Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-08-2017, 08:50   #1
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
PRELUDE: Dream is collapsing


PRELUDE
DREAM IS COLLAPSING

Hold fast to dreams
For if dreams die
Life is a broken-winged bird
That cannot fly.

Hold fast to dreams
For when dreams go
Life is a barren field
Frozen with snow.

~Langston Hughes

Cisza nocy wlewała się w każdy zakamarek dworu oddalonego od atmosfery świata pospolitych, jaki nie miał wstępu do tego rzeczywistego marzenia. Młody szlachcic raczył się rubinowym trunkiem, jakiego kolor zdawał się być wręcz nienaturalnie idealny, a odcieniu nie zaburzało nawet światło księżyca. To wino, jakby nazwały ten istny nektar istoty przepełnione skażeniem nijakiej natury i tuzinkowością życia, było jednym z najlepszych jakie mógł zdobyć szlachetnie urodzony. Co może być smaczniejsze od owocu wyrastającego z czystych marzeń, zerwanego w okresie jaki dla śmiertelnego jest ujściem inspiracji? Co może być smaczniejsze od jego słodkiego smaku, który jednak po chwili jawi się tak gorzkim?

Szlachcic o oczach zielonych niczym najsoczystsze trawy prawdziwej polany dziecięcych snów, odstawił kielich z kryształu jaki nie stanowił bariery dla widoku trunku weń nalanego. Prawie bezwiednie zaczął nucić melodię piosenki, jakiej słów nie znał, ale była ona tak ważna, tak istotna dla każdego z nich... tylko czemu nie mógł sobie przypomnieć sensu jaki miała za sobą nieść? Czemu ci, co pamiętali słowa nie chcieli ich nikomu zdradzić, co było w nich tak ważnego, aby tak zazdrośnie ukrywać je przed innymi?

Sidhe spojrzał na zdobiony złotem stolik, jakiego drewno pochodziło od ściętego drzewa, które wydało swoje ostatnie owoce nim stało się jedynie bezpłodnym pniem. To była ich wina, oczywiście, ale czasem niektórzy muszą się poświęcić, nawet jeżeli będzie chodziło tylko o kilka owoców, jakie teraz leżały bezpiecznie w koszyku ustawionym na stole.

Szlachetny Fae, jak wolał o sobie myśleć, zaczął przeglądać przyniesione mu owoce nęcące soczystością i zapachem, aż odnalazł ten najzacniej wyglądający okaz. Obejrzał go dokładnie, chcąc nasycić oczy jego idealnością, jednak zamarł, gdy zobaczył niechciane odbarwienie na powierzchni jego skórki. Skrzywił się odkładając na bok owoc, ale gdy zwrócił ponownie wzrok na koszyk i zgromadzone w nim dobra nie mógł oderwać wzroku od odbarwień jakie ujrzał na soczystej niegdyś naturze niektórych.

I wtedy zrozumiał, gdy jego spojrzenie przyciągnął odłożony owoc jakiemu daleko było do perfekcji, kiedy pojął, że to właśnie powód zarazy jaka trawiła powoli też resztę owoców o rubinowch duszach, jakie zdawały się teraz wyśmiewać dumnego Sidhe.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 29-08-2017 o 09:37.
Zell jest teraz online  
Stary 28-08-2017, 23:54   #2
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
PROLOGUE: Don't think about elephants


PROLOGUE
DON'T THINK ABOUT ELEPHANTS

We dance for laughter, we dance for tears,
we dance for madness, we dance for fears,
we dance for hopes, we dance for screams,
we are the Dancers, we create the dreams.
~Albert Einstein

Ucieczce nie było końca...

...ale czym było to, przed czym uciekała?

Ciężki oddech dziewczynki znaczył zimne listopadowe powietrze drażniące jej płuca milionem mroźnych ukłuć. Nie wiedziała gdzie jest jej dom, gdzie podziała się mama i tata, przed czym ucieka. Działa czystym instynktem, który pchał dziesięciolatkę w stronę drogi wybudowanej na miejscu dawnego boru dawno pożartego przez okrutny metal. Tam gdzieś byli inni, ci którzy jej pomogą, ochronią ją i sprowadzą znowu do domu, do rodziców jakich zagubiła w tym nieznanym jej miejscu. Tam byli ci, co jej nie skrzywdzą i wszystko wytłumaczą.

Tam nie będzie tych potworów.

Nagle spomiędzy ciemnych drzew nocnego lasu wyrosła droga, jaką od dawien przemierzały dyszące spaliną samochody. Dziewczynka wyskoczyła na jezdnię, ale po kilku susach potknęła się ze zmęczenia i przewróciła na twardą nawierzchnię. Chciała zapłakać z nagłego bólu jaki zapłonął w zdartych kolanach i łokciach, jednak nim jej dziecięce serduszko poddało się temu uczuciu przed oczami dziesięciolatki wykwitła nadzieja.

Światło. Tam było światło!

Zerwała się z klęczek, nagle otrzymawszy zastrzyk energii. Tam było ocalenie, tam było to, czego poszukiwała, a czego bał się potwór. Tam byli ci, wśród których będzie bezpieczna, jacy uratują ją, jej mamę i tatę. Zniszczą potwora jaki pojawił się znikąd.

Biegła co sił, nie zważając już na ból kolan, chcąc dotrzeć do światła jakie było niczym latarnia wskazująca przejście do realnego snu za którym tęskniła, a nikt w niego wierzył.

Jednak kiedy była już blisko światło przygasło, aby po chwili zamrzeć całkowicie, jednak nie pozostawiło dziewczynki w całkowitej ciemności nocy, ale nim zdążyła zareagować, zrozumieć co się dzieje i czemu za wyczekiwanymi wrotami do snu gorzało też inne światło oświetlające drogę silnym strumieniem... było już za późno.


Oślepiony nieoczekiwanym światłem kierowca nie zdążył wyhamować na tej śliskiej od nocnego deszczu nawierzchni.




STEVEN SCOTT

Głosy klientów przebijające się do tego miernego stanowiska pracy Stevena były tego listopadowego wieczoru szczególnie niepożądane.

Młody Scott czuł się poirytowany na wszystko i wszystkich, chociaż powodu takowego uczucia znaleźć nie mógł... o ile w ogóle byłby na tyle zainteresowany jego poszukiwaniem, aby zadać sobie takowy trud. Nie chciał dziś widzieć nikogo, ale nie miał wyjścia - musiał stawić się do pracy, bo w końcu pieniądze nie wezmą się z nieba. Niezależnie od bezsilnej złości jaka go ostatnio ogarniała coraz częściej, gdy tylko przychodził do Red Rose, musiał dostosować się do tej szarej, paskudnej rzeczywistości w jakiej zamknęło go życie, więc bez perspektyw na lepsze jutro dawał się ponieść prądowi zdarzeń. Przychodził więc co wieczór do lokalnej speluny, aby zmoczyć sobie ręce i ubranie nie zawsze odpowiednio ciepłą wodą, jaka zmieszana z płynem do zmywania nieznanej marki prosto z ruskiego przemytu, miała być jego narzędziem pracy.

Jak co wieczór roboczy zdrapywał resztki zaschłego jedzenia z talerzy i starał się doprowadzić "zastawę" do jakiejś formy, uważając aby nie pokaleczyć się o obtłuczone krawędzie kufli po piwie, co już kilkukrotnie mu się zdarzyło, gdy w złości zbyt silnie próbował przemyć jeden z nich.

Zaprzepaścił tak wiele... i gdzie jest teraz? Gdzie do cholery?

Miał ochotę zapalić.

Niedługo przerwa. Została mu tylko jedna drewniana deska do krojenia, do której przykleiły się resztki kiełbasy z dzisiejszego wieczoru, których nikt wcześniej nie raczył usunąć. Mając przed oczyma perspektywę papierosa, Steven przekręcił bardziej kurek z ciepłą wodą, chcąc zalać cholerstwo, aby choć trochę zmiękły kawałki jedzenia nim zdoła usunąć mięso z drewnianej powierzchni, mając do dyspozycji tylko zużytą gąbkę, miernej jakości płyn z przemytu i własne paznokcie. Zastanawiając się ile papierosów pozostało w paczce patrzył beznamiętnie na płynącą z kranu wodę obmywającą brudną deskę i powierzchnię zlewu.

Widział wodę.

Zwykłą wodę.


WODĘ NICZYM TĘCZA

Steven otworzył szerzej oczy, gdy zrozumiał, że miejska woda wypływająca z kranu mieni się kolorami tęczy, przechodząc gradientem w różne odcienie. Chłopak przez moment nie mógł oderwać spojrzenia od tego fenomenu, po przym kierowany jakimś odruchem zakręcił oba kurki, kończąc tym samym spektakl.

I wtedy jego spojrzenie przyciągnęła deska do krojenia, jaka czekała w zlewie na oczyszczenie...


...która teraz wyglądała jakby farba wgryzła się w jej drewno, tworząc na jego powierzchni artystyczne wyobrażenie morskiej wody.



JAMES MACDOUGAL

Nie mógł się skupić na swoim nowym projekcie, bo tym razem nie był w stanie za żadne skarby oddać się pracy w odpowiednim stopniu. Problemem nie była ta grupka nafaszerowanych alkoholem oraz najpewniej jakimś zielskiem, która darła się na całą ulicę przylegającą do magazynu jaki zajmował James. Dobrze, może nie była tym konkretnym problemem odciągającym uwagę mężczyzny od jakże istotnej części (o ile nie całości) jego egzystencji, ale komuś takiemu jak on ten jazgot powodowany przez kretynów na zewnątrz powodował chęć wystrzelania towarzystwa. Tym razem jednak to nie "czynnik sąsiedzki" sprawiał problem. Tym razem sprawa była naprawdę poważna. Oczekiwał niespokojnie na pojawienie się przy nim Furii, która towarzyszyła mu codziennie w smutkach i radościach, która co noc grzała łóżko swojej miłości i witała go w nim ukazując pełnię powabu swego rozgrzanego ciała...

Teraz jednak jej nie było. Zniknęła tuż po śniadaniu i nie pojawiła się nawet do listopadowego wieczora, jaki przed godziną opadł na Chicago.

James czuł, że coś jest nie tak, ale za nic nie mógł zrozumieć tego odczucia. Co było nie tak? Niemniej żaden prymitywny instynkt nie krzyczał, aby uciekał, a jednak... Jednak coś było nie tak, zaś brak możliwości zrozumienia drażnił mężczyznę.

Jazgot z zewnątrz sprawił, że James skrzywił się wyraźnie. Nie dość, że Furii nigdzie nie było, to jeszcze ci na zewnątrz wyraźnie chcieli posmakować złości właściciela magazynu. Z jednej strony chciał on w tym momencie rozprawić się z dzieciarnią (wiek nie był ważny oczywiście), jednak z drugiej zastanawiał się czy nie powinien bardziej skupić się na poszukiwaniu ukochanej. Co jeżeli stała się jej krzywda lub po prostu zabłądziła? Co jeżeli ktoś ją porwał?

James bezwiednie ścisnął śrubokręt trzymany w dłoni, jaki był jednym z narzędzi potrzebnych mu... do wszystkiego, a który dziś opuszczał jego dłoń jedynie na krótkie chwile; dzisiejszego dnia wszak próbował zmienić wyrzucone na śmietnik niesprawne urządzenia w coś przydatnego. Zamyślony ledwie zauważył, że stary śrubokręt przestał odciskać swoją wagę w jego dłoni, jak i James zaczął czuć pod palcami coś zgoła innego niż ogryziony plastikowy trzonek.

Czuł miękkość, a ta nagła zmiana zmusiła go do spojrzenia na dłoń, w której jednak już nie było metalu...


...tylko świeże płatki fiołków.



SHAYA MARDOCK

Shaya jechała taksówką na spotkanie z nowym pracodawcą, z jakim tego wieczora miała ustalić szczegóły ich współpracy, która będzie się ciągnąć w trakcie następnych miesięcy. Allan Green, młody acz znany i ceniony fotograf, skontaktował się z kobietą, gdy poszukiwał modelki, jaka będzie pozować na potrzeby jego sesji fotograficznych, mające być utrzymane w konwencji ukazania postaci kobiecej w różnych jej sylwetkach - "Jak natura ma pory roku" powiedział jej podczas ostatniego spotkania, na którym podpisywali umowę. Płaca była zacna, a sam artysta obiektywu zdawał się posiadać wielkie pokłady zapału jeżeli chodziło o jego pracę.

Co do reszty będzie musiała dopiero się przekonać na własnej skórze, jako że artyści bywają bardzo... ciężcy w obyciu, o ile w ogóle da się z nimi współpracować.

Ciemne chmury na wieczornym niebie zwiastowały deszcz tej listopadowej nocy, w który przyjdzie Shayi wracać do domu. Pocieszające było, że po prostu zadzwoni po taksówkę i nie będzie zmuszona moknąć przez całą drogę ze spotkania jakie odbędzie się w studio fotograficznym Allana. Przynajmniej tyle dobrego...

...a dziękowała w duchu tej możliwości, gdy już opuściła samochód i poczuła krople spływające po twarzy. Na szczęście musiała jedynie przejść na drugą stronę ulicy, gdzie mieściło się studio zorganizowane na trzecim piętrze w ekskluzywnego apartamentowca. W końcu taki artysta miał swoje standardy.

Miała już zamiar przejść przez jezdnię, gdy do jej uszu doszedł głośny chlupot mierzwionej tafli wody, a gdy spojrzała w tamtym kierunku zobaczyła... rybę taplającą się w płytkiej kałuży deszczówki.

Nie, nie rybę, poprawiła się. Ptaka. Tak, to był...

Ptakoryb?

Stworzenie rozmiarów kota miało rybie ciało, z którego wyrastały skrzydła ptaka, jak i najwyraźniej posiadało także nóżki, co Shaya zauważyła, gdy przemoczone stanęło na nich i otrzepawszy się podleciało w górę. Zwróciło swoje niemrugające oczy w stronę kobiety przekręcając główkę na ptasią modłę, aby po krótkim zawahaniu, gdy najwyraźniej ciekawość przewyższyła strach, ruszyło ostrożnie w stronę nieznajomej.


Stworzenie krążyło powoli wokół Shayi silnie trzepocząc skrzydłami wyrastającymi z ciała obok skrzeli. Kilkukrotnie podczas tej obserwacji jego skrzydła przesunęły się po twarzy kobiety łaskocząc piórami, aż poczuła ona, że zmęczone zwierzę osiadło na jej głowie, wczepiając się ptasimi pazurkami we włosy Shayi, a zimny i mokry ogon niefrasobliwie opadł z plaśnięciem na twarz modelki.


MICHAEL LEE

Mercy znała wody równie dobrze jak i Michael, chociaż z innej strony, nieosiągalnej dla młodego mężczyzny, a jednak to właśnie ten jacht był jego towarzyszem każdej podróży w tonie Wielkich Jezior, które od zawsze posiadały nutkę magicznej tajemniczości. Nieważne jak zostaną zbadane - nigdy nie staną się poznane w każdym calu, chociaż z upływającym czasem coraz mniej pozostawało ten niesamowitości, a nigdy nie wiadomo w końcu co nowego wymyśli nauka, aby spróbować obedrzeć wody z całej ich baśniowej natury. Czy było to dobre?

Mercy nie mogła narzekać na brak wolności, jak i nie mógł narzekać Michael, jednak przyziemność wywierała nacisk także na tej dwójce. Michael przygotowywał jacht na jutrzejsze wypłynięcie, które jednak było nastawione w całości na odpracowanie zobowiązania. Musiał tak żyć jeszcze rok, ale później... później...

Czy on w ogóle był w stanie wyobrazić sobie tak naprawdę co będzie za rok?

Ciężkie chmury nad Chicago napłynęły od strony lądu, ale pierwsze krople deszczu zaczęły już uderzać w pokład Mercy. Nie zapowiadało się na nic poważniejszego, ale niedocenianie natury nie było czymś rozsądnym dla ludzi złączonych z wodami. Michael chciał już udać się do środka jachtu, nie tyle z powodu niechęci do zmoknięcia, ale mając zamiar sprawdzić jeszcze mechaniczną część samej Mercy, gdy jego spojrzenie przyciągnęło poruszenie na wodzie oddalone od niego jakieś sześćset metrów, o ile nie więcej. W tamtym miejscu ciemne chmury były rzadsze, ale to nie ten fakt wzbudził zadziwienie mężczyzny.

Na tafli wody stał człowiek, podtrzymujący się jedynie na rękach.


Michael nie był w stanie określić czy to mężczyzna, czy kobieta, ale fakt pozostawał faktem - osoba uskuteczniała tę akrobację, mając za podparcie nie grunt, a wodę, która falowała silniej niż zwykle dzięki podmuchom wiatru gnającego chmury.


CARL GREYWOOD

Wieczory w Chicago miały swój klimat, który jednak nie byłyby dla Carla tym samym, gdyby nie zawierały w sobie elementu towarzyskiego. Tym razem studencka brać postanowiła umilić sobie listopadowy dzień wypadem na kręgle, chociaż po nich przewidziane zostało odwiedzenie sąsiedniego pubu, gdzie będą mogli spokojnie pogadać przy kuflu piwa. Ani się obejrzeli, a przyjemnie upływający dzień zaczął chylić się ku nocy.

A jutro zajęcia.

Carl pożegnał się z towarzyszami w uczelnianej niedoli, po czym skierował swe kroki w stronę Kampusu. Fred nie udał się z nim na wypad studencki z jakiś tam powodów zdrowotnych, na które narzekał, ale Carl miał wrażenie, że ma to ścisły związek z płcią piękną zważając na rozkojarzenie przyjaciela.

Mężczyzna znał dobrze drogę do swojego miejsca tymczasowego zamieszkania, więc bezwiednie kroczył po ciemniejących ulicach Chicago, jedynie zakrywając głowę kapturem ciepłej bluzy, gdy odczuł spadające z zachmurzonego nieba ciężkie krople deszczu nadchodzącego już od pewnego czasu. Wolał szybko znaleźć się w zajmowanym przez siebie i Freda pokoju, unikając możliwej ulewy, zapowiadanej w radio już dłuższy czas. Codziennie mylili się w swej prognozie, ale kiedyś w końcu się ona spełni, możliwe że właśnie dzisiejszej nocy.

Jednakże to nie możliwa ulewa miała być problemem.

Carl skręcił w boczną uliczkę z zamiarem skrócenia sobie drogi do Kampusu. Przecież wielokrotnie korzystał z tego skrótu, który prowadził go zawsze pomiędzy oszklonymi wieżowcami, aż cuchnącymi szarą pracowniczą rzeczywistością, którą jedynie osładzać mógł ten skromny deptak z zasadzoną roślinnością po obu stronach chodnika, z drzewkami rodem z poradników dla babć ogrodniczych.

Ale ogromne drzewa i leśna ściółka nie były wpisane w ten miejski obrazek Chicago.


Carl stanął jak wryty rozglądając się zdezorientowany, nie wiedząc co mogło się tu zadziać... i to tak szybko. Przecież przechodził tędy dwa dni temu! To niemożliwe!

Jednak gdy spojrzał w górę zobaczył, iż gałęzie i liście tych ogromnych drzew wraz z wysokością zrzucały swoją formę, aby zastąpić ją cementem, cegłą, szkłem czy metalem w momencie wyzbywania się okowów natury; stając się nie drzewami, a znanymi Carlowi chicagowskimi wieżowcami.


 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 15-10-2017 o 20:12.
Zell jest teraz online  
Stary 15-10-2017, 20:10   #3
 
Googolplex's Avatar
 

- Co do ciężkiej cholery? - Zdziwił się James ściskając i rozcierając między palcami płatki, sprawdzał przy tym kilka rzeczy, po pierwsze ich konsystencję, fakturę, wilgotność a także jedy kilka potarł mocniej, zapach. Smaku sprawdzić się nie odważył, zresztą i tak nie wiedział jak powinny smakować. Wprawdzie nie wiedział też jak powinny pachnieć, założył jednak dla uproszczenia, że po prostu jak kwiaty. Odruchowo sięgnąl do kieszeni po lizaka, zatrzymał się wpół gestu.
- Ja pierdole, ani chybi zatrułem się chemią. Nigdy więcej nie kupię tego taniego gówna, widać, jak chcesz pożądne słodycze to musisz zapłacić… co za pierdolone czasy. - Zaczął macać się po kieszeniach szukając tej w której miał jeszcze paczkę suszonej wołowiny, ta przekąska będzie musiała wystarczyć póki nie zamówi nowych zapasów.
Z doznania empirycznego wychodziło, że te fioletowe kwiaty nie dość, iż najwyraźniej są tworem naturalnym, to jeszcze musiały co dopiero zostać zerwane. James czuł wilgoć na ich płatkach.

Prawa kieszeń nie zawierała poszukiwanej wołowiny. W lewej natomiast wymacał spory obiekt o kulistym kształcie, z przymocowanym do niego czymś na wzòr sznurka lub zawleczki…
W tym momencie wszystko stało się jasne i oczywiste. Rodzinka jednak postanowiła zamknąć go w psychiatryku i nafaszerowali jakimś gównem. Nie po raz pierwszy zresztą. Dziwne tylko, że nie pamięta samego zamknięcia. Przeraził się o zniszczeniach jakie prochy mogły spowodować w jego mózgu i szybko w pamięci przeprowadził kilka prostych obliczeń, fakt iż ciągle potrafił obliczyć całkowitą energię mola uranu w stanie spoczynku nieco go uspokoiła, najważniejsze narzędzie ciągle działało. Rozejrzał się też dookoła analizując swoje otoczenie.

Dopiero po tej samoanalizie gotów był sięgnać do kieszeni i wydobyć przedmiot tam schowany, oczywiście nie za sznurek, z przyzwyczajenia nie ciągnął za żadne przewody, uszkodzić urządzenia było znacznie łatwiej niż je naprawić.
Kiedy James wyciągnął kulisty obiekt zobaczył, że idealnie kulisty on nie był... a jego kształt był jedynie tak idealny jak mógł być obiekt o połyskującej jednolicie krwistoczerwonej powierzchni.
Jak ideał...

...jabłka.
W jednej chwili przyszedł mu na myśl świat idei Platona, rzecz abstrakcyjna i absolutnie niemożliwa do osiągnięcia w realnym świecie. Jabłkowość obiektu uderzała go z siłą wodospadu (które to porównanie utkwiło mu w pamięci po niefortunnym obejrzeniu niezbyt ambitnej reklamy). Chwilę zastanawiał się nad proporcjami i kolorem…


… potem ugryzł jabłko.

Nigdy wcześniej nie smakował czegoś tak idealnego, a uczucie rozchodzące się po jego języku było istną ekstazą smaku. Jabłko było doskonale soczyste, o twardości padu, o stopniu słodkości i goryczy mieszającej się w idealnych proporcjach, jakie tylko mógł on sobie wymarzyć.

Istnym snem wcielonym.
Posilony zaczął się zastanawiać.
Zawsze podchodził do wszystkiego w ten sam zimny, wykalkulowany sposób, zawsze analizował fakty i wyciągał wnioski. Zawsze pamiętał, że najłatwiej oszukać samego siebie. Stąd też bardzo ostrożnie podchodził do myśli które dobijały mu się do świadomości.
Nie mniej słyszał o czymś co kolokwialnie zwane było świadomym śnieniem, zastanawiało go też czy nie znajduje się przypadkiem właśnie w takim stanie. Postanowił to sprawdzić w sposób najprostszy z możliwych. Jeśli był to jego sen, jego umysł to jego wola powinna na niego wpłynąć, a zatem…

Skupił się by przypomnieć sobie swój warsztat, każde narzędzie, niedokończony program diagnostyczny który niedawno pisał, magazynek z mozolnie i skrupulatnie kolekcjonowanymi rozmaitymi częsciami najróżniejszych urzadzeń, przypomniał sobie blaty, zasilacze, transformatory, nawet ściany i podłogę, nawet skrzypiącą rurę spod sufitu…

Potem otworzył oczy…

Powinien zobaczyć swój magazyn, jego wnętrze, ale...
...jego oczy zostały zaatakowane feerią soczystych barw nocnej łąki...
...do uszu dotarła cicha muzyka świerszczy...
...a nozdrza wypełnił mu słodki zapach świeżych kwiatów...

Jego percepcja z pewnością określiła obraz jako taki, którym być powinien.

James zawsze był człowiekiem myślącym trzeźwo, jak się okazuje potrafił równie trzeźwo myśleć nawet w obecnym stanie. Właśnie z tego powodu nie przejmował się za bardzo, wychodząc z założenia, że skoro nie może wpłynąć na stan swojego umysłu to równie dobrze może po prostu poczekać i zobaczyć cóż takiego podświadomość ma mu do przekazania, nie wątpił, że będzie to coś ekstraordynaryjnego.

Przyjął więc wygodną horyzontalną pozycję uwaliwszy się jak zwierzę wśród kwiatów. Oczy skierował ku górze by podziwiać konstelacje na nocnym niebie, po cichu liczył, że może we śnie zobaczy eksplodującą Betelgezę, wypatrywał więc Oriona.

Kiedy skierował wzrok ku górze, aby zobaczyć nocne niebo, jego oczom ukazał się znany obraz... nie. Nie był znany. Nie do końca.

James zobaczył ciemne chmury, widział punkciki gwiazd w oddali, ale samo niebo przypominało kolorem, fakturą i nawet zabrudzeniami - sufit jego magazynu... a księżyc wisiał na metalowym łańcuchu, świecąc światłem podwieszonej pod sufitem lampy.

- Ja pierdolę, jeszcze trochę i zacznę uważać, że płaskoziemcy mają rację. To pewnie przez te czipsy, cholera, wiedziałem, że tłuste przed snem będzie szkodliwe, ale nie, że aż tak! - Dumał sobie na głos wesoło. Czasami lubił odpalić sobie w tle youtube i posłuchać tych głupot które ludzie wymyślają, a wszystko to przez braki w wiedzy czy naiwną wiarę we własną nieomylność. James wiedział dobrze z doświadczenia, że najłatwiej oszukać samego siebie, to też starał się zawsze podchodzić do spraw z otwartym umysłem, lecz szukał rozwiązań najprostszych, bez wdawania się w jakieś metafizyczne brednie czy inne teorie spiskowe.
Na przykład teraz wiedział, że najprawdopodobniej za jego stan odpowiadają czipsy przed snem i ten dziwny filmik z gościem wierzącym, że obalił ogólną teorię względności. Musiał więc jedynie poczekać aż organizm poradzi sobie z potopem tłuszczu i wróci do normalności.
Po prostu poczekać…

Księżyc delikatnie podrygiwał na łańcuchu niby poruszany lekkim podmuchem wiatru, a przecież takowego nie było w pomieszczeniu. Nie było jednak powodu, aby się przejmować, to tylko czipsy i cokolwiek co do nich zostało dodane. To tylko czipsy...

James zamrugał, gdy kawałek od niego zobaczył niezbyt wyraźną, jakby rozmytą poprzez przestrzeń, postać smukłego osobnika w drogich szatach, jakie widziałoby się jedynie na wystawach muzealnych ubrań średniowiecznych... o ile te byłyby takie, jak przedstawiała je kultura filmowa - piękne, wręcz idealne w kroju i wyrobie. Nieziemskie.

Jak i idealna była osoba jaką jak przez mgłę widział James.

“No kurwa…” pomyślał nieco zdesperowany. Jeszcze tego mu brakowało by nawet we śnie ktoś czegoś od niego chciał. Postanowił twardo udawać, że nie dostrzega strojnisia, a w ogóle to nic go nie obchodzą obcy. Wszystko to w nadziei, że zignorowany odejdzie sobie i zostawi go w spokoju.

Tak naprawdę, jak szybko James zdał sobie sprawę, osobnik nie zwracał na niego żadnej uwagi, wyraźnie rozmawiając z kimś bezgłośnie, kogo nie widział chłopak. Długie, czarne włosy mężczyzny (bo to zdołał zidentyfikować mimo kiepskiej widoczności) opadały lekko na ramiona nieznanego, zaś gdy ten stanął pod innym kątem, James zauważył, iż jego uszy są zaostrzone na elfią modłę... jakby pieprzony Tolkien go wykreował.

Niespodziewanie nieznajomy przerwał swoją niemą konwersację bez napisów i najwyraźniej po uciszeniu dłonią niewidzialnego rozmówcy, powoli zaczął rozglądać się na boki, aż jego wzrok spoczął na sylwetce Jamesa...

...który zobaczył w tych złotych oczach malujące się szczere zdziwienie nieznajomego.

- Ja pierdolę… - wyszeptał cicho, bezradny. Zaraz będzie czegoś chciał, kurwa, nawet własna wyobraźnia musiała go zmuszać do kontaktów z ludźmi… czy czymkolwiek był ten uciekinier ze Śródziemia.

James zobaczył nagłą zmianę w zachowaniu nieznajomego. Jego zdziwienie i szok przeszły w czystą złość, a dłoń chwyciła za zdobioną bogato, smukłą klingę miecza uczepionego do pasa. Gdy zaś klinga broni została wyciągnięta na światło księżyca, chłopak usłyszał rozchodzący się echem magazynu dźwięk stali ocierającej się o twardą pochwę.

James był już pewien, że to nie może być rzeczywistość. W prawdziwym świecie miecze nie robią “szing!” wyciągane z pochwy, przecież to logiczne, metal trąc o metal szybko by stępił ostrze.
- No i gdzie z tymi efektami specjalnymi? - Zakrzyknął do ostrouchego. - Takim kozikiem to sobie wiesz, możesz kanapkę zrobić. Ja pierdolę co za ciołek, wiesz ty kurwa w ogóle co to broń palna? - James próbował tonu jakim nieraz musiał się zwracać do idiotów którzy mu się włamywali na chatę. Doskonale pamiętał gdzie jest jego wierny shotgun którym już nieraz strzelał do takich włamywaczy. Nigdy nikogo nie zabił ale ból po takim postrzale był dość spory, w końcu naboje robił sam… z dużych kryształków soli.
No więc jeśli to był jego magazyn to broń powinna być...
- No kurwaaaaa - choć w sumie mógł się spodziewać, że nic nie będzie tym czym być powinno. Nie mniej życie go nauczyło, że nie ma co płakać na brakiem kart jakich się chce i grać trzeba tym co się ma.
- Stój gdzie jesteś! Mam broń i nie zawaham się jej użyć, jesteś kurwa na moim terenie i nie będziesz mi tu czipsie rozpierdalał snu, jasne?! - To mówiąc wycelował i przytknął dmuchawkę do ust, gotów bronić swej domeny przed tą perfidną marą.

Elf zerknął jedynie na trzymaną przez Jamesa... broń... po czym uśmiechnął się w jakimś okrutnym rozbawieniu. Bez ostrzeżenia, bez wcześniejszego do zauważenia ruchu, jego miecz trzymany w dłoni, niczym kwantowo, znalazł się niebezpiecznie blisko w pozycji do ciosu. Gdy tylko chłopak zarejestrował zmianę dmuchnął w broń, chcąc tym sposobem zniszczyć lub chociaż odgonić intruza. Z dmuchawki wyleciała papierowa kulka, która jednak chyba dokładnie z papieru nie była...

Bo choć elf nawet nie zwrócił uwagi na pocisk, który przeleciał przez niego jakby nie istniał, tak drewniane kartony w jakie ten "papier" trafił już odczuły to konkretnie, niczym potraktowane wystrzałem z shotguna.

A James poczuł nagły ból, gdy ostrze miecza przecięło jego klatkę piersiową, pozostawiając go w zbyt realnym cierpieniu ciała, gdy elf wyraźnie miał zamiar zakończyć kolejnym ciosem... tym razem nie będącym tak łaskawym.

“We śnie nie powinno boleć” - poskarżył się w myślach James - “to niesprawiedliwe!”

We śnie nie powinno boleć, to był fakt. Dlaczego więc... tak... bolało...

Chociaż ból rozchodził się od rany, choć na ubraniu Jamesa pojawiła się krew rozchodząca od zaatakowanego miejsca, mimo że nadchodził kolejny, zapewne końcowy, atak... James widział już tylko jedno.

Że świat zamknął oczy, zamykając też i jego własne.
 
__________________
De mortuis crepitus
Aberdonensis de furor
Infernus irae!
Then they died
Googolplex jest offline  
Stary 15-10-2017, 22:26   #4
 
GreK's Avatar
 
Tęcza. Pieprzona, kolorowa tęcza. Chłopak patrzył na nią przez chwilę urzeczony, zaskoczony zjawiskiem, które nie miało prawa zaistnieć nim w odruchu obronnym zakręcił kurki. Reakcja. Impuls nerwowy między synapsami. Odpowiedź na odchylenie od normy.

I wtedy zamiast powrotu do normalności...

Steven cofnął ręce. Kolejny odruch. Jakby się bał, że emanacja barw może go w jakiś sposób dotknąć, zarazić. Rozejrzał się wokół siebie. Był sam na zmywaku. Na kuchni stał Alejandro tasakiem siekając mięso. Tłuste, długie włosy przepasane rzemykiem. Za stojakiem z czystymi naczyniami przez uchylone drzwi widział profil Grubej J. Był sam...

Spojrzał do zmywaka. Deska ciągle tam była. Pieprzona, kolorowa deska w barwach tęczy. Jeśli to jakiś wyciek chemiczny z oczyszczalni ścieków... Podniósł dłoń uzbrojoną w niebieską gumową, jak sądził - chemoodporną rękawicę i sięgnął powoli po deskę.
Deska zachowała się zaskakująco przyjacielsko na pierwsze spojrzenie. Nie zaatakowała w żaden sposób, jej kolor nie przepełzł po skórze Stevena ku jego oczom, aby dzięki chemii w nim zawartej wypalić jego oczy. Deska po prostu...

...nie zrobiła nic.

Steven mógł ją unieść bez widocznych konsekwencji, aby zauważyć, że kolor deski bynajmniej nie wygląda na świeży, nałożony przed chwilą.

Co za gówno?

Chłopak potarł kolorową powierzchnię palcem, a gdy nie zostawiła śladu na jego rękawiczce, przyjrzał się jej jeszcze raz uważniej, nie zmienionej fakturze drewna noszącego ślady noża i ferii barw płynnie przechodzących jedna w drugą. Odłożył deskę do odciekacza i odkręcił ponownie oba kurki.
Tym razem jednak nie popłynęła z kranu tęczowa woda. Wszystko było tak normalnie jak zwykle. Oczywiście prócz koloru jaki przyjęła deska...

...i ledwo wyczuwalnego zapachu farb niknącego szybko w powietrzu.

Splunął w zlew. Zakręcił wodę.

Alejandro rzucił raz jeszcze mięsem, w swoim hiszpańskim dialekcie amerykańskiego i wytarłszy mokre ręce w spodnie popłynął płynnym chodem w kierunku zaplecza.

Przerwa.

Gumowe rękawice poleciały na blat. W ślad za nimi wylądował ciężki kuchenny fartuch.

Chłodne powietrze w wąskiej, zaśmieconej uliczce między koszami z odpadkami i porozrzucanymi drewnianymi skrzyniami dawało odetchnąć po duchocie kuchni. Smród rozkładu i szczyn lokalnych obszczymurków wyciskał łzy z oczu. Śliskie od nieczystości kocie łby i jeden rudy, włochaty, przyglądający mu się z zainteresowaniem zza kubła na śmieci. Ciągle nieufny. Steven rzucił w jego kierunku kawałkiem mięsa. Kot odskoczył, by po chwili wychylić znowu łepek i porywając zdobycz czmychnąć w sobie tylko znanym kierunku. Codzienny rytuał. I tak już od dwóch tygodni.

Hiszpan siedzący na jednej ze skrzyń parsknął.

- Jebany gato.

Młody nie odpowiedział. Sięgnął do kieszeni koszuli i wyciągnął paczkę Lucky Strike. Wpakował papierosa do ust i pstryknął w zapalniczkę...

...która wypluła z siebie płomień, którego wielokolorowy ogień zatańczył przed oczami Stevena...

- Będziesz tak go karmił to więcej przylezie. - mruknął Alejandro, patrzący w kierunku, w jaki czmychnął kot.

...a po zapalniczce, niczym ze świecy, spłynął żółty wosk.

Zapalniczka wypadła z ręki. Z suchym stukotem odbiła się od kocich łbów.

- Kurwa - słowo poleciało w ślad za nią. - Nie twój pierdolony interes!

To drugie było skierowane do latynosa. Niezrozumienie było zapalnikiem agresji. Steven wyciągnął papierosa z ust i ze złością przydeptał zapalniczkę. Pękła z chrzęstem.

- Kurwa - skwitował.

Dłoń trzymająca papieros trzęsła się. Wyrzut adrenaliny. Musiał zapalić.

- Masz ogień? - spojrzał pytająco na Alejandro.

- A ty co taki wkurwiony na świat? - latynos podał Stevenowi pudełko zapałek z wytartą nazwą na nim. Pozostał jedynie mało artystyczny czarny obrazek z logo, przedstawiający smoka.

- Dzięki - odparł wkładając papieros do ust i przyglądając się krytycznie smokowi z opakowania.

Zielony gad rozpostarł skrzydła i niespodziewanie zionął tęczowym ogniem. Steven wyrzucił pudełko jak oparzony. Chlapnęło w brudną kałużę.

- Widziałeś? Widziałeś? - wskazał ręką, prawie podskakując z ekscytacji. - Najpierw jebana tęcza z kranu, później ta deska pokryła się kolorami jak jakiś pierdolony obraz Muncha, zapalniczka wybucha kolorami a teraz ten smok. Widziałeś? Brakuje tylko patatających wielokolorowych jednorożców!

Alejandro spojrzał na niego z rozdziawionymi ustami.

- Młody, chyba musisz odwiedzić psychiatrę. Słuchaj, to może ci pomóc...

Chłopak uśmiechnął się do swoich myśli, obrócił pudełko w palcach. Wyjął zapałkę drżącymi dłońmi i potarł. Pękła. Smok ani drgnął, drwił z niego z opakowania. Druga zapałka również nie chciała współpracować i ani myślała się zapalić by w końcu podzielić los pierwszej.

- Kurwa, sam widzisz, to świat jest przeciwko mnie - oddał pudełko latynosowi. - Mógłbyś? Dzisiaj nie jest mój dzień.

Alejandro patrzył na chłopaka zupełnie nie wiedząc co powiedzieć, więc nim się odezwał położył dłoń na ramieniu Stevena.

- A teraz powiedz mi szczerze. - chłopak zobaczył w swojej dłoni kawałek kartonika, jaki musiał leżeć na ziemi, a pudełko zapałek w tym miejscu, w które je cisnął - rozmiękające w kałuży - Co brałeś?

Spojrzał raz jeszcze na rozmiękczony kawałek tektury w dłoni, na pudełko zapałek rzucone w brudną kałużę. Zacisnął pięść tak mocno aż paznokcie wbiły mu się boleśnie w skórę. Zwariował? - błysnęła krótka myśl, lecz nim zdołała jaśniej zapłonąć została zalana przez złość - zawór bezpieczeństwa.

- Pierdol się - warknął. - Czy możesz po-pro-stu - wycedził przez zaciśnięte zęby - odpalić mi tą jebaną fajkę?!

Jeeezu, musiał zapalić. Głód papierosa i niezrozumienie sytuacji nakręcały jego irytację.

- Proszę?

Alejandro wyciągnął pudełko zapałek z kałuży i otrzepawszy je z wody, wyciągnął zapałkę. Następne chwile zdawały się testować chłopaka, gdy dopiero trzecia z zapałek zapaliła się odpowiednio.

- Weź na wstrzymanie z tymi prochami. - mruknął Alejandro podpalając papierosa - Bo się wykończysz... albo robotę stracisz. - mężczyzna patrzył nieufnie na papierosa Stevena - Idź do domu, bo w tym stanie to jeszcze nam bywalców przepłoszysz i narkotykowych ściągniesz.

Papieros drżał w dłoni gdy wkładał go do ust. Hiszpan przystawił płomień do końcówki Lucky Strike. Chłopak zaciągnął się gorzkim, ciepłym dymem. Przytrzymał go w płucach przymykając oczy. Odchylił głowę do tyłu i powoli wypuścił powietrze. Spojrzał na kucharza.

- Jestem czysty - powiedział z wyrzutem ale już bez agresji. - Po prostu...

Przez chwilę się zastanawiał jak mógłby wytłumaczyć latynosowi to co mu się przydarzyło, lecz szybko doszedł do wniosku, że to rzeczywiście mogłoby brzmieć jak majaki jakiegoś naspeedowanego ćpuna.

- ... dzisiaj nie jest mój dzień i... pewnie złapałem coś od Emily - skłamał. Zaciągnął się ponownie dymkiem. Miło drażnił płuca. Uspokajał. - Już mi lepiej. Dam radę.

Ognik z papierosa doszedł do filtra. Rzucił niedopałek na ulicę i przydeptał butem.

- Dzięki - wbił ręce w kieszenie, ciągle drżały - i przepraszam za tamto.

- Jasne... Nie było sprawy. - mruknął latynos spoglądając wciąż nieufnie na Stevena, ale w końcu odpuścił - Rób co chcesz tylko kłopotów tu nie sprowadzaj, co? Żadne z nas by tego nie chciało.

Alejandro zrobił krok w stronę wejścia, ale nim zniknął w środku wracając do pracy, rzucił jeszcze na odchodne:

- Wisisz mi piwo i pudełko zapałek. - rzucił Stevenowi rozmiękły kartonik z kilkoma pozostałymi zapałkami - To jest zasyfione. Piwo za bycie miłym. - wykrzywił usta w (zapewne) uśmiechu. Już miał wejść przez tylne drzwi gdy...

- Alejandro? - Hiszpan zatrzymał się w pół kroku. - Nie wspominaj o tym Grubej J.

***

- Cześć dziadku - Steven poprawił pled, który zsunął się z nóg starego, wysuszonego człowieka, wkładając mu do kościstej dłoni otwartą butelkę budweisera, którą kupił wracając z pracy razem z piwem i zapałkami dla Alejandro oraz kilkoma tubkami farb, które miał na ukończeniu i kilkoma pędzlami. - Czegoś ci potrzeba?

Arnold Scott, nestor rodziny uśmiechnął się ciepło. Mimo siedemdziesięciu paru lat na karku i siwych włosów na głowie, jesień życia była dla niego łagodna. Ciągle był sprawny fizycznie i psychicznie, i chociaż poruszając się wspomagał się drewnianą laską, to do jego codziennych rytuałów należał, pomimo wyraźnych sprzeciwów syna Michaela, kilkugodzinny spacer. Wieczorem zwykł był siadać na bujanym fotelu przy oknie i obserwować ulicę zza zasłony.

- Dziękuję Stevie - poczochrał mu czuprynę jak małemu chłopcu. - Mam wszystko czego może potrzebować taki stary ramol jak ja. Coś cię martwi?

Dziadek jakimś szóstym zmysłem zawsze doskonale odczytywał nastroje swojego wnuka.

- Kłopoty w pracy - odparł wymijająco. - Nic szczególnego.

- Wiesz Stevie, że gdybyś tylko...

- Tak, wiem Arnie - dłoń położona na ramieniu została przykryta suchą dłonią staruszka, - wiem... Idę trochę pomalować - potrząsnął jednorazówką, w której zagrzechotały kupione w Art Shop akcesoria.

- Pokażesz jak skończysz?

- Oczywiście.

***

Wszechobecny zapach terpentyny, którego ojciec nie mógł się pozbyć mimo intensywnego wietrzenia, uspokajał. Jego małe królestwo; wąskie łóżko, sztaluga wciśnięta w wąską przestrzeń między meblem a ścianą tuż koło wysokiego okna, porozrzucane w pozornym nieładzie na szerokim parapecie tubki, pędzle, palety, szpatułki i gotowe płótna porozwieszane według nieznanego schematu jak i te oparte o ścianę. Dominowała czerń i szarość przetykana szkarłatem, przerażające abstrakcje, widmowe postacie nasuwające negatywne odczucia.


W tle rozbrzmiała głośna, jazgotliwa muzyka. Emily wróciła ze szkoły. Steven skupił się na malowaniu. Jego mały świat - odskocznia. Zapomniał o otaczającej go rzeczywistości. Dał się ponieść. On - farba - pędzel - płótno, byli jednością. Często malując nie miał planu na obraz. Ten niejako malował się sam. Wtedy, gdy wpadał w taki trans, po skończonej pracy przyglądał mu się krytycznie, jak gdyby dopiero teraz widział go po raz pierwszy.
Nic nie odrywało go od malowania, ani kłótnia ojca z córką, gdy ten wrócił do domu po kolejnym bezowocnym dniu poszukiwania pracy, ani Jennifer, która zajrzała na chwilę do niego.

Skończył, gdy słońce zachodziło powoli nad dachami, rzucając ostatnie promienie światła na jego mokrą jeszcze pracę. Przysiadł na parapecie. Uchylił okno i wpatrując się w płótno odpalił Lucky Strike by zaciągnąć się głęboko uspokajającym dymem.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Atrofia Baydura. Postapokaliptyczny świat tonący w strugach deszczu.
GreK jest offline  
Stary 17-10-2017, 11:53   #5
 
Hakon's Avatar
 
Carl nie wiedział co się dzieje. Czyżby za wiele piw wypił czy może któryś z dowcipnych kumpli podsunęli mu jakoweś dragi by miał zwidy? Nie wiedział i tylko wziął głęboki wdech i ruszył dalej.
Idąc jednak był czujniejszy niż zwykle.

Im głębiej wchodził pomiędzy te drzewa... te wieżowce... tym bardziej otoczenie zatracało formę miejską, choć wciąż wyzierała ona spomiędzy tej naturalnej. Widział metalowe pojemniki na śmieci wychylające się spomiędzy gałązek i liści krzaków. Czasem miękka ściółka przechodziła gładko w asfaltową nawierzchnię, a czasami po prostu na leśnym poszyciu widniały białe pasy wymalowane niczym na prawdziwej drodze. Podłamana gałąź sosny z ledwością utrzymywała siebie wraz z wyrastającą z niej lampą latarni ulicznej, jakiej światło migotało w przedśmiertnym drżeniu konającej żarówki.

A tam, gdzie powinna znajdować się fontanna na środku placu, Carl zobaczył radosny ogień ogniska oferujący ciepło i światło temu późno jesiennemu wieczorowi.

Z początku myślał, że samo przejdzie jak wiatr wywieje z jego głowy alkohol. Jednak żadnej poprawy nie było. Musieli mu coś dać do drinka.
~ Sukinkoty!~ przeklął w myślach i się zatrzymał. Chwilę obserwował otoczenie sprawdzając czy się zmienia a może poprawia. Niestety nic.
Ruszył dalej do domu. Musiał się położyć. Szedł z pamięci ulicą i modlił się w duszy by przy przejściu przez ulicę coś mu się nie zwidziało.
Nic jednak nie wskazywało, aby było to jakieś przywidzenie. Wszystko wyglądało tak prawdziwie, choć nie było czymś, co ludzie uznaliby za rzeczywiste. Pod nogami Carla trzeszczała ściółka, łamały się małe gałązki, a leśny zapach śmiejący się z odświeżaczy powietrza najlepszych firm, zdawał się z lubością otaczać mężczyznę. Zobaczył on jak wierzchołki większych drzew-wieżowców uginają się delikatnie pod wiatrem, najwyraźniej niepomnym na to, że właśnie ugina... metal?

O ile te wierzchołki wydające się twardym elementem budynku, naprawdę takowym były.

Poruszenie gałęzi krzewu przypominającego formą porzucone worki na śmieci, zwróciło jego uwagę, a w tym samym momencie doszło do niego znane mu z miejskiej rzeczywistości zdanie, jakie wypowiedziała osoba na wpół schowana w liściach, ubrudzona błotem i ziemią.

- Ej, młody. Masz drobne?
Greywood lekko podskoczył po słowach nieznajomego wynurzającego się ze sterty śmieci czy też liści. Wzrok mu szwankował, ale czy słuch?
Carl popatrzył w kierunku człowieka i nawet nie odpowiedział i szedł dalej. Starał się teraz skupić na zmyśle słuchu. Słyszał auta? Ludzkie krzyki i cały hałas miejski?
Carl niestety nic nie słyszał, było tu zupełnie cicho, zupełnie jakby znajdował się na opuszczonym planie filmowym.

- Młody! - znajomy już głos rozbrzmiał ponownie, jednak chłopak miał wrażenie, że tym razem jakby z o wiele większej odległości, jako że dźwięk zdawał się odbijać echem pośród tej leśnej... miejskiej, przestrzeni, ale kiedy rozejrzał się ponownie, nie zobaczył już tego mężczyzny...

- Musisz mieć drobniaki. Inaczej on cię zeżre.

...za to dokładnie słyszał te słowa, zupełnie jakby nieznajomy stał tuż przed nim.
- Kto mnie zeżre?! Jakie drobniaki?!- Warknął prawie krzycząc student z pobliskiego Uniwersytetu. Greywood zaczynał panikować. Nie czekał na odpowiedź tylko zaczął biec. Chciał znaleźć jakieś bezpieczne, znane sobie dobrze miejsce i przeczekać to. Zadzwonić do kumpla. Wyjdzie po niego.

Im bardziej próbował odnaleźć drogę, tym bardziej czuł się zagubiony, gdy szczyty wieżowców wyrastające spomiędzy gałęzi drzew przestały przypominać jakiekolwiek mu znane. Wydawało mu się, że zaczął krążyć, ale żadne z miejsc nie przypominało żadnego jakie już widział.

Prychnięcie irytacji zadzwoniło w uszach chłopaka.

- Nie wiesz co to drobniaki? - odezwał się znowu głos z nieznanego źródła - Kasa o niskiej wartości, a coś myślał?

Gdzieś z oddali usłyszał nienaturalnie urwany odgłos błyskawicy, który został jakby urwany przecięciem noża.

Carl zatrzymał się i odwrócił z zaciśniętymi zębami.
- Odczep się człowieku. Nie dostaniesz bo nie mam.- Chłopak nie wiedział co się dzieje, ale starał się zachowywać normalnie. Nawet dość stanowczo i dać żebrzącemu do zrozumienia, że nic nie wskóra.

- A na co mi twoje drobniaki? - parsknięcie rozeszło się po okolicy, jednak Carl wciąż nie widział nikogo - To tobie są potrzebne, bo bez nich cię zeżre, rozumiesz? Co ty tu w ogóle robisz? Durnyś czy jak?

Carl nie wiedział co się dzieje. Nie widział menela, który jeszcze przed chwilą chciał pieniądze a teraz twierdził, że jemu będą potrzebne.
- Gdzie niby robię? O co tu chodzi?!- Irytował się Carl.
- A więc ty... - głos nagle zamilkł, a Carl zobaczył w pobliskich krzakach ubłoconego jegomościa, jaki mówił o drobniakach, wpatrzonego w górę, ponad szczyty wieżowców - ...o cholera. - znowu zwrócił spojrzenie na Carla, ale wyraźnie trudno było mu się nie rozglądać na boki - Słuchaj, nie mogę tu z tobą zostać, rozumiesz? Musisz sam iść. Tylko pamiętaj o tych pieprzonych drobniakach. Jest jak sroka, lubi błyszczące. Poradzisz sobie. - znowu zerknął w górę.
Carl stał jak wryty. Co ten człowiek do niego mówił. Zerknął za jego wzrokiem by zobaczyć co obserwuje.
- Kto lubi błyskotki i drobniaki? Kim jesteś i do kogo mam iść?- Zapytał starając się panować nad sobą by nie zwariować.
- Hmm? - znowu spojrzał na chwilę na Carla - Do kogo? Tam, gdzie chcesz, gdzie naprawdę chcesz, chociaż musisz uważać. Na co? A jak sądzisz kto lubi błyskotki i drobniaki?
Carl nie widział nic dziwniejszego w tej przestrzeni od samego faktu, jej istnienia. Nieznajomy natomiast był wyraźnie zdenerwowany i bliski ucieczki.
- Oczywiście, że smok!
Młodzian znieruchomiał. Patrzył na łachmaniarza z podniesioną lewą brwią.
- Odwaliło ci? Smoków nie ma. Coś pił czy wąchał?- Zapytał i zaczął się uspokajać. Zamknął oczy i odetchnął kilka razy. By je otworzyć i spokojnie rozejrzeć się szukając ulic miasta nie leśnych ostępów i gór zieleni.
Nieznajomy otworzył usta, aby zaprotestować, ale za chwilę je zamknął rozmyśliwszy się.
- Głupiś, ale to cię może uratuje. - mruknął i wyjął z kieszeni drobną, ubrudzoną błotem monetę - Na wszelki wypadek weź to. Nie wydawaj tylko, bo zginiesz naprawdę. - rzucił monetę w stronę Carla - Spieprzaj stąd do... gdziekolwiek chcesz spieprzać. - mruknął i zrobił kilka kroków z zamiarem odejścia.
Carl złapał monetę w locie. Odruchowe zachowanie jak coś leci w stronę twarzy.
Przyjrzał się ofiarowanej “błyskotce” i podniósł głowę na nieznajomego.
- Czekaj. Co się dzieje. Kim jesteś?- Zadał pytania najbardziej w tej chwili go nurtujące. Gdzie chciał iść wiedział, ale wszystko co go otaczało nie było podobne do tego co znał.
Nieznajomy zatrzymał się na moment.
- Sam siebie zapytaj o pierwsze. - mruknął, nie odpowiadając jednak na drugie z pytań - Życzenie powodzenia sprowadza kłopoty, więc nic nie powiem. Zrobiłem co mogłem. - po tych słowach ruszył przed siebie i zniknąwszy w roślinności nie odezwał się ni słowem.

Carl zdoławszy zdrapać trochę zaschniętego błota z momenty zauważył, że nie było na niej żadnego nominału, a jedynie wygrawerowany herb, jakiego konkretny wygląd był nierozpoznawalny w tym świetle i brudzie, jakim wciąż oblepiona była moneta.
Młodzian odprowadził wzrokiem nieznajomego nie chcą wpaść w jakąś pułapkę. Schował monetę do wewnętrznej kieszeni marynarki i zaczął się rozglądać za drogą do domu. Jednak zastanawiał go ciągle temat smoka. Czy może natrafi na niego? I co to było tak właściwie. Jakiś szef gangu Yakuzy czy coś? Nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie i skupił się by przypomnieć sobie drogę do swojego domu.

***

Greywood nie był pewien czy dobrze idzie, choć z drugiej strony im bardziej zagłębiał się w gęsty las, tym bardziej podświadomie czuł większą pewność z każdym krokiem. Czyżby był na dobrej drodze? A może to tylko iluzja jego umysłu? Nie miał jednak innego wyboru, jak podążać za tym niejasnym przeczuciem kierunku...

Tak! Dobrze mu się wydawało!

Wreszcie drzewa zaczęły się przerzedzać, wreszcie roślinność poczęła przyjmować znajome kształty, a ogromne pnie przypominać budynki, jakie chłopak dobrze znał, jako że zawsze były niemymi towarzyszami jego podróży do i z kampusu. To nie mogło być daleko, a surrealistyczny las zdawał się kończyć to tylko...

Do uszu Carla doszedł niespodziewany dźwięk, niczym warczenie silnika ciężarówki... a może wielkiego psa? Nie mógł określić do czego było bardziej podobne. Czuł jednocześnie pod nogami nieznaczne poruszenie podbijanej ciężarem ziemi, zaś gdy spojrzał w kierunku dźwięku, ujrzał wyłaniające się spomiędzy drzew cielsko należące do... właśnie, do czego?

Na pierwszy rzut oka mogło przypominać połączoną w jakąś dziwną masę tonę papieru, imitującą formą dziecięce wyobrażenie wielkiej jaszczurki... czy może nawet takowego smoka? Po drugim spojrzeniu rozumiało się, iż te papiery to nic jak złączone ze sobą banknoty spod których wyzierały błyszczące monety.

[media]https://i.pinimg.com/600x315/5a/4b/e3/5a4be3a77874692e8d3daad6e65e44ad.jpg[/media]


A stwór spoglądający na Carla swymi złotymi oczami z monet zbyt pięknych, by należały do tych, jakimi posługiwano się w Ameryce, stał na drodze, jaka miała prowadzić do kampusu i do wyjścia z tego gąszczu.

Carl nadal stał jak wryty. Usta miał otworzone i dopiero po chwili je zamknął przełykając ślinę.
~ Chyba mnie powaliło!~ Mówił sobie w myślach.
Po chwili takiego stania gdzie on ani “smok” się nie ruszali Carl zaczął ponownie iść w ustalonym wcześniej kierunku. Patrzył cały czas na potwora gotowy przyspieszyć jeśli będzie trzeba.

Smok obserwował Carla nieruchomo, choć jego ślepia wydawały się poruszać za chłopakiem, jednak gdy ten zbliżył się, banknoty czyniące skrzydła kreatury uniosły się, a jego łeb przysunął ku ziemi, co wyraźnie przypominało pozycję zwierzęcia gotowego w każdej chwili do skoku... jednak prócz gotowości i zębisk o kolorze stopionych monet wyszczerzonych na Carla, nic nie zwiastowało, aby smok miał się rzucić... przynajmniej dopóki chłopak nie był już dostatecznie blisko, co spowodowało zbyt szybkie jak na ten twór poruszenie smoka. Był on bliski ataku, jednocześnie broniąc przejścia.

A coraz głośniejsze warczenie wydobywające się z jego gardzieli nie było niczym optymistycznym... jako i swąd palonego papieru jaki się od niej rozchodził.
Młodzian nie wiedział co robić. Zaczął się rozglądać po okolicy szukając jakiegoś wsparcia lub osłony gdy przypomniał sobie o monecie w wewnętrznej kieszeni marynarki. Sięgnął do niej i wyjął monetę. Popatrzył na nią.
- Chcesz ją?

Gdy tylko Carl wyjął monetę smok uniósł łeb i powoli zrobił kilka kroków w stronę chłopaka, a wyciągnąwszy szyję przybliżył do niego pysk. Oczy wydawały się być skierowane na trzymaną monetę, jakby w niej utkwione... przynajmniej na razie tylko w niej.

Greywood rzucił na bok monetę licząc, że smok odstąpi z drogi i będzie mógł dalej do domu biec.
Reakcja była natychmiastowa. Wielkie, acz najwyraźniej lekkie, cielsko smoka rzuciło się za monetą. W danym momencie kreatura była zbyt zajęta próbowaniem złapania krążka w zębiska, aby zwracać uwagę na Carla, toteż chłopak mógł bez problemu, choć naprawdę szybko, przebiec w stronę upragnionej wolności znanej przestrzeni...

...zaś gdy się znalazł na znajomej brudnej, miejskiej ulicy, za sobą już nie ujrzał żadnego lasu czy smoka, a jedynie boczną ulicę Chicago.

I wyzierający ze ściany jednego z budynków stary bankomat.
 
Hakon jest offline  
Stary 18-10-2017, 14:47   #6
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Czym całe życie? Szaleństwem?
Czym życie? Iluzji tłem,
Snem cieniów, nicości dnem.
Cóż szczęście dać może nietrwałe,
Skoro snem życie jest całe
I nawet sny są tylko snem!*
[MEDIA]https://media.giphy.com/media/3gS2b4eWCuPTO/giphy.gif[/MEDIA]

Co to było za zwierzę? Jakiś... mutant? Dla kochającej zwierzęta wolontariuszki schroniska nie miało to takiego znaczenia. Ważne było, że zwierzę znalazło się poza swoim... ekosystemem i że wyglądało na wyczerpane.

- Już dobrze, zaraz sobie odpoczniesz - powiedziała zadziwiająco łagodnym głosem. Do nikogo tak nie mówiła - tylko do zwierząt.
- Spróbujemy cię też nakarmić...

Ostrożnym ruchem, by nie przestraszyć stworzenia ciemnoskóra dziewczyna przesunęła ogon, który opadł na jej twarz, na bok, by mogła lepiej widzieć dokąd zmierza. Rozejrzała się też ciekawie na ile jej zachowanie i pojawienie niezwykłej ptako-ryby (albo rybo-ptaka) zainteresowało pozostałych przechodniów.

Zobaczyła śpieszącego gdzieś mężczyznę w garniturze, najpewniej chcącego prześcignąć deszcz nim ten się nasili. Widziała matkę z dzieckiem w wózku, zapewne wracającą do domu z podobnym zamiarem co pan w garniaku, ale żadne z nich nawet nie spojrzało w stronę tej dziwacznej dwójki, zbyt zajęte swoimi sprawami.

Dopiero, gdy zobaczyła ich starsza pani z wnuczkiem, kryjący się pod parasolem w fioletowe kwiatki, w oczekiwaniu na autobus, kobieta zobaczyła pierwszą reakcję... a nawet ją usłyszała.
- Dziewczyno, opamiętaj się! - krzyknęła do niej oburzona staruszka - To ma być jakiś żart? Zdejmijże tą martwą rybę z głowy, na Boga!

“Martwą rybę?
” - Shaya zaniepokoiła się. Nie tyle jednak tym, że poniosła ją wyobraźnia, a że stworzenie faktycznie może potrzebować pomocy. Pędem rzuciła się do budynku, gdzie miał mieszkać fotograf. Może uda się to zwierze włożyć do wody? Jeśli to naprawdę ryba... W windzie odważyła się lekko dotknąć stworzenia na swojej głowie.

Czymkolwiek było to stworzenie, jedyne co kobieta wyczuła pod palcami to zimne, oślizgłe rybie ciało pokryte łuską. Ten stwór leżący na jej głowie nie wydawał się poruszać. Nim zapukała do atelie, zdjęła ostrożnie zwierzę z głowy i przyjrzała mu się raz jeszcze.
Widziała już takie okazy wielokrotnie na obłożonych lodem stołach w sklepach, gdzie martwe ryby oczekiwały na przybycie brzucha, jaki posłuży za ich trumnę. Ta konkretna, jaką Shaya zdjęła z głowy była równie martwa co tamte, pozbawiona skrzydeł czy innych dziwnych części ciała. Ze śledzia odpadło trochę skruszonego lodu sklepowego, a kobieta poczuła lodowatą wodę na karku spływającą z włosòw.
- Ale przecież... - szepnęła sama do siebie.

Była pewna tego, co widziała. Nie piła alkoholu, ani nic nie brała... i to w sumie nigdy! Jak mogła się tak pomylić?

Przyglądała się z uwagą martwej rybie. Delikatnie szturchnęła palce. Martwa ryba jednak pozostawała martwa... z uporem martwej ryby.
Shaya westchnęła. Wyglądało na to, że ktoś jej zrobił kawał rzucając tę rybkę na głowę. Może to jakiś prank i jutro zobaczy swoje głupie zachowanie w internecie? Było to bardziej prawdopodobne niż skrzydlata rybka.
Trzeba było wrócić do rzeczywistości i nie spóźnić się na sesję. Ciemnoskóra modelka z westchnieniem żalu wrzuciła zwierzę do kosza na korytarzu budynku, po czym podeszła do drzwi pracowni fotografa.
Drzwi przed którymi stanęła nie różniły się niczym od reszty zainstalowanych w tym apartamentowcu... może prócz posiadania większej ilości zabezpieczeń. Ktoś tu chyba lubił czuć się bezpieczny.

Kiedy jednak Shaya miała już zadzwonić do drzwi za jakimi czekał jej kolejny kontrakt...
- ...pani przyszła do kogoś?
...nagle za kobietą rozbrzmiało pytanie.

Nie widziała nikogo, nie spodziewała się niczyjej obecności, nikogo kto zwróciłby na nią uwagę.

A na pewno nie spodziewała się rosłego policjanta przyglądającego jej się uważnie, tym nieufnym spojrzeniem profesjonalisty, za jakiego zapewne chciał uchodzić.
- Owszem byłam umówiona. - wskazała drzwi fotografa - To jakiś problem panie władzo? - teraz ona przyjrzała mu się podejrzliwie. W końcu nie robiła niczego złego.
- Więc mówi pani, że była umówiona? -
podejrzliwość nie schodziła z wyrazu twarzy mężczyzny - Kiedy zostało umówione to spotkanie? - policjant spojrzał na włosy Shayi, marszcząc delikatnie brwi, jednak nic nie dodał, oczekując na odpowiedź.
Dziewczyna zirytowała się.
- Pan mnie o coś podejrzewa? Proszę się wylegitymować przede wszystkim, bo nie wiem czy nie rozmawiam z naciągaczem, a potem wytłumaczyć mi po co te wszystkie pytania, jeśli chce pan, bym odpowiedziała na nie bez obecności adwokata. - odparła ciemnoskóra dziewczyna zastanawiając się czy nie trafiła po prostu na jakiegoś rasistę-szowinistę.

- Nie, ale w tym momencie fakty są dość mętnie przedstawione. - wyciągnął legitymację policyjną, ukazując ją kobiecie, która miast ujrzeć typowe dane funkcjonariusza... - Kiedy zostało umówione to spotkanie?

...zobaczyła krzywo narysowane na niej kredkami drzwi w kolorze jasnego brązu ozdobione fioletowym serduszkiem.
- Jaja sobie ze mnie robisz, człowieku? - zmarszczyła brwi i zaczęła dobijać się do drzwi fotografa. Nie chciała być sama z tym czubkiem na korytarzu.

Nikt jednak nie odpowiadał na dobijanie się do drzwi zaś policjant wyglądał na jednocześnie znudzonego, poirytowanego i przywykłego do takiego zachowania.
- Omówimy sobie sprawę na komendzie. - mruknął, chowając legitymację - Proszę za mną.
- W takim razie proszę pokazać mi prawdziwą legitymację. Albo dzwonię na policję!
- zirytowała się.
- Przecież ją pani pokazałem... - mruknął policjant przysuwając legitymację bliżej kobiety, najwyraźniej sądząc, że ma ona problem z oczami - Czy teraz pani widzi już dobrze?

Shaya spodziewała się zapewne zobaczyć znowu narysowane krzywo drzwi, ale... zobaczyła zwykłą legitymację funkcjonariusza policji, na której to nie było ni śladu kredki, nie mówiąc już o rysunku.
- Przepraszam, ja widziałam taki program... - ściemniała na gorąco, jednocześnie zastanawiając się czy nie miał okazji ktoś jej dziś dosypać czegoś do picia, ale nie przypominała sobie - W tym programie mówili po czym poznać podróbki i mi się wydawało... Nazywam się Shaya Mardock. Jestem aktorką i modelką, byłam umówiona na sesję zdjęciową. Grałam w serialu “Czy wierzysz w duchy”, zła królowa, może pan oglądał? - zmieniła ton na bardziej polubowny.
Policjant wyraźnie nie był pewien prawdziwości jej słów, ale w końcu zrezygnował z dociekania... Kto inny się tym zajmie.
- Chciałbym, aby pani, pani Mardock, udała się komendę. Tam zostanie wszystko wyjaśnione. Nie jest pani aresztowana, oczywiście ani podejrzana o nic - dodał szybko - ale rozmowa na komendzie jest konieczna i dobrze widziana na pewno. - dodał trochę znużonym głosem - Mogę zawieźć panią teraz albo jutro pani się stawi sama. Wybór należy do pani.
Shaya zastanowiła się. Wciąż nieufnie przyglądała się funkcjonariuszowi, zastanawiając się czy nie robi sobie z niej żartów. Facet wyglądał jednak bardzo poważnie.
- Jeśli sprawa dotyczy tego fotografa, możemy teraz, choć z góry mówię, że go nie znałam. To agencja umówiła mi to spotkanie. - odpowiedziała. Była jednak gotowa pojechać wraz z policjantem, skoro plany związane z sesją zdjęciową nie wypaliły.



*Pedro Calderón de la Barca
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 18-10-2017, 16:22   #7
 
TomBurgle's Avatar
 
Mercy znała wody równie dobrze jak i Michael, chociaż z innej strony, nieosiągalnej dla młodego mężczyzny, a jednak to właśnie ten jacht był jego towarzyszem każdej podróży w tonie Wielkich Jezior, które od zawsze posiadały nutkę magicznej tajemniczości. Nieważne jak zostaną zbadane - nigdy nie staną się poznane w każdym calu, chociaż z upływającym czasem coraz mniej pozostawało ten niesamowitości, a nigdy nie wiadomo w końcu co nowego wymyśli nauka, aby spróbować obedrzeć wody z całej ich baśniowej natury. Czy było to dobre?

Mercy nie mogła narzekać na brak wolności, jak i nie mógł narzekać Michael, jednak przyziemność wywierała nacisk także na tej dwójce. Michael przygotowywał jacht na jutrzejsze wypłynięcie, które jednak było nastawione w całości na odpracowanie zobowiązania. Musiał tak żyć jeszcze rok, ale później... później...

Czy on w ogóle był w stanie wyobrazić sobie tak naprawdę co będzie za rok?

Ciężkie chmury nad Chicago napłynęły od strony lądu, ale pierwsze krople deszczu zaczęły już uderzać w pokład Mercy. Nie zapowiadało się na nic poważniejszego, ale niedocenianie natury nie było czymś rozsądnym dla ludzi złączonych z wodami. Michael chciał już udać się do środka jachtu, nie tyle z powodu niechęci do zmoknięcia, ale mając zamiar sprawdzić jeszcze mechaniczną część samej Mercy, gdy jego spojrzenie przyciągnęło poruszenie na wodzie oddalone od niego jakieś sześćset metrów, o ile nie więcej. W tamtym miejscu ciemne chmury były rzadsze, ale to nie ten fakt wzbudził zadziwienie mężczyzny.

Na tafli wody stał człowiek, podtrzymujący się jedynie na rękach.

Michael nie był w stanie określić czy to mężczyzna, czy kobieta, ale fakt pozostawał faktem - osoba uskuteczniała tę akrobację, mając za podparcie nie grunt, a wodę, która falowała silniej niż zwykle dzięki podmuchom wiatru gnającego chmury.

Przez dobrą chwilę stał wyprostowany jak chorągiewka, łapiąc mokre podmuchy wprost na twarz.Pierwszą myśl która mu przeszła przez głowę - włączyć silnik i podpłynąć bliżej - odrzucił jako bluźnierczą. Nie, to nie brzmiało dobrze, to nie była jedna z tych rzeczy które wspomina się później latami w czasie długich nocnych wacht. Nagle rozebrał się, z niejakim entuzjazmem wystawiając ciało na chłodne powietrze, złapał kapok, i ruszył biegiem na dziób.
Wynurzył się po skoku kilka metrów dalej i powoli, nie tracąc już z oczu osoby która dalej uskuteczniała akrobacje.
Michael widział jak osoba stojąca na wodzie, ostrożnie odsuwa na bok jedną z rąk, aby utrzymywać się tylko na jednej z nich. Nie miał pojęcia jak to możliwe, ale jakie to miało znaczenie? Zaczął płynąć w stronę tego nieoczekiwanego zjawiska, gdy w jednym momencie zrozumiał swój błąd. Może i osoba stojąca na wodzie nie męczyła się ani nie wyglądało, aby cierpiaĺa z powodu zimna, ale...

Woda w jakiej znalazł się Michael okazała się być okrutnie zimna, a ciepłe ciało mężczyzny nie przyjęło z dziką radością tego szoku, na kilka chwil odmawiając chłopakowi sił, gdy zalała go ta fala zimna.

Krótka, nagła fala strachu przeszyła żeglarza. Nie ważne że pływał nawet dłużej niż żył na tym jeziorze, że kapok sam był w stanie go utrzymać na powierzchni, nieważne jaka faktycznie mogła być temperatura w jeziorze w tym dniu. Świat zawęził się do jego własnego ciała, usuwając z głowy wszystkie inne myśli. Jedyne co się liczyło to czy będzie w stanie ruszyć, popłynąć - czy raczej skostniały i przegrany wróci na łódkę.

Woda opływała ciało Michaela zimnymi uderzeniami, ale to nie było teraz tak ważne. Chłopak próbował płynąć, na przekór jezioru, na przekór własnemu ciału. Być może to siła woli, być może coś zgoła innego, ale Michael poczuł, iż jego trud może się udać, że jest w stanie dopłynąć do celu.

A osoba stojąca na wodzie, zaczęła tańczyć lekko, stanąwszy w końcu na nogach.

Po kilkudziesięciu metrach świat zaczął się zamykać; było juz tylko jego ciało, lodowata woda i tańczący na wodzie osobnik. Osobinik którego płeć być może wkrótce uda się określić. Do którego miał coraz bliżej. A coraz dalej od bezpiecznej, ciepłej Mercy.
Michael był już blisko, był tuż tuż. Obraz przedziwnego tancerza zdawał się go przyciągać, zupełnie jakby do niego mówił językiem, którego nie rozumiał, ale podświadomie czuł jego sens. Tak blisko, tak blisko, na wyciągnięcie ręki...
Taniec jak śpiew.
Tancerz obrócił twarz ku Michaelowi jednak ten wciąż nie był pewien czy ma do czynienia z mężczyzną, czy może z kobietą. Oblicze tancerza wydawało się jakby zakryte mgłą.
Ten słodki śpiew.
Ale kiedy był już blisko, kiedy nieznajomy wydawał się być na wyciągnięcie ręki, Michael zapatrzony w ten piękny taniec poczuł lodowate dłonie zaciskające się na kostkach nóg, próbujące ściągnąć go pod taflę wody.
Ten syreni śpiew.
Odruchowo rzucił się w wodzie i złapał jedynej rzeczy na powierzchni którą widział: nóg tancerza. Tak jak jego ciągnęto za kostki tak i on trzymał. Nie mówił - ciężko mówić płynąć a tym bardziej kiedy próbują cię utopić - ale w zalewanych wodą oczach była i nadzieja i zawód.

Michael czuł jednak, że długo nie będzie w stanie walczyć z tym, co próbuje ściągnąć go wprost w otchłań wody. Tancerz natomiast ani drgnął, zupełnie jakby nie zauważył ciężaru tonącego, wciąż stojąc pewnie niczym na stałym gruncie, a nieufne spojrzenie miał wlepione nie w Michaela, a we wzburzoną taflę wody...

...spod której zdawał się dochodzić drażniący uszy śpiew rozbawionych syren
- Może byś ... pomógł? - krzyknął, zachłystując się wodą i panicznie podciągając się oburącz za nogi tancerza. Przez chwilę próbował złapać się tafli wody, stanąć na niej jak on.
Tancerz zwrócił spojrzenie na chłopaka walczącego z wodą i tym, co ściągało go na dno.
- W czym mam pomóc? - odparł spokojnym głosem wciąż młodziutkiego nastolatka - Przecież sam próbujesz się utopić.

A mimo prób Michael nie czuł pod stopami nic co dałoby mu jakiekolwiek wsparcie, nic co byłoby chociaż minimalnie stałe.
Mężczyzna z całej siły wierzgnął, kopiąc ciągnące go w dół ręce. Ale kiedy noga kolejny raz nie natrafiła na żaden opór, zanurzył głowę w lodowatą toń, szukając tego co chciało go utopić, ale zobaczył jedynie pustkę toni, w jakiej się unosił, w której nie było nikogo czy niczego, co próbowałoby go ściągnąć pod wodę.

- Nie ma tam lustra. - usłyszał ponownie głos tancerza, gdy wynurzył głowę dla zaczerpnięcia powietrza - Czemu więc szukasz tego, który chce cię utopić? - westchnęła dziwna osoba - Pozwól, że ci pomogę, bo ci coś nie idzie.

Tancerz skierował otwartą dłoń wprost na twarz Michaela, a gdy ten spojrzał na nią... zobaczył lustrzane odbicie swej twarzy, jakby to nie skóra oplatała ową dłoń, a gładka powierzchnia lustra.

- Powodzenia. - poważny ton głosu tancerza nie dostawał do jego młodzieńczego dźwięku, jednak Michael nie miał czasu ni chęci się nad tym zastanawiać, gdy nieznajomy ową otwartą dłonią pchnął silnie twarz chłopaka, a tymże niespodziewanym działaniem pozbawił go uchwytu i zrzucił wprost w pozbawioną dna wodną toń... z której żadne szarpanie nie pomagało się wydostać.

A jedynie ściągało niżej.
 
__________________
- ... this was textbook: The promise of love, the pain of loss, the joy of redemption, then give him a puzzle and watch him dance. -
TomBurgle jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:32.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168