Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-02-2020, 17:15   #11
 
Buka's Avatar
 
Czas śniadania szybko dobiegł końca, pluton Bravo opuścił więc mesę, grzecznie po sobie sprzątając, i robiąc miejsce następnemu oddziałowi. Teraz Marines mieli kwadrans wolnego czasu dla siebie, żeby jednak zbyt się nie rozłazili, i nie opierdzielali, zadbał oczywiście sierżant Reynolds.
- Za dziesięć minut widzę wszystkich w sali odpraw panienki! Nie szlajać mi się tu po statku obiboki, idziemy do hangarów, potem odprawa! Kto musi, do kibelka to teraz! - Powiedział sierżant, widząc minę Kovalskiego. No tak, niektórzy i odtajali już i w środku?

***

W tym czasie, porucznik Hawkes, udał się na mostek "Goliatha", gdzie go po chwili wpuszczono przez zaryglowane drzwi. W sumie nie dowiedział się zbyt wiele… statek dopiero co skończył ustawianie się na orbicie, i rozpoczęto sondowanie powierzchni. Na konkrety należało poczekać jeszcze około 30 minut.

***

Sala odpraw zapełniła się wkrótce Marines z oddziału Bravo - plus dwie panie w cywilu, zajmujące miejsca w pierwszym rzędzie - gdy więc wszyscy usadowili już cztery litery, pałeczkę na początek przejął sierżant Reynolds, a porucznik chwilowo był obserwatorem…

- Dobra, stulić jadaczki, i zaczynamy! I nie, nie będzie panienek w bieliźnie albo bez! - Zażartował, i w końcu przyciemniono światło, rozpoczął się zaś pokaz slajdów.


Najpierw był główny obraz, i brakowało tylko kiczowatej muzyki, a okazało się, iż cholerny "know-how" był prezentowany przez korporację Weyland-Yutani. No ale to w sumie nie bardzo dziwiło, wszak oni dostarczali 90% sprzętu dla Marines, jak i ponoć mieli niezdrowego bzika na punkcie Xenomorfów.
- Mam pytanie… - Zaczął Cooper.
- Pytania później! - Warknął sierżant, po czym za pomocą laserowej wiązki zaczął wskazywać elementy na dużym ekranie.
- Najpierw trochę historii… taaaak, historii też się tu nauczycie! Miliony lat temu, w całej galaktyce, panoszyła się rasa nadludzi... - Reynolds się skrzywił - ...przez naszych jajogłowych nazwanych “Space Jokeys”. Wyglądali jak dwumetrowi, łysi, bladoskórzy ludzie. Byli bardzo zaawansowaną rasą technologiczną, i byli wredni. Podbijali sobie wszystkie planety jakie im się chciało, za pomocą Xeno, które są niczym innym, jak bronią biologiczną! Po podbiciu planety, niszczyli Xenomorfy, i władali sobie ową planetką. Pech dla nich, iż z biegiem czasu, Xeno przyczyniły się do całkowitego wybicia swoich stwórców, “Space Jokeys” są więc już od dawna rasą wymarłą. Do dnia dzisiejszego jednak, w całej galaktyce, można natrafić na ich statki, z ładowniami pełnymi jaj. Statki są łatwo rozpoznawalne, mają ze dwa kilometry, a kształt podkowy. Podkowa to taki but od konia… nie wiecie co to podkowa, albo koń, to sobie poszukajcie w sieci, nie mam czasu tego tłumaczyć! W każdym bądź razie, jak taki statek zobaczycie, rozbity gdzieś na jakiejś planecie, na pewno go rozpoznacie. Dobra, to teraz o samych Xenomorfach! - Sierżant pokazał następny slajd.


- Tak wyglądają jaja Xenomorfów. Wysokie na jakieś 100cm, potrafią przebywać w stanie “uśpienia”, nawet i tysiące lat. Nie macie do nich podchodzić na bliżej niż 3 metry, inaczej będziecie mieli problem. Problem natury śmiertelnej, dla jasności, o czym za chwilę. Jak więc gdzieś odkryjemy jaja, od razu je niszczymy! Uwaga, jaja też mają w sobie nieco kwasu. Do tego zaś, pech podwójny w tym, że niszczenie jaj przyciąga dorosłe Xenomorfy, albo i ich mamuśkę, ale o tym też za chwilę.

Kolejny slajd.


- Za chwilę będzie jeszcze lepiej, i jeszcze lepiej, mam więc nadzieję, że nikt tu pawia nie puści - Sierżant zlustrował oddział wzrokiem.
- Jak jakiś nieszczęsny baran podejdzie za blisko jaja, te wyczuwa żywy organizm, i otwiera się u góry, jak jakiś kwiatek czy coś... - Reynold pokazał ten ruch swoją dłonią, po czym znowu spojrzał na oddział - Jeden z drugim jak nie przestanie rżeć, to będzie owe kwiatki wąchał od spodu, więc stulić mordy… z jaja wyskakuje mała kreatura, pająkopodobna, z długim ogonem, nazwana Facehugger. Jak sama nazwa wskazuje, ten mały skurwiel chce zapoznać się bliżej z waszą gębą. Jest bardzo szybki, naprawdę silny, i ma kwas zamiast krwi. Potrafi przetopić się przez hełm próżniowy, i inne takie… skacze wam więc na gębę, owija się ogonem wokół szyi, a łapami na waszej potylicy, i zaczyna się cyrk...


- ...gdy mały gnojek wygra z wami walkę siłową, a wygrywa prawie zawsze - jeśli nie macie kupy mięśni, lub pomocy - dusi was, i padacie nieprzytomni. Wtedy Facehugger przejmuje częściowo wasze funkcje życiowe, podtrzymując na granicy życia i śmierci. Bardzo trudno się go wtedy osobom trzecim pozbyć, a przy tych próbach, albo ofiara zostaje uduszona ogonem, albo ginie od kwasu, przy zabiegach odcięcia tego pasożyta. Leżycie więc tak sobie nieprzytomni, a skurwiel wam przez gardło wpycha malutkie jajko w klatę - Sierżant klepnął się w tors - Po około 8 godzinach od was odchodzi, i zdycha gdzieś w kącie, a wy macie naprawdę przejebane… jak się w końcu ockniecie, macie kolejne do 8 godzin, nim będzie definitywnie po was. Jest to czas, żeby sobie palnąć w łeb, wypić Cyjanek, albo skorzystać z komory krio, opóźniając nieuniknione. Można również próbować embrion wyciąć operacyjnie, ale są szanse 50 na 50, że się przeżyje - Sierżant zapalił papierosa, na co szybko kilku Marines postąpiło podobnie.

- Dobra, teraz będzie krwawo - Powiedział Reynolds, i pokazał kolejny slajd. A gdzieś w półmroku sali dało się słyszeć ciche “o kurwa…”.


- Po czasie około 8 godzin od feralnego przebudzenia, nagle ofiara czuje się paskudnie, skręca ją, zaczyna wrzeszczeć z bólu, a jej klatę od środka przebija Chestburster. Ofiara oczywiście przy tym umiera… a Chestburster spierdala. Jest malutki na 10-15cm, ale również niebezpieczny, mogący poważnie zranić, albo i kogoś zabić. Oczywiście ma również kwas zamiast krwi, i to jest nasz początkowy Xenomorf. Sukinkot zaszywa się gdzieś na kilka godzin, po czym żre co tylko może, w tym i śmieci, plastik, wszystko. To jedyny moment ich plugawego życia, gdy te potwory cokolwiek jedzą. W trakcie tych kilku godzin rośnie parokrotnie, zrzucając skórę niczym wąż, i w końcu mamy dorosłego osobnika.

Klik, kolejny slajd.


- Te gówna są zabójczymi maszynami. Wysokie na 2,5 metra, bardzo, bardzo silne, i szybkie, posiadają ostre pazury i ogon zakończony szpikulcem przypominającym sztylet, potrafiąc nimi ciąć czy przebijać nawet metal. Do tego mają podwójną szczękę, i tą mniejszą w środku, przy “wystrzeleniu” na jakieś 30cm, są w stanie przebić nawet hełm M10, by rozłupać komuś mózg. Do tego potrafią się wspinać po sufitach, ścianach, pływać, a nawet przebywać w próżni. Niegroźny im lodowaty lub gorący klimat, posiadają super węch, echolokację, wyczuwają drgania… ponoć wyczuwają i strach. Są naprawdę, naprawdę wrednymi skurwielami, posiadającymi oczywiście kwas zamiast krwi, no i są nawet dosyć inteligentne.


- Czasem Xenomorfy zabierają swoje ofiary żywcem do “Ula” - Kontynuował dalej sierżant - Niekoniecznie w całości, jednak żywe… tam z kolei następuje znowu inkubacja poprzez jajo i Facehuggera, by powstał kolejny Xeno. Ich celem jest zniszczenie wszelkiego życia, gdzie się pojawią, zbudowanie własnej kolonii, wyplewienie wszystkiego, gdzie się pojawią, na jakiejkolwiek planecie… co to jest “Ul”, też trzeba wyjaśnić...

Klik. Klik. Klik.






- Xenomorfy przerabiają swoje otoczenie, by je dostosować do własnych potrzeb. Lubią ciepło i wilgoć, a do tego ponoć elektryczność je…”stymuluje”, stąd lubią przebywać blisko dużych, pracujących maszyn. Ul będzie więc z dużym prawdopodobieństwem blisko reaktora kolonii na Summit, w Ulu z kolei będzie mamuśka Xenomorfów... - Sierżant zgasił peta.


- Ta suka ma gdzieś z 6 metrów wysokości. Jest mocno opancerzona, posiada dwie pary łap, i nieco inną budowę głowy. Ma “wysuwaną” twarz z czaszki, ale poza tym nie różni się od innych Xeno. Z reguły będzie przytwierdzona dupskiem do wielkiego kokonu, i unieruchomiona, produkując kolejne jaja. Jak ją jednak coś mocno wkurwi, w ostateczności może się z kokonu oderwać, by samej ruszyć do ataku, a wtedy to i czołg nie jest bezpieczną kryjówką... ponoć ma jakieś zdolności telepatyczne, jest zdecydowanie inteligentna, a wszelkie inne Xeno słuchają jej ślepo, idąc nawet na pewną śmierć. Liczy się tylko ich kolonia, i ich przetrwanie. Jest tylko zawsze jedna królowa, i nie, nie jest niezniszczalna, ale cholernie trudno ją ubić. To chyba wszystko - Reynolds zapalił światła i zakończył wyjaśnianie o Xenomorfach.

Kilka osób było bladych. Kilku się trzęsły dłonie, gdy palili papierosy, na wielu to jednak nie zrobiło wrażenia. Spotkali już wcześniej te gówna, wiedzieli, co ich tam na dole może czekać…
- Za chwilę pani da Silva krótko opowie nam o najważniejszych rzeczach dotyczących kolonii - Sierżant wskazał dłonią na Veronicę - Następnie porucznik odezwie się odnośnie taktyki... - Kiwnął głową w stronę Hawkesa - Teraz z kolei, czy są jakieś sensowne pytania, do tego co właśnie wyjaśniałem?
- Dlaczego nie mamy shotgunów ZX-76? - Spytał Cooper, a Reynoldsowi drgnęła powieka.
- Bo są już przestarzałe? - Wycedził sierżant.
- Nie lepiej wszystko rozpieprzyć z orbity atomówkami i po kłopocie? - Powiedział nagle Dawson, zerkając naporucznika.
- Na dole jest 2000 kolonistów, w tym kobiet i dzieci, nie, nie można - Odparł szybko sierżant Reynolds.
- No ale pewnie już po nich - Muskularny Marine wzruszył ramionami.
- To misja ratunkowa, trzeba sprawdzić.
- Acha…
- Co mówiłeś??
- Tak jest sierżancie! Rozumiem! - Poprawił się Dawson.
- Dobra, jeszcze ktoś coś? - Sierżant rozejrzał się po oddziale...







.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD

Ostatnio edytowane przez Buka : 01-02-2020 o 17:36.
Buka jest offline  
Stary 04-02-2020, 20:56   #12
 
abishai's Avatar
 
Odprawa przed misją cz1.



Veronica, z kamienną twarzą, przysłuchiwała się referatowi wygłaszanemu przez sierżanta Reynoldsa w pamięci notując dowcipnisiów, którzy tak beztrosko podchodzili do kwestii życia i śmierci zainfekowanej przez Xenomorfy kolonii.

Kapral Arc Evanson pytań odnośnie ksenomorfów nie miał żadnych. Trudno było go winić. Tak samo on jak i inni starsi stażem miał na koncie takie misje i wiedział z czym pić ksenokwas by przeżyć. A pamiątką z nich była choćby widoczna syntetyczna dłoń. Ale zachęcony pytaniem o sensowność misji wstał i nim Reynolds wskazał kolejnego interesanta, zadał swoje pytanie:
- Jakie są dyspozycje dowództwa względem zarażonych embrionem kolonistów, panie sierżancie?
Veronica ostentacyjnie odwróciła się by przyjrzeć się kto zadał to pytanie. Dała jednak czas sierżantowi na udzielenie odpowiedzi.
- Wycinanie robala chirurgiczne z szansą 50 na 50, jeśli zdołamy zabezpieczyć salę operacyjną- wtrącił krótko porucznik ponurym tonem. - Lub inne wymienione już opcje.
Siedząca obok Elin skinęła głową na potwierdzenie. Skoro był chociaż cień szansy na uratowanie należało z tego cienia skorzystać. Liczyła jednak po cichu, że nie będzie takiej potrzeby. Tak, bez dwóch zdań był to rodzaj nadziei przypisywany naiwnym i głupim, to jednak nie zamierzała z niej rezygnować.
Billy się nie odzywał. O robalach wiedział więcej, niż chciałby wiedzieć, jeśli zaś chodzi o kolonistów to bardziej był ciekaw, kto badał tę przeklętą planetę zanim tam wysłano ludzi. No ale tego pytania nie zamierzał zadawać.
- Kto zyska na tym, że kolonia się wyludni? - spytał Billy, uznając to pytanie za odrobinę związane z poprzednim.
- Konkurencja - odpowiedziała dyrektor da Silva podnosząc się z miejsca i odwracając przodem do zebranych.
- Jakie są więc szanse, że ktoś naśladuje Space Jokeys'ów? - Billy zadał kolejne pytanie. - Ile takich... nieszczęśliwych przypadków... miało już miejsce? Jeśli, oczywiście, nie jest to informacja dla osób z odpowiednim poziomem dostępu...
- W tej kolonii? - upewniła się Veronica, chociaż było to pytanie raczej retoryczne.- W jej piedziesięcioletnej historii nie było żadnego takiego przypadku.
- Ma'am - Jeden z Marines uniósł dłoń, zabierając głos. Wyglądał na starszego, miał zaczesane do tyłu włosy i… szczurzą gębę (Salas).
- A kim pani w ogóle jest? Że jakimś VIP, i naszym doradcą od czegoś tam, to się domyślamy, ale nam, prostym żołnierzom, nikt jeszcze nic więcej nie wyjaśnił - Uśmiechnął się bezczelnie do da Silvy.
Zamiast strofować żołnierza Nate skupił wzrok na Veronice milcząc i przyglądając się jej. Jego wzrok zdawał się sugerować, że kobieta ma właśnie okazję przejść jakiś rodzaj “chrztu bojowego”.
- Nam, prostym VIPom, również nikt nie wyjaśnił kto będzie naszych pracowników ratował - da Silva obdarzyła żołnierza podobny uśmiechem co on ją. - Rozumiem, że teraz każdy dokona autoprezentacji. Ja zaczynam. Veronica da Silva, dyrektor do spraw finansowych w kolonii korporacji Minerals & Plants. Teraz pan - wskazała na żołnierza.
- Szeregowy Salas, odpowiedz pani.- ponaglił go porucznik, a Marine spojrzał na dowódcę wzrokiem pełnym agresji… po czym powoli na jego gębie znowu wyrósł szeroki, wredny uśmieszek.
- Ta jes sir! - Wstał i zasalutował do Hawkesa, po czym spojrzał ponownie na da Silvę. Zmrużył oczy.
- Szeregowy Robert Salas Ma'am. Do… usług - Powiedział i minimalnie się ukłonił w przód - To co, teraz buzi? - Dodał, a kilku Marine cicho się zaśmiało. Sierżant zaś zazgrzytał zębami.
- Stawiacie szeregowy Salas bruderszafta?- pani dyrektor uśmiechnęła się lekko.
- Nie mam pojęcia co to Ma'am, ja prosty żołnierz, wyuzdanych bajerów wyższych klas nie znam - Wzruszył ramionami Marine.
- Zamknij się już i siadaj - Warknął sierżant.
- Następny proszę - Da Silva przetoczyła rozbawionym spojrzeniem zebranych. - O, może pan- wskazała na żołnierza, z którym rozmawiała przy zasobniku wody.
Żołnierz nie wyglądał na rozśmieszonego sytuacją jaka miała miejsce na odprawie. Spojrzał na panią dyrektor Veronikę da Silvę, po czym wstał, skinął głową, ale powiedzieć już niczego nie zdążył nim na odprawę wrócił porządek. Żołnierz więc usiadł ponownie.
- Starczy tego - Powiedział twardym tonem sierżant Reynolds - To nie wieczorek zapoznawczy z kawusią i ciasteczkami. Jeśli ma pani ochotę, może każdego poznać później i wypytać o znak zodiaku i ulubiony kolor. Żołnierze mają naszywki z nazwiskami na mundurach. Teraz zaś, proszę opowiedzieć o kolonii, i podzielić się z nami ważnymi informacjami jej dotyczącymi. - Sierżant wskazał dłonią na miejsce przy pulpicie-mównicy, po czym odsunął się stamtąd w bok o dwa kroki.

Veronica spojrzała z mocno przesadzonym wyrzutem na Reynoldsa, po czym ruszyła na wskazane przez niego miejsce.
Potrzebowała chwili by załadować odpowiednie dane.
Na wyświetlaczu pojawiło się najpierw logo korporacji. Obrażające się dwie litery M P. Następnie wyjaśniła, że kolonia zajmuje się przede wszystkim dostarczaniem surowców mineralnych i roślinnych.
Jaka jest jej struktura. Są to: główny kompleks składający się z trzech nadziemne i trzech podziemne kondygnacji. Całości zasilana jest reaktorem.
Żyje tam 2300 kolonistów wraz z rodzinami, do tego są kopalnie, i laboratoria farmaceutyczne oddalone od kolonii o jakieś 3km w lasach.
I wreszcie wrzuciła slajdy z planem bazy wskazując najważniejsze, jej zdanie miejsca jak szpital, centrum zarządzania czy schrony, którymi są dwa magazyny o zastrzeżonym dostępie, o powierzchni 250 metrów kwadratowych. Oraz jeden w kopalni. Ten ma powierzchnię czterech hektarów.
Jej przemówienie nie było tak długie jak sierżanta. Ale i ona na jego końcu wypowiedziała nieśmiertelne zdanie
- Czy są jakieś pytania?
- Jak liczne i jak uzbrojone są siły porządkowe bazy. I kto nimi dowodzi.-odezwał się dotąd milczący Nate.
- W samej kolonii jest tuzin strażników, posiadających nieco broni takiej jak strzelby, pistolety, karabiny. Podlegają one miejscowemu Marshallowi, Quentinowi Murrayowi- odpowiedziała Veronica.
- Za pozwoleniem prze pani… Kapral Arc Evanson - wspomniany wcześniej żołnierz ponownie się podniósł wskazując ręką wymuskaną prezentację - na wcześniejszym slajdzie były dane demograficzne kolonii. Liczebność. 2351 osób. To w czarnym scenariuszu… daje nam nawet dwa tysiące ksenomorfów. Tylko, że wtedy to nie akcja ratunkowa, a regularna bitwa.
Evanson wziął głęboki wdech. W różnych misjach brał już udział i nauczył się patrzenia na wytyczne z dystansem. Ale nie trzeba było powtarzać, że już jeden ksenomorf jest śmiertelnie niebezpieczną maszyną nie tylko do zabijania, ale i do tropienia. Spojrzał na młodocianego dowódcę tej akcji ratunkowej. I znów na da Silvę, która najwyraźniej nie tylko znała, ale i była na Sunnit.
- Jakby miała pani wybierać schronienie prze pani. Z jak najmniejszą ilością dróg dostępu. Gdzie by się pani schroniła?
Veronicę powoli zaczynało irytować to ciągłe powtarzanie przez członków korpusu Marines, że planeta jest już stracona. Nie był to jednak czas ni miejsce na wyładowywanie swoich frustracji. Zdusiła więc w sobie chęć wykrzyczenia tego i jeszcze kilku innych zarzutów i z łagodnym, można by nawet rzec miłym obliczem, które zawodowo przyjmowała przy negocjacjach odpowiedziała.
- Wybrałabym jeden z tych dwóch mniejszych schronów. Jest tam może ciasno, ale trudniej tam się dostać. Niestety nie pomieszczą one wszystkich.
- A czy możemy się dowiedzieć... - ton Billy'ego był zwodniczo uprzejmy - co takiego jest tam, na dole, że szycha z korporacji wpakowała swoją zgrabną dupę do zamrażarki i wybrała się na tę wycieczkę?
Da Silvie nawet powieka nie drgnęła na tak pozbawione taktu pytanie.
- Kolonia Azura Station i jej mieszkańcy - odpowiedziała uprzejmie pani dyrektor. - Czy potrzebuje pan dodatkowych szczegółów jak imiona i nazwiska tych ludzi?- Tu zawiesiła głos. - Vernon i Patricia Crabtree. A nie, przepraszam. To też wielka szycha i jego żona. Tych pan zapewne uratuje jako ostatnich. To może John Danziger, głowy elektryk w kopalni numer dwa i jego dziesięcioletnia córka, Bess? Albo pielęgniarka ze szpitala, Davon Martin? Wymieniać dalej, panie… - z tej odległości ciężko było przeczytać nazwisko wojskowego.
- William Sing. - Billy powoli się podniósł. - Pieprzenie trzy po trzy. Do ratowania kolonistów wystarczymy my, a cywile nam towarzyszący są, nie czarujmy się, tylko przeszkodą. Kamieniem... nie... kulą u nogi. Ktoś, kto patrzy nam na ręce i pilnuje, żebyśmy na pewno kogoś nie pominęli, jest zbędny. To tylko i wyłącznie dwie osoby więcej, które to osoby trzeba będzie wyciągać z tarapatów. Czyli razem dwa tysiące trzysta pięćdziesiąt trzy osoby do ratowania.
- Chyba jednak nie wystarczy - mruknęła da Silva. - Wątpliwości natury moralnej, bo chyba takie pan ma, proszę wyjaśniać z przełożonym. Ja nie mam czasu tłumaczyć każdemu żołnierzowi z osobna, że zależy mi na moim domu, znajomych, przyjaciołach i rodzinie, która tam na dole została. Więc niech Pan z łaski swojej zamknie się i pozwoli innym zadać kolejne pytania- powiedziała ostro. A chociaż nie podniosła głosu, to siła jego i intonacją nie występowała sierżantowi Reynolds.
Hawkes przyglądał się temu w milczeniu w sumie ciesząc się z tego co wypowiadał Billy. Bądź co bądź, miał niejako rację poszukując ukrytych motywów w obecności da Silvy. Rozumiał osobiste powody dla których da Silva była zaangażowana w tą misję, ale przecież jej przełożeni takich już mieć nie musieli. Więc jeśli nie ona, to… może jego milcząca ochrona kryje paskudny sekrecik, który wyskoczy jak diabeł z pudełka w najmniej odpowiednim momencie? Trzeba będzie ją mieć na oku.
- Żołnierzowi Singowi chodziło zapewne o niemiłe niespodzianki jakie mogą się pojawić na miejscu, poza bandą krwiożerczych kseno… Jakie badania były prowadzone w tej kolonii? Bo raczej laboratorium farmaceutyczne nie produkowało aspiryny.- wtrącił w końcu.
Kapral Evanson najwyraźniej nie wykazywał zainteresowania ani osobistymi motywami pani da Silva, ani segmentem branży farmaceutycznej w jakim specjalizowały się laboratoria Sunnit. Zaspokoiwszy swoją ciekawość w zakresie liczebności ksenomorfów i lokalizacji celu misji, rozsiadł się może nieco zbyt wygodnie niżby wypadało i przymknął oczy.
- Za dużo naoglądał się pan horrorów poruczniku. Badania, które prowadzi Minerals & Plants na terenie tej kolonii na pewno nie pożerają nikogo. Szczegółów, ze względów handlowych, nie mogę zdradzić- odpowiedziała Veronica.
- Bardziej mi chodzi o toksyczne gazy, które mogły się uwolnić z magazynów lub laboratoriów przez które przetoczyła się horda horrorów nie umiejąca czytać ostrzeżeń i przepalająca kraty swoją krwią. -wyjaśnił swoje wątpliwości Nate.
- To proszę powiedzieć swoim ludziom, żeby nie dotykali niczego w tych laboratoriach i wtedy gwarantuję, że żaden niebezpieczny gaz się nie ulotni. Ponieważ to zazwyczaj czynnik ludzi doprowadza do niekontrolowanych wycieków - odparła pani dyrektor.
- To nie jest inwazja lemingów. Z pewnością mogły uszkodzić różne kanistry i cysterny podczas ataku na kolonię.- odparł porucznik uprzejmie.
- Ujmę to inaczej - da Silva westchnęła z rezygnacją. - Czy uważa Pan że, jak to poetycko ujął pański podwładny, szycha z korporacji wpakowałaby swoją zgrabną dupę do zamrażarki i wybrałaby się na tę wycieczkę gdyby istniało ryzyko, że coś niebezpiecznego mogłoby wyciec z tamtejszych laboratoriów?
- Są już tam kseno…- stwierdził krótko Hawkes i wzruszył ramionami.- Ale skoro pani twierdzi, że nic niebezpiecznego poza obcymi nie czeka na nas w laboratorium to zaufam pani ocenie sytuacji.
- Czy są jeszcze jakieś pytania? - Veronica uznała temat za zamknięty i wrócić do pierwotnej dyskusji.

 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 04-02-2020, 21:07   #13
 
Efcia's Avatar
 
- Wyciec... to może akurat odpowiednie słowo... - rzucił Billy, który w bajeczkę pod hasłem "korporacja to wielka, szczęśliwa rodzina" jakoś nie potrafił uwierzyć.

- Skoro wszystko jest już jasne, to dziękuję państwu za uwagę. Mównica należy do pana, poruczniku Hawkes- pani dyrektor zabrała swoje rzeczy i wróciła na swoje miejsce.

- Sprawdź proszę kto jest odpowiedzialny za kontrakt z Korpusem Marines - zwróciła się szeptem do Agnes. - Tak rażącej niekompetencji dawno nie widziałam i ktoś będzie musiał się z tego wytłumaczyć. Agnes przez całą tą wymianę siedziała na swoim miejscu i wsłuchiwała się w wymiany zdań. Raz obdarzyła dowódcę żołnierzy obojętnym spojrzeniem po którym było trudno cokolwiek powiedzieć.

- Następna odprawa odbędzie się tuż przed wyruszeniem na powierzchnię. Macie więc czas by sprawdzić, czy macie cały swój sprzęt i czy jest on sprawny. I czy nie brakuje amunicji. To wszystko. Rozejść się.- stwierdził Hawkes kończąc to zebranie.

- Jeszcze jedną chwilkę sir! - Odezwał się głośno starszy mężczyzna, Azjata, po czym spojrzał na Veronicę da Silvę.

- Nazywam się Shinichi Hirakawa. Chciałem tylko powiedzieć, że może pani na mnie liczyć… na nas - Skinął do pani dyrektor głową. Zaraz za nim wstała Richards, Bowens - i po plaskaczu zadanym przez tą pierwszą w potylicę - również Salas.

- Kapral Jacob Jones. - przedstawił się wysoki żołnierz z wzorzystym tatuażem pokrywającym jego szyję. - Miło Panie poznać. - dodał zwracając się również do ciemnoskórej. - W razie jakichkolwiek rozterek natury technicznej jestem do usług. - mężczyzna niemal niezauważalnie się uśmiechnął.

- Co nie znaczy, że inni, co nie składają wiernopoddańczych deklaracji, nie zrobią tego, co do nich należy - dorzucił swoje trzy grosze Billy, nie ruszając się z miejsca.

Wśród tych, którzy nie wstali był również kapral Evanson.

Marine uniósł niechętnie jedną z powiek gdy kolejne zamieszanie wywołał kapral Harakiri dokonując bodaj największej zbrodni na tej odprawie. Podzielił oddział marines przed akcją. Na tych co wstają i tych co nie wstają. I jedyna ulga jaką Arc poczuł była taka, że nie był sierżantem.

Silver nie zabierała głosu w tej wymianie. Odprawa przerodziła się w coś, w co przerodzić się nie powinna i jak na gust Elin, powiedziano już nawet więcej niż powiedziane być powinno. Jedyne co interesowało lekarkę, to dobro i zdrowie ludzi. Przede wszystkim tych, należących do jej oddziału. W drugiej kolejności - kolonistów. To były jej priorytety, a nie kwestie niesnasek pomiędzy marines, a korporacjami. I nie miało tu znaczenia co sama na ów temat myślała.

Powstało i wielu innych Marines, choć nie wszyscy…

- Dobra! Rozejść się! - Warknął Reynolds.

Veronica miała już opuścić to towarzystwo, gdy zachowanie jednego z żołnierzy zaskoczyło ją. W pierwszej chwili co prawda spodziewała się kolejnej fali niezbyt trafionych i do tego negatywnie nacechowanych pytań. A tu takie zaskoczenie.

- Dziękuję i doceniam- uprzejmie skinęła głową najpierw tym kilku, a później całej reszcie.

A później zabrała swój zgrabny tyłek i uwolniła żołnierzy od swojego towarzystwa jak i towarzystwa Agnes. Ochrona jak tylko odeszły na bezpieczną odległość wyraziła swoje wątpliwości. - Trudno mi powiedzieć czy ten Hawkes jest bardziej kompetentny jako dowódca czy jako człowiek. Wydawać się mogło że powinien mieć posłuch u ludzi. - Jej szefowa nie odpowiedziała. Nie musiała Agnes dobrze domyślała się co jej krąży po głowie.

Hawkes zanotował w pamięci to, kto wstał kto nie… co prawda teraz nie miało to teraz znaczenia, ale mogło być ważne później. Westchnął ciężko i wstał. Szepnął cicho do Elin.

- Przed kolejną odprawą chciałbym omówić kwestie medyczne, pani doktor.

Niemniej teraz miał coś innego do zrobienia. Spotkanie na mostku z pozostałymi dowódcami.

Lekarka skinęła głową na znak że usłyszała i przyjęła do wiadomości. Jej usta wygięły się w lekki uśmiech, który jednak zaraz zniknął. Ona także miała coś do zrobienia, a tym czymś było wstanie i podążenie za da Silva. Zamierzała zamienić z nią kilka słów, a nie chciała tego robić w trakcie batalii między nią, a częścią oddziału.

- Przepraszam, pani da Silva? - Elin zajęło chwilkę by dogonić kobietę oraz jej ochroniarza. - Czy możemy zamienić kilka słów? - zapytała od razu, co by nie marnować czasu bo w końcu zaraz mieli wyruszać, a ona sama miała jeszcze sporo rzeczy do zrobienia zanim to nastąpi.

Słysząc, że ktoś ją woła, Veronica westchnęła ciężko, ale zatrzymała się. I już z profesjonalnym uśmiechem na twarzy odwróciła się.

- Tak, słucham?- zapytała uprzejmie lustrując kobietę, która ją zaczepiła wzrokiem.

- Elin Holon - przedstawiła się, wyciągając dłoń na powitanie. Skinęła także głową w stronę kobiety, która zajmowała się ochroną da Silvy. Ta kiwnęła głową w potwierdzeniu i jakby nigdy nic wyjęła ręce z kieszeni. - W trakcie misji będę odpowiedzialna za zdrowie i życie członków oddziału. Mam w związku z tym kilka pytań odnośnie kolonii. Nie chciałam ich zadawać w trakcie odprawy, z raczej zrozumiałych względów. Ma pani teraz chwilę by porozmawiać? - zapytała uprzejmie, twarz ozdabiając lekkim, przyjaznym uśmiechem.

- Veronica da Silva, miło mi - pani dyrektor uścisnęła podaną dłoń. Co były nowym doświadczeniem, ponieważ nawet sam dowódca nie pofatygował się by się z nią tak zwyczajnie przywitać.I nawet miłym doświadczeniem. - Tak, mam. Niestety na tym statku nie zbyt wielu miejsc, gdzie mogłybyśmy porozmawiać.

- Jestem przekonana, że uda się znaleźć jakiś spokojny korytarz. Obiecuję, że nie zajmę pani dużo czasu - dodała Elin, na wypadek gdyby da Silva miała jeszcze coś do zrobienia przed wyruszeniem, a zapewne tak było.

- Proszę zatem prowadzić - pani dyrektor ruchem ręki zaprosiła swoją rozmówczynię by wskazała im ów spokojny korytarz.

Silver co prawda nie znała rozkładu statku tak dobrze, by od ręki wskazać odpowiednie miejsce, jednak po krótkich poszukiwaniach znalazła takie, które na pierwszy rzut oka zdawało się spełniać kryteria. W końcu nie chodziło jej o tajną schadzkę z przedstawicielką korporacji, a jedynie o spokojną rozmowę.

- Pozwoli pani, że przejdę od razu do rzeczy - zaczęła, opierając się ramieniem o ścianę. - Wspomniała pani zarówno o laboratoriach jak i o szpitalu. W przeciwieństwie do moich kolegów, to właśnie te dwa miejsce interesują mnie najbardziej. I proszę nie myśleć, że chodzi mi o tajniki tego, czym owe laboratorium się zajmuje. Jedyne co, to interesuje mnie możliwość ewentualnego skorzystania z dostępnego sprzętu w celu ewentualnego uzupełnienia zasobów medycznych przy wykorzystaniu znajdującej się na miejscu roślinności. Pozwoli pani jednak, że skupię się na szpitalu. Czy są może jakieś nowe informacje odnośnie jego obecnego stanu i możliwości dostępu do zasobów? Podobnie interesuje mnie to, w jakim stopniu schrony, o których pani wspomniała, są zaopatrzone pod względem medycznym. Z całą bowiem pewnością mieszkańcy kolonii będą potrzebować pomocy medycznej. Chciałbym zatem wiedzieć, co będę miała do dyspozycji na miejscu by wspomóc tamtejszych lekarzy zakończyła ową dość długą, jak na nią, przemowę i ustąpiła pola Veronice.

- Szpital posiada odpowiednie sprzęty umożliwiające ratowanie życia i zdrowia kolonistów. Zapasy leków są uzupełniane na bieżąco. W tych mniejszych stronach znajdują się oczywiście zestawy pierwszej pomocy jaki zapasy podstawowych leków. Nie otrzymałam jeszcze raportów odnośnie stanu obecnego kolonii - da Silva sam chciała wiedzieć co zastanie na miejscu, niestety nie dostała jeszcze żadnych informacji i nawet gdyby chciała nie mogłaby odpowiedzieć na pytanie lekarki.

- Zatem powinniśmy się przygotować także na sytuację, w której do dyspozycji będziemy mieli jedynie ograniczone zapasy znajdujące się w schronach oraz to co uda nam się zabrać ze sobą? - dopytała Elin, próbując objąć całą sytuację i przygotować plan działania na podstawie znikomych informacji.

- Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ale to raczej ja powinnam zadawać pani, jako specjaliście, takie pytania. Jak pani wiadomo Goliath dopiero skanuje powierzchnię. Ja mogę powiedzieć w jakim stanie zostawiłam kolonię. Wtedy było tam wszystko czego potrzebujemy. Specyfikacje sprzętu może pani przedstawić Agnes.

- Jeżeli ów sprzęt nie wybiega zanadto poza standardy to są one mi znane, ale dziękuję - obdarzyła towarzyszkę Veronici lekkim uśmiechem. - Proszę wybaczyć, jeżeli uważa pani moje pytania za niewłaściwe czy zbędne. Próbuję jedynie uzyskać jak najdokładniejszy obraz sytuacji, którą możemy zastać na dole. Jej wszystkie warianty, o ile to możliwe. Muszę przyznać szczerze, że liczyłam na to, że posiada pani nowsze informacje, dzięki czemu ów obraz mógłby być nieco dokładniejszy. Zależy mi zarówno na życiu i dobru oddziału jak i kolonistów - zapewniła, wyrażając nieco odmienną pozycję od tej, którą zaprezentowano na odprawie. Przynajmniej po części.

Agnes, milcząca kobieta cień panie dyrektor wydała gardłowy odgłos zwracając na siebie uwagę. Gdzieś podczas rozmowy wyjęła mały tablet i coś na nim sprawdzała.

- Ostatni raport kolonii dotyczący zapotrzebowania środków medycznych nie wskazuje na jakieś wielkie braki. Trudno powiedzieć czego potrzebowali teraz po ataku ale jeśli używali MedPodów do ewentualnej ekstrakcji larw obcych to zmniejszyła się pewnie ilość dostępnych antybiotyków. MedPody to model 720i. Na stacji są takie dwa. Na potrzeby obecnej sytuacji to zapewne o dwa za mało ale kolonia nigdy nie miała statusu podwyższonego zagrożenia. - Głos murzynki był spokojny i miły dla ucha, jej dykcja wydawała się jakby kobieta pochodziła z jakiś wyższych sfer. A może to jedna z niezbędnych cech by być ochroniarzem tego kogo była. Niezawodna ale i pasująca do korporacyjnych ‘salonów’.

W końcu kobieta oderwała wzrok od ekranu i popatrzyła na lekarkę. - Mogę ci przesłać ostatnie dane jakie posiadamy,...choć zakładałbym by zmniejszyć je o jedną trzecią najmniej.

- Poproszę i dziękuję - Elin z wdzięcznością spojrzała na towarzyszkę da Silvy. Jeżeli okaże się, że szpital jest nadal dostępny to sytuacja nie powinna być tragiczna, nawet gdy weźmie się pod uwagę ograniczone zapasy antybiotyków oraz sprzętu. Z pewnością lepiej by było gdyby były większe, jednak wtedy lawirowałaby na granicy luksusu. To w końcu nie jest wyprawa w celu zwiedzenia planety i przetestowania posiadanych przez mieszkańców zasobów, a misja ratunkowa.

- Czy jest jeszcze coś, co powinnam wiedzieć, z punktu widzenia medycznego? Szczególnie w kwestii prowadzonych tam badań i ewentualnych zniszczeń dokonanych przez przeciwnika. Nie chodzi mi tu o kwestię paru zniszczonych zbiorników, a o wpływ substancji w nich zawartych na ludzi i nie tylko. Nie pytam także o tajniki owych eksperymentów - zapewniła i sprecyzowała. Wolała wiedzieć zawczasu, czy będzie musiała także stanąć do walki ze skutkami ubocznymi takich zniszczeń.

Na takie właśnie pytanie Veronica czekała niemal od początku rozmowy. Jeżeli nie dało się wyciągnąć takich informacji na forum publicznym należało podejść ofiarę. Pod pozorem dbałości o dobro kolonistów nawiązać poprawne i pozytywne relacje, tym samym usypiajac czujność pani dyrektor.

Oblicze Veronici da Silvy nie drgnęło nawet gdy usłyszała to podstępne pytanie. Ton głosu również się nie zmienił, pozostając spokojnym i uprzejmym.

- Wszystko co miałam do powiedzenia na ten temat już powiedziałam.

- Rozumiem - odpowiedziała Elin, nieco przy tym markotniejąc. Liczyła, że uda się jej zyskać trochę więcej informacji, dzięki którym będzie mogła wszystko zaplanować. Cóż, pozostawało liczyć na to, że to co już wiedziała wystarczy.

- W takim razie dziękuję za poświęcony mi czas. Mam nadzieję, że misja zakończy się sukcesem i uda nam się uratować pani rodzinę oraz przyjaciół- dodała, by rozmowę zakończyć pozytywnym akcentem. Był to swoisty nawyk, który nabyła przy okazji swojej praktyki. Miała przy tym nadzieję, że niczym nie uraziła tej kobiety. W kwestiach medycznych radziła sobie całkiem nieźle, gdy jednak w grę wchodziła komunikacja międzyludzka na poziomie innym niż lekarz - pacjent, szło jej już znacznie gorzej.

- Dziękuję. Jeśli będzie miała jeszcze jakieś pytania, postaramy się na nie odpowiedzieć - Veronica odpowiedziała równie kurtuazyjnie.

- Jeżeli coś jeszcze przyjdzie mi do głowy to z przyjemnością skorzystam z tej propozycji - przy tych słowach uśmiech powrócił na twarz Elin. Po tych słowach przeprosiła obie kobiety i oddaliła się. Miała w końcu jeszcze porozmawiać z porucznikiem i upewnić się co do tego, że wszystkie rzeczy, które będzie potrzebować są w komplecie.
 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny

Ostatnio edytowane przez Obca : 05-02-2020 o 08:26. Powód: Usuniecie dzikich znaków googledoka :-)
Efcia jest offline  
Stary 08-02-2020, 20:34   #14
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Ledwie żołnierze wyszli z sali odpraw, a VIP i porucznik się oddalili, sierżant zaganiał już Marines do zbrojowni.
- Ruszamy się! Ruszamy panienki! Czas pobrać sprzęt, zaczynamy ten cyrk! - Reynolds znowu klaskał w dłonie, wkurwiając tym uszy…

- A ty Sting do mnie. Już - wycedził do snajpera, wskazując palcem na podłogę przed sobą.
- Tak jest, sierżancie. - Billy podszedł do Reynoldsa i spojrzał na niego wyczekująco.
- Jeszcze raz będziesz pyskował i obrażał naszego VIPa, to inaczej po wszystkim zaśpiewasz. - Sierżant cedził słowa, mówiąc dosyć cichym, chropowatym głosem - Nie jesteśmy w pieprzonym senacie, by sobie pozwalać na takie zagrania. Ona jest naszym zleceniodawcą. Więc następnym razem, pół tonu kurwa mniej, jasne?
- Jasne. Nawet słowa nie powiem co myślę.
- Dobra… to teraz zapierdzielaj do pozostałych... - Sierżant kiwnął głową za resztą oddziału - I jeszcze jedno - Reynolds dodał już naprawdę szeptem - A jak nam podłoży jakąś świnię na dole, to się ją odstrzeli, wypadki się zdarzają, nie? - Sierżant uśmiechnął się wrednie, a blizny na jego gębie jakby lekko błysnęły.
- Zrobi się, w razie konieczności - jeszcze ciszej odparł Billy, po czym dołączył do pozostałych.

Bez wtrącania się w żarciki, którymi przerzucali się pozostali członkowie plutonu, Billy zabrał się za sprawdzanie swego sprzętu. Jego wiara w techników, przygotowujących wszystko, była dość duża, ale, jak powiadano, pańskie oko konia tuczy. Nie miał zamiaru na dopiero na dole przekonać się, że ktoś na odwrót połączył jakieś kabelki czy nie dokręcił jakiejś śrubki. Takie przypadki się zdarzały - nie jemu co prawda, ale się zdarzało.
Przezorny zawsze zabezpieczony, powiadano, i dotyczyło to nie tylko stosunków damsko-męskich, więc Billy posprawdzał działanie oprzyrządowania, a potem zabrał się za broń.
Nie liczy się rozmiar - mawiali niektórzy, ale trzeba było przyznać, że M42A nie należał do rzeczy określanych słowem 'mały'. No ale jeśli się chciało strzelać na dystansie dwóch mil, to trzeba było mieć coś z długą lufą.
Próbnego strzału raczej nie wypadało oddawać, ale sprawdzić, czy nic się nie zacina raczej wypadało. Podobnie jak i sprawdzić, czy wszystkie magazynki są załadowana, na dodatek odpowiednią amunicją. Niemiłe niespodzianki były niemile widziane, zwłaszcza gdy się stało oko w oko z Alienem.
Na koniec pozostawił resztę uzbrojenia. Co prawda nożykiem dość trudno było rozpruć Xeno, ale do otwierania różnych rzeczy czasami się przydawał. Garść granatów natomiast mogła, w razie konieczności, ocalić komuś życie. Pod warunkiem, że wzięło się takie, jak należało.
Skończył przegląd na tyle szybko, że miał jeszcze okazję do zastanowienia się nad przebiegiem tej pożal się Boże narady.
Stale nie wiedział, co skłoniło tę sukę do przylotu na tę namiastkę kolonii. To coś istniało pięćdziesiąt lat i liczyło raptem dwa tysiące kolonistów? Ktoś sobie jaja robił.
No i ta gadka o konkurencji... Co niby miałaby zyskać? Całą planetę?
Prędzej można by sądzić, że chodziło o owe laboratoria i wyniki przeprowadzanych tam badań. I to dlatego ich szanowna zleceniodawczyni nie chce spuścić na dół paru małych bombek, bo wtedy nie odzyskałaby tych wyników. No i musi dopilnować, by te wyniki nie wpadły w łapska ciekawskich Marines.
Konkurencja podrzuciła kukułcze jajo, czy może kolejny eksperyment wymknął się spod kontroli?
Ale najpierw trzeba było przeżyć, by znaleźć odpowiedź na te pytania.
- Yo, "Sokole oko"! - Zagadała go nagle "Płonąca Nicky".
- Kogóż to moje oczy widzą... - Kiepski humor Billy'ego zniknął. - Cóż cię sprowadza w moje skromne progi? - Wykonał ręką szeroki gest.
- Siedzisz sam, pieścisz broń, brakuje tylko żebyś jeszcze do niej gadał. Jak nic, pierwsze symptomy zawodowego psychola… - Zaśmiała się Nicky, opierając ramieniem o szafkę, i założyła rękę na rękę.
- Jeśli usiądziesz mi na kolanach, to się zajmę czymś innym - odparł natychmiast, z prowokującym uśmieszkiem.
- Taaa… jasne… a tu mi czołg jedzie - Przytknęła palec do oka - Ty mi lepiej powiedz, co ci nagadał sierżant - Sanders wyszczerzyła ząbki.
- Co za brak wiary w człowieka... Nie wierzysz, że umiem się zająć czymś innym, niż em czterdzieści dwa a? - Spojrzał na nią z wyrzutem. Udawanym zresztą.
- Nie zmieniaj tematu - Nicky zrobiła skwaszoną minę. - A to co ja myślę, a co gadam, to trzy różne rzeczy - Dodała z lekkim uśmiechem.
- Powiedział, że mnie zastrzeli, jak będę za dużo gadać, więc sama rozumiesz, że nie mogę nic powiedzieć. - Rozłożył bezradnie ręce.
- Uuuu… tajemnice wojskowe… - zapiszczała ironicznie Sanders.
- No sama widzisz... - Udał zmartwienie. - Usta na kłódkę, klucz utopić - zażartował.
- Uuuu… a teraz to już i topić? Strzelanie nie wystarcza? Serio snajper-psychopata… mam się bać? - Nicky minimalnie pokazała koniuszek języka w kąciku ust.
- To już zależy od twoich osobistych zainteresowań. - Billy się uśmiechnął. - Ale osoby, które boją się ryzyka, nie powinny wstępować do Marines... Ty zdecydowanie nie wyglądasz na bojaźliwą... - Zmrużył lekko oczy, po czym przeniósł wzrok z jej twarzy niżej, omiatając wzrokiem jej sylwetkę.
- Ta, i… - Zaczęła Naomi, gdy…
- Co tam u was? - Zagadał ich Larry Pits, będący już kompletnie wyposażony, trzymając Smart Gun na uprzęży, lufą ku sufitowi.
-Wszystko ok?
- Laaaaryyyy, a Sting ze mną flirtuuuujeeee! - Roześmiana Sander, skoczyła ku "misiakowi" przytulając się teatralnie do jego ramienia, na co mężczyzna wyraźnie się zmieszał.
- Nie przejmuj się, oparła się mojemu urokowi osobistemu. Jest twarda jak głaz... z wyjątkiem paru miejsc - dodał, ciut złośliwym tonem.
- Zamiast żartować, zbierajcie się, zanim nas sierżant znowu pogoni - Powiedział Larry, po czym dodał z uśmiechem. - Jak co mogę kogoś z was poratować w krępującej sytuacji, pytanie tylko kogo przed kim.
- Dobre, dobre! - Zaśmiała się Naomi, po czym poklepała Smartgunnera po ramieniu.
- Niestety sytuacja nie zdążyła się przydarzyć... jeszcze - dodał Billy. - Ale kiedyś, kto wie....
Podniósł się.
- Chodźmy, bo pewnie nie uzna kontaktów damsko-męskich za odpowiednie uzasadnienie - zażartował.
 
Kerm jest offline  
Stary 08-02-2020, 21:48   #15
 
Marrrt's Avatar
 
- Czas na nasze zabaweczki… - Rozdziawił gębę Kovalski, zacierając łapy - Zakładamy się, kto więcej ustrzeli Xeno? - Zagadał Evansona.
- A gumy też bierzecie? - Wtrącił się Salas, po czym z wrednym uśmieszkiem złapał się za własne krocze - Uratowane kolonistki powinny się odwdzięczyć nie? Ja mam zabawkę tu - Zarechotał.
- Stulcie gęby… - Wtrącił się cicho Ferris, ale został chyba ogólnie olany przez resztę.
- Zabawkę Salas? Że na ślepaki? Czy baterię aplikowaną z tyłu? - Evanson odpalił wesoło poszukując skrzyni ze swoim numerem kodowym - Daj spokój Ferris. Od stulpysków Reynolds jest… Jeszcze zdążymy wszyscy pomilczeć po zrzucie.
- On i milczeć? - Powiedział Kovalski o Salasie, na co ten drugi znowu zarechotał.
- Ktoś coś gadał o zakładach z Xeno? - Napatoczyła się Naomi.
- A może kto dłużej wytrzyma pitolenie Salasa? - zaproponował Evanson - Ja to je nawet lubię.
Obejrzał się na Richards i Kovalskiego i udając zniechęcenie mruknął.
- Dooobra. Ale bez granatów. I tylko samojebki. Bez wspólnych akcji. O procenta?-
Procent był standardową stawką. I stanowił 1 procent żołdu za misję.
- Salas? Ciebie zboku to pewnie co pytać nawet nie ma, bo zawsze chętny. A ty Ferris?
- Ja się o takie rzeczy nie zakładam… a wy się lepiej zakładajcie kto ilu kolonistów uratuje. To jest bardziej na miejscu - Powiedział wielce niby to moralnie sanitariusz, na co Salas zaczął go niemo naśladować i kłapać gębą, robiąc kretyńskie miny.
- Niepotrzebne ryzyko, i narażanie siebie, i innych - Wszyscy usłyszeli nagle poważny głos kaprala "Shini Hira", który z grobową miną przytwierdzał sobie właśnie Claymora do pasa.
Kapral Evanson skrzywił się gdy do ich kółeczka zabłąkał się Harakiri. Do Ferrisa nic nie miał. Chłop mówił co myślał, a myślał słusznie, ale był w swoim gadaniu nieszkodliwy. Czego nie dało się powiedzieć o japońcu.
- Mina przeciwpiechotna Claymore M18 - wskazał na zabawkę Harakiri - Zasięg efektywny to 50 metrów. Maksymalny grubo powyżej 100. A w środku kilkaset stalowych kulek. Nie pytam nawet jak zamierzasz to bezpiecznie odpalić. Ale jest też szansa, że to dziadostwo samo wybuchnie. Przyjazny ogień, warunki środowiskowe i kwas obcych mogą przypadkiem zdetonować mikro C4 włączający minę. Rozszarpując ciebie i każdego kto za tobą stoi. Dlatego by nie narażać niepotrzebnie siebie i innych zalecam ściągnięcie tego złomu, starszy kapralu Hirakawa.
- Dzięki za troskę Evanson. Nie bój się, dam znać gdy odpalę, żebyś mógł się schować - Odpowiedział poważnie Azjata.
- No tak. I to jest właśnie, za pozwoleniem Hira, wybuchowy kutas! - Parknął śmiechem Salas, a Naomi pokręciła głową z rezygnacją. Feris się oddalił od ich grupki, a Kovalski również szczerzył zęby.
Evansonowi wbrew wygłupom Salasa do śmiechu nie było.
- Taaa… miły gest. Ale jak oberwiesz rykoszetem w te bombke, albo cię jucha ksenomorfa zbryzga, to rozwalisz siebie i chłopaków dookoła. Pod rozwage, starszy kapralu Hirakawa.
- Skończ marudzić… - Azjata pokręcił głową z niezadowolenia, po czym zaczął się dalej zajmować swoim ekwipunkiem.
- Hej Arc! I tak będę lepsza - Naomi Richards pokazała Evansonowi środkowy palec swojej cyber-kończyny, po czym się zaśmiała.
- Richards, dziewczyno - westchnął Evanson wyciągając w końcu swoje M56 - Ty już jesteś lepsza.
Obejrzał z uśmiechem swoje narzędzie pracy. Zaawansowany system na wpółzdalnego rozpierdolu okraszony tanim i swojskim tekstem “Pozdrowienia z Ziemi”. Ikona superbohatera z czasów spieprzonego dzieciństwa kiedy jak głodny pies łykał programy propagandowe. Dołącz do Korpusu! Nie żałował. Nie widział się nigdzie indziej. No może prawie nigdzie indziej.
Chwycił rozpylacz i przymierzył się do niego dostosowując sylwetkę do ciężaru broni. Po czym wyszczerzony mrugnął do uzbrojonej w podobną M56 Richards. Tę jednak zdobił napis “Sayonara Suckers!”
- Ale tatuś jest najlepszy.
- Na tatuśka masz za małe jaja - Parsknęła Naomi, przyjmując kilka poz, ze Smartgunem w łapach. Mrugnęła do Arca.
- Pyskata… - powiedział przekładając uchwyt na leworęczny - i wyrodna.
Poprawił stabilizator odrzutu i próbnie wymierzył w szafkę, lustro i stojącego dalej Harakiri.
- Jak nic moja dziewczynka.
- Myślałem, że moja - Wtrącił się Kovalski, na co zobaczył wyprostowany palec środkowy Richards, i towarzystwo się roześmiało.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 10-02-2020, 09:16   #16
 
Lechu's Avatar
 
Smile Dziękuję Grave Witch i Buce za dialogi

Zajęcie się automatem do kawy nie było ostatnią czynnością jaką JJ miał w planach. Technik po wymianie uprzejmości z Master sierżantem Reynoldsem wyruszył w poszukiwaniu jedzenia. Na blaszaną tackę trafiły dwa talerze, kubek i sztućce. Jeden talerz wypełniły gofry, a na drugim wylądowała jajecznica z kilkoma plastrami wędzonego boczku. Kubek wypełniła miętowa herbata. Nie mogło też zabraknąć dwóch tostów z masłem. Jones najwyraźniej wziął sobie do serca słowa matki, że śniadanie było najważniejszym posiłkiem dnia.


Jacob nie mógł klapnąć przy pierwszym lepszym stoliku. Rozglądał się chwilę po barwnym towarzystwie niczym niechciany kundel czekający na dobrego samarytanina, który zechce go przygarnąć. W końcu technik ruszył do stolika przy którym siedziała Starsza Kapral Holon. Pani doktor była jedną z nielicznych osób, które poświęcały się swojej pracy z oddaniem nie mniejszym niż JJ. Żołnierz zatrzymał się solidny krok od stolika spoglądając na kobietę z szacunkiem. “Silver” wiedziała, że mimo opinii gaduły Kapral Jones potrafił czasem się zachować profesjonalnie.

- Witam Panią Kapral. Można się dosiąść? - zapytał technik z przyjaznym wyrazem twarzy.

Elin uniosła wzrok znad wyświetlacza pada i przez krótką chwilę sprawiała wrażenie, jakby miała zamiar odmówić. Nie zrobiła tego jednak.
- Oczywiście - zaprosiła, gasząc ekran. Co prawda miała właśnie zamiar wstać i poszukać Wenstona, mogła jednak poświęcić kilka chwil na rozmowę z Jacobem. Tym bardziej, że jeszcze nie dokończyła swojej drugiej kawy, a nie chciała chodzić z kubkiem w dłoni. To było, w jej osobistym mniemaniu, nieprofesjonalne.

- Jak samopoczucie po hibernacji?- zapytał mężczyzna dosiadając się i zaczynając konsumpcje posiłku od boczku w plastrach. - Ja zawsze po przebudzeniu dochodzę do siebie dobre kilka godzin.- żołnierz się uśmiechnął spoglądając na kobietę. W jego spojrzeniu było widać walkę niemal niezdrowej ciekawości z wstrzemięźliwą przyzwoitością. W końcu jednak facet wrócił do przeżuwania z cierpliwością wsłuchując się w odpowiedź uczonej.

- Dobrze, dziękuję - odpowiedziała, odkładając pada na stół, a następnie otuliła dłońmi kubek. - Jeżeli źle się czujesz mogę podać ci coś, co pomoże w szybszym dojściu do siebie - zaproponowała z troską widoczną zarówno na twarzy jak i słyszalną w głosie.

- Dziękuję bardzo, pani doktor, ale jestem zmuszony odmówić. - powiedział z lekkim uśmiechem Jacob przeżuwając dalej śniadanie. - Reakcja mojego ciała na hibernację jest nawet ciekawa. Bóle mięśni, lekkie drgawki, zawroty głowy i mdłości. Są jak mityczny jeden obieg algorytmu programu niezgodny z kodem źródłowym. Anomalia. Poza tym nie ma co marnować leków na polepszenie mojego samopoczucia, bo jest ono całkiem dobre. - mężczyzna napił się gorącej herbaty. - To będzie pani pierwszy kontakt z Xenomorfami? - zadał pytanie żołnierz wykrzywiając się lekko w trakcie wymawiania nazwy nikczemnych kreatur.

Skinęła głową w odpowiedzi. Objawy, które opisał, nie były niczym odbiegającym od normy i powinny wkrótce minąć. Nic nie wskazywało na to by miały się przerodzić w coś poważniejszego.
- Tak - odpowiedziała na jego pytanie. - Moje dotychczasowe doświadczenia skupiały się na czynniku ludzkim. Nie da się jednak długo unikać także tego przeciwnika - dodała.

Mężczyzna spojrzał na kobietę badawczo jednak po chwili opamiętał się. Wstrzemięźliwość wygrała nad ciekawością i JJ pokiwał powoli głową.
- Myślę, że się da. - odpowiedział po chwili. - Ja przez bardzo długi czas nie zostałem wysłany do misji jakkolwiek skorelowanej z Xeno.- uśmiechnął się technik. - Miałem do czynienia z piratami czy żarłoczną roślinnością, ale te kreatury będą dla mnie nowością. Nie narzekałem na brak wrażeń i raz nawet byłem bliski zejścia, ale… W sumie to uwielbiam tą robotę. Ponoć tacy jak my, specjaliści, żyją w korpusie spokojniej. - zaśmiał się żołnierz. - Co sprawiło, że wybrała Pani krew, szycie i podawanie leków, a nie na przykład klucze nasadowe i spawarkę? Chęć niesienia pomocy, zawsze i wszędzie, czy jest może inny powód? - Kapral Jones z pewnością należał do ciekawskich ludzi chociaż starał się nie zadawać zbyt osobistych, czasem drażliwych, pytań.

- Lubię pomagać - odpowiedziała, po krótkiej ciszy. - Może pan uznać iż jest to moim powołaniem - dodała, uśmiechając się leciutko. To było takie proste, zrzucić wszystko na powołanie, pomijając wszystkie koszty jakie się poniosło. Dla niej była to po prostu odpowiedź z rodzaju bezpiecznych.
- Podejrzewam, że z panem jest podobnie - wyraziła przypuszczenie, starając się utrzymać rozmowę ale też odwrócić jej bieg. Nie lubiła rozmawiać o sobie.

- Nic z tych rzeczy. - zaprzeczył żołnierz z lekkim uśmiechem. - Moje pobudki są zdecydowanie mniej samarytańskie. Nie nazwałbym ich też egoistycznymi. Mój ojciec wolałby abym biegał z wielką spluwą jak on. Większość mego dzieciństwa spędziłem z matką i jej gadżetami, które z czasem stały mi się naprawdę bliskie. Dla niektórych może to się wydać dziwne, ale technologia potrafi zastąpić kontakty międzyludzkie. - technik lekko się zamyślił. - Podobnie jak Pani zawsze kieruję się dobrem innych jednak w zdobywaniu wiedzy i umiejętności potrafię być nieco samolubny. Wystarczy nieznana mi wcześniej komenda w jednym ze znanych mi języków programowania, a potrafię wsiąknąć na całe godziny szukając wiedzy na temat jej genezy i przykładów wykorzystania. Tak samo jest z aspektami automatyki czy robotyki. Jeżeli jednak chodzi o uwolnienie kogoś spod ostrzału zawirusowanego cerbera albo przekierowanie dmuchaw wentylacji aby pozbyć się trującego gazu to można uznać, że też zdarzało mi się ratować życie. - mężczyzna powoli kończył jajecznicę zabierając się za deser. - Jakieś lektury poza dziedziną medycyny Kapral poleci? Goferka? - żołnierz wskazał widelcem na pokryty słodkim sosem stos gofrów.

Pokręciła głową odmawiając. Kawa pobudzała ją w wystarczającym stopniu, cukier zaś, szczególnie w takiej ilości, obciążyłby jedynie organizm powodując na koniec wyraźny i gwałtowny spadek energii. Tego z kolei zdecydowanie nie potrzebowała biorąc pod uwagę to, gdzie się wybierają.
- Podręcznik zdrowego odżywiania? - rzuciła pierwszą propozycją, spoglądając wymownie na talerz JJ. Spojrzenie to nie było karcące, podobnie jak jej głos. Kryło się w nim rozbawienie. Tego typu, pełna kalorii, cukru i protein dieta, była bodajże ulubioną wśród mariens. Jakby nie spojrzeć palili oni takie ilości energii, że jedzenie w ten sposób nie odbijało się na ich ciałach. Przynajmniej jeżeli chodzi o przyrost masy tłuszczowej. Gorzej już było z poziomem owego tłuszczu we krwi, jak i z efektywnym regenerowaniem się masy mięśniowej po wysiłku. Nie była to jednak chwila na takie wykłady. Szczególnie, że istniało duże prawdopodobieństwo tego, że przynajmniej część z nich nie przeżyje misji.

- Pani doktor… Ja jestem na diecie high-carb. - zaśmiał się technik zabierając się za gofry. - Tak na poważnie to nigdy nie miałem problemów zdrowotnych związanych z moim sposobem żywienia. Podejrzewam, że bilans energetyczny jest dla mnie całkiem korzystny, bo sporo chodzę i bywam na obowiązkowej zaprawie. - mężczyzna przyjrzał się swojemu talerzowi po czym spojrzał na lekarkę. - Nie wygląda mi Kapral na zwolenniczkę skrajnych rozwiązań jak dieta ketogeniczna czy inna dieta eliminacyjna... Nie mylę się, prawda?

Potwierdziła skinieniem głowy.
- Nie, nie kultywuję zwyczajów niektórych. Dieta jako doktryna, o ile nie jest to podyktowane warunkami zdrowotnymi, nie powinna według mnie istnieć. To, na co powinno się zwracać uwagę to nie narzucanie sobie ograniczeń, a świadome i zbalansowane jedzenie. Diety kojarzą się z wyrzeczeniami, przymusem, przesadną kontrolą. Sporej ich części towarzyszą także zaburzenia psychologiczne w postaci depresji, stanów lękowych, nawet paranoi. Nie można czegoś takiego rozpowszechniać jako dobre, pożyteczne dla zdrowia, jako coś co należy robić by życie było lepsze. Na wszystko jest czas, jest miejsce, jest zapotrzebowanie. Cukier, tłuszcz, produkty mączne. O ile wybieramy je świadomie, wiedząc co zawierają, co robią z naszym organizmem, wtedy nie możemy wybierać źle. To jednak nie powinno być narzucane, to powinien być wolny wybór, w innym bowiem wypadku nie przyniesie to żadnego pozytywnego skutku - zakończyła, po czym przez chwilę milczała, sprawiając wrażenie zaskoczonej. - Proszę mi wybaczyć, delikatnie się zagalopowałam i… - obdarzyła go przepraszającym uśmiechem.

- Ależ nie ma czego wybaczać. Naprawdę. - odparł Jones z uśmiechem. - Wydaje mi się, że nie tylko dieta, ale każdy aspekt naszego życia kiedy dopiąć do niego odpowiednią ideologię staje się chory. Chodzi mi w sumie o wszystko. Trening ciała, naukę, sztukę… Sporo czytałem o popkulturze i powiem szczerze, że wielu twórców do swoich dzieł, czy to muzyki, rzeźb czy obrazów, dodaje pogmatwane ideologie. - Jacob pokiwał głową z dezaprobatą. - Jak dla mnie ludzie często doszukują się drugiego dna tam gdzie go nie ma albo popadają w skrajności. Zdolny haker może być po prostu utalentowany i lubić swoją robotę, a nie od razu brać się za obalanie rządów, przebijanie się przez zapory sieciowe banków i takie tam. Chociaż ponoć tylko ludzie chorobliwie ambitni docierają na szczyt. Za bardzo poszedłem po bandzie… - zaśmiał się technik niemal kończąc posiłek. - Sporo u nas zmian kadrowych niedawno było. - dodał ze smutną nutą w głosie JJ. - Nie odstrasza to od bycia Marines? - zapytał spoglądając ze spokojnym wyrazem twarzy na rozmówczynię.

- Cóż, nie widzę siebie jako marines - wyznała, zakładając za ucho luźny kosmyk włosów, który wymknął się z uwięzi. Rozmowa wciągnęła ją, czego się nie spodziewała. Była to miła odmiana od zwyczajowych tematów oscylujących wokół broni i sposobów zadawania bólu i zabijania.
- Jestem przede wszystkim lekarzem. Nie rozdzielam ludzi między wojskowych, a korporacyjnych. Ludzie to ludzie, każdemu winna jest pomoc. Czy go na nią stać czy nie, czy znajduje się po właściwej stronie barykady czy też jest naszym wrogiem - wyznała, a w głosie dało się wychwycić pasję. - To, że należę do korpusu jest jedynie zrządzeniem losu, wynikiem niezależnych ode mnie w danym momencie czynników, niczym więcej. I tak, zdecydowanie zbyt często szukamy drugiego dna w zdarzeniach i osobach. Szukamy go w ich intencjach nie biorąc pod uwagę opcji, w której takowe nie istnieje. Czasami jest to po prostu męczące ale bywa też że powoduje faktyczny ból. Cóż jednak, nie da się ukryć że kto jak kto ale człowiek jest mistrzem gdy w grę wchodzi zadawanie cierpień swym współbraciom - dodała smutnym głosem. - Ponownie przesadziłam, proszę mi wybaczyć, widocznie ja również jeszcze nie doszłam do siebie po pobudce - odsunęłą kubek, jakby jego zawartość przestała jej smakować. - Na dodatek psuję panu przyjemność z posiłku. Doprawdy, marna ze mnie towarzyszka - na jej twarzy pojawił się słaby uśmiech.

- Dawno nie prowadziłem tak poznawczej konwersacji Pani Kapral. Moim zdaniem świetna z Pani towarzyszka. - uśmiechnął się JJ. - Niestety nie zgadzam się z faktem, że akurat w Korpusie znalazła się Pani nie z wyboru, a przez zrządzenie losu. Prawdę mówiąc mam na to własną teorię. Lekarz w armii musi być nie tylko silny psychicznie, ale też bardzo sprawny w swym rzemiośle. Marines to nie tylko fachowcy od zadawania bólu, ale też mistrzowie w otrzymywaniu poważnych, często śmiertelnych, ran. Co zatem idzie wielu z nich ginie na stołach operacyjnych, a nawet przed trafieniem na salę… Gro za swoją służbę doczekało końca w lazarecie polowym, gdzieś na zadupiu wszechświata. - westchnął Kapral Jones. - Dlatego też uważam, że jest Pani świetnym lekarzem, bo trafia na zdecydowanie cięższe przypadki niż lekarz cywilny. Niestety, zapewne więcej ludzi ginie u nas, z powodu wspomnianych ciężkich ran, ale tutaj widzę kolejną superlatywę, o której już wspomniałem. Mając świadomość ich cierpienia i poświęcenia trzeba mieć wielkie jaja aby nadal mieć w sobie uczucia i nie stać się chorym, wypranym z emocji robotem. Jest Pani silniejsza niż myśli i przy tym wszystkim nadal ludzka. Jeżeli miałbym oddać swoje życie w ręce medyka chciałbym aby to był fachowiec taki jak Pani. Wierzę, że zrobiłaby Pani wszystko aby mnie ratować… - Jacob uśmiechnął się na koniec spoglądając na kobietę. - Oczywiście ja na stół trafiam niezbyt często, bo nie do wszystkiego wysyłają najlepszego technika w korpusie. - zaśmiał się dla rozluźnienia atmosfery żołnierz.- Kierując się zatem do rdzenia mojej teorii uważam, że podświadomie wybrała Pani Korpus mając świadomość, że na swej drodze napotka masę ludzi potrzebujących pomocy. Wśród Marines nie brakuje wszak przypadków beznadziejnych. Tutaj jest Pani potrzebna zdecydowanie bardziej niż w cywilu.

Skinęła głową bowiem przez chwilę zwyczajnie zabrakło jej słów. Nie sądziła że kiedykolwiek ktoś spojrzy na nią w ten sposób. Łapało to za serce, dając niezbity dowód na to, że nadal je miała i było nader czułe.
- Dziękuję - powiedziała w końcu, zaciskając dłonie na kubku znacznie mocniej, niż wymagało tego podniesienie go i przyłożenie do ust. Potrzebowała zająć się czymś ręce. W marines nie było miejsca na miękkość, a przynajmniej zawsze to słyszała gdy przypadkiem odebrała telefon z domu. Mimo iż słowa te padały od osoby, której postanowiła się postawić to i tak wnikały głęboko i dyktowały to, jak na siebie patrzyła. Dyktowały także to jak uważała, że inni na nią patrzą. Zgubne koło.
- Muszę przyznać, że jestem zaskoczona - powiedziała w końcu, gdy była pewna, że ma swój głos oraz ciało pod kontrolą. - Nie myśli pan jak typowy marines. To przyjemna odmiana, powiew świeżości. Naprawdę mam nadzieję, że nie trafi pan pod moją opiekę - dodała, uśmiechając się.

- Korpus jest bardzo kolorowy i mimo iż nie brakuje u nas freaków to miło mi słyszeć, że odstaje od normy. - zaśmiał się Jacob. - Ojciec mawiał, że odstające gwoździe się dobija aby pasowały, jednak to jest jeden z tych typowych, na których tle tacy jak my mogą błyszczeć. - uśmiechnął się technik kończąc niespiesznie posiłek. - Miłego dnia, Pani doktor. Zanosi się nam na ciekawą acz szalenie niebezpieczną misję. - dodał mężczyzna z lekkim ociąganiem zbierając talerze, sztućce i kubek na tackę.

Nie chciał kończyć tej rozmowy, bo była przyjemną odskocznią od szarości i bylejakości jakiej ostatnio doświadczył. Jones nie spodziewał się, że “Silver” będzie tak nietuzinkową osobą. Z chęcią poznałby jej poglądy na kilka aspektów jednak nie miał czasu do stracenia. Jak przed każdym zadaniem musiał się przygotować i opracować standardowe algorytmy działania. Zanim odszedł od stolika uśmiechnął się raz jeszcze chociaż i tak niemal wszyscy uważali go za wesołka i gadułę.


- JJ, jak będziesz gotowy, to do mnie. Mam dla ciebie małą robótkę, bo na odprawie przysypiałeś… - Sierżant Reynolds uśmiechnął się nieco podejrzanie do Jonesa.

- Zawsze jestem gotowy do działania, sir. - odparł Jacob podchodząc do przełożonego. - Ta robota to na miarę mojego geniuszu, rzecz jasna? - zapytał z malutkim uśmiechem Jones.

- Jeszcze mi tu kurwa wybrzydzasz?? - Fuknął sierżant, ale widać było po nim, że to żart - Zapieprzasz po sprzęt, przyjdziesz za chwilę! Normalnie wam się w dupach poprzewracało! Zamiast tlenu było w komorach co innego? Lecisz! Już! - Wskazał JJ kierunek dłonią.

JJ bez gadania zaczął biec we wskazanym kierunku. Przebieżka powinna mu dobrze zrobić. Technik miał do skompletowania całą masę sprzętu, ale wszystko było pedantycznie poukładane. Powrót do Reynoldsa zajął zaledwie kilka minut. Czasu było dość aby dokładnie sprawdzić stan techniczny zabawek Jacoba. Mężczyzna szczególną uwagę poświęcił dwóm miniaturowym robotom, których budową i programowaniem zajął się osobiście. Znał każdą śrubę, sterownik i linijkę kodu obu konstrukcji. Jones z wymalowaną na twarzy ekscytacją wrócił do przełożonego. Bez słowa zaprezentował swój cały rynsztunek. Był gotów na kolejne zadanie.


Sierżant zlustrował JJ z góry do dołu, po czym sobie zapalił… podrapał się po podbródku, założył swój karabin na ramię, i przez chwilę chyba ciężko nad czymś myślał.
- I co tak szczerzysz kły? Mam zrobić odbiór inspekcji czy jak? Nie idziesz na bal maturalny do kurwy nędzy. Masz przy sobie CHD*? To idziemy… - Ostatnie słowa wypowiedział dziwnie cicho.

JJ pokiwał posłusznie głową i ruszył za sierżantem. Jego uśmiech ustąpił miejsca kamiennej twarzy żołnierza na misji. Kapral Jones wymieniał w głowie sposobności wykorzystania CHD*. Zapewne Reynolds go zaskoczy czymś błahym, ale JJ nie był na misji badawczej nieznanej planety tylko na pierdolonej wyprawie ratunkowej. Na takich wykorzystywano proste i sprawdzone rozwiązania. Nic odkrywczego co mogłoby przypominać akrobatykę powietrzną i niepotrzebnie narazić kolonistów.

- Ruchy! Ruchy! Za "dychę" widzę wszystkich w hangarach! - Rzucił na odchodne sierżant do reszty oddziału. Poprowadził następnie Jacoba przez chwilę korytarzami statku, aż stanęli przed drzwiami z napisem Magazyn 3. - Otworzysz je? - Reynolds spojrzał na panel sterujący na ścianie obok drzwi, na technika, a następnie spojrzał w obie strony korytarza w jakim stali. Co on kombinował?

- Mogę spróbować. - odpowiedział Jacob z lekkim uśmiechem sięgając po potrzebne narzędzia i urządzenie do łamania zabezpieczeń. - Biorąc pod uwagę okoliczności biorę się bezzwłocznie za robotę. - dodał technik rozpoczynając pracę nad elektronicznym zamkiem. Jones musiał pamiętać o wszelkich zabezpieczeniach przejścia i dezaktywować je zanim otworzy wrota. Alarm wyglądał na bardzo łopatologiczny i aż dziw brał, że JJ rozbroił go tak szybko.

Po rozprawieniu się z alarmem technik zajął się zamkiem. Jacob był tak skupiony, że odpłynął zostawiając Reynoldsa i stalowego giganta, w którego trzewiach tkwili Marines gdzieś daleko. Jego umysł serfował po linijkach kodu szukając odpowiednich bibliotek, zmiennych i… dziur w zabezpieczeniach, które mógłby wykorzystać. Dla niego walka z zamkiem była zabawą. JJ nie zdziwił się kiedy wrota nagle i bezszelestnie się otworzyły.

Źrenice żołnierza powiększyły się jednak błyskawicznie kiedy uruchomił się alarmowy sygnał dźwiękowy. Technik nie spojrzał nawet na Reynoldsa reagując natychmiast. Jones wiedział, że pierwsze obejście alarmu było zbyt proste aby było prawdziwe! Żołnierz z siłą nie pasującą do jego postury chwycił nagle wiązkę kabli wybebeszając obudowę zamka. Pomiędzy dwoma przewodami wisiała jeszcze jedna, malutka i niewinna, płytka drukowana. To na niej znajdowało się prawdziwe zabezpieczenie, które technik zdezintegrował w kilka chwil. Alarm jednak miał miejsce. Dźwięk zdołał się rozprzestrzenić, a sygnał popłynąć od elektroniki zamka po wszystkich światłowodach wewnątrz statku. Być może zaalarmowany został mostek albo sektor kontrolny magazynów…

- Jednak nie tak genialny jak zwykle, sir. - powiedział do sierżanta technik z prawdziwym smutkiem w oczach. - Matka by miała ubaw widząc, że przerósł mnie tak prosty układ... - Jones zamontował obudowę mechanizmu zamka i schował swoje narzędzia. Musiał zapamiętać schemat tego alarmu aby nie dać się tak nabrać w przyszłości.

- Dobra, nie podniecaj się tak… - Sierżant wszedł jako pierwszy do środka, po czym rozejrzał się po magazynie - Szukamy trzech skrzyń, oznaczenia FRMRE 00-121 i 122, i skrzyni TAB 012, do roboty!

- Stary magazyn. Bez oznaczeń lokowania skrzyń w sieci. - westchnął Jacob ruszając ku wnętrzu pomieszczenia. Kapral Jones wierzył, że jego analityczny umysł namierzy skrzynie szybciej dzięki analizie oznaczeń. Skrzynie były ułożone gabarytowo lub alfabetycznie. JJ miał zamiar szybko określić, która z jego hipotez była właściwa. Wystarczyło porównać sąsiadujące ze sobą rzędy towarów.

- Znalazłeś coś? - Spytał po chwili sierżant.

- Coś mam, ale to nie to czego szukamy. - zaśmiał się cicho JJ spodziewając się kolejnego opierdolu w stylu Reynoldsa. - Potrzebuję jeszcze trochę czasu aby namierzyć te skrzynie. - dodał żołnierz ruszając w dalsze poszukiwania.

Wstępne założenia Kaprala Jonesa były błędne. Po przestudiowaniu opisów kilku skrzyń nie znalazł on ułożenia alfanumerycznego lub alfabetycznego. Co dziwne skrzynie były podobnych, ale nie uporządkowanych gabarytów. Być może w tym starym magazynie ktoś układał je w nieprzewidywalny sposób, ale to zupełnie nie miałoby sensu. Żaden magazynier nie pozwoliłby sobie na taki ruch mając świadomość, że po pewnym czasie sam będzie miał problem namierzyć towar, który w magazynie umieścił. Technik ruszył dalej mając nadzieję, że namierzy skrzynie zanim Reynolds straci cierpliwość.

Jacob w końcu znalazł skrzynie. I to obie, stojące jedna na drugiej. Natychmiast to zameldował sierżantowi… a odpowiedź mogła być tylko jedna:
- I co kurna, chcesz za to medal?? Pakuj je na wózek i zabieramy! - Odezwał się gdzieś z zakamarków magazynu Reynolds, a JJ już miał powiedzieć coś o masie skrzyń 1.5m na metr na metr, gdy zaparł się by choć poruszyć jedną z nich o centymetr… i mało sam tą górną na siebie nie zrzucił. Skrzynie okazały się wcale nie takie ciężkie.

- Panie Sierżancie, co one takie lekkie? - zapytał JJ pakując skrzynie na wózek. Przez umysł technika mknęły różne obrazy. Od pustych skrzyń, poprzez różnorodne lekkie wypełnienie jak jałowe gazy czy wata szklana. Tylko po co Reynoldsowi byłaby wata szklana?

- Dowiesz się za kilka minut… a teraz kołuj drugi wózek, znalazłem TAB 012 - Powiedział sierżant. Po chwili zaś, gdy technik był przy nim, na krótką chwilę był w stanie przeczytać naklejkę na skrzyni, nim zdarł ją Reynolds, pakując do kieszeni.


"TAB 012 - Tactical Atom Bomb"

Wtf?!

- Też lubię wybuchy, ale czy atomówka na misji ratunkowej nie jest przesadą? - zadał pytanie Kapral szukając w pośpiechu drugiego wózka. Reynolds miał świadomość, że JJ był oddany kompanom i nawet poznawczy tajemnicę nikomu by jej nie powtórzył. Technik był fanatycznie lojalny wobec najbliższych mu żołnierzy i sierżant doskonale to wiedział. Byli razem na wielu paskudnych zadaniach wliczając to jedno, którego realizację Jones niemal przypłacił życiem.

- To w ostateczności. Jako totalnie, totalnie ostatni akt desperacji, jakby się wszystko na maksa zesrało - Wyjaśnił sierżant, a JJ zrozumiał o co chodzi, co wcale nie wpłynęło na niego pozytywnie. Gdy wszyscy będą martwi, ostatni odpala fajerwerki… super. - Dobra, to oczywiście nie muszę gadać, że gęba na kłódkę i idziemy do hangarów? - Dodał Reynolds.

- Jestem bystry, ale nie potrafię czytać w myślach. - zaśmiał się cicho technik. - Gdybym nie wiedział, że mam nikomu nie mówić pewnie bym wypaplał. Atomówki to drugi najpopularniejszy temat do rozmów przy podgrzanym MRE. Zaraz po głupich kotach... - Kapral Jones spojrzał na sierżanta. - Tajemnica jest u mnie bezpieczna. Zupełnie jakby jej nie było. - dodał zupełnie poważnie magister Cybernetyki.

*CHD - Comtech Hacking Device
 
Lechu jest offline  
Stary 10-02-2020, 21:07   #17
 
abishai's Avatar
 


ODPRAWA NA MOSTKU, CZYLI RENDEZ-VOUS DLA VIPA I DOWODCÓW

Niecały kwadrans po zakończeniu odprawy, dowódcy poszczególnych plutonów, wraz z da Silvą i jej ochroną, zostali wezwani na mostek “Goliatha”. Załoga statku zakończyła już pierwsze skany kolonii i jej okolicy, czas więc zapoznać się z najnowszymi informacjami… zaryglowane wrota, blokujące dostępu zostały otwarte, po czym pięć osób dołączyło do załogi kręcącej się wśród masy komputerów.

Dowódcą plutonu Alpha był niejaki Brian Welliver, który zdecydowanie był za stary, by być tylko w stopniu porucznika. Zresztą i zachowywał się, jakby był wyższym rangą, nie salutując choćby jako pierwszy kapitanowi statku...

Dowódcą plutonu Charlie była z kolei kobieta, mająca naprawdę krwiste włosy. Chyba była naturalnym rudzielcem, zdecydowanie jednak jej fryzura była na “wspomaganiu”. Louise Brooks uśmiechnęła się miło na powitanie, lekko kiwając głową.

- Witam wszystkich - Odezwał się kapitan Richard Dimond, odstępując od holo-mapy.


- Na dole spokój i cisza… budynki wyglądają na nienaruszone. Na lądowiskach stoi jeden z promów, 400 metrów dalej, leży w dziczy jeden rozbity. Nigdzie nikogo, ani niczego nie widać, pogoda dopisuje. Z głównego kompleksu, podobnie jak z mniejszego, oddalonego w lasach, odbieramy sygnały alarmowe, ale nikt nie odpowiada, leci to pewnie więc na automacie - Wyjaśniał kapitan, pokazując sporo zdjęć różnej rozdzielczości, a nawet i filmik z nagrywania powierzchni, trwający około 20 sekund.
Hawkes spochmurniał, bo i implikacje wynikające ze słów kapitana było przerażające. W skrócie można je było podsumować: “Nikt nie przeżył”. Nie żeby Nathan spodziewał się że będzie inaczej. Alieny były bardzo skutecznym i bardzo szybko działającym pasożytem potrafiącym łatwo zdziesiątkować populację. A jeśli jeszcze na dole była królowa… to cała planeta miała przechlapane.
- Jakie ten statek może zapewnić wsparcie z orbity?- zapytał w końcu Dimonda.
- Nie wdając się w szczegóły, i żeby nie przynudzać, powiem "dużego kalibru" - Zażartował kapitan, a kilku jego załogantów cicho się zaśmiało - Mamy różnego rodzaju rakiety, ale te potrzebują około 3 minut, nim dotrą do celu. No i w ostateczności są też i te z głowicami "A" - Dodał już poważnym tonem.
- Można je precyzyjnie odpalić, czy mówimy o ataku dywanowym?- zapytał porucznik po krótkim namyśle.
- Z dokładnością do 5 metrów - Stwierdził Dimond.
- Chwileczkę - wtracila się da Silva - co to są głowice "A"?- Miała wprawdzie swoje podejrzenia, ale chciała upewnić się.
- Atomowe - Wyjaśnił kapitan.
- Chcecie mi odpalić głowice atomowe w kolonii?- Dyrektor zadała to pytanie śmiertelnie poważnym tonem.
- Tego nikt nie powiedział. Po prostu dobrze wiedzieć, że są takie na pokładzie. Poza tym… zobaczymy co jest tam na dole. Na razie mamy brak sygnałów życia ze schronów. Brak aktywności ksenomorfów nie dziwi, bo skurczybyki bywają trudne do namierzenia, zwłaszcza z orbity.- odparł spokojnie Hawkes.
- Czy podjęto próby namierzenia osobistych nadajników, które każdy kolonista ma wszczepione ?- Pytanie, z oczywistych względów, skierowane było do kapitana Dimonda.
- Niestety, ale z orbity to nie jest możliwe - Kapitan “Goliatha” pokręcił przecząco głową.
- Wiadomo co było przyczyną katastrofy promu?- Veronica zadała kolejne pytanie tym swoim wypranym z emocji głosem.
- Nie bardzo rozumiem pytania - Zdziwił się Dimond, a i kilku załogantów spojrzało w ich stronę znad swoich monitorów.
- Nie można ocenić na podstawie zdjęć rozbitego pojazdu co było przyczyną kraksy. No chyba że jest się specjalistą od wypadków tego rodzaju. A takich nie wozi się na misje.- wyjaśnił Hawkes.- Tym bardziej, że oprócz zdjęć z orbity w takich sprawach są potrzebne czarne skrzynki, oględziny naziemne wraku i tak dalej.
- Jak dla mnie są tylko dwie możliwości - wyjaśniła Veronica ignorując wywód porucznika Hawkesa i zwracając się do kapitana. - Albo prom został zastrzelony, wtedy widać byłoby zewnętrzne uszkodzenie. Albo spadł, ponieważ załoga straciła nad nim kontrolę. Wtedy można założyć, że coś zaatakowało załogę od środka.
- Obu możliwości nie da się stwierdzić, lub wykluczyć, przez obserwację z orbity. Niestety ale jesteśmy za daleko, i na zdjęciach nie widać takich szczegółów - Powiedział spokojnym tonem kapitan.
Zaś Hawkes zwrócił się do pozostałych dowódców.
- Może przejdźmy do planowania pierwszej fazy misji? Oczywistym będzie, że musi zająć i oczyścić z zagrożeń lądowisko. Oraz wypłoszyć lub zniszczyć wszystkie drapieżniki jakie mogły zamieszkać w pozostawionym promie. Zapewnienie sobie bezpiecznej drogi ewakuacji jest kluczową kwestią, zwłaszcza je.. gdy znajdziemy cywili. Z pewnością pozostawiony prom ułatwi tą kwestię. O ile da się bezpiecznie wystartować z planety.
- Czy ma Pan, kapitanie Dimond, cokolwiek co byłoby przydatne? - Da Silva zwróciła się do dowódcy statku.
- Proszę sprecyzować pytanie, pani da Silva - Odpowiedział zagadnięty.
- Jak na razie słyszę tylko, że tego nie można powiedzieć, bo za daleko jesteśmy. Albo nie ma takiego sprzętu. Rozumiem, że złe wiadomości serwuje pan na początek. Czekam na tę dobrą - Veronica skupiła swe spojrzenie na Dimondzie.
Agnes siedziała koło Veronici i słuchała całego raportu zapamiętując ważne uwagi. Swoimi spostrzeżeniami podzielił się z szefową później.
- Mamy naprawdę dobrą kawę - Powiedział kapitan, powstrzymując się od śmiechu, po czym sięgnął po swój kubek i się napił.
- Kawę?- Da Silva posłała kapitanowi lodowate spojrzenie, którym następnie obdarzyła każdego obecnego na mostku. Kapitan jedynie uśmiechnął się półgębkiem i napił kawy… na obu męskich dowódcach poszczególnych plutonów nie zrobiło spojrzenie da Silvy również wrażenia. Za to rudowłosa kobieta, zamrugała oczami.
- Ja tam nic nie wiem… - Powiedziała lekko zmieszana.

Wzrok dyrektor zatrzymał się na poruczniku Hawkesie jako ostatnim.
- Proszę kontynuować swoją wypowiedzi poruczniku Hawkes, uwzględniając przy planowaniu fakt, że mamy naprawdę dobrą kawę. I to z pewnością pomoże oczyścić kolonię z plagi Ksenomorfów. Zastąpi też wszystkie potrzebne panu i pańskim ludziom dane.

- Otrzymaliśmy już dane… wszystkie jakie czujniki tego statku mogły dostarczyć, pani da Silva. Przykro mi że wszechświat nie chce się ugiąć do pani kaprysów, ale nic na to nie można poradzić.- odparł profesjonalnym tonem Nate.- Może następnym razem ktoś u was zainwestuje w nowe technologie dla statków międzygwiezdnych, ale póki co musimy sobie radzić z tym co mamy. Nawet jeśli tego jest niewiele. - Porucznik stał już kilka metrów obok, gdzie dowódcy trzech plutonów spoglądali na komputerową mapę kolonii, wyświetlaną na specjalnym do tego celu stole.
- Więc, jak odgórne rozkazy mówią, siadamy na lądowiskach, i zabezpieczamy je. Pluton Alpha zostaje, a Bravo i Charlie wchodzą do kompleksu i go badają… - Głos zabrał Welliver, dowódca plutonu Alpha. Chyba chciał przejąć inicjatywę przy stole.
- Proponowałbym wpierw zajęcie wspólnie jednego lądowiska, tego z porzuconym cywilnym promem. A dopiero po zapoznaniu się z sytuacją na powierzchni… przejście do zajmowania kolejnych.- zasugerował Hawkes.- Wszak tak naprawdę z początku potrzebujemy tylko jednego lądowiska i nie ma co ryzykować przedwczesnym rozpraszaniem sił.
- Jak tam chcecie poruczniku, możecie i z całym plutonem wylądować NA promie, ale my was sprzątać nie będziemy… - Oficer z blizną na twarzy, uśmiechnął się szyderczo, i mimo, że mówił do Hawkesa, spojrzał na Brooks, na co ta jedynie zacisnęła usta. A Hawkes jego przechwałki zignorował, tym bardziej że Welliver gadał jak potłuczony uważając siebie z jakiegoś samca alfa. Nate miał w nosie jego ego, bardziej martwiła go jego głupota.
Veronica da Silva z politowaniem patrzyła na przepychanki między porucznikami… a skoro Hawkes się nie odzywał, to Welliver kontynuował:
- Badamy główną część kolonii, szukamy kolonistów i eliminujemy Xeno. Jeśli warunki będą sprzyjające, to samo z kopalnią… choć bardziej bym wolał te oddalone laby farmaceutyczne, czy co to tam jest w tych lasach oddalone, skoro stamtąd też idzie sygnał alarmowy.
-W sumie lepiej najpierw laboratoria, a na koniec kopalnia.- zgodził się z nim Nate uznając kopalniany kompleks za najbardziej niebezpieczny. Tam, według niego, znajdowała się królowa i jej dzieci. I wolałby się tam udać, dopiero z obiecanymi posiłkami.
- Pójdziemy tam gdzie będzie najwięcej wskazań sygnałów kolonistów - da Silva odezwała się zza pleców żołnierzy.
- Sygnał nie oznacza żywego kolonisty.- przypomniał jej Hawkes.- Sytuację na miejscu należy ocenić.
- To można dopiero potwierdzić na miejscu - odparła Veronica.
- Lub wywnioskować z otoczenia. Jeśli dużo sygnałów pochodzi z wilgotnego ciemnego acz ciepłego obszaru o niskich cechach obronnych, to można łatwo założyć, że jest to legowisko czy żerowisko kseno, a sygnały pochodzą od trupów. To nie jest wycieczka po parku, a my nie mamy przewagi liczebnej nad kseno by zachowywać się beztrosko.- odparł spokojnie, acz chłodno Nate.
- Macie zneutralizować zagrożenie - powiedziała pani dyrektor.
- Tak. I nie zrobimy tego dając się wyrzynać jak frajerzy.- Hawkes rozumiał rozterki dyrektor, ale jej ośli upór powiązany z ustawicznym ignorowaniem powagi sytuacji w jakiej się znaleźli powoli mu zaczął działać na nerwy.
- Taktyka, lub jej brak, to wasze zadanie - da Silva wskazała palcem na troje oficerów.
- Więc proszę się w nią nie wtrącać z łaski swojej.- odgryzł się Hawkes.
- Jak na razie widzę jej brak - powiedziała spokojnie kobieta. - Wygląda na to, że nie możecie się Państwo zdecydować. Długo tak będzie?
- Z całym szacunkiem Ma'am, ale byłoby szybciej, bez właśnie takich durnych przerywników. Więc albo pani nam pomoże ułożyć plan działania, albo proszę stulić dziubek - Warknął Welliver.
- Skoro ja ich tak rozpraszam, to co zdziała królowa Ksenomorfów? - Veronica zadała to pytanie swojej asystentce.
- Pewnie zdecydowanie mniej, bo na szczęście Xeno nie umieją tyle kłapać jadaczką - Powiedział Brian, niby wielce wpatrzony w mapę.
- To proszę się cieszyć, że jesteśmy po tej samej stronie - pani dyrektor ponownie zwróciła się do udających wielce zajętych oficerów. Którzy już zajęli się dogadywaniem szczegółów podziału obszarów do opanowania, godziny rozpoczęcia misji i innych nudnych acz koniecznych detali.

 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 10-02-2020 o 21:24.
abishai jest offline  
Stary 11-02-2020, 07:47   #18
 
Obca's Avatar
 
Po naradzie.


Po naradzie na mostku Agnes i Veronika miały chwile samotności i prywatności...na tyle ile idąc pustym korytarzem mogło to zapewniać. O ile androidka nadal roztaczala wokół siebie aure spokoju i obojętności ti jej szefowa nie podzielala tych uczuc.
- Hawkes, z pełną premedytacją, dał podwładnym swoją milczącą zgodę na takie zachowanie- powiedziała w końcu Veronica. - Nie wiem czy świadomy jest nietaktu jakiego dopuścił się. I jakie mogą być konsekwencje tego nietaktu?


- Wątpię, choć nie wszyscy chyba idą ślepo za porucznikiem. - Odpowiedziała Agnes. - Być może trzeba się trzymać i wspomagać konkretny part tej drużyny. - Zasugerowała androidka.


- Dziel i rządź- da Silva uśmiechnęła się kwaśno. - Niestety na tym organizmie ta zasada może doprowadzić jego śmierci. A mi zależy na jego sprawny funkcjonowaniu. Może trzeba było potwierdzić ich obawy? I wmówić im, że sami te jaja tam produkujemy. Bo widać tego oczekiwali. Że potwierdzę ich koszmary. Jakby im Xenomorfy nie wystarczyły.


- Wtedy pewnie musiałabym cię bronić przed całym plutonem. Co do organizmu...wydaje mi się że działania porucznika będą krótszą drogą do porażki tej misji niż trzymanie się ludzi przychylnych. - Dodała murzynka wkładając ręce do kieszeni spodni. Wyglądała teraz swobodnie.


- Trzeba przyjrzeć się tej grupie i ustalić lidera. Może to coś pomoże?- Veronica sama nie była zbyt przekonam co do prawdziwości swoich słów. - Ktoś naprawdę spieprzył sprawę.


- Ten co odezwał się pierwszy to starszy kapral Shinichi Hirakawa. Jest najstarszym stopniem w bravo dwa. - Odpowiedziała Agnes przypominając sobie strukturę hierarchii plutonu Bravo. - Ten Kapral Jacob Jones też jest od niego, jest technikiem. Evanson należy do Bravo 4….- Agnes powiedziała jeszcze przynależność reszty załogi co wstali wychodziło że najbardziej przychylna im będzie Bravo dwa.


- Już lepiej postać atomówki na dół. Mniej szkód narobią - mruknęła Veronica. - Czego ja oczekuję od zwykłych żołnierzy, skoro ich przełożeni prezentują postawę skrajnie nieprofesjonalną?


- Teraz mamy za mało informacji co się tam dzieje….ale dobrze wiesz że być może będzie to jedyne wyjście by organizmy nie rozpleniły się na resztę planet. - Po raz pierwszy raz słowa Agnes miały barwę. Androidka brzmiała trochę smutno.


- To oznacza dla nas bankructwo - powiedziała obojętnym głosem pani dyrektor.
-Jest to prawdopodobieństwo którego nie wolno ignorować. - Agnes wróciła do swojego obojętnego tonu.


- I które rośnie w miarę poznawania tych specjalistów, których dostarczył nam korpus- ton wypowiedzi wyraźnie sugerował, że Veronica da Silva nie była zadowolona z jakości usług marines.


- Nie wiem czy w takim razie jest dla ciebie bezpiecznie na powierzchni. Pozostaje mi apelować byś przemyślała zostanie na statku. - Zasugerowała Agnes.


- Przecież mnie tu nie zostawisz, żeby samej wszystkiego dopilnować. A ktoś musi patrzeć na ręce tym specjalistom i dokumentować ich poczynania - pani dyrektor przyjęła do wiadomości, słuszne zresztą, argumenty Agnes. Ale podobnie jak asystentka wiedziała, że musi tam polecieć.


- Powinnaś dostać broń do obrony...na wszelki wypadek jakbym nie była wstanie ci pomóc. -Powiedziała asystentka, opuszczając dywagacje na temat czy Victoria powinna pozostać na statku i przeszła do poddawania jej pomysłów jak ta powinna się zabezpieczyć tam na dole.
 
Obca jest offline  
Stary 11-02-2020, 20:27   #19
 
Buka's Avatar
 
Marines z wszystkich trzech plutonów zaczęli się zbierać w głównym, ogromnym hangarze statku, czekając na zakończenie mini-odprawy dowódców na mostku kapitańskim… i żeby im się czasem nie nudziło, i żeby byli “rozgrzani”, sierżant Reynolds, ledwie wrócił z trzema skrzyniami, w towarzystwie JJ, postanowił rozruszać towarzystwo.

- Dobra panienki! To w trzech szeregach zbiórka! - Ryknął podoficer na swój oddział, i gdy po trzech sekundach się ustawili, łypnął krytycznym okiem na pluton - No… no… wyglądacie prawie jak wojsko! - Powiedział chodząc w tą i z powrotem przed nimi - Błyszczycie jak psu jajka, normalnie cacy na defiladę! Ale my tu by nie paradować, my Marines! - Spojrzał na nich mrużąc oczy.
- Ooorah! - Krzyknął pluton Bravo.
- To teraz parę rundek wokół hangaru, żeby rozruszać kości! - Reynold uśmiechnął się trochę wrednie.

W pełnym sprzęcie, z plecakami, z bronią, z tymi wszystkimi licznymi kilogramami… niektórzy pewnie puścili niezłe wiązanki, choć oczywiście jedynie jako wewnętrzny monolog, nie komentowało się nawet szeptem rozkazów sierżanta(tak, on to słyszy!). Widoczne było jedynie przewracanie oczami. Operatorzy Smart Gun odpięli szybko swoje M56 z uprzęży, no i się zaczęło. Sierżant biegł obok oddziału, nie stronił od wysiłku fizycznego, nie unikał tego, co wykonywała reszta plutonu.Tak powinno być, i za to go jednocześnie wielbili, jak i ogólnie nienawidzili.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=TLmlgCteCMw&t=28s[/MEDIA]

Po dwóch rundkach wszyscy byli rozgrzani.

I to bardzo.

Ale oczywiście podziałało. Krew i adrenalina buzowała w ciałach, byli gotowi, byli podkręceni, wiedzieli, iż się zaraz zacznie. Początkowe uniesienie brwii zdumionych sierżantów innych plutonów, również zniknęło, i dwa pozostałe oddziały także zajęły się ćwiczeniami fizycznymi. Ale pluton Bravo i tak wypadł najlepiej.

- Jesteśmy… kurna… najlepsi... z najlepszych... - Wydyszała z uśmiechniętą gębą Bowens, przybijając z Richards “żółwika”.

Piloci kręcili się wokół swoich maszyn, podobnie jak kierowcy transporterów opancerzonych. Kilku załogantów “Goliatha” systematycznie podwoziło różnorodny sprzęt małymi wózkami...


***


- Oficer na pokładzie! - Ryknął ktoś, gdy w hangarze zjawili się dowódcy plutonów, wraz z kapitanem statku, w towarzystwie da Silvy i Agnes. Około 90 osób stanęło na baczność.
- Spocznij! - Dimond zasalutował do wszystkich, po czym zajął miejsce na samym środku. W tym czasie każdy porucznik dołączył do swojego oddziału, a pani dyrektor i jej ochrona do Bravo…

- To misja ratunkowa. Pamiętajcie o tym. Jej celem jest uratowanie kolonistów, kolonii, i wyeliminowanie wszelkiego zagrożenia ze strony Xenomorfów - Przemówił spokojnym tonem Dimond - Pani da Silva jest waszym doradcą, przewodnikiem, głosem sumienia i porządku. To jej kolonia... - Kapitan “Goliatha” podkreślił ostatnie słowa, a prawie 90 osób, niczym jeden, na sekundkę zerknęło na nią, zwracając głowy, co... no cóż, mimo kamiennego wyrazu twarzy kobiety, i tak ją poruszyło wewnętrznie.
- Udanych łowów! Pakować się Marines! - Dimond zakończył.
- Ooorah! - Trzy oddziały na moment znowu stanęły na baczność, prężąc klaty, kapitan zasalutował, po czym regulaminowo zrobił w tył zwrot.

W tym momencie w hangarze zapanował spory zamęt. Zawarczały silniki podjeżdżających APC, ruszyły ogromne suwnice na sufitach, powoli przesuwając UD-4L na odpowiednie miejsca, z kolei inicjatywę przejęli sierżanci, wydając rozkazy kapralom poszczególnych drużyn…
- Każdy zapakuje do swojego plecaka dodatkowo pięć MRE i pięć butelek wody dla kolonistów, nie wiemy w jakim są stanie, może potrzebują żywności! - Reynolds wskazał dłonią na dwie skrzynie, oznaczone właśnie jako posiadające zawartość w postaci “żelaznych racji żywieniowych”. Pluton Bravo już owe skrzynie miał pod nosem, inne plutony musiały je dopiero otrzymać…

W czasie, gdy Marines pobierali dodatkową żywność, sierżant przyniósł również dwa pancerze M3, dla dyrektor i bodygardki, oraz plecaki z kilkoma przydatnymi w nich rzeczami. Pokazał im jak założyć pancerze, a nawet tu i tam pomógł z zapięciami, i tym podobnymi. Wszystko jednak profesjonalnie, spokojnie, choć i nieco sztywnie. Bez żadnych głupich komentarzy, czy dotykania, gdzie nie trzeba… da Silva miała wtedy do niego małą prośbę. Spełnił ją. A porucznik Hawkes niczego nie zauważył.

~

- Drużyna 1 i 4 do APC, ale bez Evansona! - Teraz porucznik Havkes wydawał rozkazy - Reszta do UDL! Go! Go! Go!

Jako pierwsi, Marines zapakowali się do Cheyenne, do ładowni tuż za kabiną pilotów, by zająć tam miejsca na siedzeniach dla desantu. Rozdzielony Kowalski z Evansonem, stuknęli się nadgarstkami, w geście pozdrowienia.
- Do zobaczyska na dole, w piekiełku - John pozdrowił kumpla.

To było dziwne uczucie. Siedzisz w latającym, ciasnym czołgu, otoczony z każdej strony metalem, a tu niemal prosto na ciebie wjeżdża po chwili kolos APC, zatrzymując się ledwie o pół metra... w środku zaś siedziała drużyna 1 i 4, wraz z da Silvą i Agnes. Pokazano kobietom gdzie mają siadać, zamknięto je w zabezpieczających uprzężach. Wszystko drżało, wszystko się trzęsło, było dosyć ciasno wewnątrz transportera.
- Za chwilę będzie jeszcze lepiej - Uśmiechnął się bezczelnie Deluca, siedzący na wprost pani dyrektor.

APC w końcu znieruchomiał, wyłączono silnik, i nastała względna cisza. Pojazd znajdował się już wewnątrz UDL. Po chwili pojawiło się kolejne drżenie i wibracje, o wiele mocniejsze. Teraz sam “Cheyenne” był ustawiany na swoje miejsce, za pomocą ogromnej suwnicy, do której był jeszcze przytwierdzony latający czołg. Ta przesunęła go gdzie trzeba, na końcu opuszczając i do przeznaczonej do tego śluzy desantowej “Goliatha”.


Podobne czynności rozgrywały się w całym ogromnym hangarze, przygotowując statki desantowe do zrzutu z orbity.
- Nazywamy to “windą do piekła” - Wyjaśniła nagle Kapral Winters, po czym w jej dłoni pojawił się… ochraniacz nazębny. Pani da Silva zaczęły się pocić dłonie.

Po wielu komunikatach, potwierdzających, gotowość wszystkiego i wszystkich...
- Przygotować się do skoku - Rozległ się nagle głos pilota w głośnikach, zarówno w samym APC, jak i ładowni UDL - Pięć, cztery, trzy...

- Proszę uważać na swój język, łatwo odgryźć - Winters powiedziała to wcale nie wrednym tonem, po czym szybko założyła ochraniacz, i złapała się dłońmi przed sobą pałąków zabezpieczających swojego siedzenia.
- ... jeden, go! - Dokończył pilot, i latający czołg runął w dół, opuszczając “Goliatha”.

Uczucie było naprawdę parszywe. Wydawało się, że żołądek, płuca, serce, a nawet krew w nogach, wszystko, po prostu wszystko, chciało wydostać się przez szyję, wywołane przeciążeniem opadającego ku planecie w zawrotnym tempie UDL. A do tego ta ciasnota, te wstrząsy, wibracje… odgłosy trzeszczącego metalu??

- Woooooo-haaaaaaaa! - Wydarł się jakiś dowcipniś.

Osiem minut. Osiem cholernych minut, nim dotrą na powierzchnię planety… choć po kilku pierwszych, trochę jakby się wszystko uspokoiło.
- Poruczniku, McNeel zemdlała! - Zameldował nagle Ehost. I faktycznie, głowa dziewczyny, lekko odchylona w bok i do tyłu, podrygiwała bezwładnie, a sama Joann miała zamknięte oczy.
- Czy ona żyje?? - Spytała plutonowa lekarka, a porucznik zerknął na monitory APC, po czym dał pozytywną odpowiedź. Nie było jednak czasu na nic więcej, ani nawet na opuszczanie własnych miejsc. Pilot zameldował, iż wchodzą w atmosferę planety, i znowu wzmogły się wstrząsy.

Pani da Silva wytrzymywała jednak wszystko dzielnie.

Tymczasem, w ładowni UDL…
- Ferris, kurwa! Zesrałeś się?? - Oburzył się nagle sierżant Reynolds, ponieważ faktycznie, nieźle zaśmierdziało. Poczuł to również - bardziej niż by chciał - siedzący obok Sting.
- Nie sierżancie, ale pierd mi się wymknął! - Odpowiedział zmieszany Sanitariusz, na co wiele osób zarechotało, zatykając sobie nosy.




Planeta Summit
Czas misji 00:08:23
Czas lokalny 15:30:28

Cheyenne leciały nad lasami, zajmującymi 70% powierzchni planety. Z daleka już, na ich tle, odznaczały się budynki głównego kompleksu kolonii, i znajdującej się nieopodal kopalni. Wkrótce maszyny zaczęły krążyć nad samą kolonią i lądowiskami, a piloci składali meldunki:

- Wszędzie spokój… brak aktywności na zewnątrz… odczyty w normie… brak widocznych uszkodzeń… Alpha ląduje… Alpha zabezpiecza lądowisko… Bravo ląduje...

UDL osiadł na płycie lądowiska, lekko zatrzęsło. Z jego wnętrza wyjechał APC z da Silvą, Agnes, i połową plutonu. Za nimi wysypała się reszta oddziału(Go! Go! Go!), a Cheyenne ponownie poderwał się w górę, by teraz zabezpieczać najbliższy teren z powietrza. Nadlatywał już kolejny, od Charlie…

Opancerzony transporter zatrzymał się po przejechaniu ledwie 30 metrów w kierunku głównego wejścia do budynków, a dwie drużyny pod dowództwem Reynoldsa, lekko rozproszone wokół APC, zabezpieczały teren... Sting sprawdził pobliskie, otwarte hangary przez obiektyw lunety karabinu, i nie zauważył niczego podejrzanego.

Pluton Alpha rozstawił 8 Sentry Gun w niecałe 2 minuty w dużym pierścieniu, by dodatkowo zabezpieczały lądowisko. Następnie jedna z jego grup pognała do stojącego samotnie promu, by sprawdzić jego wnętrze. Lukę w zabezpieczaniu Alpha, wypełniła grupa Bravo 3.

Pani dyrektor oglądała wszystko przez kamery samego pojazdu w jakim się znajdowała, jak i poszczególne kamery, jakie mieli na sobie Marines, z przydzielonego jej plutonu. Po kilku chwilach, żołnierze Alpha opuścili prom, a jeden z nich chyba zwymiotował.
- W środku masakra... - Zameldował ktoś przez komunikator.

- Do przodu. Zrobić miejsce dla Charlie - Odezwał się dowódca plutonu Alpha, Brian Welliver, poganiając Bravo, i czy Hawkes chciał, czy nie, innej możliwości nie było. APC ruszył w stronę głównego wejścia do kompleksu, a dwie drużyny na zewnątrz, na jego flankach, podobnie.

….

- Otwierasz Jacob! - “Shini Hira” zwrócił się do Technika, a ten zaczął majstrować przy konsoli obok dużych wrót. Po kilku chwilach coś zgrzytnęło mechanicznie, a stalowe, grube wrota rozsunęły się na boki. Marines cofnęli się nieco, celując do wnętrza budynku z broni, a APC zapalił swoje reflektory. W środku wielkiego holu panował lekki półmrok, a Motion Trackery piechoty na zewnątrz nie wykryły żadnego ruchu. Reynold kiwnął więc na APC palcami, i ten wjechał do wnętrza, a Marines wślizgnęli się bokami.

- Dużo porozrzucanych rzeczy… powietrze nieco zatęchłe, słabe oświetlenie… ślady krwi na podłodze... - Meldował sierżant - Evanson na prawą flankę do Pitsa… wszelkie drzwi wyglądają na zaryglowane przez system...


Nadjechał i APC plutonu Charlie, z porucznik Lousie Brooks, a przy nim zasuwała na piechotę połowa ich oddziału. Grupa Bravo 2 i 3(z Arciem) weszła więc głębiej w kompleks kolonijny. Jakieś 20 metrów do przodu, czujnie rozglądając się, i zabezpieczając teren metr po metrze.

APC Charlie dokonał desantu przed głównymi wrotami - jeszcze na zewnątrz kompleksu - i już cały ich pluton rozproszył się po chwili wokół APC Bravo, zabezpieczając hol. Porucznik Hawkes spojrzał wewnątrz pojazdu na da Silvę.
- Czas wysiadać - Powiedział, po czym omiótł wzrokiem Marines w transporterze - Zwarci i gotowi. Go!

Marines wyskoczyli z pojazdu, zabierając ze sobą i panią dyrektor i bodygardkę, by dołączyć do reszty plutonu, który był na szpicy…
- Kurwa, tu leży czyjaś ręka - Usłyszeli nagle właśnie z tamtego kierunku głos Salasa.







***

Komentarze jeszcze dzisiaj
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline  
Stary 17-02-2020, 23:53   #20
 
Grave Witch's Avatar
 

Po śniadaniu, odprawie i rozmowie z da Silva, Elin udała się najpierw by sprawdzić zasoby medyczne, co zajęło jej trochę, a później do jedynego miejsca, w którym zawsze czuła się dobrze. Do ambulatorium. Potrzebowała chwili dla siebie, z dala od marines, sporów i ponurych wizji. Jeżeli miała pomóc swoim ludziom to musiała być w jak najlepszej formie.
Na szczęście w ambulatorium nikogo nie było więc mogła swobodnie wchłaniać znajomą atmosferę tego miejsca. I nie liczyło się to, że na dobrą sprawę nie było jej znajome. Zaraz też myśli zaczęły odpływać. Oczywistym ich celem była kolonia i problemy z nią związane. Kolejnym była kwestia da Silvy i korporacji. Wreszcie jednak dotarły do przyjemnych rejonów. Porucznik Hawkes. Z lekkim uśmiechem na ustach zaczęła wspominać ich pierwsze spotkanie...



To był ten okres w jego życiu. Niekoniecznie lubiany. Badania okresowe. Po to by sprawdzić, czy wszystkie kawałki ciała ma na miejscu. Czy oddycha jeszcze swoimi płucami.
Niemniej uniknąć tego nie mógł, więc skierował się do skrzydła medycznego i zaczął szukać nazwiska lekarza, do którego miał się zgłosić, wędrując od drzwi do drzwi.

Elin miała już trochę dość. Nie żeby nie lubiła tych godzin spędzonych w gabinecie, wolała jednak zajmować się osobami które faktycznie potrzebowały pomocy lekarza niż wysoce negatywnie nastawionymi mężczyznami i kobietami, którzy z przymusu przekraczali jej próg. Był to jednak standardowy etap szkolenia więc nie mogła sobie pozwolić na to by okazać niezadowolenie. Gdy drzwi ponownie stanęły otworem przywdziała zawodowy uśmiech i powitała kolejnego “nieszczęśnika”.
- Doktor...Holon?- rzekł mężczyzna wchodząc do środka, wyraźnie zaskoczony tym co zobaczył. Pewnie spodziewał się kogoś starszego i… mężczyzny.
- Zgadza się - skinęła głową. - Porucznik Hawkes? Zapraszam - wskazała na leżankę, większą uwagę skupiając na danych wyświetlanych przez komputer niż samym mężczyźnie. Jeżeli nawet zauważyła jego zaskoczenie to nie dała tego po sobie poznać.
- To nie potrwa długo - zapewniła przyjaźnie, przeglądając dane z poprzednich badań. Wątpiła by coś mu dolegało, chociaż opinia ta wydana została jedynie na pierwszy rzut oka.
- Przebieralni nie będzie?Tylko podstawowe badania? - zapytał podchodząc do leżanki i zerkając na pośladki dziewczyny. Nie tak łatwo było zignorować zalety jaką był obcisły mundur lekarki.
- Czy wymaga pan badań szczegółowych? Jakieś szczególnie istotne zmiany od ostatniego badania? Urazy? Choroby? - jeszcze jedno zerknięcie na dane i powoli zaczęła przenosić uwagę na samego pacjenta. - Problemy ze wzrokiem? Bóle głowy? - zadawała kolejne pytania obserwując go uważnie. Pomimo tego, że była to tylko standardowa procedura, jakoś nie miała zamiaru po prostu odhaczyć kolejną osobę jak robili to niektórzy. Nie znaczyło to także że zamierzałą go tu trzymać przez godzinę poddając niepotrzebnym testom. Zdecydowanie wolała metodę plasującą się mniej więcej pośrodku.
- Tak intymnie?- zażartował Nathan i westchnął wiedząc jak kiepski to żart.- Może trochę kiepsko sypiam, ale to pewnie wina że jeszcze nie nawykłem do tego miejsca. Jestem tu ledwo od tygodnia.
Zignorowałą jego żart.
- Jeżeli owe problemy nie miną w ciągu kolejnego do dwóch, proszę się do mnie zgłosić - zaoferowała. - No dobrze, to zacznijmy - dodała wstając. Hawkes z pewnością nie miał ochoty spędzić w jej gabinecie ani minuty dłużej niż musiał. Z tą myślą zabrała się do badania, skupiając tylko na tych, które były niezbędne. Jak obiecała na początku, nie trwało to długo.
- I to by było na tyle - oznajmiła, cofając się i jeszcze przez chwilę mierząc go uważnie wzrokiem. - Nie widzę nic co by mogło stanowić jakikolwiek problem. Jest pan okazem zdrowia - pochwaliła, nadal utrzymując ów fachowy uśmiech za którym mogło się kryć właściwie wszystko.
- A pani doktor… używa wyjątkowo przyjemnych perfum.- odparł Nathan z uśmiechem siadając na łóżku.- Niedawno przybyłem do tej bazy… gdzie tu się najlepiej stołować?
Jej usta drgnęły nieco, całkiem jakby ów uśmiech miał się nieco poszerzyć, jednak do niczego takiego nie doszło.
- Wszędzie byle nie w bazie - odparła, powracając na swoje krzesło. - Chociaż to także zależy od tego o której godzinie się tam pojawić. Osobiście poleciłabym niewielki lokal o banalnej nazwie “Syrena”. Znajduje się niedaleko bazy i łatwo do niego trafić. Wystarczy zapytać pierwszego lepszego przechodnia - poradziła, zabierając się za uzupełnianie danych, żeby mieć to z głowy zanim pojawi się kolejna osoba.
- Brzmi jak… bar z dobrymi trunkami. Ale skoro ty polecasz, to cóż… mam zaufanie do twojego dobrego gustu. Jeśli nie masz nic przeciw, to poczekam aż skończysz i może zaprowadzisz mnie tam? Po badaniu i tak nie mam nic do roboty. Postawię ci obiad w ramach rekompensaty za znoszenie mnie.- zaproponował Nate po chwili namysłu.
- To niezwykle uprzejme z twojej strony jednak dziś nie mogę - odparła, siłą woli tłumiąc westchnięcie. - Jestem jednak pewna że bez problemu znajdzie pan kogoś, kto z ochotą na taki obiad się wybierze - dodała dla złagodzenia negatywnego wydźwięku odmowy. Udało się mu jednak odciągnąć na chwilę jej uwagę od pracy.
- Kiedy wyrusza pan na misję, poruczniku? - zapytała, pragnąc odwrócić od owej odmowy uwagę. Nic się w końcu nie stanie jak poświęci dwie minuty na luźną rozmowę.
- Jeszcze nie wiem, ale ponoć wkrótce. Może za tydzień, albo dwa… to będzie moja pierwsza misja.- wyjaśnił Nate jakoś nie spiesząc się do wyjścia.
Na chwilę przez maskę uprzejmości przedarło się zaskoczenie.
- Jakaś interesująca lokacja? - dopytywała, na wszelki wypadek odwracając się z powrotem do komputera.
- Jeszcze nie wiem… słyszałem plotki o kolonii, która nie dość że się zbuntowała to zabrała za rozbój i piractwo.- wspomniał Nathan w zamyśleniu.-Ale nie wiem na ile to prawda.
Elin skinęła tylko głową.
- Cóż, w takim razie życzę powodzenia. - Bez dwóch zdań było to pożegnanie i to dość wyraźne. Ona także słyszała podobne plotki i o ile się co do nich nie myliła, wkrótce miała ponownie spotkać porucznika Hawkesa.



Biuro porucznika, świeżo mianowanego na dowódcę, to było coś co raczej nie rzucało się w oczy. Świeżak jakim był Hawkes dostał najmniejsze z nich. Jedynie z podstawowym wyposażeniem. Ale i tak się cieszył jak dziecko.
Ową radość przerwało pukanie, nieco nerwowe, co dało się wyczuć po nieregularnych przerwach między jednym uderzeniem, a drugim.
- Wejść.- rzekł pospiesznie porucznik przeglądając pliki oddziału.
Drzwi otworzyły się natychmiast ukazując w przejściu młodą kobietę.
- Kapral Holon melduje się na służbie, poruczniku - zaanonsowała swoje przybycie zamykając za sobą drzwi. Nie uśmiechała się ani nie dała po sobie poznać, że go rozpoznała. Stanęła na baczność, zasalutowała, wszystko jak należy, całkiem jakby ktoś skopiował i wkleił z podręcznika.
- Kapral… Holon. - spojrzał w górę na dziewczynę. Uśmiechnął się wrednie.- Z tą Syrenką to mnie trochę oszukałaś.
- Czyżby jedzenie nie smakowało? - zapytała niewinnie, opuszczając rękę, chociaż nadal stojąc na baczność. - Z tego co słyszałam powinno zaspokoić nawet wybredne gusta i podniebienie. Podobnie jak atrakcje podawane na przystawkę - dodała, a kąciki jej ust zaczęły drżeć nieco, jakby miały dość poddawania się jej woli.
- Ciężko się było skupić na jedzeniu w takich warunkach.- odparł ironicznie Nate i wskazał dziewczynie krzesło.- Winienem jednak zabrać cię tam, byś mogła się przekonać jak sie tam je posila.
A gdy usiadła dodał.- W końcu nie powinno się polecać, czegoś czego się samemu nie spróbowało.
- Jeżeli tylko nadarzy się okazja - odparła niezobowiązująco. - Osobiście nie gustuję jednak w podobnych lokalach. Ten konkretny był po prostu niezwykle zachwalany zarówno wśród kadetów jak i rangi oficerskiej zatem ryzyko tego, że tamtejsza kuchnia jest poniżej standardów było stosunkowo niewielkie - dodała na swoje usprawiedliwienie, chociaż w głębi ducha wcale nie czuła się winna z powodu tego niewinnego psikusa.
- I podejrzana nazwa… nie zwróciła pani uwagi? - dopytywał się Nathan i zerkając na zapisy w komputerze nacisnął przycisk.- Wygląda na to, że trafi pani pod moje dowództwo od… teraz.
- To zgadza się z informacjami które otrzymałam - odpowiedziała, uznając że lepiej będzie pominąć temat owego lokalu. Może jak nie będzie o tym wspominać to Hawkes w końcu zapomni, chociaż w sumie rzeczy trochę w to wątpiła.
- Jak na razie są jeszcze sprawy organizacyjne, ale na obiedzie chcę z panią przedyskutować kwestie zaopatrzenia medycznego. Wie pani, gdzie mnie wtedy znaleźć, prawda?- porucznik nie zapomniał i planował własny żarcik.
- Tak - odparła krótko. Raczej nie było zbyt wiele takich miejsc, w których mógłby ów obiad zjeść. Jeżeli nie będzie go w mesie to zapewne będzie tutaj. W najgorszym razie trzeba będzie kogoś zapytać o jego miejsce pobytu.
- Czy to wszystko? - zapytała uprzejmie. Miała jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, nie wspominając nawet o rozpakowaniu i sprawdzeniu owych zapasów.
- Tak. To wszystko na razie.- odparł z uśmiechem Nathan.
- W takim razie do zobaczenia na obiedzie poruczniku - odparła wstając. Zasalutowała, a następnie ruszyła w stronę drzwi, za którymi też zaraz zniknęła. Miała nadzieję że zdąży ze wszystkim zanim ponownie przyjdzie jej rozmawiać z dowódcą.



W sumie, gdy się nad tym bardziej zastanowić, to mogła się spodziewać takiego właśnie obrotu sprawy. Gdy poszukiwania spełzły na niczym zarówno mesie jak i w biurze porucznika, do głowy przyszło jej że oto nadeszła chwila zapłaty. Niestety, ostatnie miejsce do którego chciałaby się udać było akurat tym, do którego najwyraźniej iść musiała.

“Syrenka”, bo oczywiście to tam ów obiad miał mieć miejsce, faktycznie znajdowała się niedaleko bazy i co za tym szło, jej główni klienci właśnie z owej bazy pochodzili. Było to miejsce dość czyste, co Elin przywitała z westchnieniem ulgi. Niestety, było także głośne, pogrążone w półmroku i pełne półnagich panien, niektórych nawet młodszych niż ona sama. Wśród bywalców przeważali mężczyźni chociaż było także kilka kobiet. Holon nie miała zamiaru oceniać, znacznie bardziej zależało jej na jak najszybszym załatwieniu sprawy i, o ile było to możliwe, na tym by jej nikt przy okazji nie rozpoznał. Starając się nie wyróżniać za bardzo zaczęła krążyć po lokalu próbując wypatrzeć swojego oprawcę przy którymś z ustawionych pod ścianami stolików.
Zauważył ją pierwszy i skinął ku niej ręką… zwracając uwagę na siebie, jak i na nią.
Parę osób odwróciło się i spojrzało w jej kierunku i była niemal pewna że co najmniej dwie ją rozpoznały. Starając się zdusić frustrację, ruszyła w jego kierunku.
- Cieszę się że w końcu pana znalazłam - rzuciła w ramach przywitania, wysilając przy tym na uprzejmy uśmiech. Usiadła też zaraz nie czekając na zaproszenie, nie miała zamiaru ani stawać na baczność ani salutować.
- Ja też się cieszę, że się tu spotykamy. Niech sobie pani wyobrazi moją minę, gdy pierwszy raz tu wszedłem. Ech… w porze obiadowej.- odparł ironicznie Nate i dodał.- Ale nie jest tak źle. Można się przyzwyczaić. No i głupio jest uciekać jak tu weszło przypadkiem.
- Rozumiem, że mój żart nie przypadł panu do gustu - wysiliła się by podjąć temat, chociaż najchętniej miałaby to wszystko za sobą. - Nie miałam na myśli nic złego, zapewniam. Po prostu nie nie gustuję w tego typu… obiadach - wyjaśniła poprawiając się przy tym jakby się jej niezbyt wygodnie siedziało. - Wolałabym tą sprawę wyjaśnić od razu żeby nie było później jakiś nieporozumień.
Rozejrzała się nieco nerwowo po sali, po czym przesunęła tak żeby jak najmniejsza ilość osób była w stanie zobaczyć jej twarz. Najchętniej wyszłaby już teraz ale… Cóż, bez dwóch zdań byłoby to głupie i być może także wysoce niekorzystne dla dalszej współpracy z Hawkesem.
- Przyjmijmy że jesteśmy kwita. Ty zażartowałaś sobie ze mnie, ja z ciebie.- Hawkes objął lekko ramieniem dziewczynę i lekko przytulił.- Jak chcesz to się oboje przesuniemy w lewo i będziesz bardziej kryta.. przed kelnerkami. Wtedy zabiorę rękę. Nie chcę byś sądziła, że chcę ci zrobić krzywdę.
Elin zesztywniała gdy tylko poczuła jego dotyk.
- Nie uważam by miał pan taki zamiar - zapewniła po chwili, skinieniem głową zgadzając się z jego pomysłem. - Gdyby było inaczej to z pewnością bym się tu nie pojawiła - dodała, chociaż oczywiście nie miało to aż tak dużo wspólnego z prawdą. Potrafiła o siebie zadbać. Poza tym uważała to spotkanie za służbowe, co nadawało mu nieco inną rangę.
- Cieszę się, że wykazał pan wyrozumiałość - kontynuowała. - Czy możemy w takim razie przejść do powodu tego spotkania?
- Niech się pani nieco rozchmurzy.- odparł Nate wyjmując pada z kieszeni, po tym jak jego ramię przestało otulać Elin.- To miejsce nie gryzie. Co chcesz na obiad, bo ja złożę zamówienie… a potem zajmiemy się obowiązkami. Ufam, że masz listę leków o którą trzeba złożyć podanie do kwatermistrza?
- Oczywiście - zapewniła, a w głosie dało się usłyszeć nuty rozdrażnienia. Szybko się jednak opanowała i ponownie uzbroiła w swój profesjonalny, przyjazny uśmiech. - Proszę zamówić dla mnie to samo, nie jestem szczególnie wybredna jeżeli chodzi o jedzenie - zapewniła. Było w tym sporo racji. O ile pamiętała o posiłkach to zwykle składały się one z tego co akurat udało się jej dorwać w mesie, względnie kupić po drodze. Nie raz się zdarzyło że przez kilka dni ciągnęła tylko na batonach energetycznych.
- Proszę także nie odbierać mojego zachowania jako… cóż, nieszczególnie radosnego. To prawda, przebywanie w tym lokalu nie jest mi na rękę, nie znaczy to jednak że jestem z tego powodu zdenerwowana czy zaniepokojona. Ot, wolałabym by mojej osoby nie skojarzono z “Syrenką”.
- Dla mnie już niestety za późno.- odparł porucznik zamawiając im oboje dania.I po drapał się po karku dodając.- Miałaś rację co do kadetów, zapomniałaś jednak wspomnieć, że ci kadeci którzy tu bywają mają… niekoniecznie najlepszą renomę u przełożonych.
- Ta informacja najwyraźniej umknęła mi po drodze - poinformowała, bezczelnie kłamiąc mu prosto w oczy. - Biorąc jednak pod uwagę że i wyższe kadry tu zaglądają, wątpię by mogło się to odbić na panu w negatywny sposób. Przy okazji zaś będzie pan miał okazję rzucić okiem na ewentualnych, przyszłych podwładnych. Jest to bez wątpienia korzystne - podjęła kroki w celu załagodzenia ewentualnej ujmy na opinii jakiej mógł doświadczyć. Nie sprawiała jednak przy tym wrażenia szczególnie przejętej. Na dobrą sprawę równie dobrze mogliby rozmawiać właśnie o pogodzie.
- Masz zadatki na dyplomatkę. Potrafisz odwracać kota ogonem.- odparł ze śmiechem Nate i dodał zmieniając temat.-Mamy ograniczony limit załadunkowy w związku z misją. Wyznaczyłem na leki limit stu kilogramów.
- To powinno wystarczyć - odparła po namyśle. - Biorąc pod uwagę, że w przypadku niektórych nie będziemy potrzebować końcowego produktu, a jedynie składniki potrzebne do ich wytworzenia, inne zaś można zastąpić preparatami o mniejszej wadze, powinniśmy być odpowiednio zaopatrzeni w owym limicie. W tym celu zmodyfikowałam delikatnie listę potrzebnych rzeczy - wyjaśniła, podając mu jednocześnie listę owych rzeczy. - Upewniłam się także, że wszystkie składniki są dostępne i nie będzie problemów z ich zamówieniem - dodała, poprawiając kosmyk włosów który wysunął się z kucyka i opadł jej na oczy. Biorąc pod uwagę ilość spraw, które miała do załatwienia nie zdążyła nawet odpowiednio przygotować się do tego spotkania. Przynajmniej pod względem wyglądu zewnętrznego.
- Mamy uderzyć od strony dżungli znienacka. Nie będziemy mieli stacjonarnego ambulatorium.. chyba że piraci takie posiadają.- odparł Nate zerkając co jakiś czas na oblicze Elin, urocze na swój sposób mimo braku makijażu.
- Jestem tego świadoma - odparła. - Nie mam zamiaru ryzykować zdrowiem czy życiem oddziału. Najważniejsze leki pozostaną w formie, w której są standardowo wydawane. Nie widzę jednak powodu by podobnie postępować z pozostałymi, tym bardziej że niektóre składniki mogą posłużyć do przygotowania więcej niż jednego rodzaju. Dzięki temu zaoszczędzimy na obciążeniu, a ich przygotowanie nie zajmie mi wiele czasu. Proszę mi zaufać - zakończyła, patrząc mu prosto w oczy. Mogła nie czuć się szczególnie komfortowo w obecnym otoczeniu, gdy jednak rzecz się tyczyła spraw medycznych, czuła pod nogami stały i pewny grunt.
- Ufam, ufam… przesłali ci specyfikę planety i jej biologiczne zagrożenia? Czasami zapominają.- dodał Nate w zamyśleniu. Tymczasem przyszła kelnerka ubrana stylowo w ciasne majteczki. I nic poza tym. Nachylając się ku nim postawiła zamówiony posiłek. Zerknęła z uśmiechem na oboje uznając zapewne, za osoby bardzo blisko powiązane.- Zaraz przyniosę zamówione trunki.
Elin poczekała aż kelnerka się oddali rzucając za nią tylko jedno, krótkie spojrzenie.
- Tak - odpowiedziała. - Poprosiłam także o dokładniejszą specyfikację tamtejszej flory. Powinnam ją otrzymać przed kolacją - poinformowała. Przyniesione jedzenie zdawało się nie mieć wystarczającej wagi by znaleźć się w zakresie jej zainteresowania.
- Niektóre mogą się okazać przydatne - wyjaśniła na wszelki wypadek. - Co prawda botanika nie znajduje się wśród moich zainteresowań ani nie jestem w tej dziedzinie ekspertem, to jednak lubię wiedzieć gdy mam pod ręką rośliny, które mogą się przydać w szybszym doprowadzeniu do stanu użytkowego. Niektóre zaś potrafią dokonać tego o wiele lepiej niż standardowe leki - dodała, podniosłą widelec i zaczęła leniwie bawić się zawartością talerza.
- Misja przewidziana jest na 24-48 godzin maks.- ocenił Nate zerkając na pada i zabierając się do jedzenia.- Przygotowanie miejscowych ziół chyba nie będzie do końca możliwe… zajmuje to czas, prawda?
- Oczywiście - skinęła głową na potwierdzenie. - Nie mam także zamiaru zajmować się nimi na miejscu. Z pewnością będę miała co robić. Gdy jednak wrócimy… Z tego też powodu nie zamierzam z nich korzystać, a jedynie zebrać parę okazów o ile będzie taka możliwość. Jeżeli jednak taka się nie trafi, mówi się trudno - wzruszyła lekko ramionami po czym skosztowała odrobinę potrawy, którą im przyniesiono. Faktycznie, kuchnia nie należała do najgorszych, a już z pewnością była lepsza od niektórych rzeczy, które miała okazję jadać.
- Wolę poinformować o tym wcześniej i poprosić o zgodę. Co prawda planowałam to zrobić dopiero po otrzymaniu dodatkowych informacji, skoro jednak temat wyszedł wcześniej… - Ponownie odgarnęła uporczywy kosmyk, a następnie obdarzyła Nathana pierwszym, wesołym uśmiechem.
- Tylko podczas wędrówki od miejsca lądowania do samego celu. Potem nie będzie czasu na rozpraszanie.- odparł porucznik zgadzając się i spytał.- A jak tam twoje możliwości bojowe ? Trzeba będzie ci przydzielić ochroniarza?
Pokręciła przecząco głową.
- Co prawda nie nazwałabym siebie ekspertem to jednak moje umiejętności powinny swobodnie wystarczyć by dodatkowa ochrona nie była konieczna - wyjaśniła uprzejmie. - Chwile spędzone na strzelnicy czy w dojo zawsze traktowałam bardziej jako formę spędzania czasu wolnego niż faktyczny trening - kontynuowała wyjaśnienia, które jednak przerwała gdy ponownie przy ich stoliku pojawiła się kelnerka, tym razem przynosząc im zamówione drinki. Elin tym razem nie dłużej przyglądała się dziewczynie, starając się przy tym nie być szczególnie natarczywa. Nie dało się nie zauważyć że towarzysz lekarki interesuje kelnerkę o wiele bardziej niż Silver co tej ostatniej zupełnie nie przeszkadzało. Jakby na to nie spojrzeć był to lokal nastawiony głównie na męską część klienteli.
- Coś jeszcze powinienem wiedzieć o tobie? Jakieś talenty, słabe strony które mogłyby wpłynąć na przebieg misji? - dopytywał się uprzejmie Nate spojrzeniem jednak skupiony na samej lekarce. Może był to przejaw profesjonalizmu z jego strony… może…
- Nie sądzę - odparła po chwili namysłu. - Będzie to moja pierwsza misja więc na dobrą sprawę nie jestem w stanie ocenić które z moich słabych czy silnych stron wpłynąć mogą i w jaki sposób na jej przebieg - wyjaśniła, uznając że szczerość w tej kwestii jest wskazana. - Dopóki jednak sprawa będzie dotyczyła medycznego aspektu misji jestem w stanie zapewnić że problemów nie będzie - dodała unosząc nieco głowę.
- Cóż… kiedyś musi być pierwszy raz. Nie planuję umieszczać ciebie na pierwszej linii, więc nie musisz się martwić za bardzo o swoje bezpieczeństwo.- odparł Nate sięgając po drinka.
- Dziękuję - skinęła głową i sama także skorzystała z chłodnego napoju. - Zatem za powodzenie misji i oby moje umiejętności nie były konieczne - dodała unosząc kieliszek.
- Za powodzenie.- odparł radośnie Hawkes stukając swój kieliszek z kieliszkiem Elin.


 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:28.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168