Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11-11-2019, 21:43   #1
 
Aiko's Avatar
 
[Cthulhu Ed.7] Blaszane pudełko



[MEDIA]https://bi.im-g.pl/im/f9/ca/f3/z15977209V,Zdjecie-z-1946-r--Przedstawia-widok-ulicy-Poznansk.jpg[/MEDIA]

Zima była nieznośna w tym roku. Śnieg zalegał w każdej wolnej przestrzeni, a tych w zniszczonej warszawie było niepokojąco dużo. Ludzie brnęli przez zaspy starając się nie wpaść pod przejeżdżające ulicami sanie, zaprzęgnięte w konie. Z licznych dworców ruszały w miasto materiały budowlane, przywożone z całej Polski. Cegły z rozbiórek, dachówka… Wszystko czego potrzebowała Warszawa by stanąć na nogi.

Jednak oprócz towaru wyładowywanego na najróżniejsze środki transportu budynki te opuszczały też liczne sylwetki. Nieraz przygarbione, okaleczone… z przerażeniem lub zdziwieniem patrzyły na to co pozostało z dawnej Warszawy. Większość z nich już niebawem stać się miała siłą roboczą tego miasta. Przybywali z rodzinami lub bez, licząc na to, że stolica zapewni im miejsce do życia i pracy. Inni wracali do miejsca swego urodzenia, nie wiedząc nawet czy ich domy jeszcze stoją, czy rodziny żyją.

Warszawa przypominała ciało, które ktoś oblał rozgrzanym olejem. Pokryta bliznami i bąblami. Przykryta całunem białego śniegu, przypominała potwornie okaleczone zwłoki. Jednak. Słaby oddech poruszał tym materiałem. Serce stolicy biło i już niebawem miała się ona podnieść po wojnie.

Niemal w każdym kwartale dawnej kamienicznej zabudowy coś się działo. W ruinach lokowały się sklepiki i niewielkie ryneczki. Na większych połaciach oczyszczonego terenu powstawały budynki mające przynieść chlubę Polsce, ale i jej najlepszemu przyjacielowi Związkowi radzieckiemu.


Iga Michalczewska

3 Grudnia 1950 r., godz. 16:00
Warszawa, Mokotów, Dom Jerzego Zarzyckiego

Iga obserwowała krążącego po domu kochanka. Jerzy Zarzycki, dopiero co wsunął na siebie czarny golf, który w połączeniu z majtkami, które wraz z okularami dopełniały strój przedwojennego reżysera, wyglądał nieco zabawnie i wyraźnie poprawiał artystce nastrój.

[MEDIA]https://smhttp-ssl-39255.nexcesscdn.net/wp-content/uploads/2017/03/Michael-Caine-747x1030.jpg[/MEDIA]

Wychodząc z domu minęła się z Witoldem Załuskim. Nowym adoratorem jej matki. Stary Warszawiak był potwornie irytującą ją osobą. Głównie dlatego, że nie zasługiwał na Helenę. Matka powinna być z kimś eleganckim, sławnym.. Ciekawym. Witold natomiast, był tak okropnie zwyczajny. Jego jedynym plusem był fakt, że posiadał te dwie kawiarnie i pub działający na Pradze. Miał dojścia. Tak, tego Iga była pewna. Podczas gdy większość dawnych Prażan biedowała teraz na ulicach lub w ciasnych klatkach, będących jedynie resztkami po ich dawnych mieszkaniach, on żył sobie jak król w trzypokojowym mieszkaniu z tym swoim okulałym synem. Nie miała na to czasu, dziś wieczór znów miała występ na Okrzei. I nawet jeśli byl to lokal tego typka, to warto było się dobrze zaprezentować. Irytacja znów zaczęła wypełniać jej głowę, jednak Jerzy nie dał jej dużo czasu na myślenie.

- Słuchasz mnie w ogóle? - Podał jej szklankę wypełnioną zaprawioną wódką herbatą i sam usiadł na łóżku z podobnym drinkiem. To trzeba było przyznać Zarzyckiemu. W jego domu nic nie brakowało. Gdy tylko tu przyszła poczęstował ją pysznym obiadem, znów dostała też prezent. Nie była pewna gdzie reżyser zdobywał te rzeczy, ale z przyjemnością przyjęła kolejny ładny ciuszek. - Jak oni w ogóle śmią! - Jego oburzenie sprawiło, że zdała sobie sprawę iż jakaś część rozmowy jej umknęła.- Mnie! Jerzemu Zarzyckiemu! Mam kręcić film dla nich! Dobrze… rozumiem, że będa z tego pieniądze, ale coś takiego. - Mężczyzna pokręcił z niechęcią głową i zaciągnął się papierosem.


Fryderyka Poświst

3 Grudnia 1950 r., godz. 16:00
Warszawa, Praga, Biblioteka

Anna przyszła tuż przed zamknięciem biblioteki z dumą prezentując, siedzącej za biurkiem Fryderyce swoją zdobycz.

[MEDIA]https://live.staticflickr.com/7824/33071632018_8dc903e350_b.jpg[/MEDIA]

Bibliotekarka była niemal pewna, że to co zawierała bursztynowa butelka miało w sobie procenty i to sporo. Zapewne kolejny prezent od zadowolonego pacjenta. Znając jednak swoją przyjaciółkę, zajęła grzecznie miejsce w jednej ze stojących między regałami ławek i sięgnęła po pobliską książkę zagłębiając się w lekturze.

Widok Anny nie pomagał Fryderyce w skupieniu się na pracy. Niedawno dotarł do biblioteki nowy zbiór książek, podobno znaleziony w domu jednego z wywiezionych do getta żydów. Tylko cud sprawił, że Rosjanin, który tam zamieszkał nie poświęcił ich na opał. Jak jednak skupić się na katalogowaniu gdy jej przyszywana siostra, robi jej przy śniadaniu awanturę po czym wychodzi z domu nie mówiąc ani gdzie idzie, ani na jak długo.I to wszystko przez jakiegoś chłopaka! Na domiar złego Jadwiga robiła się ostatnio bardzo popularna wśród lokalnych chłopców, których to często poznawała pracując w Starej Prażance.

Alfred zapewne przewracał się teraz w grobie widząc jak jego ukochana córka robi za kelnerkę w pubie. Jednak trzeba było jej przyznać, że przynosiła do domu całkiem konkretny grosz.

Wzrok Fryderyki przeniósł się na wiszący nad drzwiami zegar. Szesnasta. Już dziś pewnie nie wróci do domu.

- Po co w bibliotece takie bzdury? - Głos przyjaciółki obwieścił, że i ona zauważyła, że nadszedł czas by zamknąć budynek. Z dziwnym grymasem przyglądała się jednej z ksiąg, którą Fryderyka szybko rozpoznała jako jeden z woluminów przywiezionych z domu Dzieduszyckich.


Leopold Kula

3 Grudnia 1950 r., godz. 16:00
Warszawa, Praga, Dom Lucjana Załuskiego

Korek był jedynym członkiem Jaskółek, który odpowiedział na listy Leopolda, był też tak miły, że zaproponował dawnemu przyjacielowi nocleg, i że go odbierze z dworca. Kula nie krył zdziwienia widząc starego druha posiwiałego i kulejącego. Gdyby nie ciepły uśmiech mężczyzny za nic by nie powiedział, że to jeden z chłopaków, z którym grał w piłę na praskim podwórku.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/originals/0e/7a/97/0e7a979cc182eac1ee7ad1ff8c683c33.jpg[/MEDIA]

Lucjan przyjechał po niego saniami zaprzęgniętymi w dwa konie. Co prawda musieli zaczekać, aż woźnica z chłopakiem do pomocy, załadują towar, który najwyraźniej przyjechał chwilę wcześniej ale dzięki temu mogli nieco porozmawiać i przełamać lody.

- To już nie ta sama Warszawa co kiedyś staruszku. - Powiedział nieco smętnie Korek, gdy spoglądali na zrujnowany krajobraz przedmieści. Kula widział co prawda kilka rozpoczętych budów, ale duże opady śniegu i potworny mróz wyraźnie je sparaliżowały. Na szczęście gdy wyruszyli kierując się w stronę Pragi, okazało się, że ich rodzinna dzielnica nie ucierpiała tak bardzo. Nadal widać było znajome kamienice i podwórka. Czasem czuć było jak sanie zahaczają o dawne torowisko. Nie rozmawiali, bo gdy tylko któryś z nich próbował otworzyć usta, zaraz wdzierał się w nie mróz, nieprzyjemne drapiąc w gardło.

Kolejnym przyjemnym zaskoczeniem był fakt, że Lucjan żył nadal w tym samym mieszkaniu, choć wyraźnie odcięto im ze dwa pokoje. Dopiero tu okazało się, że matka Korka zmarła w trakcie wojny. Na serce. Okulały chłopak był wyraźnie zmuszony by przejąć obowiązki domowe bo gdy tylko Leopold zostawił swoje rzeczy przy przydzielonej mu wersalce, przeszli do kuchni. Lucjan zabrał się też od razu za przygotowanie posiłku dla nich dwóch.
- To opowiadaj. Co u ciebie? Jak podróż? - Mężczyzna nalał im dwóm wódki do szklanek, stawiając jedną przed żołnierzem. - Opowiadaj jak tam Polska i powtórz jeszcze co cię sprowadza.

Korek z uśmiechem zasypał Kulę pytaniami. Gdy jednak widziało się jego zaciekawione, radosne spojrzenie, nie dało się na niego gniewać.


Anatol Jasiński

3 Grudnia 1950 r., godz. 18:00
Warszawa, Praga, Pub Stara Prażanka

- Musisz coś w końcu z sobą zrobić. - Głos Tadeusza przebił się przez gwarę wypełniającą Starą Prażankę. Był to jeden z nielicznych pubów, w których tłok pozwalał na spokojną rozmowę mimo obecności przedstawicieli MO. - Spójrz na siebie.

[MEDIA]https://onceuponascreen.files.wordpress.com/2017/03/edward-andrews.jpg[/MEDIA]

Lasocki przyszedł do niego zaraz po ostatnim wykładzie i z typowym dla siebie uporem wywalczył by udali się wspólnie gdzieś napić. Drań wiedział, że jest to mocny argument. To był kolejny paskudny dzień. Nie dość, że musiał poprowadzić trzy wykłady, których zawartość jeszcze na początku semestru została odpowiednio “dopasowana” do potrzeb obecnej władzy, to na śniadaniu postanowił do niego dołączyć stary znajomy.

Siergiej Lebiediew. Był członkiem Bezpieki i sprawował pieczę nad lokatorami kamienicy, w której zamieszkiwał Jasiński, a już szczególnie nad samym profesorem. Przyszedł z wódką. Jak zwykle i nawet nie prosząc Anatola o pozwolenie wyjął z jednej z szafek dwie szklanki.
- Kraj cię potrzebuje towarzyszu. - Powiedział nalewając alkohol do naczyń, a potem uczynił ten dzień jednym z gorszych w ostatnich miesiącach.

Chcieli by Jasiński zajął się sprawą warszawskiego getta. Podobno potrzebowali materiałów do jakiegoś filmu. Wystarczyła krótka rozmowa, by profesor wywnioskował iż ma to być kolejny przykład propagandy, mającej namieszać w głowach obywateli. Siergiej obiecał pomoc, czyli nadzór. Oraz, że chętnie będą słuchać o jego postępach w badaniach, czyli pilnować by nie dowiedział się zbyt dużo. W tym celu będzie odwiedzał co tydzień gmach Bezpieki by złożyć raport. Oczywiście na koniec pojawiła się marchewka w postaci niezłej pensji i wysuniętej w stronę profesora, ledwie co napoczętej butelki.

Po takiej rozmowie Anatol czuł jeszcze bardziej niż zwykle, że musi się napić. Postać Lasockiego była więc niechcianym towarzystwem ale i przyczynkiem do tego by wyjść do pubu. Teraz jednak stary druh postanowił zmienić życie Historyka motywując go do niewiadomo czego.
- Wiesz, że Romek cię uwielbia. Myśli o pójściu w twoje ślady. - Tadeusz wycelował w niego palec. - A ja nie chcę by polegało to na piciu za katedrą. - Czyli jednak zobaczył nieco opróżnioną butelkę. Spostrzegawczy drań.


Feliks Dąbrowski

3 Grudnia 1950 r., godz. 16:00
Warszawa, Mokotów, Dom Feliksa Dąbrowskiego

Stefania długo nie wracała, Feliks czuł jak jego niepokój narasta. Sprawy nie ułatwiało, że był obecnie sam w dosyc mocno oświetlonym, ale jednak nadal ciasnym pokoju ich niewielkiego mieszkania na Mokotowie. Dzieci spały w pokoju obok i czasem docierał do niego odgłos gdy jedno z nich przewróciło się na drugi bok.

Nie lubił gdy żona miała wieczorne zmiany, jednak było to nie do uniknięcia. Na szczęście wracała z tą swoją przyjaciółką Polą prawie pod sam dom, ale nadal były to dwie kobiety.

Przed lekarzem stała już do połowy opróżniona szklanka. To miasto nie było już tak bezpieczne jak kiedyś. Widział ile kobiety trafia na oddział pobitych lub nawet zgwałconych. Podniósł się i podszedł do okna wyglądając na ulicę. To przez tych nowych. Rosjanie traktowali ten kraj jak swoją własność. Chłopi przyjeżdżający by pomagać przy odbudowie, budzili się teraz i pili więcej niż zwykle. Jedni i drudzy trafiali do szpitala na Ujazdowie. Do tego te morderstwa i Kubiak. Dziwne że połączył te dwa fakty, ale weszły w jego życie jednocześnie.

Stary znajomy pojawił się, tuż po tym jak miesiąc temu odnaleziono pierwsze ciało. Był to młody chłopak, którego nie udało się zidentyfikować. Wydawało się, że umarł od Listopadowego zimna, jednak szybko stwierdzono otrucie. I to było jedyne co udało się stwierdzić. Ubranego w błękitny strój młodego mężczyznę znaleziono nieopodal starego miasta. Szedł podobno na bosaka, o czym mogły świadczyć odmrożone stopy. Miał pudełko. Podobno.

Wraz z ciałem do szpitala przyjechał doktor Juliusz Kubiak. Feliks od razu rozpoznał starego znajomego z tajnego nauczania. Mężczyzna przybył na sekcję, ale nie minęła godzina i pojawili się przedstawiciele Bezpieki i zabrali ciało do siebie. O pudełku wiedział tylko dzięki pielęgniarce, która pomagała przy sekcji. Zwłoki zabrano ale Kubiak został. Od tamtego czasu mijają się na korytarzu i udało się im zamienić kilka zdań na stołówce pracowniczej. Coś jednak powodowało, że Juliusz był inny niż kiedyś. Postarzał się mocno, miał zapadnięte oczy i zniszczoną cerę. Feliks obarczył tym czas wojny, nie wiedział co spotkało starego znajomego ze studiów, jednak zbyt wielu ludzi zniszczyło powstanie i wszystko co miało miejsce wcześniej.

Tydzień temu pojawiło się kolejne ciało. Znów chłopak. Znów w błękicie. Tym razem, wraz z ciałem od razu przyjechała Bezpieka. Byli podczas sekcji i tuż po niej zabrali zwłoki do siebie. Kubiak znów był doktorem prowadzącym cały zabieg.

Ktoś pojawił się w uliczce, a Feliks od razu rozpoznał gruby płaszcz swojej żony. Widząc go w oknie drobna sylwetka pomachała i przyspieszyła krok.
 
Aiko jest offline  
Stary 16-11-2019, 17:05   #2
 
PeeWee's Avatar
 

W ciasnym pokoiku na poddaszu pachniało kurzem i trutką na szczury. Mdłe światło małej lampki, stojącej na biurku, wydobywało długie, ponure cienie z każdego kąta. Sprawiając tym samym, że całe wnętrze wyglądało jak wyjęte żywcem z obrazu van Gogha “Jedzący kartofle”.
Niedopalony papieros, tlił się ospale, porzucony na krawędzi szklanej popielniczki. Unoszący się z niego dym wolno lewitował pod powałę. Tuż obok leżała otwarta paczka z jego kuzynami. Na jej froncie widniał dumny, biały napis na czerwony tle “Papierosy Wolność”
Anatol Jasiński śmiał się w duchy sam do siebie, że z każdym kolejnym zapalonym ćmikiem puszcza z dymem swoją własną wolność. Wolność, którą tak cenił i o którą walczył.

A teraz?
Teraz było mu już wszystko jedno. Nim się obejrzał dopadła go starość, a jego ojczysty kraj wpadł w cuchnące od brudu i krwi łapska stalinowskich posługaczy.
A jeszcze kilka lat temu Anatol wierzył, jak miliony jego rodaków, że Alianci nie pozwolą, aby Soso zawłaszczył sobie polskie ziemię.

Anatol spojrzał na rozrzucone na biurku zdjęcia. Uchwycone na fotograficznej kliszy migawki z jego życia, Jego wzrok zatrzymał się na jednym z nich. Wychudzony Anatol w pasiaku wraz z grupą sobie podobnych więźniów stoi przy trzech młodych chłopakach w amerykańskich mundurach.

Dobrze pamiętał ten dzień. Piąty maja tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku. Wtedy wierzył, że nadchodzi nowy świat. Był pełen nadziei i wiary. Gdyby ktoś wtedy powiedział mu co czeka go po powrocie do kraju, to… nigdy by nie wrócił.

A teraz?
Teraz już było za późno. Obecnie nikt nie mógł już tak łatwo wyjechać za granicę. Pozwolenia, przepytywanie i ciągła inwigilacja. I to dlaczego?

Mężczyzna spojrzał na kolejną fotografię. On i grupa mieszkańców stolicy na barykadzie. Pierwsze dni sierpnia tysiąc dziewięćset czterdzieści cztery. Wtedy też wszyscy byli pełni wiary i nadziei. Wszyscy chcieli walczyć i mścić się za pięć lat okupacji, za łapanki, za rozstrzelania w biały dzień. Chcieli niczym w ręku Boga złoty grom, ponieść wrogom gniew.
A jak to wszystko się skończyło?

Łza spłynęła wolno po policzku mężczyzny. Otarł ją szybkim ruchem dłoni i sięgnął po szklankę rżniętą z grubego szkła. Jednym haustem wychylił jej zawartość. Otarł usta i sięgnął po kromkę chleba ze smalcem. Zagryzł i szepnął sam do siebie:
- Poległym chwała, wolność żywym. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a psia mać!
Szaro bury kocur wskoczył na biurko i otarł się o dłoń mężczyzny.
- Co robisz Bury? - burknął ze złością.
Łasząca się i mrucząca głośno kocina, szybko rozładowała złe emocje.
- Głodny jesteś, co? Chodź zobaczymy, co tam mam dla ciebie.


***
- To wszystko na dzisiaj. Dziękuję państwu bardzo - rzekł profesor Jasiński, kończąc wykład - Gdyby były jakieś pytania, to jestem do państwa dyspozycji. Okres rządów Dioklecjana to niezwykle ciekawy czas, a także sam jego życiorys kryje wiele ciekaw…
Widząc całkowity brak zainteresowania ze strony studentów, wykładowca przerwał w pół zdania i zaczął pakować swoje notatki do sfatygowanej, skórzanej teczki. Trzask zapinanych metalowych klamerek rozniósł się gromkim echem po całkowicie pustej już auli.
Profesor Anatol Jasiński założył za duży od dwa rozmiary płaszcz i pokrzywioną fedorę i z teczką pod pachą opuścił salę wykładową.

- Panie profesorze, panie profesorze - jakiś mężczyzna biegł i krzyczał za Anatolem.
Młody chłopak dobiegł do profesora. Zatrzymał się zdyszany i z szerokim uśmiechem rzekł
- Cieszę się, że pana profesora złapałem.
- Oj, Romek, Romek. Przecież wiesz, gdzie mnie znaleźć. Nie trzeba mnie gonić po ulicy, jak szaleniec.
- Racja, święta racja profesorze. Tylko jest sprawa.
- Sprawa? Przecież wiesz, że ja nic nie mogę. Nie mam żadnych wpływów wśród kadry.
- Nie o to chodzi - odparł z uśmiechem Romek - Z tamtym sobie sam poradzę. Ja z inną sprawą. Wiem, że nasze spotkanie dopiero w czwartek, ale kilku chłopaków chciałby pana poznać i prosić, żeby im pan o Dmowskim opowiedział. O Dmowskim, o Kozickim i ogólnie o całym Obozie Wielkiej Polski. Pan przecież znał tych ludzi. Pan wie najlepiej, jak to wtedy było.
Profesor rozejrzał się czujnie wokół i położył palec na ustach, dając znać swemu rozmówcy, żeby natychmiast zamilkł.
- Cicho - przykazał Jasiński - Chcesz, żebyśmy mieli kłopoty. Na ulicy o takich rzeczach. Czyś ty zwariował? Już ci mówiłem, że ten twój pomysł z domowym nauczaniem to tylko problemy na nas ściągnie. Zgodziłem się na kilka osób, ale to tylko ze względu na znajomość z twoim ojcem. A ty jak durny osioł rozpowiadasz o tym na prawo i lewo. Tylko patrzeć, jak Urząd Bezpieczeństwa zapuka do naszych drzwi.
- Się profesor nie martwi. To zaufane chłopaki. Wszyscy do “Orląt” należą. NIe ma się czego bać.
- Cicho bądź mówię! - Jasiński podniósł głos, a następnie ruszył szybkim krokiem przed siebie. Spuścił głowę i spod kapelusza obserwował, czy aby nikt mu się nie przygląda, albo co gorsza za nim nie idzie.
Roman Lasocki znowu podbiegł do profesora i zrównując się z nim krokiem próbował jeszcze raz namówić na spotkanie z członkami podziemnej drużyny harcerskiej “Orlęta”
- Pan nie może odmówić. To pana obowiązek, panie profesorze - zaczął argumentować - Wobec ojczyzny, narodu i młodego pokolenia.
Te słowa już naprawdę rozzłościły Jasińskiego Zatrzymał się spojrzał na młodego Lasockiego spod przymrużonych powiek. Gniew dosłownie w nim kipiał. Wziął jednak głęboki oddech i najspokojniej, jak umiał w tej sytuacji powiedział:
- Za młody jesteś by mi o moich obowiązkach wobec ojczyzny mówić. Zajmij się lepiej nauką, a nie podziemnymi urojeniami. To wszystko nie ma najmniejszego sensu. Czy wy nie widzicie, co się dzieje w tym kraju? Bezpieka aresztuje ludzi, jak popadnie, stalinowcy są w wszędzie, na uczelniach, zakładach pracy, w milicji, w rządzie. Nad wszystkim łapę trzyma NKWD i co w sobie wyobrażacie, że co? Powstanie zrobicie i wyrzucicie ruskich z Polski. Bzdura! Bzdura i czyste szaleństwo! Daj mi spokój, rozumiesz?

Jasiński obrócił się na pięcie i zaczął iść szybko w zupełnie przeciwnym kierunku niż przed chwilą. Miał zamiar iść do domu, ale teraz musiał jakoś ukoić nerwy.
A ostatnio jedynym sposobem, jakim radził sobie ze stresem, ze strachem i ze wszystkimi złymi myślami i uczuciami był czysta wódka.

Kilka minut później Anatol Jasiński siedział w "Bar przy Kaśce" na placu Bankowym. Na stole przed nim leżał na talerzu zawijany śledź z cebulką i setka czystej.


***
W “Starej Prażance” o tej porze było niezwykle głośno i gwarno. Ludzie po pracy lubili tutaj spędzać czas. Także Jasiński często tutaj bywał. Lokal znajdował się niedaleko jego domu, czy może lepiej powiedzieć miejsca gdzie mieszkał. Gdyż norę, jaką przydzielili mu na urzędzie mieszkaniowym, nawet przy największej dawce dobrej woli, trudno było nazwać mieszkaniem.

Jasiński lubił gwar rozmów. Stanowił on dla niego swego rodzaju kokon bezpieczeństwa przed samotnością i szaleństwem. Nawet słowa jedynego chyba znajomego, Tadeusza Lasockiego, traktował w tej chwili jako taki przyjazny szum.
Nie wsłuchiwał się w słowa. Po prostu był. Dla przytłumienia zbyt wrażliwych zmysłów i świadomości, Jasiński wychylił kolejną setkę. Zagryzł korniszonem i spojrzał na swego rozmówcę, który ewidentnie oczekiwał od niego jakieś odpowiedzi.
- Ty też będziesz mi prawił morały? - zapytał chyba zbyt oschle, bo twarz Lasockie przybrała mocno zdziwioną wyraz.
- Anatol daj spokój. To przecież nie o to chodzi.
- A o co? Co was wszystkich obchodzi, jak ja żyje. Chce się napić, to piję i nikomu nic do tego.
- Anatol, ja się po prostu o ciebie martwię. Marnujesz się i to rani moje serce.
- Ty się lepiej synem zajmij. On i te jego podziemne fantasmagorie. To igranie z ogniem. Rozumiesz? Czerwoni nie żartują. Nie widzisz tego? W gazetach o tym nie piszą, ale kto, jak kto to, ale ty nie jesteś ślepy. Codziennie Urząd Bezpieczeństwa wywleka ludzi z ich własnych mieszkań i wywozi, Bóg raczy wiedzieć gdzie. Ilu z nich potem wraca? Zastanawiałeś się nad tym? Ja myślę o tym każdej nocy. Nasza sprawa jest przegrana i nic już tego nie zmieni. Zajmij się swoim synem, żeby sobie życia nie zmarnował. Inteligentny chłopak jest i szkoda,żeby skończył w ubeckiej katowni.
- I o to mi właśnie chodzi, Anatol. On i jego koledzy potrzebują kogoś takiego jak ty. Kogoś kto im pokaże drogę. Wskaże cel.
- A jaki ja im mogę wskazać cel? Ja sam nie wiem, jak sobie z tym wszystkim poradzić, a ty chcesz żebym im cel wskazywał. Trzeba żyć, to jedno wiem. Na złość tym czerwonym sukinsynom. A co więcej? Nie wiem. może czeka nas kolejne sto pięćdziesiąt lat niewoli, a może całkowita zagłada. Nie wiem. Mi już niewiele czasu zostało.
- Skąd to możesz wiedzieć? “Nawet wasze włosy na głowie wszystkie są policzone.” - czy nie tak mówi Jezus.
Jasiński zamilkł. Wbił wzrok w swój pusty kieliszek i zadumał się. On i Bóg od dawna mieli ze sobą na pieńku. niby nadal się lubili, ale niezwykle rzadko się do siebie odzywali. Twarda męska przyjaźń. Anatol czuł się trochę, jak biblijny Hiob. Tylko on nie miał tak bezwarunkowej wiary, jak starotestamentowy bohater. Poza tym nieszczęścia, jakimi Bóg raczył dotknąć Hioba były niczym w porównaniu z tymi, jakie spłynęły na Jasińskiego i cały świat w ostatnim czasie. Tak przynajmniej uważał stary profesor.
- Napijmy się - mruknął profesor podnosząc butelkę - Za Hioba!
- Za co?
- Nie ważne. Pij. Twoje zdrowie.


***
- To do widzenia towarzyszu - pożegnał się Lebiediew stojąc już w progu - Liczymy na ciebie. Jak się wykażesz to pomyślimy o jakimś nowym mieszkanku. Przydałoby się, toż to nie przystoi, żeby członek kadry uniwersyteckiej mieszkał w takich warunkach.
Jasiński przytaknął w milczeniu i cierpliwie czekał, aż niechciany gość go w końcu opuści.

Gdy drzwi zamknęły się za bezpieczniakiem, Jasiński odetchnął z ulgą. Była to jednak tylko chwilowa, gdyż zaraz przyszły ponure myśli i przewidywania. Los nie oszczędzał Anatola i coraz trudniej radził on sobie z tym. Ledwo przywykł do nowych wytycznych nauczania, a tu kolejne nieszczęście. Gdyż tym właśnie była dla niego propozycja, jaką złożył mu Lebiediew.

Zbadać sprawę getta. A co tam jest do badania? Zwłaszcza dla niego, profesora historii starożytnej. Nie znał się ani na żydowskiej kulturze, ani historii. Po niemiecku znał zaledwie kilka słów, na nic nie przyda się, więc przy studiowaniu dokumentów hitlerowskich.
Przytoczył te argumenty w czasie rozmowy z Lebiediewem, ale te w żaden sposób nie trafiły, ani nie przekonały go do zmiany decyzji,. Z jakiegoś powodu władzy ludowej zależało na tym, żeby to właśnie on, profesor Anatol Jasiński zajął się tą sprawą.

Może chodziło o swego rodzaju zemstę za jego aktywną działalność w ruchu narodowym przed i w czasie wojny. Pokątnie sporo się mówiło, że w strukturach nowej władzy znajduje się wielu ludzi handlowego wyznania.
Jasiński nie przepadał za Żydami, nie chodziło jednak o jakieś eugeniczne bzdury jakimi karmił swój naród Hitler. Żydzi sami z siebie wykluczali się z każdej społeczności. Podkreślali swoją odrębność, wyższość i w żadnym razie nie zależało im na asymilacji. Byli zadufani w sobie, pyszni i częstokroć traktowali gojów gorzej niż psy. Tak z resztą nakazywała im religia. Talmud w wielu miejscach wspomina, że goje to dzieci demonów. Do tego wszystkiego dochodził fakt nieuczciwego bogacenia się, oszustw i ogólnego podejścia do moralności. Żydowska etyka sytuacyjna sprawiała, że jeden i ten sam czyn w jednej chwili mógł być uznany z agrzech, a w drugiej już za sprawiedliwy i dobry. To wszystko powodowało, że Jasiński patrzył na Żydów podejrzliwie i niechętnie.
W żadnym jednak razie nie posunąłby się do ich systematycznego mordowania, jak to zaplanowali i zrobili Niemcy. Okrucieństwa jakich dopuszczali się oni wobec Żydów nie mieściły się Jasińskiemu w głowie. Choć sam często był świadkiem takich czynów, nie mógł zrozumieć, jakim trzeba być człowiekiem żeby dopuszczać się takich rzeczy wobec drugiego człowieka.

Żydowscy przedstawiciele władzy ludowej mogli mieć jednak na to jednak inne spojrzenie. I w ten właśnie sposób postanowili ukarać profesora.
Jasiński nie miał wyjścia. Po rozmowie z Lebiediewem wiedział, że odmowa podjęcia tej pracy nie wchodzi w grę. Chcąc nie chcąc będzie musiał się zająć tą sprawą. Lebiediew był jednak bardzo oszczędny w słowach jeżeli chodziło o szczegóły czekającego go zadania. Nie pozostawało, więc nic innego jak czekać na kolejne pojawienie się bezpieczniaka.

- Będę musiał ostrzec Romka - mruknął pod nosem, sam do siebie - Nie będzie już nauczania i historycznych pogawędek. Koniec.
 
__________________
>>> Wstań i walcz z Koronasocjalizmem <<<
Nie wierzę w ani jedno hasło na ich barykadach
Illuminati! You're never take control! You can take my heartbeat, but you can't break my soul!
PeeWee jest offline  
Stary 21-11-2019, 21:42   #3
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Leopold Kula - szczupły blondyn


- Oj chłopie ale się narobiło. - Kula siedział przy rozklekotanym stole w kuchni Korka i powtarzał tą samą sentencję po raz kolejny. A to słysząc wieści od kumpla z przedwojennej, harcerskiej ferajny a to gdy miał odpowiedzieć na jakieś pytanie. Bo się narobiło. I u Korka, i u Poldka, i w tym mieście, i w tym kraju. Aż trudno było przy jednym posiedzeniu obgadać to wszystko. Ogrom pytań, wątpliwości, strachów, odpowiedzi… To wszystko przytłaczało. A jednak cieszył się, że na tym wielkim, wypalonym rumowisku odnalazł chociaż jedną znajomą twarz Korka.

- Wiesz, że byłem tutaj w wojnę trzy razy? - zapytał Lucka w przerwie gdy ten nalewał znów wódki na dno szklanki. Przeprosił na samym początku za brak kieliszków. Po prostu nie miał. Wojna zjadła. A potem nie były artykułem pierwszej potrzeby by za tym latać a okazja się nie trafiła. Teraz zaś Lucek posłał pytające spojrzenie na zdemobilizowanego żołnierza.

- No. Trzy razy. Pierwszy raz przebiłem się z chłopakami z naszej dywizji do oblężonej Warszawy. Jeszcze w 39-ym. Potem we wrześniu w 44-ym. Przez Wisłę na Czerniaków. A potem w styczniu 45-go jak zdobyliśmy zachodni brzeg. Powiem ci, że za każdy razem gorzej to miasto wyglądało. Tu u nas jak wyparliśmy w lecie Szkopow to jeszcze nie tak najgorzej chociaż wesoło nie jest. Ale tam, po drugiej stronie Wisły… - westchnął i pokręcił swoją blond głową. Potem stuknęli się szklankami i każdy wychylił za to wszystko. Kula sapnął i wziął chleb aby zagryźć procenty. Z przekąska było nieco lepiej bo jako żołnierz a nawet podoficer miał całkiem sporo konserw. No i lepszy przydział niż cywil.

- A wiesz jak to było ciężko stać na tym brzegu przez pół roku i patrzeć, słuchać jak te jebane Szwaby obracają miasto w perzynę? Palą do gołej ziemi. Ehh… Polej jeszcze Korek. - ciążące z lat wojny wspomnienie znów wróciło i wywołało takie same przygnębienie jak zawsze. I chyba nawet wyrzuty sumienia. Chociaż był wtedy żołnierzem a rozkazów do ataku nie było. Ale był też warszawiakiem i Polakiem. I tamta bezczynność ciążyła mu do tej pory. Ale co mógł z tym teraz zrobić? No tylko znów wychylic szklankę z Korkiem.

Korek poklepał nogę na którą kulał.
- Wiem… a raczej.. Stary ja byłem po tamtej stronie. Oberwałem jakimś odpryskiem i gdyby nie jeden z chłopaków… pewnie bym skończył pod gruzami. - Lucjan dolał obu do szklanki, a Kula zauważył, że z każdą kolejną dolewką, ilość alkoholu niebezpiecznie zbliżała się ku krawędzi naczynia. - Wylądowałem w szpitalu polowym na Lwowskiej, patrzyłem tylko jak wynoszą kolejne ciała tych co się nie udało i chowają je na tym malutki ogródku. - Na twarz Korka wypłynął grymas bólu szybko jednak otrząsnął się. - I co planujesz teraz? Wieki nie słyszałem o którymś z Jaskółek, a od kiedy kuleje.. Wiesz.. Mało kto chce się zadawać z kuternogą. - Parsknął i upił spory łyk.

- Plany… - dobre pytanie. Plany. Wypadało mieć jakieś w życiu. No ale jak tu w tej ruinie własnego życia i miasta mieć jakieś plany. Współczul Korkowi tej nogi i przeżyć z czasów wojny i powstania. A jednocześnie jakby i zazdrościl. Czuł się stratny. Powinien być tu! Cała wojnę, tu było jego miejsce, tu w tym mieście w sercu kontynentu! Tyle go ominęło…

Chociaż raczej się nie nudził przez te wojenne lata. Powojenne też. No ale skończył z tym. Wpisał się z wojska póki miał czyste sumienie. Ale co dalej? Czekał na niego nowy rozdział do napisania we własnej autobiografii.

- Nie wiem jeszcze. Najpierw się chyba rozejrzę po mieście. Zobaczę na spokojnie jak to wszystko wygląda. No i rozejrzę się za jakąś robotą. Słyszałeś gdzie by można się gdzieś zaczepić? - No tak. Ciężko było coś planować w tak nowym i nieznanym świecie. Ale trzeba było zacząć od podstaw czyli jakąś robotę znaleźć i lokum. Na razie jako świeżo zdemobilizowany kapral nie miał tak najgorzej. No ale to nie będzie trwało wiecznie. Pieniądze i konserwy w końcu się skończą. Ale liczył, że przy odbudowie stolicy znajdzie sobie jakieś miejsce i zajęcie.

- Możesz spytać mojego ojca, powinien wrócić niebawem. - Korek zerknął na wiszący na ścianie zegar. - Poszedł do jakiejś swojej nowej faworyty mają robić jakiś teatr czy coś takiego. - Lucjan wzruszył ramionami i podszedł do kuchenki by nałożyć im obu jedzenie. Po chwili przed Kulą wylądował tradycyjny polski obiad. Ziemniaki, kotlet i mizeria. - Budowy stanęły przez ten cholerny śnieg, więc po mieście szlaja się cała banda bezrobotnych, ale u ojca pewnie coś sie dla ciebie znajdzie.

- O matko, skąd to wytrzasnąłeś? - gdy Lucjan postawił przed Leopoldem talerz z prawdziwym obiadem, takim jak za dawnych czasów to ten nie mógł się powstrzymać od okrzyki radości i zdziwienia. Prawdziwy obiad! O rany… Co prawda póki był w wojsku, przynajmniej po wojnie, nie przymierał głodem. No ale też zdawał sobie sprawę jak wyglądają realia poza koszarami a o stolicy krążyły niezbyt ciekawe plotki na ten temat. A tu proszę! Prawdziwy obiad!

- No to twoje zdrowie Korek! - kapral w stanie spoczynku uniósł szkło i zanim zasiadł do obiadu wzniósł toast za gospodarza. Dopiero przy obiedzie gdy wcinał tego ciepłego kotleta z ziemniakami i mizeria zaczelo do niego docierać co jeszcze powiedział kumpel.

- Teatr? No chyba na aktora to ja się nie nadaję. Ale jak twój ojciec miałby coś to chętnie bym z nim pogadał. Wiesz, coś na start aby się zaczepić w mieście. - Kula rzekł gdzieś między kęsami mówiąc przez to trochę niewyraźnie. Ale nie mógł się oprzeć. Ten obiad był taki dobry! I taki domowy. Aż coś go łapało za serce i budziło coś żewnego w jego duszy.

- O czekaj a mówiłeś, że podczas powstania byłeś po tamtej stronie Wisły? - Kula wskazał widelcem na ścianę. Ale pewnie chodziło mu o kierunek w jakim była rzeka za paroma domami i ulicami.

- Bo wiesz, jak we wrześniu byłem na Czerniakowie to spotkałem Jędrka. Na imię miał Piotrek. Nazwiska nie znam. Był w AK. Potem ja wróciłem na ten brzeg a on tam został. No i też nie wiem co się z nim stało. Może wiesz coś? - nie pytał o to od razu bo z początku wydało mu się mało prawdopodobne, że Korek znał Jędrka. No ale może znał? I tak miał się pytać o pierwszego akowca na Czerniakowie jakiego spotkał po dopłynięciu na brzeg. A potem niejako mentora i przewodnika. Nawet się chyba polubili przez ten przelotny okres wojennej znajomości.

Korek zaśmiał się ciepło, na chwilę przerywając jedzenie własnej części posiłku.
- Ojciec ma jeszcze puby. Wiesz.. Jakoś udało się przetrwać. Tutaj Niemcy nie zniszczyli miasta.. Zapasy w piwnicach przetrwały. No to rozkręcił biznes. - Lucjan dolał im do szklanek. - Potrzebuje ludzi do nalewaka… choć tam woli dziewczyny. Ale jeśli nie masz nic przeciwko noszeniu towaru.. Lub może ochronie lokalu.. To pewnie się coś znajdzie. Ja się nie nadaję. - Dodał z przekąsem powracając na chwilę do jedzenia.

- Piotrków trochę było w AK wiesz? - Korek spojrzał niepewnie na Kulę. - Niestety większość z tych, którzy byli ze mną… no wiesz. Ale jeden z dowódców żyje… może będzie kojarzył o kogo chodzi.

- Barman? - Leo w takiej roli dotąd się nie widział. Ale cóż, za bardzo nie było co wybrzydzać. - Czemu nie. Mogę spróbować. Nigdy się tym nie zajmowałem. Ale mogę spróbować. Dobrze, że chociaż u nas te cholerne Szwaby nie rozgrabiły i nie spaliły wszystkiego. - co by nie mówić cieszył się, że chociaż rodzinie Korka się udało jak i samej Pradze. To też dawało jakiś cień satysfakcji bo przecież do września Praga była wolna od faszystowskiego okupanta. I ten nie zdołał jej tak zrównać z ziemią jak zachodnią część miasta. To jakoś nadawało sens walkom w jakich brał udział i wtedy jeszcze szeregowiec Kula. A teraz mógłby spróbować i w tym pubie. Na początek, aby się zahaczyć mógł wziąć cokolwiek.

- A ktoś przeżył z dowódców? - wrócił tematem do losów “Jędrusia” o jakiego pytał. Dziwił się, że jakiegoś oficera jeszcze nie ruszyli panowie w służbie MSW. Ale zapytać mógł. Przecież nie był akowcem więc chyba nic mu nie groziło. - No to zapytaj go o tego “Jędrka” jak możesz. Albo umów mnie na spotkanie to sam zapytam. Będę zobowiązany. No wiem, że Piotrek to nie jest oryginalne imię no ale za bardzo nie było wtedy okazji gadać. Wtedy to oni w oddziale wszyscy do siebie po ksywach mówili to mi się wydawało, że wszyscy się tak znają. - wyjaśnił dobrodusznym tonem zdając sobie sprawę, że zbyt wielu detali nie podał. No ale sam ich nie znał. Jakby się udało dowiedzieć co się stało z Piotrkiem byłby zobowiązany. Zwłaszcza jakby przeżył wojnę i zawieruchę po niej. O innych perspektywach trudno było mu myśleć.

- Lepiej jak ty zapytasz… staram się tam nie pojawiać zbyt często. - Korek skrzywił się nieco. - Leży w szpitalu na Ujazdowie… Jak spytasz pielęgniarki o Zajączka, to cię do niego zaprowadzą.

- Szpital ujazdowski? Jasne, wiem gdzie. Dzięki Korek. I Zajączek? Tak ma na nazwisko? - Leopold skinął głową nad jeszcze częściowo pełnym talerzem na znak, że przyjął rzecz do wiadomości. Szpital to znał bardzo dobrze. Sam w nim leżał kilka tygodni po kampani wrześniowej. Dlatego uniknął losu niemieckiego jeńca. Ale “Zajączek” brzmiało trochę dziwnie. Nie był pewny czy to nazwisko czy jakieś przezwisko i czy jak przyjdzie do szpitalnej recepcji i o niego zapyta to rzeczywiście skierują go do odpowiedniego człowieka.

- To jego ksywka, wymyślona przez pielęgniarki. - Mruknął Korek. - Udaje świra… sam wiesz czemu.

- No tak. - żołnierz w stanie spoczynku skinął głową na znak, że rozumie. Jadł kilka kęsów w milczeniu zastanawiając się jak się zabrać do tej sprawy. - A skąd on będzie wiedział, że nie jestem żadnym szpiclem z podpuchy? - zapytał starego druha. Oni obaj wiedzieli, że każdy z nich jest swój. No ale dla “Zajączka” Kula będzie obcym facetem jakiego nie znał z całej wojny. Nie był pewny czy dawny akowiec będzie chciał z kimś takim gadać o akowskich sprawach.

- Też racja. - Lucjan przytaknął koledze, zastanawiając się chwilę. - Jak będziecie sami, zwróć się do niego “Jola”. To jego pseudonim z czasów wojny, znają go tylko swoi.

- Dobra. Mam zwrócić się do oficera AK, leżącego w szpitalu, którego biorą za czubka, per “Jola” bo chcę się zapytać czy zna mojego kolegę z AK, którego spotkałem podczas powstania na Czerniakowie. - Leopold przeżuł kilka ostatnich kęsów tego pysznego i sytego obiadu gdy zdecydował się podsumować to jak miała się zacząć jego rozmowa z “Zajączkiem”. Wszystko wydawało mu się jak z jakiegoś kabaretu surrealistów. Dlatego powiedział to przesadnie poważnym tonem by było wiadomo, że autoironizuje.

- Dobra. Co może pójść nie tak? - roześmiał się na koniec i niefrasobliwie machnął ręką. Trudno, Lucek pomógł mu jak mógł, teraz zostało udać się do tego szpitala ujazdowskiego i spróbować pogadać z tym Zajączkiem.

- Dzięki Korek, bardzo mi pomogłeś. I nakarmiłeś! Rany, nie pamiętam kiedy ostatnio jadłem coś tak dobrego. - zaśmiał się kończąc obiad i składając sztućce na talerzu. - To daj mi pozmywać bo inaczej mi głupio będzie. - uśmiechnął się do starego druha wstając od stołu że swoim pustym talerzem i podchodząc po talerz przedwojennego kumpla.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 23-11-2019, 22:34   #4
 
Mortarel's Avatar
 
Feliks dotknął ręką zimnej szyby. Na zewnątrz panował mróz. Ciemność rozganiały światła dobywające się z okolicznych domów, obwieszczając, że w zrujnowanej po wojnie Warszawie wciaż pali się iskra życia, która wzniecona nowym podmuchem pragnie na nowo zapłonąć żywym ogniem.

Feliks skierował swe kroki w stronę kuchni. Na stole czekała już kolacja, którą przygotował dla żony. Trzeba jeszcze nastawić imbryk i zaparzyć gorącej herbaty. W popielniczce na stole tlił się papieros. Mężczyzna wylał niedopitą zawartość trzymanej w dłoni szklanki do zlewu i sięgnął po papierosa. Nie chciał denerwować żony, że znowu pije. Po chwili usłyszał odgłos klucza w drzwiach. Dźwięki dobiegające z korytarza obwieszczały, że ktoś wchodził do domu. Szelest odkładanej odzieży, kroki, skrzypienie drewnianej podłogi.

-Dzieci już śpią. - rzekł półszeptem. -Przygotowałem Ci kolację. Jedz spokojnie, będę czytać.

Mężczyzna wrócił do pokoju, gdzie na fotelu przysuniętym w pobliże kaflowego pieca leżała książka. Podręcznik medycyny sądowej: dla studentów medycyny i lekarzy autorstwa prof. Wiktora Grzywo-Dąbrowskiego. Była to pozycja dość nowa, wydana w Warszawie zaledwie w 1948 r. Feliks uśmiechnął się pod nosem, gdyż zbieżność nazwisk jego oraz autora była oczywiście przypadkowa. Młody lekarz rozsiadł się w fotelu, a ciepło bijące od pieca rozgrzało prawą stronę jego twarzy. Książkę udało mu się wypożyczyć zaledwie przed paroma godzinami i od powrotu do domu z zapałem pochłaniał jej treść.

Zatopiony w lekturze nowej książki rozmyślał nad sprawami ostatnich morderstw. Pierwsza ofiara została otruta. Feliks próbował sobie przypomnieć jaką to truciznę wykryto w organizmie nieszczęśnika, ale musiało mu to wylecieć z głowy. W głowie Feliksa kłębiły się liczne pytania. -Dlaczego sprawą interesował się Urząd Bezpieczeństwa? Co stało się z pudełkiem należącym do ofiary? Co było w jego środku? I ta bezpieka, która pojawiała się tak szybko... Czyżby ktoś ze szpitala informował? Kubiak?

Drugie ciało, to sprzed tygodnia, było zbyt podobne do pierwszego zgonu, żeby mógł to być przypadek. Feliks instynktownie powiązał ze sobą te dwie sprawy. Taki sam strój, podobne okoliczności, znowu bezpieka, tym razem jeszcze szybciej niż ostatnio. -Czy to też było morderstwo? Kolejne otrucie? - Rozmyślał. Feliks nie wiedział, czy powinien porozmawiać o tej sprawie z Kubiakiem. -Czasy są niepewne, ludzie się pozmieniali... Co pomyślą ludzie, jak zacznę węszyć przy sprawie?

Ciekawość jednak nie dawała o sobie zapomnieć. Feliks miał przeczucie, że dziwne zgony mogą się powtórzyć. Być może z książki dowie się nieco więcej o tym, na jakie szczegóły należy zwrócić uwagę przy sekcji zwłok kolejnej ofiary. Może uda mu się coś dostrzec, a jeśli nie, to będzie miał dobry pretekst do tego, aby zagaić rozmowę z Kubiakiem i mimochodem wspomnieć o tajemniczych zgonach. Może Kubiak sam się otworzy i podzieli się z Feliksem jakąś informacją.
 
Mortarel jest offline  
Stary 24-11-2019, 10:40   #5
 
Wisienki's Avatar
 
Fryderyka podniosła wzrok znad dokumentów. Już po charakterystycznej skórzanej tłoczonej oprawie odróżniającej się od innych książek rodziny Dzieduszyckich widziała, że jest to jedna z książek należących do prywatnego księgozbioru Alfreda. Pamiętała doskonale jak karnie stały w równym szeregu w zamkniętej na kluczyk biblioteczce. Uśmiechnęła się do wspomnienia ciepłej biblioteki i pełnego brzucha. Przeciągnęła się jak kot a następnie sięgnęła po wolumen i zaczęła go przeglądać.

- Może i bzdury ale wartościowe - dopowiedziała Annie - Pamiętam, że stary Dzieduszycki żeby ją kupić sprzedał najlepszego ogiera ze swojej stajni. A potem zanim oszalał na dobre jeszcze kilku etnografów chciało ją kupić za bajeczne pieniądze, ale nie sprzedał. Musi być w niej jakaś mądrość, jeśli rozsądni ludzie tak bardzo chcieli ją mieć. Ale masz rację u nas na Pradze nie znajdzie ona raczej wdzięcznego czytelnika. Może warto byłoby ją przekazać do biblioteki uniwersyteckiej jak się odbuduje.

- Ten Dzieduszycki musiał widzieć naprawdę mocno ukrytą mądrość. - W głosie anny pojawiła się wyraźna ironia. - Co niby znalazł w tych księgach w Jidish? To stare księgi religijne. - Mruknęła wskazując regał, na którym stało kilka dosyć szczególnych jak na zbiory Dzieduszyckich ksiąg. - Masz chwilę? Dostałam od pacjenta niezłą naleweczkę.
Bibliotekarka sięgnęła po kieliszek i wypiła na raz rozgrzewający trunek, był smaczny delikatnie ziołowy..

- Bo ja wiem nie czytałam tej książki - odpowiedziała, czując dreszcz wywołany mocą trunku, którą odczuła z pewnym opóźnieniem. - Wszystkie religie to burżuazyjne zabobony, a zabobonami stanowiącymi kulturowym wymiar egzystencji człowieka zajmuje się właśnie etnografia i etnologia wiec są tacy ludzie którzy nawet w pismach rabinicznych znajdą mądrość. Tyle tylko, że po tej przeklętej wojnie nie będzie tych ludzi już zbyt wielu.

Przez ułamek sekundy przez jej głowę przeszło wspomnienie Alfreda siedzącego późną nocą w szlafroku na schodach powtarzającego słowa “Men redt niszt jidisz, jidisz redt zich” co gdy dostrzegł jej obecność przetłumaczył jej jako “nie mówi się w idisz, idisz mówi się sam”. Wtedy jednak jej to nie obeszło i jak gdyby nigdy nic udała się do sypialni dzieci prawdzić czy dobrze śpią. Jadwinię bowiem od dziecka często dręczyły koszmary. Teraz jednak uświadomiła sobie, że idisz to tak naprawdę niemiecki ze słowiańskimi naleciałościami i pojedynczymi wkrętami hebrajsko aramiejskimi. Więc przynajmniej teoretycznie powinna być w stanie ją przeczytać i zrozumieć, wszak znała całkiem dobrze niemiecki a polski był jej językiem ojczystym..Zbliżyła książkę do nosa i zaczęła czytać na głos. To co czytała przypominało typowy religijny bełkot. Jednak coś jej nie pasowało. Słowa były jakby źle ułożone. Niby dawało się wszystko zrozumieć, ale nie wierzyła by ktoś wydając tak elegancko oprawioną księgę pozwolił sobie na taki nieład w wypowiedziach.

- Brzmi dziwnie. Do tego .. to niemiecki. - Anna wzdrygnęła się nieco. - Opowiedz lepiej co u ciebie zamiast czytać to coś.

Zamknęła księgę.
- Nie radzę sobie ostatnio z Jadwinią - westchnęła głośno - myśli, że jak pracuje to już wszystkie rozumy pozjadała. Ostatnio... zaczęła się spotykać z takimś jakimś i jest jeszcze gorzej niż zawsze. Wychodzi kiedy chce, nie mówi kiedy wróci. Czekać tylko aż z brzuchem zostanie na mojej głowie. - nerwowo zaczęła bawić się pierścionkiem - Powinnam ją była zostawić w sierocińcu to by się nauczyła moresu - powiedziała z ni to złością ni to z rozżaleniem w głosie sięgając po butelkę.

- Naszukałabyś się tego sierocińca. - Anna prychnęła i calą swoją uwagę skupiła na przyjaciółce. - Wydawało mi się, że to dobra dziewczyna. Byłabyś ją w stanie gdzieś zostawić?

- Chciałabym móc ją zostawić - mruknęła pod nosem - przynajmniej bym spokojniej spała. - Wzięła oddech a następnie spojrzała na lekarkę - Ciężki dyżur… - ni to stwierdziła ni to zapytała.

- Teraz wszystkie są ciężkie. - Anna westchnęła ciężko spoglądając z powrotem na księgi. - Robotnicy się nudzą. Pełno jest pobić.. Gwałtów. Zasypiają pijani na zewnątrz. - Od niechcenia machnęła dłonią w kierunku okna, za którym znów padał śnieg. - Stąd tylko krok do odmrożeń.. Zamarz…

Nie zdążyła skończyć, bo do uszu obu kobiet dobiegło trzaśnięcie drzwi od strony zaplecza. Fryderyka poderwała się z miejsca i szybkim krokiem udała się w stronę drzwi. Było już po godzinach urzędowania i nikt nie powinien się szlajać po jej bibliotece. Zwłaszcza, że Jadwini się jeszcze nie spodziewała.. Drzwi były jednak otwarte kluczem. Bo nie zauważyła żadnych śladów wyważenia. Anna szła tuż za nią z butelką w dłoni, najwyraźniej uznawszy ją za najlepszy przedmiot do obrony.

- Co to.. Było? - Spytała niepewnie, a do uszu antykwariuszki doszedł szloch z pokoi, które dzieliły z Jadwigą.

Bibliotekarka jak każda rozsądna osoba, w pierwszej kolejności zamknęła na klucz drzwi od zaplecza, następnie poprosiła Annę aby zamknęła frontowe drzwi. Dopiero po zabezpieczeniu obu frontów skierowała swe kroki do mieszkania służbowego. Szybkim ruchem otworzyła drzwi wejściowe a następnie skierowała się bezpośrednio do małego pokoju. Przekręciła włącznik światła na ścianie i spojrzała na w kierunku z którego dobiegał ją płacz. Gdzieś w środku czuła ucisk widząc jej skuloną drobną sylwetkę i słysząc ból w głosie swej wychowanki, czuła że pod powieki napływają jej łzy. Zdusiła wszystko w sobie i odezwała się swym zwykłym twardym głosem.

- Stało się coś, czy mam Ci dać prawdziwy powód do płaczu?

- Zabrali go Frydziu… zabrali mojego Grzesia. - Jadwiga skuliła się mocniej, wtulając głowę w pochwyconą na prędce poduszkę. - Ruskie zabrali. - Dodała zanosząc się coraz głośniejszym szlochem.

Fryderytka, aż się zapowietrzyła. Usiadła przy swej wychowannicy i objęła ją po chwili zaś spytała.
- to pewnie jakaś pomyłka, przecież on nie konspirował, nie był w powstaniu, prędzej czy później go wypuszczą - a w duchu zaś dodała “oby tylko nie jako strzęp człowieka albo nogami do przodu” - wiesz gdzie go zabrali? - po krótkiej chwili weszła w swój zwykły racjonalny tryb działania.

Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
- Jeden z magazynierów wspomniał wczoraj, że Grześ miał nalot.. Podobno widział jak go zabierali. - Jadwidze z oczu poleciało więcej łez. - Byłam.. Tam… nie.. Było go…

Fryderykę, mazanie się Jadwigi zaczynało już naprawdę denerwować. Wstała z wąskiej wersalki aby nie słuchać jej jęków i skierowała się w stronę drzwi.
- idź do kuchni i umyj twarz, zejdź do nas na dół jak będziesz w stanie normalnie rozmawiać, muszę wiedzieć jak nazywa się twój Grześ, gdzie mieszka, co władza ludowa może mieć przeciw niemu, który magazynier i co dokładnie widział - to mówiąc wstała i poszła z powrotem do biblioteki.
 
__________________
Wiesz co jest największą tragedią tego świata? (...) Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć. Ruchome obrazki - Terry Pratchett

Ostatnio edytowane przez Wisienki : 24-11-2019 o 10:46.
Wisienki jest offline  
Stary 24-11-2019, 22:10   #6
 
kanna's Avatar
 
Iga zdała sobie sprawę, że jej myśli – zajęte nowym adoratorem matki – trochę odszybowały od Jerzego .

Jerzy należał do tego typu mężczyzn, którzy poza czystą fizycznością oczekują od kobiet intelektualnego i emocjonalnego zaangażowania. Bywał przez to męczący, bo Iga miała na głowie sporo ważniejszych spraw niż Jurek. Nie mogą jednak go ot tak, odpuścić. Seks z nim był całkiem przyjemny, podobnie jak prezenty, ale Idze zależało najbardziej na przedwojennych kontaktach reżysera. Miała nadzieję, że uda się jej wrócić do grania. Takiego prawdziwego, w filmie, jak przed wojną. Nie była pewna, czy to możliwe – w końcu miała już 27 lat, wojenna przerwa zrobiła swoje, nie była już tamtą śliczną Elzą z „Uwięzionej niewinności”, która w roku 38 biła rekordy popularności w kinach. Ale – na Boga – musiały być chyba jakieś role dla dojrzalszych kobiet!

- Jerzyku – odłożyła pończochę, która zakładała i usiadła mu na kolanach. – Kotku… to zawsze była twoja pasja, prawda? Chcesz odpuścić? Pomyślałeś, jaka to będzie strata dla kinematografii? My artyści, powinniśmy stać poza podziałami, też politycznymi. Szkoda twojego talentu a naród cię potrzebuje. – objęła go i pocałowała. – Tak jak i ja.
- Chcą bym nakręcił film o getcie.
- Jerzy westchnął ciężko. Widać było jednak, że działania Igi nieco odsunęły jego myśli od niechcianego projektu, bo dłoń mężczyzny powędrowała na jej pośladek. Szybko rozpoznała zmarszczkę która zawitała pomiędzy jego brwiami. Jerzy się bał. Parę razy wyciągnęła od niego wspomnienia o wojnie, o walkach w powstaniu. Powrót do tamtych czasów, reżyser musiał uważać za najgorszą z kar.
- Ach – powiedziała tylko kobieta i zamilkła na moment.

Wojna ominęła Igę – a raczej Iga z matką ominęły wojnę – szerokim łukiem. Wyjechały na początku września i spędziły te straszne lata na prowincji we Francji, u przyjaciół matki. Niektórzy twierdzili, że współpracowały z kolaboracyjnym rządem Vichy, że pani Helena śpiewała dla Niemców a Iga z nimi sypiała, ale wiadomo, że ludzie są zdolni do najgorszych złośliwości i oszczerstw. Wojna dotknęła Igę tylko raz, jeszcze w Warszawie zaraz na początku września , ale kobieta nigdy nie wracała myślami do tych wydarzeń. Iga miała cudowną umiejętność odsuwania od siebie faktów i wspomnień nieprzyjemnych, bolesnych, lub takich, które po prostu nie pasowały do jej obrazu świata.

Oczywiście, słyszała o getcie. Plotki i wspomnienia ocalałych docierały do niej, ale nie do końca wierzyła w te wszystkie okropności. Ludzie miewają często skłonność do przesady i wyolbrzymiania swoich przeżyć. Iga sądziła, że wynika to z ich megalomanii.
- O czym konkretnie miałby być ten film? – zapytała miękko, przesuwając dłonią po skroni Jerzego – Widziałeś scenariusz?
- Widziałem zarys. Podobno mają jakiegoś historyka, który ma zdobyć dla nich jeszcze informacje.
- Jerzy westchnął ciężko, ale po chwili docisnął do siebie siedzącą mu na kolanach dziewczynę. - Nie jest zły… ale to propaganda. Im nie zależy na faktach tylko na tym by pokazać, że w porównaniu z Niemcami nie są tacy źli.
- Ale kto nie jest taki zły?
- nie zrozumiała. Wsunęła dłoń pod golf Jerzego. (Czy naprawdę nie mógł nosić normalnej koszuli?!) - Przecież Niemcy i Hitler - podkreśliła słowo stawiając głos - odpowiedzialni za te wszystkie okropności... Co ma z tym wspólnego propagandą?

Mężczyzna przez chwilę wpatrywał się w nią, po czym się roześmiał i pocałował kobietę. Oddała pocałunek, przesuwając dłoń z jego brzucha na krocze. Widać było, że głos, zachowanie kobiety przynoszą mu ulgę.
- Scenariusz nie jest zły moja piękna, choć sztucznie wplatają w nim pochwały ku samym sobie. - Jego dłonie zacisnęły się na pośladkach dziewczyny. - Film nie byłby zły gdyby nie ta sztuczność… ale masz rację… jeśli ktoś jest w stanie sprawić by wyszło z tego coś dobrego to jestem to ja.
- Widzę, kochanie, że sporo masz tego dobrego
- zamruczała, opierając się piersiami o jego tors - Nie może się zmarnować.. - Podciągnęła halkę ponad biodra dając sobie większą swobodę ruchu. Wsparła się na kolanach, po obu stronach jego ud. Nie zdążyła jeszcze założyć majtek, nie kłopotała się też ściąganiem jego. Wydobyła tylko to, czego potrzebowała.
Jerzy mruknął coś wyraźnie zadowolony z kierunku w jakim zmierza ta rozmowa i zsunął dłonie na biodra kobiety. Chwilę przesuwał po nich palcami bawiąc się jej halką i drocząc się nią.
- Moja piękna. - Wyszeptał nim gwałtownym ruchem nabił ją na siebie.
Iga pchnęła lekko mężczyznę, który podparł się dłońmi z tyłu. Pozwoliło to kobiecie przejąć kontrolę nad tempem i intensywnością ich zbliżenia. Lubiła decydować w takich sprawach.

Kiedy skończyli wygładziła halkę i napiła się zimnawej już herbaty.
- Muszę iść - powiedziała, z wyraźnie słyszalnym w głosie żalem. - Mam dziś występ na Pradze.
Zniknęła w łazience, zebrawszy przedtem swoje rzeczy porozrzucane po pokoju. Wyszła ubrana i zanim włożyła płaszcz pocałowała jeszcze raz Jerzego.
- Nikt nie wyreżyseruje tego filmu lepiej niż ty - zapewniła go z przekonaniem.
- Tak… - Mruknął Jerzy, wciąż leżąc na łóżku i obserwując swoją kochankę z wyraźnym zadowoleniem. - Szczególnie jeśli ty w nim będziesz.

^^^

Chwilę potem kobieta siedziała już w saniach. Okryta starą derką i przesuwała niewidzącym spojrzeniem po ruinach. Jak świetnie pamiętała szalone sanny i kuligi sprzed wojny, pochodnie, futra, i uciekające po bokach ośnieżone drzewa! Czasem miała wrażenie, że jej życie – jej prawdziwe życie – rozchwytywanej aktorski, gwizdy filmowej skończyło się i nigdy już nie powróci. Czasem wyobrażała sobie, ze wszystko to, co działo się przez ostatnie lata jest tylko snem, z którego wkrótce się obudzi. Ale wojna się skończyła, wróciły z matką do Warszawy, wolnej Warszawy, a sen jakby trwał. Jadwiga próbowała odnawiać stare kontakty, kinematografia polska podobno podnosiła się z wojennej pożogi, próbowała odnaleźć się nowej rzeczywistości, ale nie szło jej tak dobrze, jak by chciała. Jerzy wydawał się być szansą, ale czy to wystarczy? Nie miała pomysłu, co dalej. Na razie śpiewała w kawiarniach Witolda Załuskiego, żeby jakoś zabić te puste wieczory.

Matka Igi – Helena – dużo lepiej odnajdywała się w rzeczywistości powojennej Warszawy. Ona też planowała wrócić do tego, czym zajmowała się przed wojną, do rewii i kabaretu. Choć raczej nie chciała występować. „To już nie dla mnie, Igusiu” śmiała się. „Mam prawie 50 lat, kto by chciał mnie oglądać?’ Zbierała jednak wokół siebie dawnych znajomych i współpracowników, wyszukiwała młode talenty i próbowała odzyskać budynek teatru na Żoliborzu, zaadaptować go i zacząć wystawiać. Na razie jednak większość tego towarzystwa kręciła się w ich ocalałej z pożogi wojennej połowie kamienicy przy ul. Chłodnej. Oczywiście, nowe władze podzieliły przestrzenne pomieszczenia i dokwaterowały nowych lokatorów, jednak na skutek rozlicznych znajomości pani Heleny (oraz argumentów finansowych) były to głównie osoby z przedwojennych, teatralnych kręgów p. Heleny.

Przez chwilę Iga rozważała powrót do domu, ale po namyśle zrezygnowała. Spotkanie u Jerzego przeciągnęło się nieco dłużej niż planowała… Choć w sumie okazało się bardzo udane. Na rozmaitych polach.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
Stary 01-12-2019, 21:08   #7
 
Aiko's Avatar
 
3 Grudnia 1950 r., godz. 18:00

Wieczór był zimny, do tego znów zaczął padać śnieg, ograniczając widoczność do palców wyciągniętej ręki. Ludzie zaczynali kryć się w swych domach, kawiarniach i pubach, choć raz na jakiś czas dostrzec można było cienie czające się w bramach. Jak wytrzymywali w tym mrozie, który zdawał się zamrażać oddech? Po co kryli się w cieniach szepcząc? Czemu podrywali się na każdy odgłos kroków na śniegu? Przemykający ulicami, otuleni płaszczami ludzie, jakoś nie pytali, przechodząc na drugą stronę ulicy.


Iga Michalczewska

3 Grudnia 1950 r., godz. 18:00
Warszawa, Śródmieście, Kawiarnia Próżna

Kamienica Majera Wolanowskiego znajdująca się pod numerem 14 przy ulicy Próżnej była jednym z nielicznych ocalałych budynków w zabudowie Śródmieścia.

[MEDIA]https://bi.im-g.pl/im/5/9343/z9343215V,Prozna-w-1905-roku.jpg[/MEDIA]

Nie była pewna jak Witold Załuski zdobył dostęp do lokalu znajdującego się w jej parterze, czuła jednak, że to jedno z tych pytań, których się nie zadaje jeśli człowiek nie chce wpaść w tarapaty. W “Próżnej” panował gwar. Iga zauważyła, że im chłodniej było na zewnątrz tym bardziej wypełniały się ciasne sale kawiarni. Tylko kilka ustawionych obok siebie krzeseł, chroniło, niewielką scenę, na której miała wystąpić, przed zapełnieniem. O dziwo w drzwiach nie minęła Grześka. Młody chłopak często dorabiał sobie tu jako ochroniarz.

Za to Jasiek był na swoim miejscu. Widząc zbliżającą się artystkę uśmiechnął się i pomachał.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/originals/a1/98/43/a198434511225b7a161b9770a77a6d19.jpg[/MEDIA]

Mógł mieć góra 19 lat. Z informacjami, którymi już zdążył ją zalać pochodził z jakiejś rodziny, która przyjechała tu odbudowywać Warszawę. Młody miał jednak głowę na karku i szybko zakręcił się w innym biznesie. Miał do Igi potworną słabość. Było to o tyle męczące, że nie mógł się powstrzymać by do niej zagadać, ale miało też swój “plus”, do którego artystka właśnie podeszła. Na ladzie baru czekał już na nią kieliszek z jakimś likierem.
- Potworny mróz, co panienko? - Rzucił Jasiek, zabierając się za wycieranie szklanki.


Fryderyka Poświst

3 Grudnia 1950 r., godz. 18:00
Warszawa, Praga, Biblioteka

Przez chwilę siedziały z Anną popijając przyniesiony przez nią trunek. Fryderyka czuła… niepokój. Nie była pewna, czy wywołało go to co przeczytała czy też zachowanie Jadwigi. Jeśli Rosjanie zabrali jej chłopca… to mogli niebawem pojawić się też tutaj. Co gorsza dziewczyna nigdy nawet o nim nie wspomniała.

- Ach ta młodzież. - Mruknęła lekarka, niby od niechcenia przewracając strony książki gdy między kobietami na dłuższą chwilę zapadła cisza. - Nic tylko pakują się w kłopoty… ale z drugiej strony jak tu się w nie nie pakować.

Fryderyka już chciała coś odpowiedzieć, ale wtedy do pokoju weszła Jadwiga.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/originals/4d/6c/ce/4d6cce67c20bb031364c3fba81ba6faa.jpg[/MEDIA]

Nadal miała zaczerwienione oczy i nos, a na polikach wypieki. Makijaż, który zniknął z jej twarzy, świadczył o tym, że dziewczyna umyła ja nim dołączyła do starszych kobiet.

- Już… już się uspokoiłam. - Powiedziała łamiącym się głosem. Widać było, że walczy dzielnie. Fryderyka bez trudu rozpoznała ten upór na jej twarzy, tak podobny do tego gdy straciła rodzinę.



Leopold Kula

3 Grudnia 1950 r., godz. 20:00
Warszawa, Praga, Kawiarnia Próżna

Witold Załuski pojawił się późnym wieczorem. Był wyraźnie w dobrym nastroju, bo na powitanie aż uściskał Leopolda i szybko przeszedł do wspominek z czasów gdy Kula i Korek byli młodzi. Polecił synowi polać czegoś lepszego na rozgrzanie i mężczyźni wspólnie rozsiedli się w salonie.

[MEDIA]https://resources.stuff.co.nz/content/dam/images/1/s/5/c/b/g/image.related.StuffLandscapeSixteenByNine.710x400. 1s55rg.png/1539914843120.jpg[/MEDIA]

Mężczyzna też wyraźnie ucierpiał w trakcie wojny, bo widać było że prawą rękę ma nieco niesprawną.

- Potworne z was były rozrabiaki. Jak już człowiek myślał, że jednego upilnował to zaraz okazywało się, że psoci ten drugi. - Zaśmiał się nieco rubasznym głosem. - Dobrze, że przeżyłeś te wojenne zawieruchy. Lepiej, że mniej okaleczony niż my tutaj.

Wskazał na syna, który wniósł do pokoju jakąś zalakowaną butelkę, nieco kulejąc. Po chwili rozmowy i szklaneczce bimbru z kompotem, okazało się, że praca się znajdzie. Rano jako magazynier, wieczorem jako ochrona lokalu.

- Zgarnęli mi fajnego chłopaka, a teraz to aż głupota by w drzwiach do lokalu nikt nie stał. - Mruknął nieco markotnym głosem Witold. - Za dużo tej hołoty ze wsi się teraz kręci i tylko głupoty im w głowie.

4 Grudnia 1950 r., godz. 8:00

Leopold obudził się z lekkim kacem, na sofie w pokoju Korka. Tego nie było już w łóżku, a z kuchni dobiegały odgłosy przygotowywania posiłku i przyjemny zapach. Czyżby kawa? Gdy tylko wygramolił się z łóżka, okazało się, ojca Lucjana już nie ma.

- Ojciec wcześnie wstaje. Wiesz… praca, praca, praca. - Mruknął przyjaciel nakładając Kuli nieco jajecznicy. - Sąsiadka hoduje kury. - Wyjaśnił stawiając obok kawę. - Powiedział, że masz się wyspać, a potem mam ci pokazać pub. Tam będziesz pracował rano.


Anatol Jasiński

4 Grudnia 1950 r., godz. 4:00
Warszawa, Mieszkanie Anatola Jasińskiego

Znów śnił mu się obóz. Ziemia… brudna… tyle ziemi… niemal czuł jej ciężar… a może ją niósł. Brudny piach i błoto… błotnisty piach, a pod nimi schody. Niekończące się schody. Niczym syzyf dźwigał głaz… ale mu towarzyszyli inni. Widział przed sobą pasy… szaro bure… przetarte, tak jak i materiał koszuli, na której się znajdowały. Widok poruszał się w rytm jego kroków.

[MEDIA]http://stutthof.org/projekty/om/032010/foto2.jpg[/MEDIA]

Przez dudnienie jego serca i świst oddechu przebijały się jedynie niemieckie okrzyki. Nie rozumiał słów. Słyszał tylko… agresję… złość… i coś znajomego… niepokojącego… jeden głos. Siergiej Lebiediew.

Obudził się zlany potem. Zmęczony bardziej niż gdy kładł się spać. W mieszkaniu panowała jednak cisza… spokój. Nie było piachu… nie było schodów.

4 Grudnia 1950 r., godz. 10:00
Warszawa, Uniwersytet

Wykład dobiegł końca. Aula była jedynie w połowie wypełniona, jednak ci którzy byli słuchali go z uwagą. Mężczyźni w wieku od lat 20-tu do 40-tu. Gdy skończył mówić, powoli zebrali swoje rzeczy i zaczęli opuszczać pomieszczenie. Gdy tylko przybył na Uniwersytet i dotarł do pokoju profesorskiego szybko zorientował się, że nie tylko u niego zagościli wczoraj Rosjanie. Kilka razy, wśród szeptów usłyszał nazwisko Lebiediewa. Dlaczego tak bardzo zależało im na tym getcie? Toż to była tylko kupa gruzów.

Odprowadzając ich wzrokiem, Anatol dostrzegł czekającą na korytarzu postać. Siergiej z uśmiechem zaczekał, aż wszyscy studenci opuszczą aulę. Przemykali obok niego szybko, starając się nie patrzyć na ubranego w mundur mężczyznę, a gdy zniknęli w głębi korytarza Lebiedew wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi.

- Jak tam samopoczucie towarzyszy Jasiński? - Mężczyzna wszedł z uśmiechem na katedrę i z zaciekawieniem spojrzał na zapisaną tablicę. - Czy ma Pan już jakiś plan działań? Byliśmy bardzo ciekawi, czy możemy jakoś wspomóc tak wspaniałego wykładowcę w prowadzeniu ważnych dla nas badań.


Feliks Dąbrowski

4 Grudnia 1950 r., godz. 10:00
Warszawa, Szpital na Ujazdowie

W pokoju lekarskim panował zgiełk. Pielęgniarki przynosiły karty i opisywały wydarzenia z nocy. Kubiaka jeszcze nie było. Feliks zobaczył na wielkiej tablicy znajdującej się przy wejściu do pokoju, że Julisz miał popołudniową zmianę. W sam raz by napić się kawy i oswoić z porankiem.

Żona wymęczona długim i mroźnym dniem, położyła się tuż po kolacji, pozostawiając go z lekturą. Książka Wiktora Grzywo-Dąbrowskiego okazywała się być pozycją ciekawą opatrzoną nie dość, że szczegółowymi opisami to rysunkami, autorstwa pisarza. Feliks był pewien, że z przyjemnością poświęci jej kilka wieczorów, a do tego już ze wstępu dowiedział się, że nie będzie musiał na niej kończyć. Wstęp obwieszczał, że Dąbrowski jest jeszcze autorem dość kontrowersyjnego dzieła z 1943 roku “Hipotezy na temat ciała ludzkiego”. Dziwny tytuł poprzedniej książki intrygował, tym bardziej, że napisano o niej tyle, że lektura którą miał w ręku przyćmiła ją popularnością.

Gdy w końcu położył się spać wtulony w śpiącą już twardym snem Stefanię. Nie spał jednak dobrze. Miał sny. Dziwne… nie pamiętał z nich wiele jedynie błękit i śnieg.

Obudził się zaniepokojony, zjadł śniadanie z żoną i dziećmi, które już nie potrafiły mówić o niczym innym jak o świętach. No tak… był Grudzień. Nadal rozkojarzony dotarł do szpitala i teraz wysłuchiwał sprawozdania Hani.

[MEDIA]http://wsckziu.ostrowwlkp.pl/images/hanna_03.jpg[/MEDIA]

- Ta dziewczyna z piątki ma się już dobrze. Noga ładnie się zrasta. Za tydzień będzie można ją wypisać. - Pielęgniarka spoglądała na karty pacjentów. - Gorzej z tym mężczyzną z czwórki. Udało się go wybudzić, ale nie ma czucia w dwóch palcach. Niestety są chyba odmrożone.
 

Ostatnio edytowane przez Aiko : 12-05-2020 o 19:27.
Aiko jest offline  
Stary 15-12-2019, 16:16   #8
 
Mortarel's Avatar
 
Dzień w szpitalu przebiegał normalnie. Feliks zabrał się za swoje obowiązki jak co dzień. Kubiak pracował dziś na innej zmianie, więc rozmowa na temat dziwnych zgonów będzie musiała poczekać.

Lekarz wysłuchał sprawozdań pielęgniarki i udał się do pacjentów. Postanowił lepiej przyjrzeć się pacjentowi spod czwórki i wypytać o to, co pamięta, czemu był nieprzytomny i gdzie nabawił się swoich odmrożeń.

Myśli lekarza krążyły także wokół zbliżających się Świąt oraz związanymi z nimi przygotowaniami. Feliks miał także w planach wypożyczenie książki, o której dowiedział się podczas obecnie czytanej lektury. Być może po pracy uda mu się zajść do biblioteki i zapytać o „Hipotezy na temat ludzkiego ciała”. Lekarz nigdy wcześniej nie słyszał o tej pozycji i był nią niezwykle zaintrygowany.
 
Mortarel jest offline  
Stary 15-12-2019, 19:36   #9
 
PeeWee's Avatar
 
Śnieg chrzęścił pod butami profesora, gdy szedł wolno Nowym Światem w kierunku ulicy Kopernika. Palce stóp miał zmrożone na kość. Cienka podeszwa w jego zamszowych wiedenkach, nie dawała żadnej praktycznej ochrony przed chłodem bijącym od ziemi pokrytej grubą warstwą śniegu i lodu.
Na szczęście Kameralna już majaczyła za rogiem, a tam na pewno zziębnięty profesor Jasiński się rozgrzeje.

Jasiński w tej chwili potrzebował nie tylko ciepła, ale też zapomnienia. W ciągu ostatnich miesięcy ulgę i zapomnienie dawało mu tylko jedna rzecz.

- Setka i śledź - zaordynował Anatol, gdy w końcu usiadł przy stoliku w swej ulubionej Kameralnej.
Myśli kłębiły mu się w głowie, gdy wychylał zamówioną kolejkę.
- Czego ten ruski łachudra ode mnie chce. - zastanawiał się Jasiński.
Poranna rozmowa Lebiedewem przebiegła w dość chłodnej i napiętej atmosferze. Ubek przeszedł, aby poznać opinię Anatola na temat getta.
Cała sytuacja przypominała kiepski żart.

Jasińskiemu nie było jednak w żadnym razie do śmiechu. Okazało się bowiem, że sprawa getta jest dość poważna. Wszystko wskazywało na to, że ubecja czegoś szukała i żeby to znaleźć zaprzęgła do tego naukowców z różnych dziedzin.
Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że nikt nie wiedział czemu prowadzone badania mają służyć.

W rozmowie z porucznikiem Lebiedewem, Jasiński postawił sprawę na ostrzu noża. Albo zostanie mu przedstawiony harmonogram i cel badań, albo on nie bierze w nich żadnego udziału. Jasiński traktował każdą pracę poważnie i nie mógł pozwolić sobie na tego typu traktowanie, jakie prezentował względem jego osoby ubek.

- Być może tam u was w Moskwie tego typu obyczaje są normą, ale tu jest Polska.
- Tak jest - krzyknął siedzący obok mężczyzna w szarym palcie - Niech żyje Polska.
Ostatnią cześć swoich przemyśleń ku swemu zaskoczeniu, Anatol musiał wypowiedzieć na głos. Stąd też taka reakcja sąsiada.
Profesor trzeźwiejszym okiem spojrzał na stojące przed nim szklanki. Ku swemu przerażeniu, naliczył ich aż osiem.
- No to na mnie już pora - mruknął sam do siebie.

Nazajutrz rano, już z trzeźwą głową profesor Jasiński postanowił podrążyć temat. W gazetach i w radio nie było choćby najmniejszej wzmianki na temat badań na terenie getta. Wystarczyło jednak popytać odpowiednich osób, aby dowiedzieć się, że jest to akcja zakrojona na szeroką skalę. Naukowcy, studenci, robotnicy i milicja. Każda z grup miała swoje zadania i co dziwne, byli dobierani wedle jakiegoś tajnego klucza.

Sprawa niewątpliwie wydawała się ciekawa i zapewne, gdyby nie okoliczności, to profesor Jasiński z chęcią zaangażowałby się w jej badanie. Jednak do momentu otrzymania konkretnych informacji i zdań, nie zamierzał więcej dopytywać o tę sprawę.
 
__________________
>>> Wstań i walcz z Koronasocjalizmem <<<
Nie wierzę w ani jedno hasło na ich barykadach
Illuminati! You're never take control! You can take my heartbeat, but you can't break my soul!
PeeWee jest offline  
Stary 16-12-2019, 12:30   #10
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Leopold Kula - szczupły blondyn


Gdy Leo otworzył oczy prawie od razu jęknął i przyłożył dłoń do swojej twarzy. O rany… Ale musieli dać wczoraj w palnik. ~ Albo ja już nie mam takiej głowy jak kiedyś. ~ zaśmiał się w duchu sam do siebie. Chociaż wolał to zwalić na zimową podróż przez większość dnia. Bo sam obiad wczoraj to go Korek ugościł po królewsku. I dzisiaj chyba też. Sądząc po zapachach i odgłosach. Bo ale do tego musiał wstać i się pozbierać. Myśli też.

Położył sobie dłoń na czole i zaczął sufitować analizując swoje wspomnienia z dnia wczorajszego. No tak. Było miło. Tak rodzinnie. Jak w domu. Jak w domu przed wojną. W całkiem innym życiu całkiem innym świecie. Dlatego tak go ta rodzinna atmosfera chwyciła za serce. I gardło. Obaj Załuscy byli tak bardzo swojscy. I mieli wspólne wspomnienia! Z harcerstwa, ze szkoły, z podwórka… z życia i świata jakich już nie było. Byli jak mamuty czy inne prehistoryczne stworzenia. Teraz był inny świat, inny porządek, inni ludzie. Nawet podwórka i szkoły były inne. Wojsko jak Kula dam sprawdził też. Nawet harcerstwo. Widział czasem na ulicach tych małych smyków w mundurach, czerwonych chustach i pełnych zapału. Czy on i Korek też tacy byli? Nie. Chyba nie. Byli inni. Tamci harcerze to nie ci co byli teraz. Tamci w większości pewnie wyginęli na wojnie. A teraz… Teraz wszystko było inne.

Czuł się taki… Rozkompletowany. Jak z innego świata. Nie na miejscu. Jak miał sobie znaleźć miejsce w tym świecie skoro nigdzie nie pasował? Aż do teraz. Do wczorajszego wieczoru. Wreszcie natrafił na kogoś takiego jak on sam. Kto mówił takim samym językiem i miał takie same doświadczenia i wspomnienia. No dobra. Nie takie same. Ale na tyle podobne, że czuło się bratnia duszę. Zwłaszcza z Korkiem. Pierwszy rówieśnik sprzed wojny jakiego udało mu się odnaleźć. ~ A może innym też się udało? ~ po ciemno blond głowie kołatała się ta skromna nadzieja. To mu przypomniało o tym akowcu na Ujazdowskich o jakim mu wspomniał kumpel. No ale najpierw śniadanie. No i praca. Ta robota w barze co mówił pan Witold wydawała się w sam raz na początek.

Dlatego nawet z werwą podniósł się z sofy. No i nie chciał zostawiać kolegi samego. - Cześć Korek. - przywitał się wesoło wchodząc do kuchni. - Rany, prawdziwe jajka, prawdziwa kawa? Ale luksusy. - naprawdę był zdziwiony. Może te plotki, że w stolicy tak źle jednak były przesadzone? Załuscy gościli go po królewsku. Skąd oni to wszystko mają? Na ale na razie zepchnął te pytania w niebyt a sam zasiadł do śniadania. I kawy! Prawdziwej kawy!

- Hej a pamiętasz jak byliśmy gówniarzami i zarzekałem się, że czegoś tak gorzkiego na pewno nie będę nigdy pił? - zaśmiał się wesoło unosząc kubek z kawą do góry w tym toaście na poranek i do szczeniackich wspomnień. Rany… Żeby znów można było tam wrócić i mieć tylko takie wspomnienia. I żadnych cholernych wojen!

- Młodzi i głupi byliśmy. - Roześmiał się Korek i sam napił się nieco kawy. Napój był nieco cierpki, daleko było mu pewnie do tych sprzed wojny, ale… był. - To jakie plany na dziś? Ja muszę podskoczyć na drugą stronę i załatwić kilka dostaw dla ojca.

- Plany na dziś… Ale mi Korek strategiczne pytania z rana zadajesz… - no tak, plany na dziś. Trzeba było się ruszyć i pozałatwiać parę spraw. No ale skoro do lokalu pana Witolda zasuwać z samego rana nie musiał a Lucek jechał na drugi brzeg Wisły to właściwie plan sam mu się ułożył i to całkiem szybko.

- To mówisz, jedziesz na drugi brzeg? Dobra, to przejadę się z tobą. Podjadę do tego szpitala ujazdowskiego. A potem zobaczę, może wrócę tutaj albo do tej kawiarni co twój ojciec mówił. - upił kolejny łyk czarnego i trochę cierpkiego płynu który tak przyjemnie dopełniał i rozgrzewał od środka.

- Aha, Korek. A masz pożyczyć jakieś ubrania? Bo ja to zobacz, trudno coś bez munduru żeby było. - klepnął się w pierś w podkoszulek jaki miał na sobie. Jak tak siedział w podkoszulku i kalesonach no to nawet nie wyglądał na żołnierza. Ale tak aby wyjść na ulicę czy gdzieś “do ludzi” no to jednak niewiele miał opcji jeśli nie chciał chodzić w mundurze. A jakoś niezbyt chciał.

Przyjaciel odchylił się od stołu i zerknął na Kulę z boku.
- Mamy chyba podobny rozmiar to coś się znajdzie. Spodnie mogą być krótkawe… no ale to wciśniesz i tak w buty. - Lucjan wstał od stołu. - Tylko jak chcesz jechać to musimy się ruszać. Transport powinien być niebawem.

- Dobra! - Leo wstał od stołu i ruszył do łazienki aby się przygotować do wyjścia na miasto. W tym akurat wojsko mu dało niezłą szkołę więc liczył na to, że zdąży zanim ten transport po nich przyjedzie. I zastanawiał się co to będzie bo jakoś tak brzmiało jakby to nie był standardowy autobus komunikacji miejskiej.

Okazało się, że znów czekały na nich sanie, zaprzęgnięte w dwa konie. Na ten czas puste. W trasie Korek wyjaśnił że jedzie po towar. Wyrzucili go na zrujnowanym placu Trzech Krzyży.
- Pójdziesz alejami i dotrzesz do celu. Kojarzysz zamek Ujazdowski? - Lucjan puknął się w czoło. - Toż ty stąd… wewnątrz zrobili podczas wojny szpital i tak się ostało póki nie ma gdzie go przenieść.

- Jasne, teraz już trafię. Dzięki za podwózkę i ubranie. Serwus Korek! - Kula wysiadł na skrzypiący śnieg ale odwrócił się jeszcze by machnąć do kumpla na pożegnanie. Potem odwrócił się i ruszył zrujnowanymi ulicami. Nawet śnieg nie był w stanie tak całkowicie przykryć tych porąbanych bombami i zczerniałymi od sadzy ruin. Smętny widok. Już tu kiedyś był. Też w zimie. Na początku 45-go, zaraz po wyzwoleniu i wypędzeniu Szwabów z miasta. Aż tak dużo się nie zmieniło od tego czasu. Chociaż nie. Zmieniło. Może nie same ruiny ale ludzie. Teraz widział ludzi. W cywilnych ubraniach. Jakieś stragany, jakieś furmanki, sanie a nie jak wtedy. Bezludne ruiny a z ludzi jak już to żołnierze zwycięskiej albo sojuszniczej, bratniej armii. No a jak są ludzie i to Polacy, to w końcu odbudują to miasto i posprzątają ten bałagan. Tylko nie dziś czy jutro. Ale Leopold, rodowity warszawiak, wierzył, że tak się w końcu stanie. A na razie przedzierał się przez ten mróz i skrzypiący śnieg. No tak. Głosy. Dźwięki. To też się zmieniło. Pięć lat temu panowała tu prawie głucha cisza. Bo odgłosy wydawane przez maszerujące armie jakoś nie pasowały do cywilnej metropolii. Wtedy wydawały mu się nie na miejscu. Zwyczajowy rytm miasta zdawał się zapaść w zimowy letarg. Na parę lat. Gdy zabrakło tkanki ludzkiej, tego żywego krwiobiegu, który nadawał puls każdemu miejscu. Ale teraz, wraz z tymi ludźmi, z ich głosami znów zaczynał czuć ten puls miasta. I to jakoś na przekór wszystkiemu, temu śniegowi, zimie, mrozowi, ruinom, jakoś go cieszyło i rozgrzewało od środka. Z wojskowego ekwipunku zatrzymał sobie tylko buty, czapkę i rękawice bo tego akurat Korek na stanie nie miał. A przynajmniej Kuli te wojskowe elementy ekwipunku wydały się odpowiedniejsze na takie zimowe wycieczki.

Nie licząc potwornego mrozu można było powiedzieć, że jest nawet sielsko. Przez całą trasę alejami mijali go ludzie, opatuleni w płaszcze z butami obwiązanymi kawałkami szmat. W witrynach dostrzec można było pierwsze oznaki świąt. Pojedyncze bombki, gałązki iglaste. Gdyby nie pustki w sklepach nieco nawet przypominałoby to czasy przedwojenne.

Zamek Ujazdowski dostrzegł już z oddali. Na jego wieżyczkach znajdowały się teraz rusztowania. Przez chwilę nabrał obaw czy na pewno zmierza w dobrym kierunku. Bo jeśli zamek był w remoncie… to gdzie był szpital? Wystarczyło jednak tylko przejść przez bramę i zagłębić się pomiędzy drzewa by dostrzec, że oficyny przetrwały.



Przed jedną z nich dostrzegł nawet dwóch mężczyzn, którym spod płaszczy wystawały białe kitle.

No to chyba jednak udało mu się wśród tych ruin odnaleźć właściwy budynek. Nawet natrafił na lekarzy który chyba wyszli na przerwę na szluga albo coś w ten deseń. Leopold skinął im głową mijając ich po czym otrzepał buty ze śniegu i z ulgą wszedł do środka. Przyjemniej było schronić się chociaż od tego mrozu na zewnątrz. Rozejrzał się zastanawiając się jak podejść do sprawy. Dopiero teraz uzmysłowił sobie, że nie zapytał Korka na jakim oddziale leży Zajączek. A tak podejść do recepcji i pytać o jakiegoś zająca wydało mu się jakieś strasznie dziecinne i nie na miejscu. No ale Korek mówił, że to działało jak jakieś hasło - klucz więc…

Ruszył do recepcji i uśmiechnął się do pielęgniarki po drugiej stronie biurka. - Dzień dobry. Ja przyszedłem w odwiedziny do kolegi. Tylko nie wiem gdzie leży. Ale wołaliśmy go Zajączek. - odezwał się stawiając na prostolinijność. A właściwie to nadal nie miał pojęcia jak to ugryźć. Postanowił zacząć cokolwiek i dalej najwyżej improwizować już na bieżąco.

Kobieta przez chwilę przyglądała mu się zszokowana.
- A nie wie Pan nic więcej? - Spytała nieco niepewnie, rozglądając się po, jak na złość, pustym przedsionku.

- No niezbyt. Wie pani, to z wojny kolega. Wie pani jak to było na wojnie z tymi znajomościami. A ja dopiero do miasta wróciłem i spotkałem kolegę co mi właśnie powiedział, że nasz Zajączek właśnie tutaj leży. Podobno straszny zgrywus się z niego zrobił. To przyleciałem go odwiedzić. - Kula rozłożył ramiona w geście bezradności. Musiał przyznać, że trochę się sfrajerzył z tym, że nie zapytał Korka chociaż o imię. Uwierzył w te jego opowieści, że na jedno słowo wszyscy w szpitalu bezbłędnie wskażą mu drogę do właściwego człowieka. No a tu klops. Albo tak nie było albo trafił na jakąś nową w branży. A sytuacja zaczęła wyglądać właśnie tak jak początkowo podejrzewał.

- Zaraz… - Kobieta rozejrzała się bezradnie. Nagle do pomieszczenia wróciło dwóch lekarzy, których minął na zewnątrz. - Przepraszam Panów.

Pielęgniarka podniosła się z za biurka i podeszła szybkim krokiem do lekarzy. Kula słyszał jak szeptem wypytuje obu mężczyzn, którzy na chwilę zerkają w jego stronę. Jeden z nich roześmiał się i we trójkę podeszli do Leopolda.

- Słyszałem, że szuka Pan naszego specyficznego pacjenta. - Poluzował szalik odsłaniając kilkudniowy zarost. - Proszę się wypisać w zeszycie. Właśnie wracałem na oddział.
Pielęgniarka szybko wróciła do biurka i wydobyła sporej wielkości zeszyt z wyrysowanymi liniami. Szybko zapisała godzinę i podsunęła brulion Kuli.*


Cóż było robić? Leopold myślał gorączkowoi na szybko gdy wraz z pielęgniarką wrócił do recepcji i sięgnął po pióro aby wpisać się w ów zeszyt. Na wszelki wypadek jednak wpisał nie do końca swoje nazwisko. "L.Puia". Tak postarał się pisać żeby te "P" było podobne do "K" a "i" do "l". Na wypadek gdyby go jednak ktoś legitymował a jednak swoich prawdziwych personaliów wolał nie podawać. A w razie czego mógł jeszcze się probować zasłonić pośpiechem i niewyraźnym pismem. Oddał kobiecie brulion i pióro a sam odwrócił się z łagodnym uśmiechem w stronę czekającego lekarza. Miał nadzieję, że zaprowadzi go do Zajączka i jakoś się to ułoży wszystko.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:31.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168