on brał jakiś pośredni udział w tej masakrze, ale nie jest tym, który zyskuje na niej.
- W teorii jeżeli ja się nie zbliżę tylko pójdę w swoją stronę, to on też powinien tam poleźć, prawda? Wtedy nikt nie ucierpi od niego więcej.
- Więc gdzie się udasz? Na Saharę? Gdziekolwiek on nie pójdzie, jeżeli będzie chciał ciebie wywabić, to pewnie wykorzysta innych. Nie mówię, że jesteś odpowiedzialna za to, ale tak to będzie wyglądało.
- Nie było mnie w Meksyku, Kanadzie… Australii… Ogólnie to dużo tego zostało, a zawsze mogę się wracać po moich śladach żeby się tym bardziej wściekł, bo mam wielką nadzieję, że jego wiekowe nerwy buzują złością. Względem ghoula. Który uciekł Starszemu Tzimisce. - na jej twarzy wykwitł uśmieszek, ale był to jedynie ironiczny uśmieszek - Będę się przemieszczać szybciej niż normalnie, to go tym bardziej wyprowadzi z jego jak wielkiej równowagi i nie będzie miał głowy myśleć nad skomplikowanymi planami na bazie zupełnej improwizacji. Wiesz, że mój pan praktycznie cały czas był tak przerażająco-lodowato opanowany i spokojny? Nawet jak był zły na sługi i stosował kary to jego prawdziwy nastrój dało się wyczuć co najwyżej po subtelnych zmianach w głosie. Zdarzyło się kilka razy coś poważnego i wtedy było naprawdę, ale to naprawdę źle, ale ogólnie to na swoje własności nie wpadał w furię. To było raczej poniżej niego.

- Więc… chcesz go wyprowadzić z równowagi do tego stopnia, żeby wpadł w niekontrolowany szał? Jeżeli ci się uda… no to jeżeli to przeżyję i znajdę dostatecznie dużo ciebie, aby było co pochować, to napiszę ci na nagrobku: "Spełniła szaloną ambicję".
- Gdyby dał się ponieść szałowi to byłoby także pewne zwycięstwo dla mnie. Oni nie lubią wpadać w szał, w sumie to każdy wampir nie lubi, a jak pracujesz usilnie nad tym, aby opanować zakusy swojej natury i wydaje ci się, że już, już jesteś tego blisko, a wszystko daje w łeb przez jakiegoś ghoula… Tak to byłoby słodkie. - wyraźnie rozmarzyła się - Pokazać każdemu z tych komarów jacy słabi, łatwi do manipulacji, przewidywalni i możliwi do pokonania są… a tym bardziej jemu. O własnych siłach…
- Masz rozmarzony wzrok.. - zauważył Aaron.
- Chyba mogę mieć jakiekolwiek marzenia, czy tego też mi nie wolno? - warknęła Nadezhda wyrywając się z błogiego stanu i patrząc gniewnie na Arcanistę.
- Oczywiście, że wolno… wyglądałaś po prostu słodko… marząc o tym jak stłamsić pradawne zło…
- Nie wierzysz, że da się manipulować tymi manipulatorami od siedmiu boleści?
- Młodymi może, ale ci starsi… bawią się w to o wiele dłużej. Może się skończyć na zapętleniu, on manipuluje, twoje manipulowanie, jego manipulowanie, twoim manipulowaniem, jego manipulacji…
- Czy takiego Księcia uważasz za starszego?
- Księcia? Nie, ale takiego Vsevoloda, wampira na temat którego są LEGENDY…. to już na pewno starszy.
- Większość tych starych siedzi sobie u siebie. Ja się bawię tym, co mogę zjeść, a resztę schować na później.
- Niepokojące… - mruknął Aaron - Rodzice nie uczyli, by nie bawić się jedzeniem?
- Rodzice nie uczyli mnie spijać krwi tego, co spija krew śmiertelnych. Stare dzieje…

- Fakt… - Aaron westchnął i się przeciągnął - Więc, co planujesz poczytać?
- Nic co by cię zainteresowało. Nie traktuje o komputerach i grach.
- Och, proszę mam szersze zainteresowania niż te dwie rzeczy.
- Zanudziłoby cię. Traktuje o rzeźbiarstwie rosyjskim…
- Rzeźbisz?
Ghoulica zapatrzyła się w przestrzeń.
- W sumie to trochę…
- W czymś innym niż ciało mam nadzieję?
- W glinie.
- Och… no tak, trochę zrozumiałe. Erm, zakładam, że rzeźbiłaś przed Vsevolodem… osiągnęłaś coś w tej dziedzinie? Na zasadzie uznanie… sławę?
- Nie rzeźbiłam przed staniem się ghoulem. Nic nie osiągnęłam, traktowałam to jako odstresowujące hobby.
- Zważając sytuację, nie dziwię się. Rzeźby czy garnki?
- Rzeźby. - mruknęła trochę grobowo.
- Hm….Chcesz, żebym kupił ci trochę gliny? Na pewno znajdzie się w okolicy jakiś sklep z tym.
Nadezhda spojrzała z podejrzliwością na Aarona.
- Po pierwsze - sam nie kupisz dobrej gliny. Po drugie - czego chcesz?
- Po prostu porozmawiać. Nie jesteśmy na najlepszej stopie… miałem nadzieję trochę… poprawić stosunki?
- To już bez znaczenia. - kobieta spojrzała przelotnie na śpiącego Davida - Popatrzę sobie na obrazki w książkach, poczytam i też będę miała radość. Nie muszę rzeźbić, bo i tak nie ma warunków czy czasu. - zawiesiła wzrok na swoich dłoniach - Stare czasy zastępują nowe.
- Co nie znaczy, że należy zapomnieć o starych. - Aaron się uśmiechnął - Dobrze, już nie będę cię męczył… jesteś po prostu trochę fascynująca. Tyle przetrwałaś, tyle opowieści pewnie masz.

Nadezhda spojrzała tym razem z realnym smutkiem na Aarona, czymś skrzętnie tłumionym w sobie.
- Nie zapomnieć o starych… - utkwiła wzrok w zapisanych cyrylicą kartkach - I nie każda opowieść jest warta wysłuchania. - chyba chciała coś jeszcze dodać, ale tylko położyła papier na miękkiej pościeli łóżka i zapytała - Musimy jakoś zdecydować jak się zabieramy za klinikę. Ja na pewno chcę jednego dla siebie.
- Mam kłopot z pomysłem "zniszczmy klinikę". Na pewno pomagają też ludziom…
- Nie wiemy ile tam jest komarów i czego chcą. Skąd wiesz, że pomagają? Skąd wiesz, że "na pewno"? Trochę krwi w lekarstwie nie zabija, co? - machnęła ręką - Musimy złapać jakiegoś, może tego tam twojego głównego, wypytać, wypić, zamieść. Może to twoje Arcanum coś będzie wiedziało o tym indywiduum? Jak na razie nawet nie mamy pojęcia z czym się mierzymy. Oczywiście stara, dobra metoda na "złapmy jakiegoś, zakołkujmy i załatwmy sobie informacje" także może zadziałać i… - nagle spojrzała jakby ją olśniło - ...to może nie być taki głupi pomysł… Taaak… Ten wygląda… Nawet lepiej… - mruczała do siebie nie precyzując jaki pomysł chodzi jej po głowie.
- Czemu mam wrażenie, że powinienem się niepokoić? - Aaron przyglądał się przez chwilę Nadezdzie po czym spojrzał na Davida - Jemu, też chcesz zrobić lifting?
- Na razie to nie jest konieczne, chociaż zobaczymy. Pewnie będzie się bronił jak głupi, ale co tam… - spojrzała Aaronowi prosto w oczy, a w jej wejrzeniu było coś bardzo niepokojącego… - Czy wiesz co to jest Maskarada w Maskaradzie?
Aaron się chwilę zastanowił.
- Mogę zgadywać? Śmiertelnik udaje wampira?
Ghoulica jedynie uśmiechnęła się (znowu z jakimś nieprzyjemnym wydźwiękiem tego grymasu) na odpowiedź Aarona.
Aaron uniósł brew.
- Jak masz niby zamiar to zrobić? Nawet jeżeli zmienisz swoje kły jakoś, to ciągle jest sprawa z pulsem, temperaturą… no i niektóre potrafią ci wejrzeć w duszę czy coś takiego i wykryć czy jesteś śmiertelny czy nie.
Tym razem uśmiech Nadezhdy był rozbawiony, ale nie w sposób, który kojarzyłby się z beztroską radością. Ona po prostu wydawała się być rozbawiona ironią tego wszystkiego.
- Wszystko co podajesz to tylko nic nie znaczące detale. - skrzyżowała nogi na łóżku - Wiesz jak najłatwiej jest komarom polować? Udając śmiertelników. A jak ghoulowi polować na komary? Odwrócić ich własną metodę. Owca polująca na wilki.
Aaron zamrugał kilka razy.
- Co.. ale… jak… - Arcanista wziął głęboki oddech. Podbiegł do swojej torby i wyciągnął z niego notes i długopis po czym wrócił do Nadezhdy - Opisz mi WSZYSTKO. Przedstaw cały plan. to będzie super, jeżeli zwykli śmiertelni będą w stanie to zaaplikować…
- Wiesz, jeżeli to rozgłosisz wszem i wobec to padną moje plany, nie sądzisz? Do tego pamiętaj, że wampiry potrafią imitować bycie żywym. Ja mogę sobie zmieniać formę, a kwestia duszy… - przechyliła głowę - To coś siedzi we mnie, co zadziwiło i mojego pana. Chyba taka już natura, że komary niekoniecznie zobaczą we mnie śmiertelnika…
- Rozumiem, tak czy inaczej będzie to ciekawe do nauczenia się.
- Nieważne na razie. Musimy jeszcze porozmawiać z tym tu. - wskazała na Davida - Nie wiem kiedy się obudzi, ale najwyżej go zwalimy z łóżka jak słońce wstanie. Ty się wyspałeś czy ja mam czuwać?
- Idź spać, przyda ci się. Ja… poszukam czegoś na internecie. Może też uda mi się znaleźć informację o szefie New Hope.
- I o tym doktorku, do którego mnie wysłaliście. - padła plecami na łóżko, nakrywając się aż na głowę. - I nie graj w nic, tylko skup się na tym, co się wokół dzieje. Nigdy nie można tracić rozeznania w sytuacji… i kontroli otoczenia... - mruknęła prawie niezrozumiale spod kołdry, a na odchodne dodała - ...chcę wiedzieć jaki komar tu dowodzi...
- Słodkich snów. - Aaron ruszył do komputera i zaczął szukać informacji o członkach przychodni New Hope pod względem ich przynależności do Rodziny, przy okazji zerkając czy jest coś o pijawkowym społeczeństwie w Phoenix. Poszukał też sklepu z narzędziami i przyborami do rzeźby w glinie.


9 listopada 2016r., Środa, 05:52,
Phoenix, hotel "Golden Nook".

Aaron wciąż myszkował po Internecie, gdy zobaczył, że David do niego podchodzi. Dopiero podczas pogrążenia w całkowitej ciszy zauważył, jak cichy w obyciu był jego nowy towarzysz. Skinął mu głową, by nie budzić ghoulicy. Chociaż w oczach widać było zmęczenie i niewyspanie, ruchy ochroniarza sugerowały, że na tę chwilę więcej spać nie potrzebuje i chyba nie jest w stanie. Podał mu klucze.
- Coś wymyśliliście w międzyczasie? - zapytał szeptem.
- Jest mały plan. Jak się okazuje szef New Hope to wampir, Nadezhda mówi, że doktor do którego ją wysłaliśmy też. - Arcanista zerknął w kierunku kobiety leżącej na łóżku - Ona chyba planuje zagrać im na nosie. Udawać jedną z nich.
- Tak, tak działa. - skrzywił się Reitnauer, zakładając rękę na rękę - Jesteśmy na stoprocent pozytywni, że cele to wampiry? - zapytał poważnie, ze znamionami wojskowego żargonu w mowie.
-99% Ponoć już raz zabili szefa New Hope, ale pewnie pomyłka… no chyba, że potrafią wracać. - Aaron wzruszył ramionami.
- Stowarzyszenie przekazało mi, że to tylko podejrzenie. I tak wolałbym nie działać na oślep, jeśli mogą mieć do tego desygnowaną lancę. - zerknął na monitor Arcanisty - Jeżeli to nie problem, wpisz “mahler ressurection” w youtube i wejdź w pierwszy wynik. Wracając do tematu… jestem za likwidacją, ale tylko jeśli nie wejdziemy w ogień krzyżowy o co zapytam, ale co ważniejsze… jak będzie sto procent.
- Tak czy inaczej trzeba będzie sprawę zbadać. - Aaron włączył ponad godzinne nagranie orkiestry. Jego rozmówca skinął głową.
- Nie ukrywam, że moim zadaniem była likwidacja, i ochrona osób ważnych i postronnych. - wyznał, co nie było tajemnicą nawet jak raz rzucić okiem na młodego mężczyznę - W lancy oprócz mnie była detektyw i facet… który był dobry we wszystkim. Zazwyczaj to oni planowani z przełożonymi i ustalali te rzeczy, ufałem im bezgranicznie. - umilkł na chwilę, patrząc trochę nieobecnym wzrokiem na wstawioną na YT tapetę do nagrania Resurekcji. - W… każdym razie. Mamy decyzję co robić, nie plan. Ale chyba łatwo byłoby pośledzić podejrzanego. Zobaczyć gdzie spędza dzień. Pogrzebać w jego śmieciach i przeszłości i dokumentacji medycznej. Zobaczyć co je.
- Pacjentów.
- Musimy to ustalić. - powiedział z naciskiem Szwajcar. - Nie strzelam do ludzi.

- Mam na myśli, że to mi się udało ustalić. Julian otworzył to stowarzyszenie, przemieszcza się między placówkami, podjadając pacjentów. Ponoć wszyscy pracownicy to ghoule.
- W porządku… - David ewidentnie był zaskoczony, nie wiadomo czy sprawnością Aarona czy sytuacją New Hope - W to pierwsze mogę uwierzyć, to ma sens. Ale WSZYSCY pracownicy jako ghoule?
- Tak twierdzi wujek Google i ciocia Wikipedia, a konkretniej takie informacje zsyłają inni Łowcy. Nie mają pojęcia jak mu się to udaje, ale wszyscy, którzy są pracownikami New Hope, to ghoule Juliana… nie wiem czy to samo tyczy się Doctora Andrei, który według Nadezhdy też jest wampirem.
- Zaraz ją obudzę, to ją zapytamy. Na tę chwilę… - młody zmarszczył czoło i potarł zarost na twarzy - ...załóżmy, że faktycznie tak jest. Musi jakoś medycznie lub żywieniowo dystrybuować swoją krew. Nie wiem, dodawać ją do ekspresów do kawy. Trzeba się dowiedzieć jak i to uciąć. Stowarzyszenie musi się dowiedzieć takich rzeczy, twoi zapewne też by skorzystali. Nawet jeśli wszystkich ludzi uderzy odwyk… medialnie będzie to musiało wyjść w ten czy inny sposób. New Hope padnie.
- Tyle ghouli na odwyku… uch, będzie brzydko. Zapytaj przy okazji naszej ekspertki od ghouli, czego możemy się spodziewać, kiedy ich wszystkich nagle walnie głód.
- Wiem doskonale. - uniósł brzeg swojej niedawno gryzionej dłoni - Ale wciąż nie wierzę w tę teorię. Starzy ludzie przestali by się starzeć. Młodzi by doznali cudownych ozdrowień w razie drobnego okaleczenia. Zwolnieni pracownicy masowo mieliby syndrom odstawki. To nie do utrzymania.
- Może nie trzyma ich długo… poza tym, jeżeli faktycznie ośrodki to jego miejsce łowu, KTOŚ by zauważył, że kiedy tylko Julian odwiedza placówkę, nagle pacjenci omdlewają i mają mniej krwi w sobie.
- Dokładnie. Myślę, że coś innego się za tym kryje. - zgodził się Szwajcar, ale nie miał teorii do zaoferowania - Tak czy siak chciałbym, abyśmy złapali go całego, jeśli z obserwacji wyniknie faktycznie że to wampir. Trzeba tylko ustalić kto z nim wówczas będzie rozmawiał…

- Uważam, że Nadezhda ma największe szanse. Jeżeli to pijawka, to może udawać jedną z nich. Jeżeli nie, to wymyśli inną historyjkę.
- Nie wątpię w kompetencje Nadezhdy. Mam natomiast wątpliwość, czy w razie wątpliwości, podzieli się wątpliwościami. Znaczy… wiesz o co mi chodzi. - potrząsnął głową Szwajcar - Chcesz kawy?
- Nie dzięki. Boisz się, że wysadzi placówkę nieważne czy tam są wampiry czy nie?
- Boję się, że będzie skłonna wypić gościa i potem stwierdzić, czy to wampir. - rozejrzał się za czajnikiem, ekspresem… czymkolwiek, nie znajdując niczego. - Zapomniałem, że jesteśmy w pięciogwiazdkowym hotelu… Kiedyś jak, mnie zwolni, zapytam ją skąd ma tyle kasy.
- Ze mnie… -westchnął Aaron - Zadzwoń po obsługę hotelową. Kawa za 200$ mnie nie zabije. Co do picia ludzi… twierdziła, że się zdarzyło… dla utrzymania przebrania. Wiesz, lokalny władca poczęstował pucharkiem.
David wyglądał nietęgo.
- Napiję się w Stabucksie. - zbył temat picia krwi - I tak obsługa za wygląd nie chciała mnie wpuścić, ale zgaduję że dobrze wyglądający facet po czterdziestce z dwudziestolatką aż tak ich nie dziwi. - westchnął, przeczesując jeża na głowie - Słuchaj… plan jak z doktorem zagadać omówmy jak ją obudzę. Chciałem wiedzieć, kto z nim pogada aby dowiedzieć się o tę krew dla wszystkich.
- A jak masz zamiar zapytać o to? "Tak przy okazji, jak udaje ci się utrzymywać te ghoule? A i wiem, że jesteś wampirem." Jeżeli chcesz zapytać o to, on musi uważać, że ta wiedza mu nie zaszkodzi. Dwie opcje, albo któreś z nas się zatrudni i pozwoli na zghoulowanie, albo Nadezhda. Wiem, że to ryzykowne powierzać jej to, ale mamy ograniczone opcje.
- Ta, masz rację. Miałem na myśli kto z nim pogada jak go złapiemy… ale jak mówiłem myślę w dość zamkniętych ramach. - skrzywił się David - Faktycznie, jeśli będzie udawać wampira, może zdoła się po prostu wywiedzieć. W końcu z ciebie jakoś ściągnęła pieniądz.
- Och to była prosta wymiana. Ona zapłaciła za taksówkę, broń, alkohol, przebranie… a raczej operację plastyczną… ja mogę zapłacić za hotel, ubranie, wyżywienie.
- Twój wybór. - rzucił tylko młody Leopoldian, nieudolnie maskując zdegustowanie na “operację plastyczną”. - To co… - skierował spojrzenie na śpiącą kobietę. - Budzę ją?
- Dawaj, ciekawe czy będzie łatwo, czy będę musiał zamówić szlauf.

Szwajcar parsknął śmiechem.
- Postawię ci potem latte w tym Starbucksie. - i podszedł do podwójnego łóżka, które Nadezhda potęgą majestatu i autorytetu z noblesse oblige objęła, wbrew sobie, w posiadanie. Stanął po lewej stronie łóżka, z rękoma za plecami i stojąc prawie na baczność. Black dostrzegł jak momentalnie w młodym człowieku dosyć luźne zachowanie ustępuje zupełnie formalizmowi jaki dotychczas prezentował.
- Réveille-toi, mademoiselle. - powiedział łagodnie.

Wyraz twarzy ghulicy sugerował, że sen bynajmniej nie należał do najprzyjemniejszych. Początkowo nawet nie drgnęła, ale zaraz do Davida doszły ciche, pełne strachu słowa wciąż pogrążonej we śnie Nadezhdy.
- Nic nie zrobiłam, nic, nic, nic, to nie moja wina, to oni…
Twarz jej ochroniarza nie zmieniła wyrazu. Zresztą nawet nie patrzył na kobietę.
- Wachen Sie auf, Fräulein! - powiedział głośniej i nieco dobitniej, dobierając też ostrzejszy język.
Nadezhda zerwała się do pozycji siedzącej rozglądając się przerażona po otoczeniu, jakby kompletnie nie widząc tego, co ma przed oczyma. Spojrzała skołowana na Szwajcara, któremu zasalutowała i powiedziała:
- Ja wohl, gebe ich Bericht!
Szwajcar odsalutował kpiąco.
- Mamy rok 2016, mademoiselle. - powiedział prawie wojskowym tonem, jak gdyby chcąc ją zakotwiczyć z powrotem w rzeczywistości - A ze mnie żaden nazista. Za bardzo się nas bali by zaatakować.
- A jednak… a jednak był plan… - szepnęła przecierając oczy.

Ochroniarz spojrzał tylko przeciągle na Aarona, ale poza tym nic nie powiedział ani się nie poruszył, czekając aż jego chlebodawczyni odzyska w pełni rozeznanie w sytuacji.
Kobieta w końcu uniosła spojrzenie na Davida i fuknęła nieprzychylnie.
- Czego chcesz?
Nieustępliwe spojrzenia skrzyżowały się na chwilę.
- Czas planować, a potem czas działać. Nasz przyjaciel z Arcanum ma cenne informacje.
- Twój plan pewnie kończy się na "zniszczmy wszystko, co już nie powinno się ruszać i co pije ich krew"? Tego uczą twoi, prawda?
- Chętnie posłucham, co zamierzacie zrobić. - skinął głową ku Aaronowi i podszedł z powrotem ku Arcaniście, zostawiając zaspaną ghoulicę samą dopóki się nie zbierze, pozwalając jej opcjonalnie na odrobinę kobiecych przygotowań zanim pokaże się w pełni chwały swojej ofierze dnia wczorajszego.

Po chwili jednak Nadezha zirytowana, jak często było, zerwała się z łóżka, tylko trochę poprawiając, wciąż ewidentnie przeżywająca swoje sny, ale wyraźnie było widać, iż nawet w tym niekoniecznie reprezentatywnym stanie byłaby gotowa na walkę… lub ucieczkę.
- Broń dla nas spokojnie leży w Salt Lake, jakby ktoś pytał, więc raczej nie wejdziemy tam na jakieś drastyczne łowy. - mruknęła - Tak czy inaczej, mnie najbardziej zależy, aby upić co moje i zrobić zapasy na później, więc z łaski swojej zostawcie komara. - spojrzała po obu mężczyznach - Ach, i jakbyście byli ciekawi, to zapłaciłam za zabawki dla nas 20.000$, więc oczekuję zadośćuczynienia za to.
- Hej zapłaciłem za ten hotel. I jedzenie. - mruknął Arcanista - Do tego ja nie chciałem broni.
- Ale będziesz miał, żebyś stojąc przed komarem nie mówił "Nie użyję broni, nie mam jej, bo nie chciałem". To, co zapłaciłeś ma się nijak.
- Ubrania…
Nadezhda zupełnie zignorowała słowa Arcanisty zwracając się do Davida.
- Co do ciebie, to pewnie ci to pociągnę z pensji, ale nie wiem czy to już nie nałoży się na kolejną wypłatę.
- Wciąż nie widziałem dolara zapłaty, więc uwierzę jak zobaczę. - powiedział bez przejęcia ochroniarz.
- Może chce ci płacić w rublach… W sumie na jaką kwotę wy się umówiliście? Z ciekawości pytam.
- Zadowalającą. - odpowiedział po prostu Szwajcar.
- Jesteś pewny? Bo jeżeli ona myśli o rublach, to 100 równa się jakiemuś 1,5 dolara.
- Jeśli nie będzie zadowalająca, to pójdę w cholerę. - uśmiechnął się rozbrajająco ochroniarz, siadając wygodnie w obijanym skórą luksusowym fotelu.
- Natomiast mieliśmy rozmawiać o tych co żerują na ludzkiej krwi, a nie po prostu żerują na ludziach.

- Ja jedyne na czym żeruję to na krwi wampirzej. - wzruszyła ramionami - To co nasz wspaniały członek szacownego Arcanum znalazł w tym swoim ubóstwionym Internecie?
- Julian to wampir, kilkanaście lat temu stworzył to całe New Hope, teraz chodzi między placówkami i żre co mu się podoba. Aha, wszyscy pracownicy to ghoule.
- Ujmujące. Najwyraźniej ktoś będzie płakał nocami za swoim panem i jego Vitae… Czekaj… - spojrzała na Aarona - WSZYSCY pracownicy?
- Takie informacje znalazłem. Trochę dziwne… wątpię, aby jeden wampir MIAŁ w sobie krwi dla tylu.
- Bo nie ma, a nawet gdyby był bardzo stary, to i tak musiałby regularnie do każdej placówki się udawać na karmienie. Wątpliwe, aby miały to być konkretnie jego zabawki do bicia.
- No trzeba to rozgryźć. Załóżmy, że jednak WSZYSCY są od niego uzależnieni. Jaki scenariusz widzisz, kiedy zostaną odcięci od źródła?
- Część się zabije jak poczują śmierć pana, część poleci służyć innemu i spijać jego krew, część zacznie oddawać się innym żądzom dla zapełnienia pustki, jak zbliżenia intymne czy mordowanie, część nawet może być na tyle cwana, aby szukać kogoś, kto będzie handlował Vitae i nawet zacząć samemu polować, ale prawdę mówiąc - tacy rzadko dożywają roku. - skwitowała Nadezhda.
- No chyba, że mowa o tobie. - westchnął Aaron - Więc, możemy mieć nadzieję, że jest dobry w Maskaradzie. Bo masa ghouli zaspokajająca się po mieście… uch, żal mi cywili.
- Zakładamy, że większość nie będzie wiedzieć co się z nimi dzieje. Policja i placówki odwykowe się nimi zajmą. - stwierdził Reitnauer - Klucz to potwierdzić prawdziwość tych informacji… dowiedzieć się, jak jest z ghulami i jak Julianowi się udało… i wtedy złapać go.
- I spić. - uśmiechnęła się słodko ghoulica.
- W twoim przypadku. - rzucił tylko, siląc się by nie epatować dezaprobatą - Ale znowu, to znaczy, że mamy decyzje. Plan to to jak to zrealizujemy. Zdaje się, że obydwoje… - zerknął na Aarona - ...mademoiselle, masz o wiele większe doświadczenie w tym punkcie… łowów. Jak byś się za to zabrała, mając do dyspozycji oprócz swoich... talentów nasze kompetencje?

- Prawdę mówiąc tylko raz przez jakiś czas współpracowałam z innymi… - skrzywiła się - Ale jeżeli chodzi o wasze kompetencje… - zerknęła po obu mężczyznach - ...zawsze można coś z tego wyciągnąć. W końcu ty, mój dzielny, sowicie opłacany ochroniarzu, byłbyś w stanie zrealizować plan pod kątem… mniej subtelnym prawda? - znowu na jej twarzy wykwitł słodki uśmiech, po czym zwróciła się do Aarona - Co zaś tyczy się ciebie, grającego po nocach w gry dla dzieci… Jak dobry jesteś w montowaniu zabawek?
- Uwierz mi, dzieci na ogół nie grają w gry, które ja mam. Co do zabawek.... czego oczekujesz? Słońca w butelce ci nie zrobię, ale mogę zrobić wybuchające pióro, czy teleskopową halabardę. - Arcanista się delikatnie przeciągnął - Będę potrzebował trochę czasu co prawda.
- I pewnie gotówki. Policz jej za halabardę. - złożył zamówienie Szwajcar, skinieniem wskazując swoją chlebodawczynię.
- Obetnę ci z pensji. - wzruszyła ramionami Nadezhda.
- Jak tak dalej pójdzie, niedługo ty będziesz płacił jej.
- Nie jestem tak bezduszna, musi mieć za co kupować sobie jedzenie, aby ze mnie nie ciągnąć. - ponownie słodki uśmiech wykwitł na jej twarzy, po czym spojrzała uważniej na Arcanistę - Czasu, hmm? Niezbyt go mamy, więc oczekuję że maksymalnie w ciągu kilku godzin przerobisz moją komórkę na wzór nadajnika, który będzie działał dyskretnie.
- To akurat proste, nadajnikiem już praktycznie jest. Trzeba się tylko do niej podłączyć. - Aaron spojrzał na Davida - Nie spodziewaj się cudów. Nie sprawię, że dwumetrowe drzewce nagle będzie miało pięć centymetrów. Powinno udać mi się skompaktować to gdzieś do 20-30 cm, ale to może zmniejszyć wytrzymałość broni.
- Czekaj, to nie wszystko, geniuszu komputera. - Nadezhda zaczęła szukać komórki w torbie - Chcę też, aby była możliwość zmierzenia parametrów danej osoby, a myślę tu o ciepłocie ciała. - w końcu wyciągnęła swój telefon, który okazał się być chyba najbardziej kosztownym produktem Apple...
- Pomogę ci, ale na razie może zajmij się życzeniem pani, bo ewidentnie ma swoje kaprysy… - Reitnauer pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Żadne kaprysy. Czysty pragmatyzm. - kobieta wzruszyła ramionami.
Aaron delikatnie ujął urządzenie kobiety.
- Szczerze, na wpół spodziewałem się, że dasz mi jakiś relikt z pierwszej generacji komórek. - mężczyzna połączył telefon ze swoim laptopem i zaczął bawić się oprogramowaniem urządzenia.
- Ach, i jedna sprawa. - oparła się o stół - Jeżeli zniszczysz to odkupujesz ten sam model. To prezent w końcu.
- Jeżeli poczekasz rok, to odkupię, to już nie zabawka dla mnie. Nie martw się nie zrobię jej nic… kto ci to dał? Putin?
- My friends with benefits. - wyszczerzyła się.
Aaron zamrugał kilka razy po czym westchnął.
- Aż się zastanawiam, co ty im dajesz w zamian.
- W porządku. Telefon ze zdalnym testem na wampira. Jak chcesz go użyć? - David sprawnie i subtelnie uciął dyskusję, wiedząc, że raczej do niczego dobrego nie doprowadzi - Jaki masz plan?
- Włożę mu go w gardło, przecież się nie udusi, jeżeli jest wampirem. - odparła niewinnie Nadezhda - Dużo zależy jak pan spec załatwi sprawę, ale jeżeli będzie to coś, co będzie działało jak określacz ciepła otaczających osób i takich tam, to jeśli jednocześnie to cudo będzie zapisywało wyniki, wystarczy że sprawdzimy je później, zaś nadajnik… tak na wszelki wypadek, jeżeli mój rycerz w kolorowym, pasiastym wdzianku miałby ratować damę w opresji. Wątpię, aby to miało miejsce, ale zawsze można się ubezpieczyć.
- Więc chcesz się z nim spotkać i takim urządzeniem określić, czy jest wampirem? - uprościł sprawę David, chcąc uniknąć niejednoznaczności.
- W sumie to tak, jeżeli zabawa w rozmówki nie przyniosłaby spodziewanego efektu.
- W porządku. Co jeśli okaże się być wampirem?
- Wtedy zostanie tylko umiejscowić go w odpowiednim miejscu i czasie, po czym nastąpi najlepsza część zabawy. Dowie się tego czy owego, wyciągnie część Vitae, zniszczy. Małe przyjemności cieszą najbardziej, prawda?
- To umiejscowienie w miejscu i czasie to najtrudniejszy punkt. O niego mi głównie chodziło. - ochroniarz nie ustosunkował się do… znamion psychopatycznych tendencji w słowach swojej chlebodawczyni.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest offline  
Stary 25-12-2016, 20:11   #10
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
- Na chwilę obecną przychodzą mi do głowy dwie możliwości: albo wystarczy mój wdzięk osobisty, albo któreś z was zrobi za przynętę, co również jest dobrym rozwiązaniem. Oczywiście, gdybym miała jednego z was jako ghoula byłoby o wiele lepiej z wyciąganiem, jak podejrzewam. - spojrzała uważnie po mężczyznach.
Aaron podniósł głowę znad komputera.
- Nie ja! - zawołał szybko - Chyba będę przydatniejszy jako wsparcie techniczno-taktyczne.
- To w ogóle średni pomysł. Miejsce będzie pełne kamer. - postukał palcami o blat Szwajcar - Lepiej, żebyś potwierdziła czy jest wampirem czy nie… potem można spróbować bardziej tradycyjnych metod, aby go złapać.
- Tak w sumie to nie widzę problemu z kamerami. Nagrają nas i co? Co im to da skoro zmienię… - spojrzała na Davida - ...och.Ty przecież masz uczulenie na dotyk kobiety.
- Mało profesjonalnie wchodzić w zażyłe stosunki z klientem. Źle wpływa na stabilność posady. - na spokojnie odszczeknął Reitnauer - Ciebie faktycznie mogą nagrywać do woli, ale nawet jeśli zamierzamy przechwycić cel, dobrze zawieść go do miejsca, które zawczasu przygotujemy, a nie ryzykować na gorąco w placówce, w której nie wiemy czy cały personel nie jest ghoulami, albo nie ma innych wampirów, albo ktoś może w każdej chwili zadzwonić na policję.
- Mówiąc szczerze to ryzykowanie na gorąco weszło już do mojego menu. - wzruszyła ramionami - Takie życie. Niemniej, wy się zorientujcie co do możliwego miejsca, bo moje przyzwyczajenia łowieckie mogą nie być dobre w tej sytuacji. - skrzywiła się - To, co mnie martwi, to fakt, że nie mamy pojęcia jaką siłą dysponuje ów komar, a to zawsze problematyczna sprawa.
- Proste. Słuchajcie, ja to widzę tak… - rzucił Reitnauer, i zaczął rozglądać się za jakąś kartką i długopisem - Ma ktoś coś do pisania?
Aaron spojrzał wymownie na Davida po czym wrócił uwagą do komputera.
- Ignorant… - Nadezhda wyjęła z torby, o dziwo, tani długopis i pomięty zeszyt, po czym podała te przedmioty Szwajcarowi.
Ten zaczął notować listę rzeczy do ogarnięcia.
1. Spotkanie z Julianem. Nadezhda stwierdza czy wm. Prosi o zamówienie dla niej taksówki.
1.a) wymaga komórki -> lokalizacja, ciepłota, głośnik, nagrywanie
2. Godziny nocnych lotów. Zwyczaje Juliana w przemieszczaniu się między placówkami NH.
2.a) prawdopodobne loty dalej
2.b) przekierowanie zamów. transportu Juliana do Aarona
3.c) podstawiona taksówka (pozyskać)
3.d) lokacja przy lotnisku
- Sprawa jest prosta. Twoje stwierdzenie, czy jest wampirem nie ulegnie zmianie, ale Aaron będzie słuchał i nagrywał wszystkiego… dla bezpieczeństwa i dla późniejszej analizy. - spojrzał na jedno i drugie by stwierdzić, czy nadążają - Jeśli, jako wielmożna dostojna wampirzyca poprosisz o zamówienie ci transportu, jest szansa że ktokolwiek odpowiada za transport Juliana załatwi tobie. Pytanie, panie Black, czy byłbyś w stanie wpiąć się w ich linię telefoniczną, jakkolwiek technicznie to widzisz, aby podszyć się pod operatora korporacji taksówkarskiej gdy przyjdzie czas. Nie muszę chyba tłumaczyć, co planuję z wynajmem lub kupnem używanej taksówki. Jeśli ma szofera… - zastanowił się chwilę Reitnauer - To sprawa się komplikuje, ale nie uniemożliwia. Ale mała szansa, biorąc pod uwagę ile się przemieszcza, by miał samochód i szofera w każdym stanie.

- Jeżeli udałoby się przechwycić szofera, to nie jest aż tak źle. Wystarczyłoby tylko zmienić ponownie Aarona, bo nie liczę, że z tobą, o święty mężu, dałoby się dojść do kompromisu.
- Nie dałoby się. Mimo to, ja bym zajął miejsce szofera. To wentyl bezpieczeństwa.
- Jesteś straszliwie uparty. Zapytaj nawet Aarona, a powie ci, że cała ta przerażająca zmiana była dla niego w sumie dość miłym odczuciem kobiecego dotyku. - odparła Nadezhda.
- Dzięki, jeśli będę szukał kobiecego dotyku poszukam wśród kogoś w moim wieku. Bardziej się martwię co powiem Bogu, jak mnie nie rozpozna. - po Davidzie nie widać było śladu zażenowania z odpowiedzi, skierował jak zawsze intensywny wzrok na Blacka.
- Jak to widzisz, z tym połączeniem telefonicznym?
- Ryzykowne. Musiałbym wiedzieć z jakiej konkretnej firmy korzystają. Nadezhda musiałaby przedłużyć trochę rozmowę z Julianem, abym mógł zhakować jego komórkę i wyciągnąć z niej takie informacje…
Nadezhda parsknęła urażona na słowa Davida, ale zaraz dodała:
- Bóg cię nie pozna? Czyli taka dobra jestem w tej sztuce? - spojrzała na Aarona - Wierzę, że sobie poradzisz… bo nie masz innego wyboru.
- Wszystko czego potrzebuję, to znaleźć sposobność by znaleźć się z nim w odosobnieniu poza ich placówką. Pora roku nam sprzyja… jeśli wsiadłby do samochodu, który prowadzę, albo sobie poradzę, albo tylko ja zginę. - powiedział Reitnauer tak samo rzeczowo jak wszystko inne. Nawet nie mrugnął opisując rozsądną kalkulację ryzyka, ograniczonego do jego zgonu... - Jak mówiłem, nie jestem w tym dobry. Zaproponujcie coś… jak go zwabić. Jak go przechwycić. Jak go wyciągnąć. Kiedy będzie rozkojarzony, bez uwagi, bez wielu ghouli czy postronnych osób, biorąc poprawkę na jego ostrożność. - David przysunął sobie krzesło i usiadł ciężko. - Musi być przedsiębiorczy i przewidujący, jeżeli udało mu się to zorganizować. Na pewno miał czas przygotować się na kłopoty. Dlatego zaskoczenie musi być faktyczne i uwzględniać jego perspektywę. Ja tego po prostu nie umiem.
- Jeżeli o mnie chodzi to najlepsze plany wychodzą, gdy musisz improwizować w ogniu zdarzeń - mruknęła Nadezhda - ale najwyraźniej wy tego nie popieracie, hmm?
- Nie jeżeli oczekujemy rezultatów innych niż skończyć jako następny nagłówek w gazecie. - mruknął Aaron.
Nadezhda pokręciła głową.
- Ja jakoś nigdy nagłówkiem się nie stałam…
- Nigdy nie współpracowałaś z nami. - odparł z uśmiechem Aaron.

---

Koniec.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168